.Jestem znów Zydem cz 41

Szlomo Adler

Książka ta opiera się na moich wspomnieniach. Piszę tylko o tym co sam przeżyłem, widziałem lub słyszałem. Większość imion wspomnianych w tekście jest prawdziwa.

Przez wiele lat odkładałem opisanie moich wspomnień, ponieważ praca nad tym była dla mnie bardzo ciężka, otwierała jeszcze niezabliźnione rany. Po wojnie czułem się jakbym był w koszmarnym śnie.  Często myślałem, że to nie jest jawa, a moje prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, gdy obudzę się z okrutnego koszmaru, zobaczę moich rodziców, siostrę, krewnych i kolegów.
Na początku próbowałem zbudować nowe życie, pod przybraną polską tożsamością. Przyjąłem polskie maniery, ale komunistyczny reżim w Polsce sprawił, że zostałem aresztowany. Oskarżono mnie o zdradę i faszyzm. Ostatecznie okazało się, że mój areszt korzystnie wpłynął na moje życie. Wróciłem do żydostwa i uciekłem z Polski. Ale nawet po przyjeździe do Izraela, moja depresja nie zniknęła.


Byłem nieszczęśliwy, nie miałem ochoty na budowanie rodziny i nowego pokolenia w tym okrutnym świecie. Nie chciałem, aby i moje dzieci były nieszczęśliwe.  Ale los chciał inaczej.   W 1949 roku, gdy odbywałem służbę wojskową, spotkałem moją wybrankę serca, Ester. Ester przeżyła Holocaust na Syberii, dokąd ja wygnano wraz z rodziną, co uratowało im życie. Ester pragnęła dużej rodziny. Pobraliśmy się i urodziło się nam dwóch synów.


Pan Raduchowski był między młotem a kowadłem. Dla nas ta sytuacja była bardzo nieprzyjemna. Widzieliśmy i rozumieliśmy ich poświęcenie.  Czasami mówiliśmy mu, że moglibyśmy w ciągu nocy wyjść do lasu, lub nawet na Węgry, ale pan Raduchowski zawsze odrzucał ten pomysł.  Poprosił nas byśmy byli bardzo ostrożni i nie popełnili żadnego błędu, szczególnie byśmy nie spali w tym samym czasie. Pewnego wieczoru nikt nie przyniósł naszego jedynego posiłku. Byliśmy bardzo głodni. Słyszeliśmy dobiegające z mieszkania głosy, ale było zbyt daleko, żeby zrozumieć, kto i co mówił.  Męczył nas głód, ale spokojnie czekaliśmy.  Co gorsza, nasz nocnik był pełen. To oznaczało, że nie możemy go używać przez nie wiadomo jak długo. Było już bardzo późno, gdy w końcu usłyszeliśmy dobrze znane skrzypienie drabiny.  To była pani Raduchowska, która przyniosła nam dwie duże pajdy chleba. Kiedy podniosłem nocnik, aby podać go pani Raduchowskiej, część wylała mi się na ręce. To się zdarzało często, ale tym razem było tego sporo. Wytarłem ręce o siano i spodnie, i zacząłem jeść chleb. Kiedy pani Raduchowska wróciła z pustym nocnikiem wyjaśniła nam co się stało. Właśnie gotowała obiad i sama już trochę zjadła. Gdy miała włożyć nasze porcje do koszyka, do domu weszła z odwiedzinami jej szwagierka. Musiała zjeść obiad po raz drugi, aby nie wzbudzić podejrzeń. Szwagierka siedziała dość długo i pani Raduchowska nie mogła wyjść nawet na chwilę, żeby nam przynieść choćby kawałek chleba.  Przyszła na górę do nas natychmiast po wyjściu niespodziewanego gościa. Gdy skończyła opowiadanie, sięgnęła do kieszeni fartucha i wyjęła dwa duże jabłka.  „Mam nadzieję, że to wam pomoże zaspokoić głód”, powiedziała.

Wczesną wiosną zaczęły się ciężkie walki w okolicach Baranowicza, Pińska, Żytomierza i Mohylowa Podolskiego. Front się zatrzymał. Któregoś dnia pan Raduchowski powiedział nam, że Armia zajęła Buczacz, ale Niemcy przypuścili kontratak i ponownie odbili miasto. W tym czasie Niemcy zamordowali jeszcze około 400 Żydów, którzy wyszli z kryjówek. Pod koniec marca 1944r.,  Kołomyja i Stanisławów, główne miasta naszego województwa, zostały wyzwolone przez Pierwszy Ukraiński Front pod dowództwem marszałka Koniewa i Generała Botaszkowskiego.  Front był już blisko nas i znowu się zatrzymał. Odliczaliśmy dni i tygodnie, ale nic się nie zmieniało. Żyliśmy w napięciu.  Słyszeliśmy o wykrytych Żydach ukrywających się w ziemiankach lub w sąsiednich wsiach.  Słyszeliśmy o okrucieństwie Ukraińców w stosunku do Polaków. Minęły następne miesiące, skończyła się wiosna, ruszył front zachodni i przyspieszył też front wschodni. Któregoś dnia pan Raduchowski powiedział, że pojawiły się we wsi ogłoszenia nakazujące chłopom opuszczenie domów wraz z rodzinami i dobytkiem w przypadku zbliżenia się frontu. Plakaty wyjaśniały, że domy mogą się stać pułapką w razie pożaru. „Co ja mam z wami zrobić?  Gdybym miał konia i furmankę, naładowałbym ją sianem i schowałbym was. Ale to również byłoby niebezpieczne. Jak długo moglibyście leżeć pod sianem bez wychodka? Wszyscy chłopi będą dokoła. Co ja mówię, przecież nie mam konia ani fury. Co by się nie zdarzyło, musimy iść z innymi, nie możemy zostać we wsi!”. Odpowiedzieliśmy: „Jeśli inni chłopi pójdą, jasne, że i Wy musicie iść z nimi. Zostawcie nam kilka butelek wody, jakieś dodatkowe garnki na nasze potrzeby i kilka bochenków chleba. Nie wiadomo, ile czasu będziecie musieli być w lesie. Postawcie wiadro lub dwa wody koło drabiny i jeśli skończy się nam woda, w nocy napełnimy butelki. Wykopiemy przejście pod fundamentem domu.  Jeśli, broń Boże, dom zostanie trafiony i zacznie się palić, przeczołgamy się na zewnątrz i uciekniemy do lasu”. Pan Raduchowski odpowiedział: „To nie jest zły pomysł. Położę starą, szeroką deskę przy ścianie, dokładnie po drugiej stronie waszej kryjówki.  Możecie kopać, aż dojdziecie do deski. Ziemię wrzucajcie pod pryczę. Przyniosę Wam małą wojskową łopatkę, jest jeszcze z pierwszej wojny światowej, ale wciąż dobra.  Kopcie po południu w czasie młócenia pszenicy to nikt nic nie usłyszy. Michał będzie pilnować, żeby nikogo nie było koło domu.  Jeśli będziecie musieli uciekać tylko przesuniecie deskę i będziecie na zewnątrz. Ale jeśli, broń Boże, zostaniecie złapani, nie możecie powiedzieć, że was ukrywaliśmy! Możecie powiedzieć, że ukrywaliście się w lesie, a teraz próbujecie przejść przez front”.

Po kilku dniach usłyszeliśmy wystrzały Katiuszy. Były podobne do tysiąca silników samochodowych lub grzmotów burzy.  Front był już bardzo blisko.  Zaczęliśmy się martwić, że w ostatniej chwili przed wyzwoleniem będziemy zabici albo spaleni.  Iskry pod słomianym dachem nie miały już znaczenia.  Przyzwyczailiśmy się do nich.  Były zabawą w porównaniu z kulą lub nabojem artyleryjskim, mogącymi trafić bezpośrednio w nasz dom.  Mogą nas zabić na miejscu.  Może być jeszcze gorzej – jeśli będziemy ranni i nie będziemy mogli uciec z płonącego domu.  Te myśli nie opuszczały nas. Dobrze, że mieliśmy podkop. Kiedy wreszcie przez kilka dni nie było słychać wybuchów ani samolotów zapytaliśmy się czy nie nadszedł już czas, aby opuścić kryjówkę? Pan Raduchowski z trudem wykrztusił: „Dzieci, przykro mi jest wam to powiedzieć, ale słyszałem, że Rosjanie również zabijają Żydów”. „To niemożliwe”, powiedzieliśmy, „przed wojną w Armii Czerwonej Żydzi byli wysokimi oficerami, a nawet generałami! Byli nawet ministrami w sowieckim rządzie!”. Ale pan Raduchowski stwierdził, że dopóki nie przekona się jaka jest prawda, nie pozwoli nam wyjść z kryjówki. Poprosiliśmy go: „niech pan pójdzie do Bolechowa i rozejrzy się. Może spotka pan Żyda, który przeżył. Zobaczy pan jak on się zachowuje.  Albo zada Pan spotkanemu znajomemu kilka pytań?”. Pan Raduchowski odpowiedział: „Za trzy dni jest niedziela. Pójdę do kościoła i sprawdzę co się dzieje, a potem postanowimy co dalej”. Kiedy odszedł, siedzieliśmy zupełnie załamani, czuliśmy się jakbyśmy dostali obuchem w głowę, jak gdyby świat się kończył.  Po co było w ogóle uciekać, głodować, chodzić zawszonym i rok siedzieć między tymi ścianami.  Jeśli to co nam powiedział pan Raduchowski jest prawdą, nie ma dla nas żadnej nadziei. Z wielką niecierpliwością czekaliśmy na niedzielę i na powrót pana Raduchowskiego z kościoła. Pamiętam dobrze te godziny oczekiwania w niedzielę rano. Po południu przyszedł Raduchowski i powiedział: „Byłem w mieście. Nie uwierzycie, kogo spotkałem. Widziałem i rozmawiałem z jednym z Grinszlagów. Oni mieszkają w swoim domu i mają absolutną wolność. Nie pytałem ich o te plotki o Rosjanach. Teraz rozumiem, że to była robota jakiegoś łotra”. „Czy powiedział Pan Grinszlagowi o nas?” zapytaliśmy. „Nie i proszę Was nie mówcie nikomu kto was uratował.  Jeśli chcecie to możecie wyjść od nas jutro rano, gdy będzie jeszcze ciemno, więc nikt nie zauważy skąd idziecie. Jeśli poczujecie jakieś zagrożenie, wracajcie, ale ostrożnie”.

Zdecydowaliśmy się wyjść wcześnie rano.  Poprosiliśmy panią Raduchowską o nasze zapasowe ubrania.  Zaczęliśmy przygotowania do opuszczenia kryjówki.  W tą ostatnią noc u Raduchowskich spaliśmy na strychu, na słomie.  Pierzyna, która przez rok służyła nam do przykrycia, tej nocy służyła nam jako materac.  Lato było w pełni. Pod dachem było gorąco, nie musieliśmy się przykrywać.

Poprzednie czesci  TUTAJ

Zredagowala Anna Karolina Klys

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: