Uncategorized

Andrzej Titkow: Z dzieciństwa pamiętam, że mało ucierpiałem jako „Żyd”, często bywałem „Ruskiem”


Reżyser Andrzej Titkow. Warszawa, 5 czerwca 20107

Reżyser Andrzej Titkow. Warszawa, 5 czerwca 20107 (Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)Zabawne, że po raz pierwszy zmianę nazwiska zaproponował mi ojciec. To był rok 1968. On się troszczył o mnie, nie chciał, żebym cierpiał z powodu nazwiska. Zażartowałem sobie: „Na jakie mam zmienić? Może na Arnsztajn?”.

Poeta, reżyser, scenarzysta. Na swoje 75 -lecie Andrzej Titkow opowiada Annie Żebrowskiej o niezwykłej żydowsko-rosyjskiej rodzinie, filmach, cenzurze i o tym, jak to jest być outsiderem.

Anna Żebrowska: Swoje 75-lecie i półwiecze pracy twórczej uczciłeś, kończąc osiemdziesiąty któryś film. Potrójne gratulacje!

– Dziękuję, choć to dla mnie film traumatyczny, bo robiłem go prawie trzy lata. Opowiada o losach potomków Żydów lubelskich. Miał tytuł roboczy „Lublinerzy”, teraz nazywa się „Ten Lublin…”. Wszystko zaczęło się od „Lubliner Reunion”, zjazdu potomków Żydów lubelskich zorganizowanego przez Ośrodek „Brama Grodzka-Teatr NN” w lipcu 2017 r. Na zlecenie Tomasza Pietrasiewicza dokumentowałem to zdarzenie. Przy tej okazji poznawałem uczestników, słuchałem ich opowieści i od razu pomyślałem, że jest to temat na duży film. Wstępnie wytypowałem też przyszłych protagonistów.

Przeczytałam, że był to drugi zjazd lubelskich Żydów od roku 1947 i największy zjazd potomków po wojnie. Skąd przyjechali?

– Z całego świata. Ponad 200 osób. Oczywiście sporo uczestników przyjechało z Izraela, ale też ze Stanów Zjednoczonych, Meksyku, Kanady i z Europy. Ten zjazd potraktowałem jako rodzaj dokumentacji, a potem zacząłem szukać finansowania filmu. I tu poległem. Dlatego mówię o traumie.

Ale powstał!

– Tak. Ale z powodu finansów nie do końca taki, jak zamierzałem. Bo to nawet nie był niski budżet, raczej zerowy. Miałem do dyspozycji jedynie 50 tys. zł z lubelskiego Ratusza i obietnicę kolejnych 50 tys. Problem polegał na tym, że nie udało się znaleźć żadnego solidnego koproducenta. W takim projekcie powinna uczestniczyć np. telewizja publiczna, ale jak powszechnie wiadomo, takowa od pewnego czasu w Polsce nie istnieje. Szukałem wsparcia w instytucjach polskich i zagranicznych. Często słyszałem, że to fantastyczny temat, ale nikt nie chciał w to wejść. Po raz pierwszy w życiu spróbowałem też crowdfundingu, ośmielony sukcesem braci Sekielskich w tej dziedzinie. Ale ja zebrałem po dwóch latach nieco ponad 8 tys. zł zaledwie.

Jak sobie poradziłeś?

– Powstał film skromny, może nawet ubogi, ale niosący ważne przesłanie. Protagoniści tego filmu – Lublinerzy – opowiadają swoje rodzinne historie, które są ciekawe i pasjonujące. Tomasz Pietrasiewicz pokazuje nam ostatnią drogę Żydów lubelskich do pociągów wiozących na Zagładę. Dwaj naukowcy – Adam Kopciowski i Sławomir Jacek Żurek – w pasjonujący sposób rysują niejako tło historyczne dla tych indywidualnych biografii. „Lublin wciąż jest miejscem dialogu polsko-żydowskiego, tyle tylko, że jest to dialog z duchami” – mówi w konkluzji profesor Żurek.

Co rodzina, to historia filmowa, poczynając od twojej własnej. Ponoć przyroda na dzieciach odpoczywa, odmawia im talentu przodków, ale nie u Titkowów-Arnsztajnów.

– Geny oczywiście mają znaczenie, ale zawsze mi się wydawało, że ważniejsze jest to, co nabyte, a nie to, co wrodzone. Co jest owocem własnego rozwoju, własnej pracy. Tradycji przodków, szczerze mówiąc, świadomie nie odbierałem, nie była specjalnie kultywowana.

Jeśli idzie o praprababkę Malwinę Meyerson, która była pisarką, to niewiele o niej wiedziałem. Matka mnie poinformowała, że była pisarką, ale nigdy sobie nie zadałem trudu, by jej powieści przeczytać.

Prababka Franciszka Arnsztajnowa była bardziej obecna. Mama często ją wspominała. Wiedziałem, że była poetką, i nawet przeczytałem parę jej wierszy.

„Jeszcze dymią ręce, jeszcze serce w bezmowej rozstania udręce/ Drga, jak motyl więziony na szyby krysztale/ Nie patrz, nie patrz na drogi ofiarnej korale…”. Podobały ci się jej „Poezyje” z 1895 r.?

– Okropnie mi się nie podobały, ta poetyka była mi zupełnie obca. Miałem 15 lat, kiedy sam zacząłem pisać wiersze i jako początkujący artysta byłem strasznie awangardowy. Nie podobali mi się Skamandryci, a co dopiero Młoda Polska! Mnie interesowała poezja nowoczesna, Majakowski i futuryści, mnie interesował Rimbaud, Verlaine, Eliot. Franciszkę odłożyłem całkowicie do lamusa. Tak naprawdę zacząłem ją poznawać stosunkowo niedawno, dopiero gdy robiłem w roku 2013 „Album rodzinny”. Franciszka jest główną bohaterką tego filmu. Wtedy zacząłem czytać ją trochę bardziej systematycznie i znalazłem w tej poezji pewne walory.

Pradziadek Marek Arnsztajn według wspomnień mojej mamy był postacią wspaniałą, wybitnym lekarzem i urodzonym społecznikiem. Słynął z tego, że od bogatej klienteli brał solidną kasę, natomiast biedotę leczył za darmo, czasami nawet zostawiał pieniądze na lekarstwa. Kiedy umarł w 1930 roku, na jego pogrzebie w prowincjonalnym Lublinie było 10 tys. osób. Za trumną szli prezydent miasta i wszyscy dygnitarze, duchowni każdej konfesji, wojsko, policja. No i niezliczone rzesze pacjentów: Żydzi, Polacy, Rusini…

Hanna Krall zrekonstruowała życie twoich pradziadków w książce „Wyjątkowo długa linia”. O Marku pisze, że lecząc biednego Żyda z parteru, po wyjściu od niego obchodził dom od strychu po suterenę, pukał do wszystkich drzwi i pytał, czy nie potrzebują lekarza.

– Tak też słyszałem, moja mama to lansowała. Pracował w słynnym szpitalu żydowskim przy Lubartowskiej, bardzo nowoczesnym jak na owe czasy, zbudowanym pod koniec XIX wieku. Oprócz tego Marek miał bardzo rozbudowaną praktykę prywatną w swoim domu na Złotej 2.

Słyszałem też, ale czy to jest prawda, nie wiem, nie umiem tego udowodnić, że doktor Arnsztajn i doktor Mieczysław Biernacki byli prototypami doktora Judyma u Żeromskiego.

Moim zdaniem jest to prawdopodobne, bo Marek i Franciszka dobrze się znali z Żeromskim, widywali i w Lublinie, i w Nałęczowie na kuracjach. Wspólnie założyli jakieś – nie chcę przekłamać nazwy – stowarzyszenie edukacyjne.

Sprawdziłam: Lubelskie Towarzystwo Szerzenia Oświaty „Światło” (1906-17). Marek był tam w komisji rewizyjnej i zarządzie. Prowadzili kursy dla analfabetów, otwierali czytelnie, biblioteki, propagowali idee patriotyczne i niepodległościowe.

– Salon Arnsztajnów był miejscem spotkań inteligencji twórczej, patriotów i konspiratorów, mieściło się tam archiwum P.O.W., a w piwnicy przechowywano broń i mundury. Tego wszystkiego dowiedziałem podczas dokumentacji do filmu „Album rodzinny”. Ten wątek w czasach PRL-u nie był w naszym domu przesadnie akcentowany. Dopiero robiąc film, zobaczyłem wreszcie tego swojego dziadka Janka Arnsztajna, jego całe uwikłanie.

Bo pradziadek Marek jest dla mnie postacią wyrazistą i zrozumiałą: nie był specjalnie religijny, ale żydostwa nigdy się nie wyparł, urodził się i umarł jako Żyd. W odróżnieniu od swojej żony Franciszki, która przez całe dorosłe życie dystansowała się od żydostwa i została polską poetką. Już po siedemdziesiątce ochrzciła się w Warszawie w kościele świętej Barbary na Wspólnej, odnalazłem jej akt chrztu z maja 1939 r. Rok później poszła wraz z córką do getta i zginęła jako Żydówka. Nie wiadomo, jak, kiedy i gdzie – w Warszawie czy w Treblince.

Na kamienicy przy Złotej 2 jest teraz tablica pamiątkowa ku jej czci ufundowana przez Związek Literatów Lubelskich, który założyła wraz z Józefem Czechowiczem. Odsłaniała ją moja mama.

Intrygował cię dziadek Jan Arnsztajn, którego nie poznałeś. „Harcerz, peowiak, legionista” – tak charakteryzuje go leksykon Teatru NN.

– Tak. Intrygował mnie. Do niego także się nieco zbliżyłem, robiąc „Album rodzinny”. Miał taki wzorcowy życiorys polskiego patrioty – piłsudczyk, żołnierz Pierwszej Brygady, żołnierz w wojnie polsko-bolszewickiej, odznaczony Krzyżem Walecznych z okuciami oraz Krzyżem Niepodległości z mieczami. To wszystko można było wyczytać z inskrypcji na jego grobie na wojskowych Powązkach. Jan ochrzcił się razem ze swoją żoną Janiną z domu Kon w roku 1919 w kościele na placu Zbawiciela. Janina była studentką medycyny i zmarła wkrótce po porodzie z powodu zatrucia trupim jadem podczas sekcji zwłok.

Kilka lat po jej śmierci Jan Arnsztajn ożenił się ponownie z Janiną Makarczyk. Mieszkali i ordynowali z ojcem w tym samym domu na Złotej. Syn nie miał już takiej renomy medycznej jak ojciec. Miał wiele zainteresowań. Grał na fortepianie, komponował, pisał wiersze, był współautorem trzech szopek politycznych.

„Szopki Reflektora” niedawno wydał Uniwersytet Lubelski, a edytor prof. Dariusz Pachocki uznał hobby twego dziadka za „nowy model koegzystencji między sztuką a przemysłem rozrywkowym”.

– No widzisz, ja tego nie wiedziałem. I pewnie wielu jeszcze rzeczy nie wiem. I już się nie dowiem…Wiem natomiast, że był też zapalonym sportowcem. Grał w tenisa, miał mistrzostwo Okręgu Lubelskiego, Górnego Śląska i Ciechocinka. Mizerny, wątły koleś, trudno sobie wyobrazić, jak on wygrywał w tego tenisa. Dzisiaj ten sport jest bardzo siłowy, wtedy prawdopodobnie był trochę inny. Wybitny lekarz, sportowiec, no i wreszcie ten świr artystyczny! Sporo jak na jednego człowieka.

Reżyser Andrzej Titkow. Lublin, 29 marca 2019

Reżyser Andrzej Titkow. Lublin, 29 marca 2019 Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta

Po matce masz krew żydowską, po ojcu rosyjską. Nie miałeś problemów z tożsamością?

– Nie mam z tym żadnych problemów. Mówię, piszę, myślę po polsku. Jestem Polakiem. Ale nie ukrywam i nie wypieram się mego pochodzenia ani żydowskiego, ani rosyjskiego. To dziedzictwo mnie wzbogaca. Z dzieciństwa pamiętam, że stosunkowo mało ucierpiałem jako „Żyd”, natomiast często bywałem „Ruskiem”.

W roku 1980 podróżowałem trochę po Europie. W Wiedniu spotkałem przyjaciela moich rodziców, który wyemigrował z Polski w latach 50. Rozmawialiśmy o tym i owym i w pewnym momencie on poradził mi, bym zmienił nazwisko. Powiedział coś takiego, że to nie jest w Polsce dobre nazwisko „Jednym będzie się kojarzyło z pana ojcem – aparatczykiem, a dla tych, którzy go nie znają, to znaczy Rosjanin, bolszewik, komisarz”.

Zabawne, że po raz pierwszy zmianę nazwiska zaproponował mi ojciec. To był rok 1968. On się troszczył o mnie, nie chciał, żebym cierpiał z powodu nazwiska. Zażartowałem sobie: „Na jakie mam zmienić? Może na Arnsztajn?”.

W 1968 r. nie ucierpiałeś jako Żyd? Zawieszono cię w prawach studenta szkoły filmowej, dostałeś wilczy bilet.

– 8 marca 1968 r. jechałem pociągiem z Łodzi do Warszawy. Byłem wtedy człowiekiem zupełnie apolitycznym. W tym pociągu spotkałem Krzyśka Topolskiego, kolegę z Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności. On przeciwnie, był uświadomiony. Przez półtorej godziny opowiedział mi, co dzieje się w Warszawie. Że „Dziady”, że milicja pałuje, że dzisiaj wiec na Uniwersytecie… Przyszedłem do domu rodziców w Alei Przyjaciół i drzwi otworzyła mi moja siostra Olga. W koszuli nocnej, zapłakana. Spytałem, czy jest chora. Podniosła koszulę. Zobaczyłem jej sine plecy. Była na tym wiecu…

Następnego dnia trwały przepychanki na Krakowskim Przedmieściu, uciekałem przed milicją, raz oberwałem pałką, niegroźnie. Ale zawsze miałem silne psychosomatyczne reakcje, więc dostałem wysokiej gorączki i długo mnie leczyli.

Do Szkoły Filmowej wróciłem dopiero w połowie kwietnia. W witrynce z komunikatami wewnętrznymi przeczytałem, że jestem zawieszony w prawach studenta. Okazało się, że organizacja partyjna w łódzkiej Wytwórni Filmów Oświatowych wykazała się czujnością i uznała, że zrealizowana przeze mnie rok wcześniej obowiązkowa etiuda dokumentalna „Dom” jest filmem antysocjalistycznym, antyrobotniczym i wymierzonym w przodujący ustrój, paszkwilem. Jeden z łódzkich dzienników opublikował tekst o syjonistach w WFO i spis wrogich filmów zawierający również tytuł mojej studenckiej etiudy. Tę notatkę następnego dnia skwapliwie przedrukowała „Trybuna Ludu”. Ponadto bojowa „Walka Młodych” zdemaskowała mnie jako „bananowca” i wichrzyciela.https://www.youtube.com/embed/zIQuFMErEI8?allowfullscreen=true&autoplay=0&border=0&wmode=opaque&enablejsapi=1&controls=1&showinfo=0

Tak naprawdę w Szkole Filmowej tylko trzy osoby były zagrożone – Janusz Zaorski, Andrzej Krakowski i ja. Z tego samego powodu. Chodziło nie o nas, ale o naszych ojców. Janusz Zaorski zapisał się do ZMS, o czym jakoś nigdy nie wspomina, Andrzej Krakowski, choć nie był wybitnym studentem, ni stąd, ni zowąd otrzymał stypendium z samego Hollywood, a ja zostałem zawieszony w prawach studenta.

Tak więc, choć nie interesowałem się polityką, polityka kolejny raz zainteresowała się mną…

To mojego ojca chcieli „odstrzelić”, mną się tylko posłużono. Miał potępić syjonistów w Ministerstwie Zdrowia, ale tego nie zrobił i przestał być wiceministrem zdrowia. Szczytem kariery ojca było stanowisko I sekretarza Komitetu Warszawskiego PZPR, na które wyniósł go oczywiście Gomułka. Ale potem, gdy byłem członkiem Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności, tenże Gomułka beształ ojca, że w nim uczestniczę i piszę w dodatku antyreżimowe wiersze. Przywódca narodu uznał, że ojciec nie może być dobrym sekretarzem Komitetu Warszawskiego, skoro własnego syna nie potrafi wychować. Myślę, że wtedy zaczął się upadek kariery ojca, a przypieczętowała go słynna „afera mięsna” w roku 1964. Zacietrzewiony Gomułka żądał kary śmierci i jedną wykonano. Mój ojciec był tego zdecydowanym przeciwnikiem.

W roku 2007 Telewizyjny Teatr Faktu emitował sztukę „Afera mięsna”. W tym spektaklu występował Walenty Titkow. Grał go Michał Tarkowski. I ten telewizyjny Titkow, rzecz prosta, obsadzony był jako czarny charakter, krwiożerczy typ żądający kary śmierci. Było to ohydne, podłe kłamstwo. Ojciec bardzo to przeżył, a ja do dziś żałuję, że nie zareagowaliśmy wtedy, nie podjęliśmy żadnej interwencji, a była to sprawa do wygrania w każdym sądzie.

Reżyser Andrzej Titkow. Warszawa, 5 czerwca 20107

Reżyser Andrzej Titkow. Warszawa, 5 czerwca 20107 Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Twój ojciec był lekarzem. Kiedykolwiek pracował w swoim zawodzie?

– Ojciec skończył studia w czasie wojny we Frunze (dzisiaj Biszkek) w Kirgizji. I tam był krótko lekarzem w małym posiołku, wysoko w górach Tienszan. Potem był w Batalionie Sanitarnym Pierwszej Dywizji Kościuszkowskiej.

Co to była za medycyna na wojnie, można sobie wyobrazić. Odcinali człowiekowi nogę i dawali mu kieliszek spirytusu, żeby nie umarł z bólu.

Był to jednak epizod, bo w 1944 r. w Lublinie przeszedł już do pracy partyjnej. Jak go w ’68 wywalili ze wszystkiego, miał 51 lat. Mnie się oczywiście wydawał stary, ale dziś mam odpowiednio więcej i uważam, że pięćdziesiątka to najlepszy okres wieku męskiego.

Ojciec wrócił do zawodu. Wyjechał na specjalizację neurologiczną do Czech, zrobił ją i przez całe lata pracował w Szpitalu Czerniakowskim na Stępińskiej. Pracował tam jako wolontariusz przez wiele lat. Chodził codziennie i pilnie pracował, nie dostając żadnej kasy. Od kilku jego pacjentów słyszałem, że go bardzo lubili. Miał dużo czasu, robił wielogodzinne wywiady. Wiadomo, że każdy chory lubi się wygadać, a lekarze na ogół nie mają czasu.

Oglądał pewnie twoje filmy. Jak na nie reagował?

– Rzadko mówił wprost co myśli. Jego opinie były zdawkowe, powierzchowne. Jak mówił: „No, brawo, Andrzejku, brawo” – to wiedziałem, że mu się podobało, a jak mówił : „No, to bardzo interesujące” – wtedy wiedziałem, że raczej średnio. Miałem bardzo kiepskie relacje z ojcem. Toczyliśmy wciąż polityczne spory. Od piętnastego roku życia byłem krytyczny wobec „przodującego ustroju”. W Szkole Filmowej dzięki starszym, bardziej doświadczonym kolegom umacniałem się w swym krytycyzmie, a w marcu 1968 pozbyłem się już wszelkich złudzeń i stałem się zacietrzewionym antykomunistą, czego dzisiaj się trochę wstydzę.

Ojciec dość entuzjastycznie zareagował na „Solidarność” i zaczął weryfikować swoje polityczne przekonania. Punktem kulminacyjnym był stan wojenny. Oboje wtedy – matka i ojciec – oddali legitymacje partyjne. Jednak z nastaniem III RP i kapitalizmu ojciec powoli powrócił do swoich komunistycznych poglądów.

W roku 2012 zrealizowałem film „Bezsenność” o Leonardzie Borkowiczu, przedwojennym komuniście, który odważnie rozliczył się ze swą przeszłością i został konsekwentnym antykomunistą. Leonard był przyjacielem ojca, bywał częstym gościem w domu rodziców i zawsze się spierali. Czasem uczestniczyłem w ich dyskusjach i zawsze stałem w nich po stronie Borkowicza.

Nigdy się nie pogodziliście?

– To nie tak. Toczyliśmy spory i godziliśmy się. Były gorsze i lepsze okresy w naszych relacjach. Bardzo to wszystko zmieniło się w ostatnich latach jego życia. Stałem się bardziej wyrozumiały, bardziej cierpliwy. Chyba też lepiej rozumiałem jego życiowe wybory.

Kolej na mamę.

– Moja mama to oddzielna opowieść, inny wszechświat. Babcia Franciszka była, jak myślę, dość despotyczna, no i coraz bardziej zbliżała się w stronę chrześcijaństwa. Z tego powodu wysłała wnuczkę do szkoły sióstr urszulanek w Lublinie. Już sobie wyobrażam, jak taką dziewczynkę tam traktowano. Mama była wprawdzie ochrzczona od urodzenia, ale nosiła nazwisko Arnsztajn. Podejrzewam, że było to dla niej traumatyczne. Ale nigdy o tym nie mówiła. Coś jej się wypsnęło tuż przed śmiercią, ale niepewnie, miała kłopoty z pamięcią, lekką demencję.

Kiedy w roku 1934 umarł jej ojciec, jedenastoletnia sierota pojechała do dziadków w Częstochowie. Chyba odczuła ulgę. Franciszka była głucha i surowa. Babcia Regina Kon wprost przeciwnie – kochała i rozpieszczała wnuczkę. W roku 1939, gdy zaczęła się wojna, część rodziny – babcia i jej wnuczka, czyli moja mama, a także jej wujek z żoną – wyjechali na Wschód, tułali się trochę i dotarli do Lwowa. W 1940 r. do ich domu wkroczyło NKWD. Kazali się spakować. Mama opowiadała, że młody oficer dał jej szansę ucieczki. Nie skorzystała, nie chciała zostawić babci. Zostały zesłane do Kazachstanu. Mama miała 17 lat. W Częstochowie, gdzie się urodziła, była otoczona dużą rodziną. Była półsierotą, ale dziadek z babcią ją rozpieszczali, ciotki ją uwielbiały, a wujek Poldek nosił ją na barana. Została nagle wyrwana z tych cieplarnianych warunków. Drobna, wątła, chora na gruźlicę poszła las rąbać…

Babcia Regina umarła na zesłaniu. Moja matka po zesłaniu trafiła na tzw. osiedlenie i pracowała jako pielęgniarka. Potem była amnestia na mocy układu Majski – Sikorski. Matka mówiła, że chciała dostać się do Armii Andersa, była w końcu córką legionisty. Ale nie zdążyła i trafiła do Berlinga. Tam spotkała mojego ojca.

Była kolorowa. Miała zupełnie inny temperament niż ojciec, ale jakoś musiała się do tego komunizmu przystosować, bo była przecież żoną towarzysza bardzo wysoko ustawionego w hierarchii partyjnej. Przez jakiś czas sprawowała funkcje kierownicze w radiu, więc też musiała być w partii. Myślę, że nie zrobiła nikomu żadnego świństwa ani krzywdy, zresztą dużo jest na ten temat świadectw. Janusz Głowacki w ciepłych słowach napisał, jak broniła go przed cenzurą. Była porządnym człowiekiem i zarazem trochę konformistką, osobą żyjącą z totalnie zakłamaną świadomością. Myślę, że to była jej obrona.

Nigdy z nią nie porozmawiałeś?

– Próbowałem, ale może nie dość. Często mnie denerwowała, byłem zniecierpliwiony. Bardzo tego żałuję. Mogła mi sporo ciekawych historii opowiedzieć , bo czuję, że mnie po swojemu, tak jak umiała, kochała.

W „Albumie rodzinnym” mama bierze udział, ale nie ma tam nic o zesłaniu.

– Bo mama nie jest główną protagonistką tego filmu. Jest nią Franciszka. O tych moich Rosjanach już filmu chyba nie zrobię…

Babcia Maria Titkow, jedyna, którą znałem, wywarła na mnie największy wpływ. Nigdy nie nauczyła się mówić po polsku, dzięki temu jestem prawie dwujęzyczny. W szkole musiałem to ukrywać, bo nie wypadało mieć piątki z rosyjskiego. Babcia pochodziła z bogatej kupieckiej rodziny, ojciec miał sklep na Newskim Prospekcie w Petersburgu. Starsza jej siostra była aktorką u Komissarżewskiej, Samsonowej po mężu. Jej syn Jurij (Jura) Kranert też był znanym aktorem. A najmłodsza siostra wyszła za polskiego szlachcica Stanisława Przysieckiego, który w Petersburgu studiował w Akademii Sztabu Generalnego, a potem walczył przeciwko bolszewikom.

Babcia i jej siostry były wykształcone, a dziadek pochodził z rodziny woroneskich chłopów. Był jej drugim mężem i było to coup de foudre. Babcia była mózgowa, a dziadek sercowy, żywiołowy, lubił ludzi, głównie kobiety…

Dwa razy cudem uszedł z życiem. Jego rodzony brat Piotr szedł z armią Budionnego na Warszawę, po drodze zajechał do brata i szwagierki do Nowej Lubomirki pod Równem, gdzie mieszkali po ucieczce z Piotrogrodu. Przyprowadził mu konia i zachęcał, by pokłusował z nim na Warszawę. Babcia poczęstowała szwagra herbatą i przytomnie ostrzegła: nie po to Polacy byli w niewoli 123 lata, by tak łatwo wam oddać Warszawę. Ale Piotr nie posłuchał. W drodze powrotnej uciekał tak szybko, że nie miał już czasu na herbatę. Jeszcze na koniu rozebrał się z munduru. Dziadek dał mu cywilne ciuchy, a mundur w nocy zakopał w ogrodzie. Sąsiedzi Polacy zakapowali i dziadka aresztowano, groziła mu czapa. Siedział w jakiejś piwnicy, bo nawet aresztu nie było, tylko komisariat. Jak kapitan Przysiecki wszedł w mundurze i z Virtuti Militari, to policjanci się zerwali, zasalutowali i dziadka wypuścili. Drugi raz to już był rok 1945, dziadkowie mieszkali w Lubiczu pod Toruniem. Tym razem sprawa była poważna. Zapukał SMIERSZ, sowiecki kontrwywiad wojskowy. Jak to – Rosjanin, paszport nansenowski, od 1918 roku w Polsce – szpion!

Idealny na szpiega. I co, SMIERSZ spasował?

– Uratował go list od Walka, mojego ojca. Pisany po rosyjsku, z Armii Berlinga, tej właściwej. Sprawdzili i wypuścili. Dziadek umiał cieszyć się życiem, miał witalność, prawie nie chorował, umarł w wieku 95 lat. Zachorował, położył się do łóżka i umarł.

W dorobku masz 80 filmów, jak sobie radziłeś z PRL-owską cenzurą?

– Z instytucją cenzury prawie nie miałem do czynienia. W Wytwórni Filmów Dokumentalnych, gdzie pracowałem od roku 1973, funkcję cenzorów sprawowali moi przełożeni – redaktor naczelny i dyrektor. Perypetie z dopuszczeniem do rozpowszechniania moich trzech filmów biograficznych opisałem w książce „Inteligent niepokorny w kraju realnego socjalizmu”. Wyszła w ubiegłym roku w wydawnictwie Adam Marszałek. Mowa o filmach z lat 80.: „Z pamięci” o Andrzeju Bursie, „Przechodniu” o Tadeuszu Konwickim i „Pięknym dwudziestoletnim” o Marku Hłasce. Książkę polecam, nie będę jej streszczał, opowiem, jak jeden z moich szefów Zygmunt Wiśniewski „poprawiał” inny mój film – „Takie miejsce” o Kazimierzu.

Kręciliśmy w roku 1985, kiedy ta krakowska dzielnica była w stanie całkowitej dewastacji: zaniedbane, zrujnowane kamienice, zniszczona synagoga Izaaka, w innej synagodze magazyn, opuszczony, bezpański cmentarz. Wymyśliłem dziesięciominutową, poetycką impresję, dekadencki obraz upadku starych murów i ludzi. Żadnego komentarza, żadnych napisów. Tylko muzyka. Napisał ją genialny Zygmunt Konieczny. Zrobił to uroczo, po staroświecku. Muzycy siedzieli w studiu, patrzyli na zapętlone sceny i grali pod obraz.

Mocną stroną filmu były także wstrząsające archiwalia filmowe, które zostały zrealizowane przez niemieckich operatorów filmowych w trakcie przenosin getta z Kazimierza na Podgórze i po raz pierwszy zostały użyte w polskim filmie. Na kolaudacji usłyszałem same zachwyty. Ale niebawem odwiedził mnie mój szef Zygmunt Wiśniewski i zgłosił wiele istotnych zastrzeżeń. Oświadczył, że z filmu nie wynika, że winni są Niemcy. „Na ogół to wiadomo” – oponowałem, ale uparł się, żebym tę informację dał w komentarzu. Wywalczyłem, że nie będzie komentarza, a jedynie napis, który pojawi się na zakończenie, po ściemnieniu.

Oprócz tego nakazał usunąć ze dwa ujęcia ze współczesnymi pijakami. Bo jakże to tak, my, Polacy, wszak nie pijacy. Często się zdarzało, że kazali mi coś wyrzucić. Ale tym razem po raz pierwszy usłyszałem, że mam coś dodać. Mianowicie należało pokazać jakiegoś hitlerowca w mundurze, żeby do wszystkich dotarło, skąd całe zło. Tego było za wiele. Wziąłem ujęcie z jakiegoś filmu fabularnego Jana Łomnickiego przedstawiające wachmana patrolującego most Dębicki. Ujęcie z całkiem innego porządku estetycznego, które było jak zgrzyt żelaza po szkle. W lirycznym, wysmakowanym filmie paskudny dysonans. Po roku 1989 natychmiast je wyciąłem.

Reżyser Andrzej Titkow. Warszawa, 1 października 2012

Reżyser Andrzej Titkow. Warszawa, 1 października 2012 Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja

W Urzędzie Cenzury na Mysiej nie bywałeś?

– Chyba tylko raz, w związku z filmem „Przechodzień”. Nakręciłem ten film o Tadeuszu Konwickim, gdy był on na wszystkich możliwych listach proskrypcyjnych, w orwellowskim roku 1984. Szedłem na to spotkanie nabuzowany i wymyślałem po drodze różne scenariusze. Na przykład, że stary buc cenzor wyciąga rękę na powitanie, a ja swoją chowam za plecami… Przywitała mnie młoda, ładna i inteligentna kobieta, której ochoczo podałem rękę. Nasze spotkanie nie przypominało starcia na ringu, raczej turniej szachowy. Walczyłem o każde ujęcie i parę razy udało mi się coś ugrać. Kilka razy musiałem polec. Było coś za coś.

Pani cenzorka koniecznie chciała usunąć ujęcie Jaruzelskiego w tłumie w czasie obchodów święta 22 Lipca na Stadionie Dziesięciolecia. Kiedy o nie walczyłem, ona wskazała inne, gdzie na czele żołnierzy defilujących Krakowskim Przedmieściem idzie dobosz w ciemnych okularach. – Pan myśli, że nie widzę jego podobieństwa do generała Jaruzelskiego? – spytała z czarującym uśmiechem. Co było robić, poddałem prawdziwego generała za Jaruzelskiego dobosza.

Ważnym elementem filmu była inscenizacja fragmentu jednej sceny z napiętnowanej przez reżim i skazanej na banicję książki „Mała apokalipsa”. Tej przyjemności nie mogłem sobie odmówić. Obsada była mistrzowska – Gustaw Holoubek, Jan Englert i Maciek Szary. Tutaj był ostry bój. Cenzorka zażądała usunięcia całej sceny, po targach stanęło na tym, że ze zdania: „Żebyś dziś o ósmej wieczorem spalił się pod gmachem centralnego komitetu partii”, wytnę „pod gmachem centralnego komitetu partii”. Jest ostre, nieprzyjemne cięcie w dźwięku, ale i tak wszyscy wiedzieli, o jaki gmach chodzi.

W rezultacie cięcia cenzuralne miały charakter kosmetyczny i niewiele zmieniły. Nie zmieniły też losu filmu, bo dalej leżał na półce, a oficjalna premiera telewizyjna odbyła się dopiero jesienią 1989 r. Ale film i tak był znany. Wiosną 1985 powstała VIDEONOVA, na pierwszej kasecie znalazło się „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego, a na drugiej – mój „Przechodzień” i „Jest” Krzysztofa Krauzego.

Oglądałam je w Rzeszowie, dyrektor sporego przedsiębiorstwa po godzinach pracy udostępnił znajomym gabinet, sprzęt i sam go obsłużył.

– „Przechodnia” pokazywano w DKF-ach i salach parafialnych, w aulach uczelni, w mieszkaniach, na pokazach zamkniętych. W rezultacie w latach 80. byłem znany jako reżyser tylko jednego filmu. Co ciekawe, ten trzydziestoparominutowy dokument obejrzało także całe Biuro Polityczne, bo w tamtych czasach film był sztuką pod specjalnym nadzorem.

Twoje najlepsze lata zawodowe?

– Wspomniane lata 80. Zaczęło się fatalnie stanem wojennym w 1981 r., kiedy czułem się wręcz fizycznie zagrożony. Był to jedyny czas, gdy chciałem z Polski wyjechać – nie w 1968, tylko wtedy. I nagle coś przeskoczyło, zacząłem konspirować i przestałem się bać. Jeździłem wtedy trabantem i prawie zawsze gubiłem „ogon”. Nie z powodu talentów konspiratorskich, raczej przez moje roztargnienie. Pewnego dnia zawiozłem Janka Lityńskiego na spotkanie z kimś ważnym, a potem miałem go odebrać. Jadę tam, parkuję na Elektoralnej i idę pod wskazany adres. Otwiera mi młoda kobieta z palcem przy ustach, bo to wszystko przecież tajne przez poufne, i prowadzi pod drzwi. Otwiera je ostrożnie, nabożnie. Wchodzę. W pokoju siedzi Zbyszek Bujak, naprzeciwko niego Janek, mają słuchawki na uszach i gibają się w takt muzyki. Nawet nie słyszą, że wszedłem. Szuka ich cała polska policja, a oni słuchają Beatlesów…

Konspiracja jako antydepresant.

– O depresji to wtedy czytałem tylko w książkach. Chodzi o to, że ta konspiracja pomogła mi uwolnić się od strachu. W zniewolonym kraju czułem się całkowicie wolny. A do tego jeszcze miłość, która mi się nagle zdarzyła. Wtedy powstały te ważne filmy: „Z pamięci”, „Przechodzień”, „Piękny dwudziestoletni”, i wreszcie, w końcu lat 80., „Daj mi to”. Miałem 40 lat, czułem się fantastycznie. Miałem niesamowity power.https://www.youtube.com/embed/Es1DnbGvvJo?allowfullscreen=true&autoplay=0&border=0&wmode=opaque&enablejsapi=1&controls=1&showinfo=0

Reżyser dokumentalista to chyba nie jest w Polsce zawód dochodowy?

– To pewnie zależy od podejścia. Mnie nie udało się zgromadzić żadnych dóbr materialnych, ale też o nie specjalnie nie zabiegałem. Miałem okresy, kiedy zarabiałem lepiej i kiedy zarabiałem gorzej. Pewnie najlepszy okres pod tym względem to był koniec lat 70., gdy realizowałem serial telewizyjny „Układ krążenia”. Najgorszy jest czas obecny, co wiąże się z tym, że prawie nie robię filmów.

Jest to związane z pandemią, ze zmianami w kulturze, z polityką?

– Zacznę od rzeczy najbardziej oczywistej, z którą nie wiąże się ani polityka, ani łaskawość władz. Film zawsze był i jest domeną ludzi młodych. W Polsce istnieje bardzo silny ageizm, i to we wszystkich dziedzinach. W filmie ma to postać skrajną. Wiek oczywiście łączy się z różnymi niedogodnościami, chorobami, ale przecież nie u wszystkich. Czuję się w pełni sił twórczych, nic mi specjalnie nie dolega, myśl mi się nie gmatwa i pomysłów nie brakuje. Tyle że nie mogę ich zrealizować. Powody są różne. Pierwszy z nich to wyraźna zmiana kulturowa, która nastąpiła w wieku XXI. Nastąpiły znaczące przewartościowania, a także daleko posunięte komercjalizacja i globalizacja.

No i są wreszcie powody czysto polityczne. Oczywiście nie jestem zwolennikiem rządzącej obecnie Polską formacji. Jestem zdecydowanie drugiego sortu. To dodatkowo komplikuje moją sytuację. Polski Instytut Sztuki Filmowej odrzucił w ostatnich kilku latach wszystkie składane przeze mnie propozycje – poza jednym wyjątkiem. Dostałem dotację na rozwój projektu filmu „Ostatnie tabu”. Teraz złożyłem go na produkcję. Projekt dla mnie nietypowy, o polskim przemyśle funeralnym. Bardzo wierzę w ten film. Z powodu pandemii jest obecnie bardzo na czasie, a przy okazji jest też ponadczasowy. Dotyczy nas wszystkich, zawsze.

Podsumowując – byłem i jestem outsiderem. W czasach PRL-u byłem ignorowany i szykanowany, w III RP byłem ignorowany i marginalizowany, a za rządów PiS, w PRL bis, jestem ignorowany, marginalizowany i szykanowany.

A mimo to w latach 90. zrobiłeś ponad 30 filmów!

– Po roku 1989, kiedy odzyskaliśmy niepodległość, otworzyły się całkiem nowe możliwości. Zniknęły cenzuralne bariery. W dodatku była niesamowita koniunktura spowodowana tym, że telewizja publiczna chętnie uczestniczyła w projektach misyjnych, czyli niekomercyjnych i ambitnych. Zrealizowałem wówczas m.in. filmy o zjawiskach dotąd w Polsce nieznanych lub o których się dotąd nie mówiło. Film „Trwoga” był poświęcony ludziom z krajów byłego ZSRR pracującym w Polsce legalnie i na czarno. „Odejścia, powroty” mówiły o ludziach, którzy przeżyli śmierć kliniczną. „Przystanek do raju” to film o imigrantach szukających w Polsce azylu. Zrealizowałem też cały szereg filmów, które wcześniej nie mogły powstać ze względów cenzuralnych: „I naprawdę nie wiedzieliśmy…”, pierwszy film o Marcu ’68, „Jestem ostatnia” o Lidii Ciołkoszowej, „Na Hożej Jasnej i Słonecznej” o Kazimierzu Moczarskim, „Dziennik pisany pod wulkanem” o Gustawie Herlingu-Grudzińskim, „Był sobie mur” o budowie i upadku muru berlińskiego oraz o niezwykłym Muzeum Muru przy Check Point Charlie, którego twórcą i wieloletnim dyrektorem był Rainer Hildebrandt.

Czy któryś uważasz za film życia?

– Moim życiowym projektem była ekranizacja ostatniej ukończonej powieści Marka Hłaski „Sowa, córka piekarza”. Przeczytałem tę książkę po raz pierwszy od razu po jej ukazaniu się, w roku 1969. Kończyłem wtedy studia w Szkole Filmowej w Łodzi. Byłem oszołomiony książką i natychmiast postanowiłem, że zrobię z niej film. Miałem trzy podejścia. Pierwszy scenariusz napisałem w stanie wojennym, zachęcany do tego przez Juliusza Burskiego, kierownika literackiego Zespołu Filmowego „Perspektywa”. Scenariusz został złożony, ale od ministra Bajdora zamiast akceptacji otrzymałem kolejny wilczy bilet, tym razem za prowokację polityczną, jaką jego zdaniem było zorganizowanie nielegalnej projekcji „Przechodnia” i zaproszenie na nią „niewłaściwych” widzów. Potem na pewien czas zapomniałem o tym projekcie zajęty realizacją kolejnych dokumentów. Teraz tego żałuję, bo w latach 90. „Sowa” mogła jeszcze polecieć.

Miałem jeszcze dwa podejścia. Za pierwszym razem film został odrzucony przez komisję ekspertów, której liderem był Waldemar Krzystek, za drugim razem odrzuciła go komisja Janusza Zaorskiego. Recenzję dostałem entuzjastyczną: profesjonalny scenariusz, dobry, doświadczony reżyser z ogromnym dorobkiem itd. Nic, tylko robić. Ale projekt został odrzucony. Komisja miała tyle bardzo dobrych projektów… Potem oglądam te filmy zrealizowane z bardzo dobrych projektów i włos się jeży.

Pracuję w tej branży już pół wieku i dochodzę do wniosku, że niezależnie od tego, kto rządzi Polską od 30 lat, polską kinematografią rządzi kilka rodzin mafijnych. Trzeba do jednej z nich należeć. Outsider nie ma żadnych szans.

Co robisz, jak nie kręcisz filmów?

– W czasie pandemii z braku zajęć filmowych dużo czytam, no i trochę piszę. Za miesiąc wyjdzie w Instytucie Mikołowskim mój kolejny tom poezji „Popiół i popiół”. Poprzedni, „Pieśń pod pieśniami”, został wydany w roku 2016 przez wydawnictwo Austeria. To była moja trzecia książka poetycka. Ukazywały się one w odstępach dwudziestoletnich. Teraz mam już mniej czasu, więc dystans się skrócił. Mam jeszcze jeden pomysł wydawniczy, który hołubię czule. Wiąże się to z wiekiem, z przemijaniem, z dokonywanym nieustannie bilansem życiowym. Chcę wydać swój dziennik. Prowadzę go, niezbyt systematycznie wprawdzie, ale od wielu lat. Książka będzie obejmować lata 1968-2000. Zacznie się od opisu mojej podróży z Łodzi do Warszawy 8 marca 1968 r. Ma już tytuł: „Z tysiąca i jednej niemocy”. Na razie szukam wydawcy.

W sprawach filmowych też coś drgnęło. Po kilku latach przestoju w roku ubiegłym zrealizowałem na zamówienie Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie film dokumentalny „Chwila, która nie powróci”, pastelowy obraz kolektywu teatralnego w czasach pandemii, a w tym roku ukończyłem „Ten Lublin…”. A w perspektywie jest jeszcze „Ostatnie tabu”.

*Andrzej Titkow (ur. 1946 r.) – poeta, reżyser, scenarzysta, producent i wykładowca akademicki. Urodził się i mieszka w Warszawie. Ma w swym dorobku 80 filmów dokumentalnych, kilka fabularnych filmów telewizyjnych (w tym serial „Układ krążenia”), film kinowy pt. „Światło odbite”, spektakle teatralne i telewizyjne.

Autor trzech tomów poetyckich i książki „Inteligent niepokorny w kraju realnego socjalizmu”.

Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2013).


WYWIAD Anna Żebrowska

Andrzej Titkow: Z dzieciństwa pamiętam, że mało ucierpiałem jako „Żyd”, często bywałem „Ruskiem”


O poezji Andrzeja Titkowa pisze Ludwik Lewin

TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. W wywiadzie jest mowa o „Uniwersytecie Lubelskim”. Mam wrażenie, że chodzi o Katolicki Uniwersytet Lubelski, założony w 1918 r. W 1944 r. dołączył do niego Uniwersytet M. C. Skłodowskiej. „Uniwersytetu Lubelskiego” nie było i nie ma w Lublinie. Dlaczego ucięto słowo „Katolicki”?. Przecież to ten uniwersytet wydał wspomnianą pracę p. Titkowa.
    Każdemu należy oddać sprawiedliwość i to co mu się należy.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.