lewin5

O poezji Andrzeja Titkowa

Ludwik Lewin

ANDRZEJ TITKOW albo ONTOLOGIA NIEISTNIENIA

Dostałem wydane niedawno przez krakowsko-budapeszteńską „Austerię ”wiersze zebrane Andrzeja Titkowa. Tom nosi smutny tytuł „Pieśń pod Pieśniami”.

Dziesiątki filmów, wszystkie ciekawe, niektóre wspaniałe, obecność na polskiej scenie poetyckiej od blisko pół wieku, kierownicze stanowisko w telewizji, dyrekcja literacka festiwalu filmowego… Dorobek Andrzeja Titkowa jest ogromny, a kariera, przedstawiona w punktach, wydawać się może godna pozazdroszczenia.

titkowŻycia się jednak nie da przedstawić w punktach, a nawet jak się da, to pożytek z tego niewielki i punkty bezcelowe, do żadnego prawdziwego punktu nie doprowadzą. Albo są jak …” odłupane kamyki mozaiki, których nie potrafię złożyć w żadną całość”.

Pisał tak Titkow, jako młody poeta, z wiekiem ułożyła mu się poezja lepiej niż życie, które „pruje się od rana do wieczora   i od wieczora do rana delikatne jak brabancka koronka”, „w sensach (…) wątłych jak koronka żałobna z niegdysiejszego wiersza”.

POEZJA LEPSZA NIŻ ŻYCIE

„Niegdysiejsze wiersze” poety, jeżeli te właśnie ma tu na myśli, od dzisiejszych różnią się tłem, dekorum, akcesoriami, ale w jego poezji jest jedność i stałość samotności, niemożliwości porozumienia, rozpaczy.

A przecież mógł pójść inną drogą. Na skrzyżowaniu młodości i dorosłości wybrać mógł swój dar opisywania przyrody, godny Jesienina. Jego analizy peerelowskiej rzeczywistości pozwalają przypuszczać, że mógł stać się zaangażowanym i popularnym poetą społecznym. Wolał płynąć na statku pijanym.  

Już „Wstęp do Nienapisanego Poematu”, pierwszy tom Titkowa, wydany w Krakowie (też w Krakowie) w r. 1976 pokazywał, jak świetnie przetwarza poeta obrazy w słowa, jak słowa podporządkowuje myśli.

W „Wieczorze Cudów” wiersz, wbrew o pięćdziesiąt lat późniejszemu tytułowi książki, chce być, staje się „Pieśnią nad Pieśniami”. Już wcześniej w „Westchnieniu”, widoczny jest rozmach, pragnienie dojścia do przyrody, zjednoczenia z naturą, zdobycia boskości. nie tracąc pewności śmierci.

Młody Titkow poddaje się trochę modnemu wtedy turpizmowi. Bardzo dużo jest w wierszach z tego okresu mięsa, wiele toporów rzeźnickich i samych rzeźników. Gdzież on widział tyle mięsa w latach 60’? – chodziła mi przez starczą głowę myśl spłycająca głębię młodzieńczej pieśni.

FILOZOFIA BOLESNA

Filozofia Titkowa od początku była bolesna. Bolesna fizycznie. Bólem kończą się (i zaczynają?) próby kochania, próby poznania, próby określenia własnego bytu i miejsca pośród ludzi: „ktoś mnie trącił on był mną, ja nim byłem, ale bolało mnie ramię, bolały mnie oczy” (Lato w Mieście, 1973).

W którymś miejscu poeta mówi o „bólu świata”, ale jest to u niego ból konkretny, umieszczony w precyzyjnie określonych miejscach na planie miasta i duszy. Dotyk, choć prawie niemożliwy, jest bolesny, szczególnie, gdy w początku lat 70’, jak i dziesięć lat później, wbrew niemożliwości, dotyka Titkowa rzeczywistość ówczesnej Polski, świat odarty ze znaczeń, ale niejednoznaczny”, co widać w doskonałych wierszach artysty, gotowego na samokrytykę, posługującego się „drętwą mową”, która rzuca w rozpacz.

A ludzie? Są, lecz ich nie ma, jak wtedy, gdy „prześwitywało rozstanie, chociaż nie spotkaliśmy się jeszcze” i tam, gdzie „ta dziewczyna tak blisko, że niedotykalna”. A ja? „Ja otoczone mną zewsząd, lecz niesamowystarczalne, domaga się nazwy”.

Czy jednak, wobec względności czasu, powtarzalności, wymienności i nieruchomości zdarzeń, nazwy mają znaczenie? „Co nie wydarzyło się jutro w Budapeszcie, Zdarzy się wczoraj w Paryżu…”

Względność chronologiczna i geograficzna prowadzi do bezsilności:

Ten chłopiec we mnie,

który pisze wiersze

skaleczył się w palec

i głośno płacze

a ja,

ten bardzo dorosły

z teczką pełną pieczątek,

wciąż nie umiem mu pomóc.

(Zapis z 27 maja 96)

Do bezsilności, której konieczną konsekwencją musi być niespełnienie.

(…)

także tej nocy

nie znajdziemy

kwiatu paproci

(Zapis z 24 czerwca 96)

HIOB W ŚWIECIE BILLBOARDÓW

Wiersze z ostatnich siedemnastu lat, zebrane tu po raz pierwszy pod tytułem Pieśń pod Pieśniami, to zapis Hiobowego doświadczenia w świecie billboardów, elektroniki i cyfryzacji. W przeciwieństwie do autora innej Pieśni, warszawski poeta nie biegnie skacząc po górach, bo żyje „na jałowej równinie, na strzaskanej ruinie” (Sielce, 2002). Żyje? Nie, „jest to życie po życiu” pisze przed rzadką aluzją do żydostwa: …wśród imion jak te na strzaskanych kamiennych tablicach.

Hiobowe doświadczenie nie oznacza – szczęśliwie – hiobowego nastroju. W każdym razie nie zawsze. Nie brak przymrużeń oka, jak w wierszu, w którym poeta w dziadkach na parkowej ławce odnajduje niegdysiejsze szczyty nomenklatury.  Rozpoznaje tylko on, chłopiec z alei Przyjaciół, bo (…) „nawet te krnąbrne, rozwrzeszczane dzieci, żujące gumę, jedzące popcorn, popijające coca-colę. nic nie słyszały o ich świetlanej przeszłości”.

Smutek nie oznacza braku humoru, ale humor nie przekreśla smutku. Ta pieśń dochodzi do czytelnika z dna otchłani, a poeta nie tylko wie, że w przeciwieństwie do Horacego, omnis moriar (cały umrę). Bluźni, rzucając wyzwanie Kantowi, niszczące jego imperatyw kategoryczny:

…gdzieś się zapodziało

to prawo tajemne

wśród spadających nieustannie gwiazd

…gdzieś się zapodziało

 

(Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie – uprawomocniał etykę filozof z Królewca)

Nadzieję na życie znajduje poeta, na krótko, podczas pobytów na Krecie w r.2008 i 2010, które w Pieśni zaowocowały dwoma nieoczekiwanymi wierszami – Kreta: „Mógłbym tu chyba zamieszkać (…) I może, po prostu zacząłbym wreszcie żyć” i Pocztówka z Krety: „choć nadciąga zmierzch jest tak jakby nic nigdy nie miało się skończyć”.

W Liście znad Lety „…usta czują już cierpki smak nieuchronnego obola”, a zamykający tom Ojciec, wiersz o śmierci ojca poety, przynosi słabą konsolację, której przeczą wszystkie prawie, poprzednie wiersze:

Wiem,

jestem tu tylko przechodniem,

dlatego ze wszystkich sił

śpiewam,

wychwalam,

świętuję

tę chwilę

Nieśmiertelności

Czas żołnierzy wyklętych nie jest czasem wyklętych poetów. Wiersze Titkowa trafiają przecież w obawy, lęki, przerażenia, które każdego czasem ogarniają. I – paradoksalnie – ta poezja potrafi je ukoić. Nie zostawiajmy jej odkrycia naszym wnukom!    

Wszystkie wpisy Ludwika

TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: