Uncategorized

Leon Weintraub, Ocalały z Zagłady: Poczucie winy, bo przeżyłem, a inni z rodziny nie? Nigdy. Czułem wdzięczność, że żyję

Przyslala Rimma Kaul


Paula Szewczyk

Leon Weintraub, Ocalały z Zagłady: Poczucie winy, bo przeżyłem, a inni z rodziny nie? Nigdy. Czułem wdzięczność, że żyję

Leon Weintraub, Ocalały z Zagłady: Poczucie winy, bo przeżyłem, a inni z rodziny nie? Nigdy. Czułem wdzięczność, że żyję (Centrum Dialogu im. M. Edelmana)To mylenie porządku! Poczucie winy wskazuje na aktywność, mógłbym je mieć, gdybym przyczynił się do śmierci kogoś z mojej rodziny, np. wydał ich w ręce gestapo, by ocalić siebie. Czuję głęboki smutek i żal, że osoby mi bliskie zmarły, ale wyrzuty sumienia, bo ja sam przeżyłem, są dla mnie nie do przyjęcia – mówi Ocalały z Zagłady, 95-letni Leon Weintraub, autor książki „Pojednanie ze złem”.

Paula Szewczyk: Znalazł się pan w Litzmannstadt Ghetto, getcie łódzkim, w którym tylko z głodu i chorób zginęło przeszło 40 tys. Żydów. Miał pan wówczas ledwie 13 lat, szczęśliwie uniknął wywózki w czasie Wielkiej Szpery, pracował ponad siły. Zaskoczyło mnie, że mimo to mówi pan, że w getcie wiódł „bardzo spokojne życie”.

Leon Weintraub: Tłumaczę to tym, że chociaż żyłem za drutami getta, było to życie w gronie rodzinnym. Mieszkałem z mamą, czterema starszymi siostrami, razem w jednym pokoju była jeszcze ciocia Ewa, jej mąż Michał, kuzyn Leon z Warty nad Wartą. To ciepło rodzinne, które dostawałem, więź, jaka tworzyła się między nami, obecność tych wszystkich ludzi obok, dawały mi oparcie.

Zapowiadała się na utalentowaną malarkę, ale jej życie brutalnie przerwała wojna. Do dziś nie wiadomo, jak zginęła Gela Seksztajn

Oczywiście dookoła wciąż panowała ta sama okropna rzeczywistość, nieprzerwane, dotkliwe głodowanie i codzienna mordercza praca. Mózg wypełniało mi wówczas właściwie tylko jedno pytanie: jak zdobyć coś do jedzenia?    

Dawid Sierakowiak, 19-latek, po którym zostały z getta dzienniki znalezione po wojnie, pisał, że głód wypełniał go całego.

Podziwiam ludzi, którzy w takich warunkach byli w stanie przelać na papier to, co obserwowali. Ja dla siebie takiej możliwości nie widziałem. Nie byłbym w stanie powiązać myśli, nawet myśleć o zapisywaniu tego, co przeżywam. Jestem pełen podziwu czy to dla Dawida Sierakowiaka, czy Jakuba Poznańskiego, którzy się na to zdobyli i dzięki nim wiemy, jaki był stan umysłu zamkniętych w Litzmannstadt Ghetto na terenie miasta Łodzi.    

Ja byłem 13-latkiem, gdy zaczęła się wojna, miałem właśnie zacząć naukę w gimnazjum Józefa Piłsudskiego. Nie byłem na to, co się stanie, przygotowany, nikt nie ćwiczy z dziećmi w szkole, jak zachować się w okresie prześladowań ani jak poradzić sobie z głodem.    

13-latek, który z dnia na dzień musi się zmierzyć z dorosłością, pójść do pracy…

Mentalnie byłem ciągle chłopaczkiem, choć pomagało mi chyba moje oczytanie, od piątego roku życia czytałem dziesiątki książek i byłem fanatycznym kinomanem. To poszerzyło mój horyzont, byłem w stanie otoczyć się kokonem, który nie dopuszczał negatywnych emocji. Taki widać miałem odruch samozachowawczy, żeby nie przeżywać bezpośrednio ani intensywnie sytuacji, w której znalazłem się ja i cała żydowska ludność Łodzi.REKLAMA

Praca była uciążliwa, bez dwóch zdań, ale chyba na dłuższą metę mózg nie daje rady funkcjonować w tak dużym natężeniu. A że wiedziałem, że czas goi rany –  któż pamięta po roku, co mu się działo wcześniej przykrego – postanowiłem, że muszę zrobić wszystko, by z gojeniem nie czekać, a wyciszyć ból samemu, od razu. Byłem racjonalistą, miałem myślenie rzeczowe, pytałem siebie, dlaczego mam czekać rok czy dwa, aż cierpienie zacznie słabnąć? Muszę zawalczyć o siebie teraz. To, co widziałem i jak się czułem, starałem się odłożyć do archiwum, nie zapomnieć, ale odłożyć, żeby nie przeszkadzało mi w codziennym funkcjonowaniu. Może to się wydawać niektórym niemożliwe, ale proszę mi wierzyć, że w niezwykłych  czasach ludzie są zdolni do niezwykłych rzeczy.    

Tak udało się pokonać lęk, że tyle osób wokół ginie, mogę przecież być następny?

Nie przypominam sobie, żebym podczas pobytu w getcie, ale i w obozach koncentracyjnych Auschwitz-Birkenau, Gross-Rosen, Flossenbürgu i Natzweiler-Struthof myślał o śmierci. Mnie się udawało takiej myśli do siebie w ogóle nie dopuszczać. Żyło się wtedy nawet nie tyle dniem, ile chwilą. Człowiek jest tak wyczerpany, żyje w otępieniu, po prostu trwa. Nie myśli ani o tym, co było, ani o tym, co będzie. Byłem wtedy niemal na poziomie bezmózgowca. Mało tego, ja kochający mamę i siostry chłopak nie przypominam sobie ani jednej chwili, bym zastanawiał się, co się z nimi stało po przybyciu do Auschwitz. Rozstanie było bolesne i trudne, ale później tego nie analizowałem.

To był chyba jakiś odruch samozachowawczy, byle nie dopuszczać do siebie tego, co działo się wokół.

To był świat o zupełnie innym zachowaniu się ludzi, także wobec innych ludzi. Nawet ci, co byli w Sonderkommando i przenosili ciała uśmiercone gazem cyklon, wiedzieli, że za trzy miesiące to oni będą wyeliminowani, a pomimo to pracowali. Bo to chyba coś bardzo podstawowego, że dopóki się żyje, to się żyje. Widziałem to też później, już jako lekarz specjalista, że nawet ciężko chory na raka bardzo rzadko chce zakończyć swoje życie i przestać cierpieć. Póki oddycha, póki serce bije, chce się żyć.

Wtedy na rampie nie mógł pan przewidzieć, że widzi mamę ostatni raz. 

Krzyk: mężczyźni na lewo, kobiety na prawo. Widzę ją do dziś jak na obrazie. Po wygnaniu nas z wagonów bydlęcych pomachałem do niej i mówię: „Mamo, zobaczymy się w środku!”. Ma na sobie granatowy kostium, białą bluzkę i jeszcze trochę różu na policzkach. Nie wygląda na swoje 50 kilka lat, a całkiem świeżo i czynnie. Ale niestety, moja świętej pamięci siostra Lola opowiadała mi później, jak na rampie stała grupa ubranych w czarne uniformy oficerów, którzy ruchem kciuka decydowali o życiu i śmierci. Wskazali na siostrę mamy Ewę, która była od niej o 10 lat starsza. Przez to, że ona moją mama trzymała za rękę kurczowo, pociągnęła ją za sobą. Czasem myślę, czy gdyby nie to, mama miałaby szansę przeżyć, była przecież z trzema córkami, zdrowa, mogła pracować. Ale niestety tego samego dnia została zamordowana w komorze gazowej, potem jej zwłoki spalono w krematorium.

Matka wychowywała pana i córki w pojedynkę, na początku XX wieku wydaje się to dla kobiety ogromnym wysiłkiem.

W pewnym sensie mama ofiarowała nam swoje życie. Miałem półtora roku, kiedy ojciec zmarł. Po jego śmierci sprzedała wszystko, co mogła, by założyć małą pralnię i jakoś nas utrzymać. Był rok 1927, nie była stara, miała dopiero 37 lat, a została sama z piątką dzieci. Musiała pracować, a nie miała przy tym szans na życie prywatne dla siebie.    

Pralnia mieściła się przy ulicy Kamiennej 2 w Łodzi, obecnie to róg Włókienniczej i Wschodniej. Wejście od ulicy, po lewej stronie półki na gotową, wypraną bieliznę, dwa przepierzenia, przy oknie wystawowym i do pozostałego pomieszczenia, a za nimi trzy stoły do pracy, które wieczorami stawały się łóżkami dla moich sióstr. Zaś w drugim pomieszczeniu kredens kuchenny, za którym były dwa łóżka, jedno dla mnie i drugie dla mamy. Po prawej stronie przy wyjściu na podwórze stał murowany kocioł z paleniskiem do gotowania bielizny, obok balia z wyżymaczką, a na suficie drążki do suszenia wypranej bielizny. Tak wyglądało miejsce pracy i zamieszkania samodzielnie wychowującej piątkę dzieci kobiety.

Jedyne zdjęcie rodziny Leona Weintrauba sprzed wojny. Reszta pamiątek i rodzinne archiwum spłonęło w getcie. Na fotografii: mama siedzi na dole po prawej, obok niej siostra Ewa Widawska, z którą poszła do krematorium.JEDYNE ZDJĘCIE RODZINY LEONA WEINTRAUBA SPRZED WOJNY. RESZTA PAMIĄTEK I RODZINNE ARCHIWUM SPŁONĘŁO W GETCIE. NA FOTOGRAFII: MAMA SIEDZI NA DOLE PO PRAWEJ, OBOK NIEJ SIOSTRA EWA WIDAWSKA, Z KTÓRĄ POSZŁA DO KREMATORIUM. ARCHIWUM RODZINNE

Dawała sobie radę?

Mama była dobroduszna, nigdy złego słowa nie słyszałem z jej ust, zawsze pełna zrozumienia. Choć nie było to łatwe życie, także dla moich starszych sióstr. Lola miała w 1939 roku 19 lat, nie było mowy, żeby kogoś przyjąć do domu, tak samo jak ja nie miałem możliwości, żeby zaprosić do siebie kolegę z klasy. Warunki, mówiąc oględnie, bardzo skromne, właściwie ubogie. Siostry nie miały żadnego życia intymnego, nie było nawet gdzie się myć ani kąpać, a przecież wszystkie miewały okres. Dziś wydaje się niewyobrażalne, by żyć w takich warunkach. Ale rodziną byliśmy bardzo ciepłą. Relacje popsuły się za to z rodziną od strony ojca. U Żydów istnieje zwyczaj, że bracia zmarłego zobowiązani są zająć się wdową, aż do jej ponownego ożenku, jeśli nie mają własnej rodziny. Proponowali mamie różne małżeństwa, ale odmawiała, mówiła, że woli sama wychowywać dzieci, więc z czasem tamta strona rodziny się od niej odwróciła.

Wielu z tych, którzy ocaleli, mówiło o poczuciu winy wobec tych, którzy zginęli. Tu pańska opowieść zaskakuje mnie po raz drugi, bo pan takich wyrzutów nie miał?

Nic a nic! To mylenie porządku! Poczucie winy wskazuje na aktywność, mógłbym je mieć, gdybym przyczynił się do śmierci kogoś z mojej rodziny, wydał ich w ręce gestapo, by ocalić siebie. Ale w wypadku przeżycia Zagłady taka aktywność nie zachodzi. Czuję głęboki smutek i żal, że osoby mi bliskie zmarły, doliczyłem się przed wojną 80 członków rodziny, po niej już tylko 16, czyli cztery osoby na pięć zginęły. Ale nie mam z tego powodu poczucia winy, czuję ogromną wdzięczność, że żyję. Dla mnie wyrzuty sumienia z powodu przeżycia są nie do przyjęcia.

Miał pan taki moment, że nie chciał o Zagładzie mówić? Przecież nikt, kto tego nie przeszedł, nie może zrozumieć.

Od początku oczywistym było dla mnie, że będę o Zagładzie mówił. Swoim dzieciom opowiadałem od razu w zależności od wieku bez drastycznych szczegółów. Nigdy nie ukrywałem tego, kim jestem ani przez co przeszedłem. Przecież w Polsce właściwie nie było rodziny, która nie ucierpiała na skutek wojny, nie było z czym się kryć. Choć w pierwszych latach po niej mieszkałem i studiowałem w Niemczech.    

Chciałem mówić o przeszłości z dwóch powodów. Po pierwsze, słysząc, że niektórzy ludzie zaprzeczają, iż Zagłada miała miejsce.

Po drugie, bo ta hydra wielogłowa, nazizm, pewne kierunki prawicowe zaczynają się właśnie od niechęci wobec innych, co w linii prostej prowadzi do komory gazowej.

Regularnie mam spotkania z młodzieżą w Szwecji, jeżdżę też sporo do Niemiec, Polski, czasem Stanów Zjednoczonych. Lubię rozmowy z młodymi, bo uważam, że ludzi starszych z zakorzenionymi osądami i uprzedzeniami trudno naprostować w myśleniu. Podobno Einstein powiedział, że ludzkości udało się wylądować na księżycu, ale nie udaje się wyrugować z ludzkich mózgów uprzedzeń. Mówię do młodych, też jako ginekolog położnik, że gdy pomagam dziecku wydostać się z łona matka, w jego mózgu nie ma ani wiary, ani religii, ani uprzedzeń. To ładowane jest do jego głowy później. Mówię, że każdy, kto się rodzi, powinien mieć te same prawa, bo współczesna wiedza o genetyce, nasze DNA wykazuje, że nie ma ras ludzkich. Cała teoria rasistowska o odmiennych typach ludzi opierała się na fałszywych przesłankach, jest tylko jedna rasa ludzka: Homo sapiens.    

Dlatego nie miał pan oporu, by po wojnie zamieszkać w Niemczech? Niektórzy po tym, co się stało, nigdy już nie postawili stopy na niemieckiej ziemi.

Siostry Stefcia (Szajndla) i Genia (Gołda) Ryba na podwórku w Rybniku

Ja odróżniam ludzi i kraj od systemu czy przedstawicieli ideologii. Nie mam też żalu do ludzi w Polsce jako takich, ale do ludzi, którzy w PRL-u wywołali atmosferę, w konsekwencji której wyrzucono mnie z pracy ordynatora szpitala położniczo-ginekologicznego im. Stefana Batorego w Otwocku – tak. To była wielka „pozycja”, byłem „figurą”, a straciłem to ze względu na donos, jakoby robię na Polkach eksperymenty medyczne. To była dla mnie ogromna tragedia, bardzo ciężko to przeżyłem. Gdy nagrałem w styczniu 1997 r. wywiad dla Shoah Foundation Stevena Spielberga, mój przyjaciel powiedział mi: póki opowiadasz o dzieciństwie i wojnie, masz spokojny, rzeczowy ton. Ale z chwilą, gdy zaczynasz mówić o 1968 r., okresie prześladowań przez twoich, przez Polaków, zmieniasz i mimikę, i sposób mówienia. Ja mu na to: słuchaj, to było co innego, byli hitlerowcy, była wojna, cóż ja mogłem, byłem maluczkim osobnikiem wobec tej olbrzymiej machiny. Ale jeżeli ci, których uważasz za swoich, za bliskich, cię krzywdzą, to jest gorzkie, trudne do przeżycia.    

Podobnie było, gdy w 1947 r. ożenił się pan z Niemką Katją Hof?

Katja pochodziła z Berlina, studiowała języki słowiańskie, szukała kogoś, kto poduczyłby ją polskiego, a ja szukałem na studiach medycyny, które zacząłem w 1946 r., kogoś, kto nauczy mnie niemieckiego, tak się poznaliśmy. Nasz pierwszy syn urodził się rok później. Gdy Gmina Żydowska w Getyndze dowiedziała się, że wziąłem ślub z Niemką, mało tego – mamy dziecko, skreślili mnie z listy pomocowej. Zostałem bez środków do życia. To też było gorzkie doświadczenie, ale – jak to napisał mój przyjaciel Marian Turski – trzy razy zaczynałem życie od nowa i trzy razy się udało. Czemu to zawdzięczam? Trudno powiedzieć, chyba mój umysł tak postanowił działać: opracować rzeczy negatywne i cieszyć się pozytywnymi. Przetrwać złe chwile, żeby nabrać sił do nowych zadań. Zawsze miałem z tyłu głowy, że z zamartwiania się nic dobrego nie przyjdzie, więc nie mogę marnować na nie czasu. To zużywanie życiowej energii, którą można przekuć w coś innego.

Tym samym kierował się pan po śmierci żony?

To był dość długi okres żałoby, ale nie mogłem sobie w gruncie rzeczy na nią pozwolić wypełniony poczuciem obowiązku: przecież miałem trzech synów, musiałem się nimi zająć. To było w 1970 r. już w Szwecji, w której żona źle się czuła. W Polsce miała pracę, robiła karierę, musiała to wszystko zostawić. Miałem wyrzuty sumienia, że to przeze mnie musimy zacząć kolejny raz od nowa. Ale nie spodziewałem się, że wpadnie w taką depresję, by targnąć się na własne życie. To było dla naszej rodziny ogromne zaskoczenie, ale odpowiedzialność za dobro synów była wówczas silniejsza niż potrzeba opłakiwania straty. Katja była bardzo zdolną tłumaczką polskiego, dzięki jej przekładom Januszowi Korczakowi  przyznano pośmiertnie prestiżową Nagrodę Pokojową Księgarzy Niemieckich, którą dostał też później m.in. Czesław Miłosz.    

Ulica Włókiennicza, przed wojną ulica Kamienna z piosenki Agnieszki Osieckiej. Miejsce, w którym przed wojną mieściła się pralnia i mieszkanie rodziny Weintraubów.ULICA WŁÓKIENNICZA, PRZED WOJNĄ ULICA KAMIENNA Z PIOSENKI AGNIESZKI OSIECKIEJ. MIEJSCE, W KTÓRYM PRZED WOJNĄ MIEŚCIŁA SIĘ PRALNIA I MIESZKANIE RODZINY WEINTRAUBÓW. ARCHIWUM LW

Dlaczego w Polsce jeszcze zaraz po wojnie uznano pana za zdrajcę?

Po powrocie do Polski w 1946 r. nie mogłem się odnaleźć. Przyjechałem do Łodzi, z grupą młodzieży z Bergen Belsen, spaliśmy w bursie przy alei Kościuszki na podłodze, warunki ciężkie. I jeden z tej grupy Hilek mówi, że wraca do Niemiec do swojej ukochanej, ja na to: „Jadę z tobą!”, dołączył jeszcze jego kuzyn i wróciliśmy do Niemiec. To się niektórym nie spodobało, uważali, że powrót tam to „zdrada”.

Po paru miesiącach zacząłem na poważnie myśleć o swojej przyszłości, złożyłem papiery na wydział medyczny w Getyndze, bo było wówczas zarządzenie, że każda uczelnia ma zarezerwować kilka miejsc dla tych, którzy Ocaleli, i ja takie dostałem. Nie przyszło to łatwo, miałem bardzo długą rozmowę z dziekanem, który próbował mi to wyperswadować, wiedząc, że do wybuchu wojny miałem ukończone tylko sześć klas szkoły podstawowej i nie znałem niemieckiego. Ale ja z uporem maniaka powtarzałem tylko: „Proszę mi dać spróbować”. Zgodę dostałem na jeden semestr, warunkiem było, że zdam wszystkie egzaminy. I zdałem. Maturę pisałem jako eksternista po czterech semestrach. Ale w roku 1950 wojna koreańska spowodowała, że Polska, jako oddany Związkowi Radzieckiemu kraj, stanęła w konflikcie po jego stronie, nadszedł kryzys w relacjach, zamknięto wszystkie placówki konsularne i ja zdecydowałem się  wrócić do kraju. Studia, pracę, doktorat, stanowisko, to wszystko już zdobyłem po powrocie do kraju.  Nastąpiły najlepsze lata mojego życia zawodowego.

Potem walka o godność, która skończyła się emigracją?

Znowu zacząłem być traktowany jako człowiek drugiego sortu, co w Polsce obecnie jest także aktualne w pewnym gronie ludzi. To był trudny okres, ale znowu poczucie odpowiedzialności za rodzinę i siebie było tak silne, że zacisnąłem zęby. Niekiedy żartobliwie mówię, że jako Żyd mam za sobą dwa tysiące lat dostosowywania się do zmienionych okoliczności: exodus, zniszczenie Świątyni, diaspora.

Szwecja przyjęła mnie z otwartymi ramionami, bo potrzebowali lekarzy.

Miałem wprawdzie możliwości wyjazdów także do innych krajów, bo byłem wykształconym specjalistą. Izraela nie brałem pod uwagę sam, bo mając trzech synów i wiedząc, że ten kraj jest w ciągłym stanie wojennym, uznałem, że moja rodzina zapłaciła już wystarczająco wysoki haracz życia, nie chciałem wyemigrować do kraju, w którym będziemy mieszkać w poczuciu zagrożenia, nie mogłem ryzykować.    

Byłem po doktoracie, przyjechałem do Szwecji jako specjalista chorób kobiecych, w 10 tygodni nauczyłem się języka na tyle dobrze, by móc zacząć pracować. Nie musiałem robić żadnych dodatkowych szkoleń, przejście w nowym kraju było w zasadzie gładkie.

Dziś nie mówi pan o sobie jako o ofierze Zagłady, ale jak o zwycięzcy?

Bo swoją obecnością udowadniam, że nie dałem satysfakcji hitlerowcom, którzy nas mordowali. Żyjemy, a to znaczy, że zwyciężyliśmy. Cierpiałem, byłem prześladowany, straciłem cztery piąte mojej rodziny, ale jestem i przeżyłem wszystkich, którzy w imię ideologii nazistowskiej chcieli inaczej.

Zaskakuje mnie jeszcze to, że przy humanizmie, w który pan wierzy, mówi pan, że nie podałby naziście ręki.  

Jak mógłbym wybaczyć komuś, kto wsypał cyklon do komory gazowej i zamordował mi matkę? Na to nie ma przebaczenia. Na te wydarzenia, jedyne w historii ludzkości, bo takiego przemysłowego mordowania ludzi i wynaturzenia wcześniej ani później świat nie widział, owszem, patrzę jako humanista. Ale nie muszę podawać ręki człowiekowi, który zabijał. Mogę i chcę dążyć do pojednania, do tego, by nic podobnego więcej nie miało miejsca. Nie mam wątpliwości, że trzeba zakończyć tę spiralę zła, wzajemne zarzuty „ty mnie to”, a „ty mnie to”, przestać dzielić ludzi na lepszych i gorszych. To paradoks i absurd, że nadal tak się dzieje. Czy nie łatwiej byłoby sobie wzajemnie pomagać? Wybór trudny nie jest.  

Leon Weintraub – urodzony w Łodzi w 1926 roku, zamknięty wraz z rodziną w Litzmannstadt Ghetto, więzień KL Auschwitz-Birkenau, Dörnhau, Flossenbürg i Offenburg. Po wojnie student wydziału medycznego uniwersytetu w Getyndze. Do Polski wrócił w 1950 roku, gdzie uzyskał dyplom lekarza i specjalizację ginekologa-położnika, obronił doktorat. W 1969 roku rodzina Weintraubów została zmuszona do emigracji, zamieszkali w Szwecji. Odznaczony Krzyżem Zasługi Republiki Federalnej Niemiec. Współpracuje z niemiecką fundacją Maximilian-Kolbe-Werk, organizacją Zweitzugen e.V. oraz polską Szkołą Dialogu. Kolekcjonuje koncert skrzypcowy D-dur, op. 61 Ludwika von Beethovena, ma prawdopodobnie największą kolekcję płyt tego koncertu na świecie.

'Pojednanie ze złem', Leon Weintraub, Magdalena Jaros, wydawnictwo Bellona’POJEDNANIE ZE ZŁEM’, LEON WEINTRAUB, MAGDALENA JAROS, WYDAWNICTWO BELLONA MAT. PRAS.

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. wspanialy wywid z madrym, ciekawym czlowiekiem. Poczucie winy to ciekawe zjawisko wsrod tych ktorzy przezyli Zaglade. Dr. Weintraub switnie o tym mowi, ale wina za nic nie jest zalezna od faktow. Teraz gdy Chaim Kozienicki zmarl dwa dni temu a mnie nie przyszlo do glowy zapytac sie go o poczucie winy. Smutek i zal za rodzine zamordowana z zimna krwia to nie jest poczucie winy. Dziekuje Leon!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.