Uncategorized

Pojednanie ze złem . Wątek 3  cz.2 / 3

Rozdział VII

Warszawski sen

A wracając do pierwszych dni w Warszawie…

Po Kongresie Pokoju miałem rozmowę z dziekanem wydziału lekarskiego profesorem Kacprzakiem, katedra higieny. Zaliczył mi trzy lata, ostatni rok nie, bo nie miałem zdanych egzaminów. Zamieszkałem w akademiku na Placu Narutowicza. Powolutku zacząłem starania o przyjazd Katji z Michałem. Odszukałem Rachmiela Brandwajna, który był mi bliski jak ojciec. Z czasów przedwojennych znał ludzi, którzy pracowali obecnie w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Wymógł, żeby Katja dostała wizę wjazdową. Mówił mi Rachmiel, że towarzysze byli zdziwieni. Uważali, że robię mi przysługę rozdzielając z Niemką i bękartem. Wyjaśnił, że chcę mieć żonę i syna przy sobie. Pojechałem do Szczecina, żeby się z nimi spotkać. To był kwiecień 1951 roku. 

Rodzina zamieszkała z tobą w akademiku?

Nie. Kiedy dostałem zgodę na ich przyjazd, stałem przez pół nocy w wydziale mieszkaniowym, żeby zdobyć mieszkanie. Dostałem skierowanie na Zajączka 7, przy Dworcu Gdańskim na Żoliborzu. Dom był niewykończony, brakowało ostatniego piętra. Budował go inżynier Żabierek, tak długo, że odebrano mu prawo, by skończył. Zamieszkaliśmy w pokoju z kuchnią. 

Z czego żyliście?

Byłem zajęty studiami, ale Katja szybko dostała pracę w redakcji niemieckiej czasopisma Polska, wydawanego przez Książkę i Wiedzę. Żartowaliśmy, że to „Broszura i Ignorancja”. Były tam też redakcja angielska, francuska i rosyjska. Rodzinę utrzymywała żona, ja dostawałem stypendium. Zrezygnowałem z niego na rzecz koleżanki z mojej grupy studenckiej, która z płaczem mi opowiedziała, że chyba musi przerwać studia, bo jej odebrano ten jedyny środek utrzymania. Poszliśmy we dwoje do dziekanatu, poprosiłem, żeby jej przydzielono moje stypendium. Spotkaliśmy się po latach na zjeździe absolwentów naszego rocznika. Powiedziała: „Leon, dzięki tobie skończyłam medycynę”.

Utrzymywaliście kontakty towarzyskie?

Od strony Katji mieliśmy znajomych z redakcji angielskiej. Zapamiętałem Freda Rose, Kanadyjczyka, członka Komunistycznej Partii Kanady, zamieszanego w słynny proces małżeństwa Rosenbergów. W Stanach oskarżono ich o przekazywanie planów atomowych USA Związkowi Radzieckiemu. Jako szpiegów skazano na wyrok śmieci na krześle elektrycznym, który wykonano. Fred uciekł razem z żoną i córką, dostał azyl w Polsce, często u nich bywaliśmy. Tam po raz pierwszy usłyszałem politycznie zaangażowaną muzykę The Weavers, poznałem książki Pablo Nerudy. Odnowiłem też znajomości z grupą z Bergen-Belsen. Pogodzili się, że w 1946 roku upuściłem nielegalnie z Polskę. Znów należałem do „nich”. Najważniejsze były jednak studia. 

Dlaczego jako specjalizację wybrałeś ginekologię?

Zrobiłem to świadomie. W Bergen-Belsen, gdy myślałem o przyszłości, chciałem zostać albo lekarzem, albo nauczycielem. W medycynie najpierw fascynowała mnie neurologia, ale potem zdecydowałem się na położnictwo. Towarzyszenie i pomoc w cudzie narodzin to było coś, co do mnie przemawiało. Pomóc do ŻYCIA…ponieważ miałem tyle styczności ze ŚMIERCIĄ… Gdy robiłem kurs z ginekologii i położnictwa, zapisałem się do kółka naukowego. To tylko umocniło mnie w słuszności wyboru. W wolnych godzinach dyżurowałem w instytucie chorób płuc na Płockiej – był tam oddział ginekologiczno-położniczy. Spędzałem każdy wolny dzień i noc, obserwowałem, przyswajałem.  W grudniu 1952 urodził się tam Robert, a w 1954, Andrzej. Obu synów przyjmowałem na świat, choć inni lekarze się dziwili. Twierdzili, że trudno zachować profesjonalizm. A ja uważałem, że umiem wyłączyć emocje. Katję traktowałem jak każdą inną pacjentkę, o co potem miała pretensje.

Większa rodzina miała, „większe” potrzeby.

Nie mogliśmy w piątkę mieszkać w pokoju z kuchnią, tym bardziej że na Zajączka zaczął przeciekać dach. Musiałem coś zrobić. Tym razem udało mi się załatwić przydział na mieszkanie na Armii Ludowej 6 na tzw. Latawcu. Nie było duże, raptem dwa pokoje na szóstym piętrze. W jednym stała rozkładana sofa dla mnie i Katji. Były półki na książki, stół. Drugi pokoik zajmowały dzieci i gosposia, która pomagała przy chłopcach. Najpierw była Helena, a kiedy wydaliśmy ją za mąż, Krysia. Warunki mieliśmy skromne, ale intensywność życia i cel: najpierw skończyć studia, zostać lekarzem, potem zrobić doktorat sprawiały że sprawy zewnętrzne były wtórne.  Zresztą jak to podkreślam, mam inną perspektywę. W porównaniu z dzieciństwem, nie mówiąc o okresie wojny, każde warunki były komfortowe, a wszystkie problemy do pokonania.  Nasz blok był ciekawy, dwa piętra pod nami mieszkała Alina Janowska. W windzie spotykałem aktora Mieczysława Czechowicza. 

W 1953 roku szczęśliwe zdałem końcowe egzaminy na medycynie. I zaczął się problem. Nie byłem w partii, długo nie chcieli mnie przyjąć do ZMP. Kiedy próbowałem się zapisać usłyszałem zarzuty: dlaczego tak późno wróciłem do Polski, dopiero w 1950 roku? To wyglądało podejrzanie. Co robiłem na Zachodzie, z kim się kontaktowałem? Może jestem szpiegiem? Sekretarz partii na Akademii Medycznej, towarzysz Kraska, powiedział wprost : „kolego, wy ani w Warszawie w klinice, ani z młodzieżą na uczelni pracować nie będziecie”. Starałem się wówczas o asystenturę na uczelni. Do dziś mam jego twarz przed sobą. 

Mogę sobie wyobrazić, że to było dramatyczne. Nadludzkim wysiłkiem zostajesz lekarzem i nikt cię nie chce.

Byłem bez zajęcia, ale znowu pomogła szczęśliwa gwiazda. Profesor Małgorzata Bulska, ordynator oddziału położniczo-ginekologicznego

na Płockiej, była żoną docenta Tadeusza Bulskiego z I Kliniki Położnictwa i Chorób Kobiecych AM. Dzięki niej dostałem pracę w przychodni chorób kobiecych ZUS’u. Miałem tam płatne trzy godziny. Trzy kolejne pracowałem w I Klinice Położnictwa i Chorób Kobiecych AM na Placu Starynkiewicza, choć byłem tam w świątek, piątek. Tak minął 1954-55 rok. W 1956 ogłoszono konkurs na wolny etat w Klinice na Starynkiewicza, zgłosiło się kilku chętnych, ja wygrałem. Zostałem asystentem Kliniki. W końcu przyjęli mnie do partii. Byłem jej członkiem z konieczności, nie z przekonania. 

Jak oceniałeś partyjną rzeczywistość? Zaangażowałeś się w politykę?

Mówiłem już, że szybko spadło mi bielmo z oczu. Obserwowałem, że większość kolegów to były, jak mówiliśmy „rzodkiewki”: na zewnątrz czerwone, w środku białe. Dla kariery, świętego spokoju ludzie zapisywali się do partii, w domu jej złorzeczyli. Ja wybrałem wewnętrzną emigrację. Byłem członkiem PZPR, biernym. Brałem udział w zebraniach, ale nigdy żadnej funkcji nie pełniłem. I nigdy już, poza Getyngą, nie zająłem się polityką. Zwłaszcza, że poznałem ją od środka.

Katja pracowała też jako tłumaczka symultaniczna. Czasem przez kilka godzin tłumaczyła na niemiecki Bieruta, potem Gomułkę, na zjazdach PZPRR, w których brały udział delegacje z NRD. Wiedzieliśmy, co dzieje się w kraju, ale w politykę się nie angażowaliśmy. Mieliśmy spokojne, dostatnie życie. Byliśmy zgodni ze sobą, otoczeniem, nawet z komunistyczną rzeczywistością. Choć krytyczni, bo odbiegała daleko od tego, jak ją sobie wyobrażaliśmy. O krwawo stłumionych strajkach w Poznaniu w czerwcu 1956’ czytaliśmy w gazetach. Zawsze byliśmy po stronie robotników, nigdy rządu. Ale nie aktywnie. Mając zawód, który nie był zależny od ideołogii i władz, mogłem w miarę normalnie żyć. Gorzej mieli dziennikarze, nauczyciele akademiccy, historycy. Ci, którzy byli w sferze propagandy. Ja z przekonań byłem socjalistą, liberałem. Znaczenie miała dla mnie cena jaką trzeba zapłacić za zmianę. Cena rewolucji, rozruchów od zawsze wydawała mi się zbyt wysoka. Opowiadałem się za reformami. Lepiej krok po kroku dążyć do zmian, niż drogą gwałtownych przewrotów, poświęcając ludzkie życie wywracać świat. Tak jest „taniej” i lepiej dla społeczeństwa.

W tych realiach jedyne co mogłem zrobić, to oddać się pracy i starać się być dobrym lekarzem. Być użytecznym. To słowo ma dla mnie dużą siłę. Całe życie po wojnie było temu podporządkowane, a nie własnemu ego.

Jutro cz.3/3

Ksiazke mozna kupic TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.