Uncategorized

U Wajdy na uspokojenie dostawał młotek i gwoździe. Polański mówił o nim: „To był naprawdę as”


Operator filmowy Jerzy Lipman w 1956 roku. (Fot. Ewa Szarfharc / PAP)10 kwietnia przypada setna rocznica urodzin znakomitego operatora filmowego Jerzego Lipmana (1922-83). Nawet gdyby tylko połowa rzeczy, które o nim wiemy, była prawdziwa, jego życie i tak należałoby uznać za nadzwyczajne.

Pamiętamy go przede wszystkim jako filmowca. Jeden ze współtwórców tzw. Szkoły Polskiej Andrzej Wajda mówił o nim:

„Zrobiłem z Lipmanem moją drugą etiudę w Szkole Filmowej w Łodzi – „Ceramikę iłżecką” (1951). On wcześniej pracował przy etiudzie Ewy Petelskiej „Wczoraj i dziś”, która działa się w piwnicy. Jacyś biedacy tam mieszkali. Jurek przez brudne, potłuczone okienko piwniczne sfotografował nogi przechodzących ludzi. To ujęcie pamiętam do dziś (…). W pracy z Jurkiem przekonałem się, że on jest zdolny robić zdjęcia w warunkach, w jakich się ich normalnie nie robiło. Przy „Pokoleniu” (1954) postanowił zrobić zdjęcia w pochmurny dzień. Gdy zaczęło padać, zdecydował się sfotografować deszcz. Wtedy zbuntowali się elektrycy: „»Lampy nam popękają. Nie wolno kręcić w deszczu« – krzyczeli”.

Sam Lipman mówił o tym: „Stare normy niełatwo dały się zdetronizować. Na przykład moje zdjęcia do »Pokolenia« dostały »niedostatecznie« w czasie oceny technicznej”.

Ale były świetne, w duchu włoskiego neorealizmu.

Uspokój się, wbijając gwoździe

Przed realizacją „Kanału” (1956) Lipman i jego operator kamery Jerzy Wójcik zeszli do warszawskich kanałów na rogu Miodowej i Długiej. Nie byli jednak w stanie przejść całej trasy, jaką pokonują bohaterowie scenariusza Jerzego Stefana Stawińskiego.

Zrozumieli, że w kanałach kręcić się nie da. Trzeba było zbudować dekorację. Zaczęli się też zastanawiać, jak pokazać, co dzieje się ze wzrokiem człowieka wychodzącego z kanału na światło dnia.

Lipman lubił kręcić szybko. Wajda tak wspominał realizację „Popiołów” (1965): „Lipman się denerwował, że nie wszystko jest jeszcze oświetlone. Elektrycy, chcąc go uspokoić, kładli przy jego krześle kilka gwoździ i młotek; Jurek, żeby się czymś zająć, wbijał te gwoździe w podłogę i dawał elektrykom szansę na spokojne ustawienie lamp”.

Rosjanin Michaił Bogin, z którym Lipman nakręcił „Zosię” (1967) z Polą Raksą, mówił o nim: „Nie wykonywał swojej pracy – ubóstwiał ją i jeżeli zachodziła potrzeba, chwytał za łopatę, pomagał ustawiać sprzęt oświetleniowy, układać szyny itd.”.

To był as

Stawiński poznał Lipmana na planie „Kanału”. Opowiadał później:

„Wiedziałem, że gdyby samemu zachciało mi się coś nakręcić, to on na pewno mi pomoże. I tak właśnie było, gdy debiutowałem, jako reżyser filmem »Rozwodów nie będzie« (1963). Gdyby nie Lipman, byłoby to prawdopodobnie nie do oglądania. Podpowiadał mi pewne rozwiązania, na które sam bym raczej nie wpadł. Sugerował mi rytm filmu, długości ujęć, sposób fotografowania. Nie mówił mi tego wprost, bardzo dyskretnie i elegancko mnie na to naprowadzał. Narobiłem przy tym filmie mnóstwo byków, ale dzięki Lipmanowi jest on dość płynny”.

Nawet Roman Polański, nieskory do pochwał, powiedział na użytek książki wspomnieniowej „Zdjęcia: Jerzy Lipman” (2005): „To był naprawdę as”.

A Lipman zrewanżował mu się: „Pamiętam swój nastrój przy realizacji »Noża w wodzie« (1964). Chciałem inaczej pokazać te wszystkie jeziora, jachty, mazurskie pejzaże. Starałem się uciec od stereotypowej rodzajowości. Rozumieliśmy się dobrze z Polańskim, realizacja tego filmu wydawała nam się sprawą ważną. Wiedziałem, że podobne elementy znaleźć można u Antonioniego, ale wierzyłem, że nam uda się przedstawić to inaczej”.

Żyd w niemieckim mundurze

Druga warstwa życia Lipmana to przeżycia wojenne. Lipman był polskim Żydem, synem dyrektora huty szkła w Wołominie. Podczas okupacji wydostał się z wołomińskiego getta. Ufarbował włosy na blond, żył po aryjskiej stronie, związał się ze zbrojnym podziemiem. Tyle że to mu nie wystarczało.

Zdobywszy fałszywe dokumenty, podróbki prawdziwych formularzy in blanco, stał się Georgiem Liebichem i przywdział… mundur Luftwaffen-Bau, niemieckiej organizacji budującej lotniska i fortyfikacje. Zachowały się jego zdjęcia w tym stroju. Jeździł w nim po Europie, żeby zdobyć broń dla Polskiej Armii Ludowej.

Operacje bez znieczulenia 

Najniezwyklejszą z przygód przeżył w kwietniu 1944 r. w Mediolanie. Obiecanej przez włoskich partyzantów broni Lipman i jego koledzy tam nie zastali, więc sami zaczęli rozbrajać włoskich żołnierzy. Na dworcu spotkali Niemca, esesmana. Wybuchła strzelanina. Lipman dostał w udo, Niemiec w pierś. Gdy nadjechał patrol, koledzy Lipmana uciekli.

Obaj ranni trafili do miejscowego szpitala wojskowego. Nieprzytomny Niemiec mówił w malignie, że go napadnięto, Lipman tłumaczył, że przyszedł mu z pomocą. Szczęściem dla niego kula w jego nodze nie pochodziła z broni Niemca, a kula w piersi tegoż z jego broni.

Lipman bał się, że Niemiec odzyska przytomność. Narzekając, że nie może spać, poprosił o pastylki nasenne. Ukradkiem podawał je nieprzytomnemu. Bojąc się, że pod narkozą mógłby się wygadać, bolesne operacje nogi Lipman przeszedł bez znieczulenia. Ranny Niemiec wkrótce umarł, Lipmana zaś Niemcy odznaczyli medalem za odwagę.

Odwaga, brawura, fantazja 

Jerzy Hoffman, z którym Lipman nakręcił cztery filmy, w tym „Pana Wołodyjowskiego” (1969), mówił: „Jurek miał bardzo semicką twarz. Żeby nas, którym opowiadał o okupacji, przekonać, że mógł udawać Niemca, pożyczył z rekwizytorni niemiecką czapkę wojskową. I rzeczywiście – gdy ją wkładał, jego semicki nos stawał się orlim nosem najbardziej aryjskiego z aryjskich esesmanów. To było niesamowite”.

Opowieści o bohaterstwie Lipmana jest dużo więcej, choćby ta, że w warszawskiej restauracji dla Niemców zastrzelił donosiciela z Wołomina, człowieka, który szantażował ukrywających się Żydów, jego zresztą także. Albo ta o wyjazdach biznesowych do Berlina, w którym Lipman nigdy nie schodził do schronu podczas alianckich nalotów, bo chciał nacieszyć się tym, jak Niemców bombardują.

Czy są to jednak historie w stu procentach prawdziwe? A może to jedynie mające dać pocieszenie fantazje przedstawiciela nacji skazanej na zagładę? Nie wiadomo. Część z nich pochodzi od Lipmana, część wdowa po nim – Eugenia – wydobyła od świadków tamtych wydarzeń.

O Lipmanie na wojnie chcieli pisać znani autorzy – Igor Newerly i Bohdan Czeszko. Ostatecznie tylko Stawiński wykorzystał jego dzieje w swoim scenariuszu „Człowiek, który zakpił sobie z III Rzeszy”. Tekst nie okazał się specjalnie udany, poza tym w latach 60. nie było w Polsce szans na jego realizację.

Strzały pewną ręką

Argumentem za prawdziwością wspomnień Lipmana może być jego postawa na planach filmów wojennych.

Wajda mówił: „Kiedy na planie był tłum i w tym tłumie coś się zaczynało dziać. Kiedy pojawiało się wojsko, kiedy trzeba było zaaranżować strzelaninę – w Jurka wstępował duch i dopiero wtedy był w swoim żywiole (…) W »Pokoleniu« ciągle strzelało się z ostrej amunicji. Chcieliśmy pokazać odrzut broni, a tego nie dało się osiągnąć inaczej. Obok aktora ustawialiśmy worek z piaskiem. Lipman porzucał na chwilę kamerę i swą niezawodną ręką strzelał np. dosłownie dziesięć centymetrów od Tadeusza Janczara. W »Kanale« używaliśmy już ślepej amunicji do broni automatycznej. Wyprodukował ją jakiś znajomy Jurka z konspiracji. Kręcił się na planie, Jurek z nim pertraktował”.

Sam Lipman tak spuentował podobne epizody: „Zdarzało mi się pracować z bardzo znanymi i doświadczonymi reżyserami, którym dlatego, że nie brali w takich walkach udziału osobiście, wojna wydawała się straszniejsza, niż jest w rzeczywistości”.

Jeż nadaje na kolegów

Druga wątpliwość tycząca Lipmana odnosi się do jego związków z peerelowskimi służbami. Lipman to bohater jednego z rozdziałów książki Filipa Gańczaka „Filmowcy w matni bezpieki” (2011). Gańczak dotarł do zobowiązania do współpracy podpisanego przez Lipmana i do liczącej 101 kartek jego tzw. teczki pracy.

Współpraca z bezpieką to prawdopodobnie pochodna aresztowania Lipmana w roku 1945 za „dezercję, napad z bronią w ręku i próbę kradzieży”. Siedział w więzieniu w Rawiczu z wyrokiem śmierci, który zamieniono mu na 10 lat pozbawienia wolności. Wyszedł w roku 1948.

W maju 1947 r. podpisał ponoć „pakt z diabłem”, przyjmując pseudonim agenturalny „Jeż”, którym posługiwał się do roku 1955. W latach 1963-64 był znany służbom jako „J”. Formalnie wyrejestrowano go w roku 1974.

Czytając cytowane przez Gańczaka raporty Lipmana, łatwo dojść do wniosku, że sądził on, iż wykiwa służby, tak jak wcześniej wykiwał Niemców. Że poda im informacje mało szkodliwe dla ich bohaterów, że udając ideowego komunistę, wykręci się od spotkań z oficerem prowadzącym, tłumacząc się nadmiarem pracy i wyjazdami.

Wiem, że do dokumentów bezpieki trzeba podchodzić krytycznie, bo mogły zostać spreparowane, ale czy komuś chciałoby się np. preparować opinię Lipmana o młodym i o mało wtedy znaczącym Wajdzie:

„Jest studentem III roku wydziału realizatorskiego PWSF. Wraz z Nałęckim [Konrad Nałęcki, przyszły reżyser „Czterech pancernych i psa”] przyjechał z Krakowa z ASP, gdzie był członkiem prezydium Zarządu Uczelnianego Związku Akademickiego Młodzieży Polskiej i gdzie wstąpił jako kandydat do PZPR. Jest serdecznym przyjacielem Nałęckiego i pod jego wpływem. Aktywnie nie pracuje i mniej wyrobiony politycznie od Nałęckiego. Na terenie szkoły nie należy do partii, gdyż dotychczas nie przyszły jego papiery z Krakowa”.

Ulubieniec naszych dziewczyn

Filmowi przyjaciele do dziś nie wierzą w agenturalną działalność Lipmana. Pamiętają go przecież jako „fantastycznego faceta”.

Polański tak mówił o Lipmanie: „Na co dzień wcale nie był poważny, wbrew wyglądowi i wbrew bohaterskiej legendzie z czasów okupacji, która go otaczała. Nie miał w sobie nic z nudnego kombatanta! Jurek był stworzony do libacji. Nigdy nie zapomnę, jak skakał przez płonące hula-hop na moim przyjęciu weselnym po ślubie z Basią Kwiatkowską”.

Rosjanin Bogin dorzucił do tego: „Niestrudzony partner w tańcu był ulubieńcem naszych dziewczyn, zresztą i sam lubił ich towarzystwo. Jego poczucie humoru i skłonność do autoironii były fenomenalne”.

Po nakręconej wspólnie „Zosi” Lipman podarował Boginowi wizjer, który dostał od Polańskiego w Holandii, gdzie pracowali nad nowelką do międzynarodowego filmu „Najpiękniejsze oszustwa świata” (1964).

„Jurka Lipmana poznałam na planie »Noża w wodzie«. Przywiozłam papier rozwodowy mojemu pracującemu przy tym filmie mężowi – Wojtkowi Frykowskiemu” – mówi Ewa Frykowska-Morelle. „W sporze z Wojtkiem Jurek stanął po mojej stronie. Potem pomagał mi w Łodzi – wkręcał mnie do różnych ekip jako asystentkę czy klapserkę, żebym mogła zarobić. Jeszcze później widywaliśmy się w Monachium, gdy Jurek pracował przy produkcjach Sama Waynberga, z którym wtedy byłam. Jurek był świetnym kumplem, pierwszy śpieszył ludziom z pomocą. I człowiekiem uroczo rozrywkowym”.

Stawiński zapamiętał, że po którejś z ich zakrapianych alkoholem premier Lipman uparł się, że odwiezie go do domu swoją simcą. Po 100 metrach zatrzymał ich milicyjny patrol. Milicjant otworzył drzwi od strony kierowcy i Lipman wypadł na ulicę. „O, pan Lipman” – ucieszyli się milicjanci. Znali go, gdyż ochraniali plany filmowe. Posadzili Lipmana na tylnym siedzeniu i odwieźli obu ululanych panów.

Bilet w jedną stronę

Nie ma pewności co do przygód wojennych Lipmana, nie ma pewności, co do jego współpracy z bezpieką, ale bez wątpienia Lipman stał się ofiarą Marca ’68. Na fali antysemickiej nagonki w sierpniu 1969 roku wyjechał z rodziną do Londynu.

Od roku 1950 był mężem o sześć lat młodszej Eugenii Abramowicz. Madame Lipman ukończyła stomatologię, zresztą Lipman też zdawał na stomatologię przed Szkołą Filmową, ale go nie przyjęto. W roku 1953 urodził im się jedyny syn Piotr.

W 1968 r. starano się ich zastraszyć na różne sposoby: wybijając nocą szyby w oknach domu, wysyłając listy z pogróżkami, szykanując Piotra w szkole. Lipman liczył na to, że gdy atmosfera w kraju się zmieni, będą mogli wrócić. Niestety, w 1971 r., w polskiej placówce w Berlinie Zachodnim odmówiono im przedłużenia ważności rodzimych paszportów.

Dwie śmierci jednego dnia

Angielskie przepisy związkowe utrudniały cudzoziemcom dostęp do projektów filmowych, więc Lipman pracował głównie w Niemczech i w Austrii. Poza tym wykładał w szkole filmowej w Monachium. Za zdjęcia do „Fałszywej wagi” (1971) Bernharda Wicki’ego otrzymał Najwyższą Państwową Niemiecką Nagrodę Filmową.

Z Aleksandrem Fordem nakręcił dramat „Jest pan wolny, doktorze Korczak” (1974), w którym zagrał Leo Genn, Petroniusz z „Quo vadis” (1951), ze Sławomirem Mrożkiem telewizyjnego „Amora” (1977), a z Michaelem Haneke dwuczęściowe „Lemingi” (1979). Za to z Amerykaninem Samuelem Fullerem zrobił „Martwego gołębia na Beethovenstraße” (1972), odcinek serialu „Miejsce zbrodni”.

Cały czas zabiegał o prawo powrotu do Polski. W Warszawie próbowali mu w tym pomóc Stanisław Dygat i Kazimierz Kutz. Wajda marzył, że Lipman zostanie członkiem jury na festiwalu w Gdańsku, w roku 1981. Wszystko na próżno.

Lipman zmarł w Londynie 11 listopada 1983 r. po nieudanej operacji wszczepienia by-passów. Eugenia Lipman przeżyła wówczas tragedię jak z antycznego dramatu: kilkanaście godzin przed śmiercią męża straciła także syna. Umarli w dwóch różnych londyńskich szpitalach.

U Wajdy na uspokojenie dostawał młotek i gwoździe. Polański mówił o nim: „To był naprawdę as”

Jacek Szczerba

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.