Uncategorized

Włodek Goldkorn odmówił wymierzenia karabinu w palestyńskie dziecko

Włodek Goldkorn i okładka książki 'Osioł Mesjasza' (Fot. Jacek Proszyk, CC BY-SA 4.0 via Wikimedia Commons)- Widziałem państwo w amoku nacjonalistycznym i militarystycznym po wygranej wojnie sześciodniowej. Zwycięstwo nad arabską koalicją było cudem, ale Izrael od tego zaczął wariować – mówi Włodek Goldkorn, autor książki „Osioł Mesjasza”


Paweł Smoleński: Wyjeżdżasz do Izraela wyszczuty po Marcu ’68. Masz wtedy 16 lat i zahaczasz się tam z bagażem polskiego nastolatka oraz wyobrażeniami o kraju, w którym masz mieszkać. Mógłbyś zostać chasydem, osadnikiem w pierwszych osiedlach na Zachodnim Brzegu, kibucnikiem. Możliwości bez liku, a jednak wybierasz drogę buntu.

Włodek Goldkorn: Wychowałem się w dziwnej rodzinie w tym sensie, że takie statystycznie nie istniały. Mój ojciec był komunistą i jednocześnie jidyszystą. Mama z kolei pochodziła z burżujskiego, mieszczańskiego domu, gdzie mówiło się po polsku. Nie lubiła jidysz, choć znała ten język. Była też komunistką, ale specyficzną, właściwie bardzo niezależną anarchistką. W naszym domu był zawsze dystans do przywódców partii, oficjalnej propagandy, wymieszany z kultem Lwa Trockiego, ale nie jako człowieka terroru, tylko przeciwnika Stalina. 

W domu rozmawiało się o polityce i o książkach, a tata jeszcze w Polsce w tramwaju czy w pociągu czytywał „Fołks Sztyme”, gazetę w jidysz. Byłem wychowywany do bycia w mniejszości, od dziecka miałem wpojony elementarz rewolty. Z tym przyjechałem do Izraela. Mogę modyfikować i zmieniać moje poglądy polityczne, lecz bunt we mnie zostaje, nie potrafię być człowiekiem apologetycznym. Mam nadzieję, że taki umrę.

Miałem poglądy syjonistyczne, co dzisiaj dziwne, że tak młody człowiek może już mieć jakieś poglądy.  Stałem się syjonistą jeszcze przed emigracją, kiedy po wojnie sześciodniowej Gomułka nazwał polskich Żydów „piątą kolumną”. Powiedziałem rodzicom, że przy najbliższej okazji wyjeżdżam, bo mam drugą ojczyznę, o czym jednak do końca nie byłem przekonany.

Bardzo chciałeś zostać Izraelczykiem?

– Bardzo. Na dodatek byłem bardzo lewicowy, pod wielkim wrażeniem paryskiego Maja ’68. Przyjeżdżam więc do Jerozolimy i powoli dostrzegam sytuację, która dla mnie jest dziwna. Mam w sobie entuzjazm, wielką miłość do hebrajskiego, do pustyni, do krajobrazu, do całego kraju, ale też do arabskiego jedzenia i muzyki. REKLAMAhttps://28aa7b71357ce3626cbabd7f0f707bee.safeframe.googlesyndication.com/safeframe/1-0-37/html/container.html

Jednocześnie widziałem państwo w amoku nacjonalistycznym i militarystycznym po wygranej wojnie sześciodniowej. Zwycięstwo nad arabską koalicją było cudem, ale Izrael od tego zaczął wariować. Rozumiałem dlaczego okupujemy Zachodni Brzeg, ale ufałem, że okupacja musi się jak najszybciej skończyć.

Nie skończyła się do dzisiaj, a to bardziej Izraelowi szkodzi, niż pomaga.

– Co już wtedy było dla mnie niepojęte. Zacząłem więc być bardzo krytyczny. Dziś Izrael jest krajem zamożnym, nowoczesnym, bardzo otwartym, gdzie wszystko wolno. Lecz w 1968 r. taki nie był. Cechowało go zamknięcie, ogromny prowincjonalizm, do tego stopnia, że nie pozwolono występować tam Beatlesom. Nie mieściło mi się to w głowie, skoro w komunistycznej Warszawie byłem na koncercie Stonesów. Do Izraela w ogóle nie dotarła młodzieżowa kontestacja. Panowała kompletna uniformizacja.

Przystąpiłem więc do jednej organizacji lewicowej, potem do innej, jeszcze bardziej radykalnej, co w tamtym okresie historii świata było bardzo powszechne wśród ludzi w moim wieku, ale w Izraelu taka postawa była w kompletnej mniejszości.

Dziś w Izraelu sprawy są otwarte, w tym również bardzo trudne historyczne pytania. Nikt nie powie, a wtedy nie było to tak jasne, że podczas wojny o niepodległość nie było eksodusu Palestyńczyków i nikt nie będzie twierdził, że Izrael się do tego nie przyczynił. Trwa dyskusja, na ile przyczyniliśmy się do wyrzucenia Palestyńczyków, zupełnie normalna rozmowa o przeszłości: wygnaliśmy, więc musimy przeprosić albo – to przykre, lecz oni muszą to zrozumieć – niech spadają. W 1968 r. nie istniało słowo „Palestyńczycy”, zaś eksodus tłumaczono wezwaniem arabskich przywódców do opuszczenia domów, co do pewnego stopnia też jest prawdą, choć jednak najczęściej ludzie uciekają przed strzelaniem, a nie wezwaniami.

Publikacja mapy Izraela, gdzie oznaczono zniszczone arabskie wioski, była wielkim skandalem, a dzisiaj jest czymś normalnym. I tak ze wszystkim.

Dzisiaj rozumiem, dlaczego mały, biedny kraj, bojący się, że zniszczą go arabscy sąsiedzi, zafałszowywał historię. Lecz wówczas dla mnie, młodego zbuntowanego człowieka, to po prostu było niewyobrażalne. Miałem wrażenie, jako Izraelczyk, ogromnej niesprawiedliwości wyrządzonej Palestyńczykom. Myślałem o złu, za które jestem jakoś współodpowiedzialny. Niech arabskimi grzechami zajmują się sami Arabowie, bo ja mam swoje.

A jednocześnie, jako Żyd z Europy, Aszkenazyjczyk, byłeś już na starcie uprzywilejowany wobec wielu innych Izraelczyków, nawet tych z dłuższym obywatelskim stażem.

– Widziałem straszliwą nędzę Mizrahim, czyli Żydów orientalnych, a wcześniej opowiadał mi o niej mój ojciec, który odwiedził Izrael jeszcze przed naszą emigracją. Mówiło się o nich „czarni” albo nawet gorzej.

Jak?

– Nie powiem, bo to wstyd jeszcze dzisiaj.

Oglądałem Żydów marokańskich, jemeńskich, irackich. I coraz bardziej się radykalizowałem. A ponieważ interesowałem się światem, widziałem, że może w Izraelu należę do mniejszości, jestem inny niż moi koledzy szkolni, ale generalnie nie jestem osamotniony. Młodzież na świecie stawała się rewolucjonistami.

Ale nie wszyscy młodzi rewolucjoniści mieli odwagę, by odmawiać wykonania wojskowych rozkazów, a ty odmówiłeś wymierzenia karabinu w palestyńskie dziecko.

– Kiedy każą wymierzyć broń w dziecko, jest to ewidentnie nielegalny, bezprawny rozkaz. Ja o tym wiedziałem i mój dowódca też. Nie postawiono mnie przed żadnym sądem, a gdybym poszedł pod sąd, też nic by mi się nie stało. Więzienie, zwłaszcza krótkie, kilkudniowe, to też miejsce dla ludzi. Słowem – konsekwencje odmowy byłyby znacznie mniejsze, niż gdybym wykonał rozkaz.

Po wtóre – byłem aszkenazyjczykiem, po maturze zrobionej w niezłej szkole, czyli jakoś tam wykształconym, uprzywilejowanym „białym”. Mój sierżant, Mizrahi, nie miał matury i był, jak mówili aszkenazyjczycy, „czarnym”. Nie miałem nad nim władzy, ale wielką psychologiczną przewagę.

Po trzecie – to nie było żadne bohaterstwo, o tym się nie myśli. Po prostu w ogóle nie powinienem być okupantem, nie powinienem być w palestyńskim Ramallah.

Pracowałeś z Mizrahim w najbardziej zapadłych dzielnicach Jerozolimy.

– Moja organizacja i ja mieliśmy przekonanie, że robimy rewolucję, więc trudno było nie znać choć trochę tych ludzi, którzy mieli skorzystać z owoców rewolucji. W Jerozolimie, w bardzo konkretnej dzielnicy Musrara, zaczynało wrzeć. To dziś kwartał bardzo pięknie odnowionych domów, mieszkania w horrendalnych cenach nawet jak na Jerozolimę. Dzisiaj to serce miasta, ale do wojny sześciodniowej i zdobycia Jerozolimy przez Izrael Musrara – kiedyś arabska – była wciśnięta w płot graniczny z Jordanią, co i raz cierpiała od arabskiego ostrzału. Osiedlano tam na kupie najbiedniejszych, najbardziej wykluczonych, kwitła skrajna nędza, przemoc, bandyterka, jak we wszystkich gettach.

Ale bez przesady: nie byłem człowiekiem od pracy z izraelskimi Czarnymi Panterami, organizacji Mizrahim, podobnej do amerykańskiego imiennika. Ja po prostu ich znałem, siadywałem w tej samej kafejce, rozmawiałem, lecz „biały aszkenazyjczyk” za wiele nie mógł; łatwiej było z Palestyńczykami. Pantery to byli dla mnie bardzo ciekawi ludzie i oczywiście byłem po ich stronie. Nawiasem mówiąc – to nie byli grzeczni, spokojni chłopcy.

Jak wygnany z Polski, radykalnie lewicowy młody człowiek może w zaściankowym Izraelu dokopać się własnej tożsamości?

– Kosztowało mnie to wiele wysiłku, rozmawiałem z bardzo wieloma bardzo mądrymi ludźmi. Dzisiaj uważam, że po prostu miałem szczęście w życiu, spotykałem bardzo różne, wybitne osoby, które mogłem pytać o takie sprawy. Sądzę więc, że można mieć bardzo wiele tożsamości, co jest wiedzą elementarną. Jestem dziadkiem, ojcem, mężem, bratem. Jestem kibicem Fiorentiny, co oznacza cierpienie. Jestem włoskich pisarzem, Polakiem, Żydem, Izraelczykiem. Te wszystkie tożsamości razem we mnie mieszkają, a kiedy bywają antynomiczne, powtarzam sobie rzecz prostą: antynomia jest częścią naszego życia, objawem i cechą nowoczesności. U Żydów jest z tym o wiele gorzej, jako że nowoczesność dała Żydom obietnicę włączenia, a potem ich wyrzuca, co nie jest żadnym odkryciem.

Ze 35 lat temu poszedłem do ortodoksyjnego izraelskiego myśliciela Jehaszaju Leibowitza, który jako jeden z pierwszych sprzeciwiał się okupacji Zachodniego Brzegu. Jakim cudem mnie przyjął, nie mam pojęcia. Spytałem, co to znaczy być Żydem. Odpowiedział: „Przyjąć jarzmo Tory”. „A dla mnie – chciałem wiedzieć – który nie przyjmuje takiego jarzma?”. Leibowitz wstał, zaczął na mnie krzyczeć: „To kretyńskie pytanie, sam sobie odpowiedz”. 

Lecz nie wyrzucił mnie, dalej rozmawialiśmy, a zrozumiałem z tego, że odpowiedzią na antynomię jest autonomia. Jarzmo Tory oznacza zbiór reguł, których trzeba przestrzegać. Ja zaś po prostu jestem, mam różne lojalności.

Kiedyś uważałem, że poglądy są ważniejsze niż lojalność, co jest oczywistą nieprawdą, czego uczy również Hannah Arendt, iż przyjaźń jest ważniejsza niż prawda.

Różne tożsamości nie oznaczają, że muszę tańczyć na wszystkich weselach.

Tożsamość, nawet wieloraka, potrzebuje miejsca, gdzie złapie korzenie, będzie zakotwiczona. Jesteś Polakiem, a z Polski cię wyrzucają; trudno, tak się życie plecie. Ale jesteś Izraelczykiem i z Izraela wyjeżdżasz dobrowolnie.

– Wyjechałem z Izraela, potem wróciłem, potem znów wyjechałem – w sumie kilka razy. Nie jest to ciekawe, gdyż stały za tym względy bardzo prywatne i osobiste, a nie decyzja polityczna.

Zakotwiczenie to jednak kwestia imaginarium. Gdy jestem w Polsce, zapach lasu, smak potraw są dla mnie tak własne, jak niezaskakujące. No i nikt nie pyta mnie, skąd przyjechałem. Tyle że czasami, gdy jestem w Polsce, tęsknię za Izraelem, bo w Izraelu też czuję się w domu. Przepadam za Tel Awiwem. Trochę mniej i inaczej czuję się w domu we Włoszech.

Czuję się w domu w różnych językach: polskim, hebrajskim, włoskim. Jidisz jest językiem serca, mogę czytać, tłumaczyć nawet wiersze, ale kiedy spróbuję coś powiedzieć, robię w jednym zdaniu dziesięć błędów.

Jak to wszystko ogarnąć?

– Mówię językiem rebelii, ale nie jestem już rewolucjonistą. Mam wiele empatii do Palestyńczyków, ale patrzę na konflikt izraelsko-palestyński nie tak samo, jak 50 lat temu. Lepiej w nim rozumiem Izraelczyków, choć kategorycznie sprzeciwiam się okupacji, bo to sprawa wręcz przedpolityczna.

Nie jestem uchodźcą. Nawet w 1968 r. nim nie byłem, bo nie uciekłem z PRL-u na jakiejś tratwie i w kompletnie niewiadome. W sensie tożsamościowym mam kilka domów, co jest przywilejem w sensie dosłownym.

Wytłumaczył mi to przed laty Zygmunt Bauman. Powiedział: „Możesz we Włoszech w sferze publicznej powiedzieć wiele rzeczy, których tubylec nie może. Masz wariackie papiery”. 

Jako swój-obcy włoski pisarz lepiej wyczuwam muzykalność języka, która dla Włochów jest tak oczywista i codzienna, że nawet jej nie słyszą. Wiele na tym gram jak człowiek, który dostrzega oddech, bo inni po prostu oddychają. W Polsce też tak się czuję, lecz akurat nie w Izraelu, bo nie istnieję tam w przestrzeni publicznej.

Dlatego napisałeś „Osła Mesjasza”, książkę o tożsamości, choć niektórzy potraktują ją jako biograficzny esej o Izraelu przełomu lat 60. i 70. Wielu rabinów nazywało osiołkami Mesjasza tych wszystkich syjonistów, kibucników, żołnierzy izraelskich wojen, lewicowców i wywrotowców, którzy absolutnie nieświadomi swej roli przybliżali powstanie Królestwa Izraela.

– Hannah Arendt opisywała sytuację Marcela Prousta: Belle Epoque, cudowny Paryż, kankan i szampan w kabaretach. Tymczasem sytuacja Żyda w nowoczesności jest sytuacją człowieka, który jest przyjęty do salonu, ale wie, że w każdej chwili można go wyprosić. I już.

W tym sensie już cesarz Tytus był osłem Mesjasza. Gdy zburzył Drugą Świątynię, wyzwolił całą przestrzeń dla Słowa, a wyganiając Żydów z Ziemi Obiecanej, oddzielił ich od miejsca. Dla mnie Słowo jest ważniejsze niż miejsce, czego nauczyłem się z książki Dawida Grossmana „Patrz pod: miłość” i dziadek Wasserman, którego komendant obozu koncentracyjnego nie potrafi zabić, bo on opowiada historie jak żydowska Szeherezada. Mesjasz nie będzie królem, tylko kimś licho ubranym, nie przyniesie szczęśliwości, a raczej wędrówkę.

Druga sprawa to intymny związek kata i ofiary. Można znaleźć to w Jedwabnym i w więzieniach argentyńskiej junty wojskowej, które też widziałem. Bez podróży do Jedwabnego nie umiałby stworzyć tej drugiej argentyńskiej opowieści.

Ale książka kończy się wizytą w kibucu Sde Boker przy grobie Dawida Ben Guriona.

– Syjonista Ben Gurion zaczął karierę polityczną od walki z żydowskim socjalistycznym Bundem, która była dla niego ważniejsza niż walka z caratem. A ja próbuję stać na straży pamięci Bundu. 

Bo w mojej tożsamości mam Ben Guriona, którego oceniam niezmiernie krytycznie, ale jest częścią mnie jako Izraelczyka. Oraz Bund, o wiele bardziej we mnie obecny niż Ben Gurion. Że to moje i sprzeczne ze sobą – nic nie poradzę.

Włodek Goldkorn – Żyd, Polak, ceniony włoski publicysta i pisarz. Dzieciństwo spędził w Katowicach, potem mieszkał w Warszawie, skąd wyjechał do Izraela na fali antysemickiej kampanii Marca ’68. Następnie osiadł we Włoszech. Wieloletni redaktor działu kultury tygodnika „L’Espresso”. Przyjaciel Marka Edelmana, z którym spisał rozmowy w książce „Strażnik. Marek Edelman opowiada”. Autor autobiograficznej książki „Dziecko w śniegu” (Czarne). Właśnie ukazała się jego najnowsza publikacja „Osioł Mesjasza” (Czarne)***


Włodek Goldkorn odmówił wymierzenia karabinu w palestyńskie dziecko

Kategorie: Uncategorized

12 odpowiedzi »

  1. Zyd i Izraelczk ktory okresla Judee i Samarie mianem „Zachodniego Brzegu Okupowanego” ( mając na mysli okupacje przez Zydow, a nie przez Arabow..) nie znajduje w moich oczach najmniejszego uznania.
    Niewiarygodna historyjka o nakazie IDFu celowania w arabskie dziecko smierdzi na kilometr antysemicka propaganda w stylu Ederlina oraz poczuciem własnej wyższości moralnej i intelektualnej nad „prymitywnym Sefaradem” – postawa ktora kwalifikowalaby się dzisiaj w pewnych kręgach jako rasizm.
    A zdumienie ze młodzi Izraelczycy moga mieć ważniejsze problemy w 1968 niż koncerty Beatelsów i wybryki zlotej młodzieży we Francji świadczy o kompletnym niezrozumieniu realiów kraju który go przygarnął.
    Reszta wywiadu to lewicowo-anarchistyczna kokieteria i prowokacja.
    Trudno mi wręcz uwierzyć ze autor rozmawiał z az tyloma mądrymi ludźmi – myśle ze zostawiloby to jakiś ślad w jego umyśle.

    Zaznaczam ze wypowiadam się wyłącznie na temat powyższego wywiadu, nie mając opinii o książkach autora, których nie znam.

  2. @Freda Uziyel ; Tytuły/nagłówki są robione przez innych, głownie dla sensacji, by łapać czytelników. Robią to nawet dobre publikacje niestety, dając mylące ale „sensacyjne” nagłówki do całkiem dobrych wywiadów i artykułów 🙁 _._ Jak mówi stare przysłowie: „nie sądź książki po okładce”. Co do rozumienia wywiadu inaczej, to owszem. Ja go rozumiałem jak był napisany, bez dodawania Włodkowi opinii i faktów których on nie wygłaszał…

  3. Victor Holen zanim zabierasz się za krytykę reakcji kolegów proponuję przeczytać jeszcze raz dokładnie wywiad z Włodkiem. Będzie nam łatwiej wymieniać się uwagami.

  4. Wczoraj wyraziłam swoje oburzenie na temat wywiadu. Uważam, ze robiony był niezbyt uczciwie i pod pewien rodzaj odbiorcy.
    Ale teraz chciałabym powiedzieć, ze zaczęłam czytać książkę Włodka Goldkorna „ Osioł i Mesjasz” myśle , ze jest ona ciekawie i uczciwie napisana . Mówi właściwie o nas, o naszych lekach, tęsknotach, troskach, inności, ale i o zachwycie nowym krajem. Na razie przeczytałam tylko 40 stron i bardzo polecam ja czytelnikom.
    Całym sercem gratuluje autorowi tej ciekawej książki, ale jednocześnie nadal uważam, ze ten wywiad nie był ani mądry, ani uczciwy. Choć, owszem – ciekawy.

  5. Victor Holden,
    Ja wiem , ze większość ludzi zaczyna czytanie od tytułu ( zreszta często zaczyna i kończy na tym), ale widzę , ze pan omija tytuł. No i sam wywiad tez jakoś rozumie trochę inaczej.

  6. A może nasz bohater poświęci trochę swego kreatywnego czasu na kozła ofiarnego zamiast galopować na osiołku mędrców omijajacych ”amcha” i litującymi się nad ”biednymi” ofiarami syjonistów. Pan Goldkorn jest nadal salonowym buntownikiem i tak jak Gerszon Szolem napisał do pani Arendt brakuje mu wyrozumienia dla ”swoich”, bo nimi podświadomie pogardza. Na samo-usprawiedliwienie używa sympatii do ”ofiar” tych zatwardziałych ”sabras” ktorzy zabijają bezbronne dzieci i kobiety i pogardzają ”czarnymi”.Rozumiem dlaczego pan Goldkorn czuje się u siebie w TLV wśród ” Śmietanki ” intelektualnej i artystycznej, bo są też ideologicznie- moralni, widząc zło u kozy a wielkość u głupiego osiolka. Wizja historycznie uzasadniona pomogłaby w zrozumieniu prostego zydowskiego świata zgromadzonego w tym nie doskonałym Izraelu.

  7. Dziwne są te komentarze tutaj. Używają tzw strawman fallacy, fałszują co Wlodek Goldkorn powiedział, aby móc mu zaprzeczyć. Przykłady: __Włodek nie twierdził, że był bohaterem, a wręcz przeciwnie, więc pisać że udaje bohatera jest nieuczciwe. __Włodek nie mówił, że kazano mu strzelać do dziecka, więc udawać że to mówił i zarzucać mu, że to nieprawdopodobne, jest przekrętem. __ Włodek nigdzie nie twierdził, że “wojskiem izraelskim zarządzali aszkenazyjscy szeregowcy jego klasy”, a jedynie, że w tym wypadku nie było konsekwencji, i dlaczego. To komentator bezpodstawnie uogólnia do nonsensu aby móc temu zaprzeczyć.

  8. Sierżant wydał rozkaz? I ten młodziutki emigrant miał nad nim przewagę psychologiczna? No i dlatego, ze miał sile moralna tudzież te przewagę psychologiczna, to został bohaterem, który nie zabił arabskiego dziecka. Iście zabawna to historia i tak należy przyjąć opowieść bohatera, którego wyobraźnia powiodła na manowce ukazując może i lekki narcyzym.
    Nie wykluczam, ze młodziutki żołnierz mógł trafić na sierżanta chamusia o sadystycznych instynktach, któremu zachciało się poniżać delikatnego inteligencika( sierżanci w każdym wojsku takich nie lubią) , żołnierza- idealistę i rozkazał mu wymierzyć lufę do dziecka. Nie stanął za ten rozkaz przed sądem armii? Cała sprawa ucichła dzięki niezwykłej sile moralnej bohatera opowieści? Naprawdę?
    Aha, albo się jest komunista albo nie. Trockizm nie umniejsza tej wiary ani drapieżności idei. To na zachodzie, zwłaszcza we Francji nastała moda idealizacji Towarzysza Leona , który przecież zalecał permanentna rewolucje, czyli śmierci, smierć i tylko smierć . W dodatku niewinnych milionów. Czym, wiec jego panowanie różniłoby się od Stalina? Owszem był od górala gruzińskiego bardziej wysublimowany i przewyższał go intelektualnie. Ale co to znaczy „ wieczna rewolucja”?
    Oczywiście młodzi zbuntowani nie chcąc być „zwykła piana na fali historii”, chcą lepszego jutra i dlatego wstępowali w szeregi różnych ugrupowań polityczno / społecznych . To wystarczy powiedzieć , aby wytłumaczyć wiarę w komunizm . Po co ten Trocki ?
    Komuniści , którzy zauważyli nicość moralna swojej idei, jeśli mieli sile moralna , to po prostu odchodzili od swojej wiary. Większość jednak przymknęła oczy i brnęła dalej zwłaszcza, ze to milczenie oraz współpraca z diabłem dawała ogromne apanaże. No i to wygodne życie, a czasami strach, powodował o samookłamywaniu się. Przecież wiemy już , ze to co tak kochał Trocki jest czymś strasznym , bo „Rewolucja jest jak Saturn . Pochłania swoje własne dzieci” (Muller).
    Cały wywiad przeczytałam z przyjemnością. Zrobiony przez dwóch zdolnych ludzi – czyta się łatwo i przyjemnie . Szkoda, ze obydwaj dziennikarze trochę zapuścili się w autokreacjach.
    Najbardziej w wywiadzie podoba mi się fakt , ze młody ex emigrant jest częścią Izraela( jednak!), lubi i rozumie ten kraj lubi tam bywać czując się jak w domu. 😍

  9. Jako były żołnierz w Tzahal w jednostce Golani, mogę powiedzieć że NIGDY ale NIGDY nie mówiono nam tak , na odwrót.

  10. Chciałam dodać,że tylko w pojęciu Włodka istniała jego intelektualno- aszkenazyjska przewaga nad przełożonymi sefardyjskimi. Nie próbuje zaprzeczyć animozji kulturalnej między aszkenazyjczykami a sefardyjczykami, jednakże tylko w jego oczach wojskiem izraelskim zarządzali aszkenazyjscy szeregowcy jego klasy.

  11. Mieszkając w Izraelu przez wiele lat od 68, mając w bliskiej rodzinie zasłużonych weteranów służby izraelskiej ,brat, mąż i kolegów z karierą woskowa, muszę stwierdzić,że nigdy nie słyszałam o rozkazie strzelania do kobiet i dzieci w jakichkolwiek okolicznościach. Izrael popełnił dużo błędów militarnych i historycznych, lecz nie doszedł do tej fantazyjnej moralności jaką Włodek sobie wymyślił w celu dodania sobie koloru bohatera. Sama kariera dziennikarska i pisarza widocznie za mało daje własnego poczucia wartości.

  12. Jakoś nie wierzę że kazali mu mierzyć w dziecko. Poza tym wątpię czy dali mu w ogóle naładowaną broń. Ot sprzedawca w kantynie wojskowej albo pomocnik kucharza.
    W Europie jego fantazje pewnie świetnie się sprzedają.

    On też jest dowodem że Bund jest dziedziczny.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.