Uncategorized

Syndrom K – choroba, która przerażała nazistów i… nie istniała


Historia zna wielu bohaterów, którzy w czasie wojny ryzykowali życie, by ocalić innych. Heroiczną postawą wykazała się między innymi grupa włoskich lekarzy, którzy w swoim szpitalu uratowali dziesiątki ludzkich istnień. Przebywający na specjalnym oddziale zakaźnym Żydzi cierpieli na chorobę, która przerażała okupujących Rzym nazistów. Chorobę, która była całkowicie zmyślona.

Oddział szpitala, gdzie leczono syndrom K
W 1943 r. w rzymskim szpitalu Fatebenefratelli przyjęto grupę uciekinierów z pobliskiego żydowskiego getta, na który naziści zorganizowali nalot Lekarze dali Żydom schronienie. Aby usprawiedliwić ich obecność w szpitalu, mówiono, że cierpią na wyjątkowo zaraźliwą chorobę – syndrom K Szpital był regularnie kontrolowany przez esesmanów, ale ci panicznie bali się tajemniczego schorzenia, chorych „pilnując” zza drzwi oddziału – dzięki temu akcja ukrywania Żydów mogła być nadal prowadzona

Syndrom K – tajemnicza choroba zakaźna

Była poważna, groźna i neurologicznie agresywna. Co jednak najważniejsze – bardzo zaraźliwa. Wymagała ścisłej izolacji, a kontaktować z chorymi można się było tylko na własne ryzyko. Objawiała się uporczywym kaszlem, nudnościami, wymiotami, a czasem nawet paraliżem. O dolegliwości żydowskich pacjentów nikt jednak specjalnie nie wypytywał. Esesmanom pilnującym porządku w jednym z rzymskich szpitali wystarczył fakt, że niepokojące, tajemnicze schorzenie mogło ich dotknąć. Tego idealna wersja człowieka, za jakiego każdy z nich się miał, znieść nie mogła. Ich strach był dokładnie tym, co chcieli osiągnąć lekarze opiekujący się pacjentami z syndromem K – jedyną chorobą w historii medycyny, która była pożądana i z której pacjenci nie chcieli się wyleczyć.REKLAMA

Szpital Fatebenefratelli w Rzymie położony jest po zachodniej stronie wyspy Tyberyjskiej. Założona w II połowie XVI w. lecznica prowadzona była (i jest obecnie) przez Braci Szpitalników św. Jana Bożego, znanych jako bonifratrzy. Przez wieki prowadzono tu dwutorową działalność: leczniczą i charytatywną. Podczas epidemii dżumy w Rzymie (1656-1657) szpital był jednym z głównych ośrodków leczenia choroby oraz badań, które dziś nazwalibyśmy epidemiologicznymi. Dzięki specjalnym szkoleniom personelu, jak radzić sobie z epidemią, kilkanaście lat później, gdy w mieście pojawiały się ogniska cholery, Fatebenefratelli znów przyszedł z pomocą.

Kolejne wyzwanie, które przypadło na lata wojenne, sięgało jednak o wiele dalej niż wykorzystanie medycznej wiedzy i doświadczenia w leczeniu chorób zakaźnych. Personel szpitala został poddany moralnej próbie, której fiasko mogło kosztować ich życie.

Był rok 1943. Sytuacja we Włoszech pogarszała się niemal z dnia na dzień. Trwała druga wojna światowa, a Rzym kontrolowali naziści. Żydzi już dawno zostali wykluczeni z życia obywatelskiego i społecznego, jawne prześladowania stały się faktem. Dochodzi do aresztowań i masowej wywózki osób pochodzenia żydowskiego do obozów koncentracyjnych. W szpitalu Fatebenefratelli pracuje jedna z nich – Vittorio Emanuele Sacerdoti. Niewielu zna jego prawdziwą tożsamość. Gdy dwa lata temu jego wuj, profesor Marco Alamjà, poprosił swojego ucznia, Giovanniego Borromeo, by zatrudnił go w swoim ośrodku, dysponował już nowymi, kupionymi przez rodzinę danymi osobowymi. To on jako pierwszy wyciąga rękę do uciekinierów, którzy 16 października tego roku – po nalocie hitlerowców na pobliskie getto – szukają schronienia. Lekarz otwiera drzwi szpitala dla 27 osób. Nie wie, kiedy liczba ta podwaja się, a później niemal potraja. Borromeo, jako szef placówki, nie oponuje, choć przeczuwa kłopoty. Rozwiązanie ma być jednak tymczasowe.

Szybko okazuje się, że nie tylko nie będzie, ale i nie może być, bo sytuacja Żydów w Rzymie jest dramatyczna. Lekarze obmyślają plan – przechowają uciekinierów w szpitalu pod pretekstem ich leczenia. Terapia musi mieć solidne podstawy, dlatego konieczne jest postawienie odpowiedniej diagnozy. Mimo powagi sytuacji twórcy nowej „jednostki chorobowej” pozwalają sobie na ryzykowny żart. Nazywają schorzenie pierwszą literą nazwiska dwóch znienawidzonych nazistów – Alberta Kesselringa, dowódcy wojsk niemieckich na froncie śródziemnomorskim, i Herberta Kapplera, SS-Obersturmbannführera, szefa SD i Gestapo w Rzymie. Na wszelki wypadek nazwę można było jednak w prosty sposób wyprowadzić także od nazwiska niemieckiego bakteriologa Roberta Kocha, który odkrył lek na gruźlicę (skojarzenie z tą zaraźliwą chorobą było szpitalowi na rękę) lub rzeczownika „der Krebs”, oznaczającego raka, nowotwór.

Nie wiadomo, kto jako pierwszy wpadł na pomysł rozpoznania u Żydów syndromu K, ale wówczas nie ma to większego znaczenia. Ważne, że znalazła się choroba, którą można przypisać większej grupie osób i która budzi lęk u tych, którzy mieli w nią uwierzyć.

Borromeo wydziela część szpitala na nowy oddział zakaźny i całkowicie izoluje go od reszty placówki. Tam sprowadza wszystkich ukrywających się na terenie lecznicy Żydów.

– Syndrom K był wpisywany na kartach pacjentów, aby wskazać, że chory wcale nie był chory, ale był Żydem. Tworzyliśmy te karty dla Żydów, jakby byli zwykłymi pacjentami, a w chwili, gdy musieliśmy powiedzieć, na jaką chorobę cierpieli, mówiliśmy, że był to syndrom K. Syndrom K, czyli „przyjmuję Żyda” – wspominał Adriano Ossicini, jeden z pracujących w placówce lekarzy.

Na temat syndromu Kw 2020 r. powstał film dokumentalny w reżyserii Stephena Edwardsa. W produkcji wypowiadają się ocaleni, a także lekarz, który pracował w rzymskiej placówce i pomagał ratować Żydów. Poniżej trailer:https://pulsembed.eu/p2em/Kv5zGpn4A6/

Naziści uciekali przed syndromem K „jak króliki”

Wieści o ratującej życie chorobie szybko docierały do szukających schronienia Żydów. Wielokrotnie zdarzało się, że do placówki trafiały osoby, które prosiły o przyjęcie na oddział. W większości przypadków nic im nie dolegało, a na pytanie, co tu robią, mówili, że cierpią na syndrom K. Dla lekarzy był to podwójny sygnał – potwierdzający, że są potrzebni, ale i ostrzegawczy, bo im więcej ludzi na zewnątrz wiedziało o zmyślonej chorobie, tym większe prawdopodobieństwo, że wiedza ta dotrze do policji i służb bezpieczeństwa SS. A wtedy wszyscy poniosą najwyższe konsekwencje swojej brawury.

Zagrożenie było realne, bo szpital pozostawał pod nadzorem służb. Wprawdzie na początku esesmani nie odważyli się na „oddział K” wejść i gwałtownego kaszlu słuchali zza drzwi (Sacerdoti wspominał po latach, że byli pewni, iż mają do czynienia z gruźlicą lub rakiem i „uciekali stamtąd jak króliki”), ale ich meldunki musiały dać do myślenia kierownictwu. Ono nie traciło czujności.

Personel przekonał się o tym, gdy pewnego dnia dotarła do nich wiadomość, że do placówki zbliżają się dwa samochody SS. Na oddziale nastała panika, ale to nie zdrowi pacjenci byli największym problemem. Ten znajdował się kilka metrów pod oddziałem, w piwnicy, gdzie zlokalizowane było minicentrum dowodzenia. Lekarze mieli tam radio, poprzez które łączyli się z lokalnymi partyzantami i podsłuchiwali niemieckie komunikaty, a także prowizoryczną drukarnię, gdzie fałszowali dokumentację medyczną. Przypadek sprawił, że jedno z aut nie dotarło do szpitala, a kierowca drugiego zawrócił sprawdzić, co się stało. Lekarze zyskali godzinę, by ukryć sprzęt i przeszkolić pacjentów, jak mają się zachowywać podczas nalotu.

Szef lecznicy osobiście oprowadzał esesmanów po szpitalu, objaśniając szczegółowo, na co choruje pacjent, przy którym się zatrzymywali. Naziści chcieli sprawdzić, czy na oddziałach nie ma osób, które udają choroby, więc wzięli ze sobą tłumacza, mającego za zadanie studiować przedłożoną dokumentację. Ta jednak była bez zarzutu. Drukarnia w podziemiach szpitala spełniała swoje zadanie – papiery były wiarygodne, miały oficjalną pieczęć.

W końcu „delegacja” dotarła do „oddziału K”. Borromeo miał powiedzieć:

„Pacjenci, którzy tu leżą, cierpią na straszną chorobę, która jest zaraźliwa i powoduje neurologiczne zniszczenia o dramatycznych konsekwencjach. Jeśli chcecie, możemy wejść”.

Członkowie SS weszli, ale gdy tylko usłyszeli przeraźliwie kaszlących pacjentów, natychmiast skierowali się w stronę wyjścia, przerażeni, że zarażą się tajemniczą chorobą

Syndrom K – wielka improwizacja

Nalot był dla lekarzy z Fatebenefratelli jasnym przekazem: obserwujemy was. Ryzyko stało się jeszcze większe. Personel pracował pod presją strachu, a przebywający na zakaźnym oddziale pacjenci – mimo iż bezpieczni – byli pełni obaw, co przyniesie jutro. Sale były zapełnione po brzegi, zapasy wyczerpywano w ekspresowym tempie. Pacjenci wymieniali się – ci, którzy „poczuli się lepiej” mogli opuścić szpital. W fałszowanych kartach choroby zmieniano im nazwiska i rozsyłano po okolicznych klasztorach.

Cała akcja ukrywania Żydów w szpitalu na wyspie trwała niemal do zakończenia wojny. Rewizje nazistów były regularne, ale dzięki czujności personelu medycznego i współpracy z partyzantami wszystkie kończyły się szczęśliwie dla uciekinierów. Nawet ostatni najazd, gdy na balkonie jednej z sal chorych hitlerowcy złapali pięcioro pacjentów, obył się bez ofiar – aresztowani przetrwali, bo Rzym został wyzwolony zaledwie miesiąc później.

Dokładna liczba osób uratowanych przez personel Fatebenefratelli nie jest znana. Według relacji ocalałych mogło to być od 27 do nawet 100 osób żydowskiego pochodzenia. Ale byli też inni. Giovanni Borromeo, wraz z przeorem zakonu bonifratrów – ks. Maurycym Białkiem, dawał schronienie także członkom ruchu oporu i jawnym antyfaszystom, przyjmował rannych i chorych, którzy ze względu na swoje pochodzenie lub poglądy nie znajdowali miejsca w publicznych szpitalach.

Wszystko to było możliwe dzięki temu, że rzymski szpital był prywatną placówką. Zgodnie z porozumieniem zawartym między Kościołem katolickim a reżimem faszystowskim, Fatebenefratelli został uznany za niepubliczny szpital i tym samym niejako „oderwany” od przepisów państwowych. To dlatego posadę dyrektora pełnić mógł tu Borromeo, który wcześniej dwukrotnie zrezygnował z objęcia funkcji kierownika szpitala publicznego z powodu konieczności wstąpienia w zamian do partii. Jako zagorzały antyfaszysta z przyjemnością zatrudniał w Fatebenefratelli medyków, którzy z różnych przyczyn byli dyskryminowani przez reżim. Po latach za swoją pracę został uznany przez Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu Jad Waszem w Jerozolimie za Sprawiedliwego wśród Narodów Świata (najwyższe cywilne odznaczenie nadawane nie-Żydom za uratowanie życia osobie lub osobom pochodzenia żydowskiego – red.).

Do dziś nie wiadomo, czy wymyślenie syndromu K był precyzyjnie zaplanowaną strategią ocalenia Żydów, czy spontaniczną inicjatywą, improwizacją, która przerosła swoim zasięgiem i wynikiem nawet jej autorów. Pewne jest, że trójka włoskich lekarzy, wraz z nieznanym do dziś personelem lecznicy na wyspie Tyberyjskiej wykorzystała swoją wiedzę medyczną i możliwości, jakie stwarzała praca w szpitalu, do ratowania ludzkiego życia – najwyższego celu, jaki powinien przyświecać medykowi i człowiekowi w ogóle.

PAULINA WÓJTOWICZ


Syndrom K

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.