Uncategorized

Leon Weintraub



Niedawno odezwal sie Leon 96 lat i chcial opowiedziec o swojej ksiazce o ktorej wspominalem niedawno

Przeczytaj ciekawy wywiad z Leonem o jego ksiazce TUTAJ

Na drugi dzien po jego telefonie odwiedzilem Leona. Okazuje sie ze jest moim sasiadem . Co za ciekawa osobowosc! Bez problemu opowiada o czasch Getta w Lodzi, Auschwitz, jak i dzisiejszych wydarzeniach. Rozmawialo sie z nim jak z bliskim kolega. Po dwoch godzinach gawedzenia podarowal mi swoja ksiazke ktora teraz czytam. Moge dodac ze ksiazke czyta sie bardzo lekko i trudno sie od niej oderwac.

Ksiazke mozna kupic TUTAJ

Chcialbym dodac ze nie wiele jest jeszcze osob z naszej emigracji co maja takie przezycia.

Ponizej pare watkow z jego zycia.


Leon Weintraub urodził się 1 I 1926 r. w Łodzi w rodzinie Szula-Szlomy zmarłego w 1927 r. w Łodzi i Natalii, która zginęła w 1944 r. w Auschwitz. Matka aby zapewnić byt swoim dzieciom (Leon miał jeszcze 4 siostry) otworzyła małą pralnię przy ul. Kamiennej 2. Do wybuchu wojny skończył 6 klas szkoły podstawowej, póżniej kontynuował ją jeszcze do czasu zamknięcia szkół w getcie jesienią 1940 r.


Wkroczenie Wehrmachtu do Polski 1 września 1939 r. Leon Weintraub przeżył bardzo świadomie, ponieważ krótko po napaści na Polskę w Lodzi zostało utworzone getto dla ludności żydowskiej. Już w zimie 1939 rodzina Weintraub musiała przeprowadzić się do getta.

Czternastoletni Leon mógł nadal uczęszczać do szkoły od wiosny 1940 aż do zamknięcia szkół w getcie jesienią tego roku. Pracował najpierw w warsztacie galwanizatorskim, później w blacharskim i następnie jako elektryk. W sierpniu 1944 r. wyjechał transportem do obozu Auschwitz-Birkenau (Oświęcim-Brzezinka). Tam został oddzielony od reszty rodziny.
Po kilku tygodniach udało mu się wymknąć z obozu w Auschwitz kiedy, niezauważony przez strażników, dołączył do transportu do Głuszyc.

Następnym obozem był Dörnhau, Kolce, gdzie jako „specjalista” musiał wykonywać prace elektryczne – zakładanie linii napowietrznych dla paramilitarnej organizacji Todt. Tam przebywał do końca lutego 1945 i po „marszu śmierci” został deportowany do obozu koncentracyjnego we Flossenbürgu, a później w ramach ‚ewakuacji‘ do kolejnych obozów pracy. Został oswobodzony przez wojska francuskie w okolicy Donaueschingen 23 kwietnia 1945 r. Chory i osłabiony przebywał kilka tygodni w szpitalu w Donaueschingen, a potem we francuskim wojskowym sanatorium na półwyspie Reichenau. Tam przypadkiem dowiedział się, że trzy jego siostry przeżyły w Bergen-Belsen i we wrześniu 1945 r. przybył do Belgen-Belsen.
Jesienią 1946 r. rozpoczął studia medycyny w Göttingen.

Wrócił do Polski w listopadzie 1950 i po ukończeniu studiów pracował jako ginekolog w Warszawie. W 1966 r. obronił doktorat. W marcu 1969 r. z powodu wzrastającego w Polsce antysemityzmu stracił pracę jako ordynator oddziału położniczo-ginekologicznego w Otwocku i wyemigrował wraz z rodziną do Szwecji. Tam mieszka do dzisiaj utrzymując kontakt z Polską. Z jego inicjatywy w 2008 r. odrestaurowano cmentarz w Dobrej koło Turku skąd pochodziła jego matka.


Dobra 22 czerwiec 2017

Szanowni goście z bliska i daleka, przedstawiciele władz i organizacji,  drodzy mieszkańcy Dobrej oraz tak bliscy mi przyjaciele, kochana wnuczko Rebeko i prawnuki Bruno i Jonasz Bardzo szczególne wydarzenie miało dzisiaj miejsce w tym dobrym miasteczku Dobra: odkrycie na nowym Cmentarzu Żydowskim Tablicy Pamiątkowej z nazwiskami osób tam pochowanych.

Projekt ten, mający na celu upamiętnienie i uczczenie zmarłych mieszkańców Dobrej żydowskiego pochodzenia, jest całkowicie dziełem Marka Milczarka, kierownika szkoły w Dobrej, oraz Pawła Janickiego, nauczyciela w tej szkole. W imieniu własnym. jako potomka rodziny Bajrach z Dobrej, jak też w imieniu członków mojej rodziny od strony matczynej rozsianych po całym świecie, składam podziękowanie autorom tego tak bardzo  ważnego dzieła. Chylę czoła pełen wdzięczności i uznania za ich wkład w upamiętnieniu ich byłych sąsiadów. 

Ta ich inicjatywa, ukoronowane odsłonięciem tablicy z nazwiskami,  podkreśla wielowiekową obecność w Dobrej Żydów, stanowiących okresowo ponad połowę jego mieszkańców, będąc tym samym nierozłączną częścią historii tego miasta. Ludność żydowska w Dobrej posiadala dwa miejsca pochówku. Najstarszy cmentarz żydowski w Dobrej znajdował się przy obecnej ul. Narutowicza, w pobliżu synagogi. Gmina żydowska założyła nowy cmentarz na początku ubiegłego wieku. Oba cmentarze zostały zniszczone podczas drugiej wojny światowej przez nazistowskich okupantów. Wiele nagrobków zostało wykorzystanych do prac budowlanych, między innymi do ułożenia chodnika przy willi, zajętej przez ówczesnego, niemieckiego burmistrza miasta. 

Na terenie starego cmentarza znajduje się od sierpnia roku 2008 Miejsce Pamięci, utworzone przez potomków żydowskich mieszkańców Dobrej wspólnie z Radą Miejską i Samorządem Mieszkańców Miasta Dobra.  Z czasem teren tego nowego cmentarza zalesiono. W jego miejscu po wojnie władze miasta ustawiły stylizowany na macewę kamień, z napisem o treści: 

„Cmentarz żydowski. Teren prawnie chroniony. Uszanuj miejsce spoczynku zmarłych”. 

Od dziś ten nowy cmentarz żydowski nie jest anonimowym kawałkiem lasu; ta tablica z nazwiskami tu pochowanych oraz nowy kamień z informacją o tym miejscu spoczynku zmarłych, bardzo godnie informują o szczególnym charakterze tego miejsca. Chcę na zakończenie dodać, że ten dzisiejszy akt odsłonięcia takiej Tablicy na nowym żydowskim cmentarzu ma bardzo ważną wymowę; gdyż ma miejsce w czasie, kiedy po ulicach wielu miast bezkarnie maszerują grupy osobników w umundurowaniu oraz symbolami przypominającymi nazistowskie, i także głoszących slogany  bardzo zbliżone do haseł ich faszystowskich poprzedników, i to pomimo wielkich szkód oraz ogromu nieszczęść nie do opisania, jakie ta hitlerowska okupacja dokonała w naszym kraju. 

Ten tak bardzo pozytywny czyn potwierdza, że są dobrzy ludzie w Dobrej, którzy okazują dobrą wolę i szacunek, jak i ubolewanie wobec tej tragedii, jaka spotkała ich tak okrutnie wymordowanych sąsiadów, jedynie dla tego, że byli Żydami. I za tę ludzką, humanistyczną postawę dziękuję Wam z całego serca, w imieniu własnym, jak też i wszystkich potomków żydowskiej ludności w Dobrej.


Mariola Maciaszek I Liceum Ogólnokształcące im. Tadeusza Kościuszki w Turku

Mamy odwiedzić cmentarz żydowski. Podobno jest w samym centrum miasteczka. Podobno – bo przecież każdy z nas tyle razy przejeżdżał przez Dobrę i żadnego cmentarza nie widział.
Rozglądamy się niepewnie. Kirkut ma być właśnie tutaj – na skrzyżowaniu Narutowicza i Kilińskiego. I jeszcze stojąc kilka metrów od niego, nie widzimy! Zupełnie wtopił się w przestrzeń miasta, przypominając raczej niewielki skwerek. Miejsce to jest tak usytuowane, że przejeżdżając przez miasto, można je zupełnie przeoczyć. To niewielkich rozmiarów plac, otoczony żelaznym ogrodzeniem, na jego rogach znajdują się betonowe słupy wyłożone pomarańczową glazurą. Po prawej stronie wejścia – ulica, którą mieszkańcy udają się do pracy, szkoły czy chociażby na codzienne zakupy, po lewej – niewielkie targowisko, na które przychodzi się po ziemniaki, kapustę, pomidory… (…) Furtka podobnie jak całe ogrodzenie zrobiona jest z giętej stali i nieco zardzewiała. Przy pierwszej próbie otwarcia stawia opór, spodziewamy się, że cmentarz jest zamknięty, ale klamka ustępuje i furtka z lekkim skrzypieniem zaprasza nas do wejścia (Kotoński, Łukasik 2018, 158-160). 

page2image52123328

Lapidarium w miejscu cmentarza żydowskiego w Dobrej

Tak autorzy jednego z rozdziałów książki Życiorysy lokalne rozpoczynają swoją opowieść o życiu Leona Weintrauba, przyjaciela Dobrej, lodzer- menscha2 ocalałego z getta łódzkiego. Pan Leon ma dziś 93 lata i mieszka w Sztokholmie, w Dobrej bywa jednak tak często, że przez ostatnie dwa lata nie raz mogliśmy się spotkać. Bywa w łódzkim Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, w byłym obozie zagłady Kulmhof w Chełmnie nad Nerem i w Dobrej, mieście swoich dziadków. Wszędzie ma przyjaciół. I niewiele jest osób, które roztaczałyby wokół siebie aurę tak autentycznej serdeczności. 

Przez ostatnie lata bez reszty pochłonęła go misja upamiętniania historii swojego narodu, której on sam jest żywym przykładem. Nawiązuje kon- takty z nauczycielami w Szwecji i w Niemczech, organizuje ich przyjazdy do Polski, sam oprowadza po miejscach będących świadectwem Zagłady. Mówi o przeszłości, z lękiem patrząc na współczesność. Jego niezwykła wital- ność czyni go znacznie młodszym, niż wskazuje data urodzenia. Ponieważ najgorsze już przeżył, to nic go nie może zaskoczyć. A słowo „zemsta” już dawno usunął ze swojego słownika. Nie ma w nim złości, nikogo nie wini za krzywdy, które spadły na niego, jego bliskich i innych Żydów. Pan Leon mówi, że ma zamiar działać do setnego roku życia, zwłaszcza że – jak pod- kreśla – „nie daje Bogu powodów do tego, by zabrał go stąd wcześniej”. Dopiero wtedy pozwoli sobie na odpoczynek. Chyba potrafi docenić życie. Kocha muzykę klasyczną – w swojej domowej kolekcji zgromadził 120 wyko- nań ulubionego dzieła, Koncertu skrzypcowego D-dur op. 61 Ludwiga van Beethovena. Kiedy uczniowie podejmowali decyzję, by przyjrzeć się życiu Leona Weintrauba, nie mieli pojęcia, z jaką osobowością się zetkną. 

page3image52322640

Leon Weintraub podczas obchodów 69. rocznicy likwidacji getta w Łodzi
Fot. Stefan Brajter 

Trwający blisko dwa lata szkolny projekt regionalistyczny Życiorysy lokalne. Piszemy biografie bohaterów lokalnych z Turku i powiatu tureckiego dał jego uczestnikom szansę na poznanie historii życia dziewięciu postaci wśród których znalazł się właśnie Leon Weintraub. To sylwetki bohaterów ważnych, wpisanych w dzieje naszego regionu. Łączy je historia XX wieku, ale każda z nich odegrała w niej inną rolę. Przedsięwzięcie realizowane było przez grupę siedemnastu uczniów I Liceum Ogólnokształcącego w Turku pod kierunkiem szkolnych polonistek i nauczycieli akademickich z Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
W sposób najbardziej zaskakujący pojawił się Leon Weintraub – wspomniała o nim absolwentka szkoły podczas przypadkowej rozmowy o tym, co ciekawego dzieje się w Liceum od czasów jej matury. 

Jeszcze przed spotkaniem z Leonem Weintraubem młodzi biografiści zetknęli się z wypowiedziami przepełnionymi podziwem dla jego niespoży- tej energii i zaangażowania. Mieszkańcy Dobrej traktują go jak kogoś, kto z ich miastem byłby związany od zawsze, dla niektórych jest jak członek rodziny, mówią o nim „wujek” i „dziadek”. Uczniowie z napięciem oczekiwali na konfrontację legendy z rzeczywistością. I nie zawiedli się. Wprawdzie Leon Weintraub przybył do Liceum w Turku bez muszki, ale mimo upału był nadzwyczaj elegancki. Swoją historię ten dziewięćdziesięciodwuletni męż- czyzna opowiadał, stojąc przed słuchaczami przez ponad półtorej godziny. Tragiczny obraz dzieciństwa z czasów wojny uzupełnił cudownymi anegdo- tami, np. o tym, jak razem z kolegą z podwórka we wrześniu 1939 roku wła- mali się do sklepu i ukradli dwie gęsi, by za zdobyte pieniądze kupić pisto- let i walczyć z Niemcami. Jednak przyłapani na gorącym uczynku zostali za ucho odprowadzeni do rodziców. 

Na wakacje mały Leoś jeździł do Warty, małego miasteczka w pobliżu Dobrej. Gdy kończył się rok szkolny, wsiadał do autobusu, którego zapach spalin czuje do dzisiaj, gdy tylko pomyśli o lecie spędzanym nad rzeką u ciotki. Nie były to luksusowe waka- cje. Tutaj, w Warcie, mógł się przekonać, jak wygląda prawdziwy żydowski sztetl. Rodzina ciotki była bardzo liczna, doczekali się dziesięciorga dzieci. Jeden z synów trafił zresztą do polskiego wojska. Mieli mały sklepik, a wujek jeździł do Łodzi po towar dla okolicznych kupców. Posiadali niewielki domek ze stryszkiem i właśnie tam, na kupce siana służącej za łóżko, nocował gościnnie Leon. 

Mały Leoś podczas wakacji podjął próbę nauki pływania. W Łodzi w ogóle nie miał kon- taktu z wodą, a tutaj w Warcie pływali wszyscy jego kuzyni. Próbowali mu pomóc, uzna- jąc, że nic nie zrobi mu tak dobrze, jak wrzucenie od razu „na głęboką wodę”. Pływać się wówczas nie nauczył, a w dodatku o mało nie utopił (Kotoński, Łukasik 2018, 166). 

Gromadząc materiały i zapoznając się z zasadami dokumentalistyki, uczestnicy projektu poszukiwali odpowiedniego wzorca dla portretowania każdej z postaci. Typ bohatera, jego historia i zebrane informacje determinowały sposób pisania o nim. Inaczej buduje się opowieść o kimś, kto – jak Danuta Chmielewska – podczas prywatnego spotkania barwnie przed- stawia swoją historię i nie istnieją żadne źródła dokumentujące tę postać, a zupełnie inaczej o lokalnym społeczniku jak Kruszyński, który tak wiele zrobił dla miasta, ale w zgromadzonych o nim informacjach nie odsłonił się ani jeden szczegół z jego życia osobistego. Autorzy części szkiców, próbując zrozumieć swych bohaterów, posługiwali się elementami fikcji literackiej i fabularyzowali tworzone przez siebie biografie, wykorzystali formę repor- tażu, wywiadu i wspomnienia. Wśród zredagowanych przez nich tekstów 
Duży albumowy format, bardzo staranne wydanie, skromna i elegancka szata graficzna, a wewnątrz dziewięć tekstów wypracowanych wspólnie podczas całego projektu. Zarówno dla jego uczestników, jak i opiekunów był to moment wielkiej satysfakcji i radości. Podczas uroczystej promocji książki mogliśmy ją wręczyć dwojgu najważniejszych bohaterów, Danucie Chmielewskiej i Leonowi Weintraubowi, ale również tym wszystkich, którzy podzielili się z nami swą wiedzą i wspomnieniami, a bez pomocy których Życiorysy lokalne nie mogłyby powstać.


Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.