
Alicja Teodorescu
Europa wybrała moralność zamiast siły. Świat wybrał coś zupełnie przeciwnego. Dlatego Europa traci wpływy – i ryzykuje utratę bezpieczeństwa.
Europa to coś więcej niż tylko miejsce na mapie świata. To coś więcej niż zbiór języków, krajów, narodów i flag. Europa to Paryż, Londyn, Wiedeń, Berlin, Rzym, Sztokholm, Warszawa, Ateny, Budapeszt i Praga. To dziedzictwo Karola Wielkiego, Ryszarda Lwie Serce i Napoleona; to świat Kolumba, Szekspira, da Vinciego, Mozarta, Bacha i Beethovena. To myśl Skłodowskiej-Curie, Einsteina, Andersena, Goi, Rembrandta, Churchilla, Chopina, Newtona, Moneta, Vivaldiego, Goethego, Gutenberga, Voltaire’a, Dantego, Kafki i Prousta.
Europa jest pałacem w Wenecji, bulwarem Saint-Germain, fasadą art déco w Walencji i gotycką iglicą na Grand Place. To delta Dunaju, bezkres Karpat, greckie wyspy i zorza polarna nad Laponią. Europa to także wartości: oświecenie, rozsądek, równość, wolność wyznania, demokracja i wolność słowa. To cywilizacja oparta na idei człowieka, rozumu i wolności. To innowacje, badania naukowe i druga co do wielkości gospodarka świata z największym rynkiem wewnętrznym.
Jednak Europa była również, zwłaszcza w XX wieku, punktem styku Wschodu i Zachodu, epicentrum wojen terytorialnych i krwawych walk z totalitarnymi ideologiami. Innymi słowy, Europa to kontrasty i różnorodność, ale też coś nieuchwytnego, co powraca niezależnie od tego, czy kierujemy się na północ, południe, wschód czy zachód.
Europie nie brakuje historii, zasobów ani ludzi. Cierpi jednak na tchórzostwo. Zbyt wielu ludzi na wysokich stanowiskach myli cywilizację z debatami akademickimi, a władzę z dokumentami o „wartościach podstawowych”. W rezultacie staliśmy się jedynie dodatkiem do strategii innych graczy. Europa stała się kontynentem, z którym konsultuje się sprawy, gdy jest to wygodne, omija, gdy jest to konieczne, i któremu grozi, gdy jest to skuteczne. Otwarta groźba prezydenta Donalda Trumpa wobec Danii w sprawie Grenlandii to nie tylko historyczne przekroczenie granic – to test. Czy Europa sobie poradzi?
Jadąc drogą 1A1 w kierunku Mar-a-Lago na Florydzie, mija się ogromne wille: mieszankę potężnych zamków, francuskich dworów i włoskich rezydencji. Mimo przepychu brakuje w tej kopii duszy – to tylko architektoniczny kolaż. Choć Europa wciąż inspiruje, nie ma wątpliwości, że przyszłość technologiczna i gospodarcza – podobnie jak napięcia militarne – ogniskuje się dziś w USA i Azji. W tej perspektywie Europa staje się muzeum, z którego inni chętnie czerpią fragmenty, ale poza tym nie zwracają na nią uwagi. To bolesna, lecz konieczna świadomość, która rodzi kolejne pytania:
Jak wpływa na naszą samoocenę fakt, że nie jesteśmy już motorem rozwoju i nie reprezentujemy postępu ludzkości w nauce czy innowacjach? Jak postrzegają nas inni? Co to oznacza, że USA w ogóle wpadają na pomysł grożenia Danii, narażając więzi transatlantyckie? Dlaczego Europa nie jest obecna przy stole negocjacyjnym dotyczącym przyszłości Ukrainy w rozmowach między Zełenskim a Trumpem? Jakie przewagi konkurencyjne możemy dziś zaoferować? Co wnosimy do negocjacji, co zmusiłoby innych do dostosowania się do nas, a nie odwrotnie?
Europa powinna być mocarstwem – nie tylko humanitarnym, ale gospodarczym i militarnym. Potęga nie opiera się jednak na pięknych słowach i moralizatorskich napomnieniach. Opiera się na zdolności do odstraszania lub wygrywania wojen. Kto chce utrzymać porządek świata obowiązujący od II wojny światowej, musi umieć poprzeć swoje słowa siłą. Bez realnych konsekwencji naruszeń, bez dotkliwych sankcji, których obawia się przeciwnik, zasady stają się jedynie figurami retorycznymi.
Dzisiejsza Europa nie posiada takiej zdolności. Gdy Mette Frederiksen stwierdza, że przejęcie Grenlandii przez USA oznaczałoby koniec NATO, pośrednio przyznaje, że europejskie kraje Sojuszu nie są w stanie przeciwstawić się Stanom Zjednoczonym i że to Waszyngton dyktuje warunki. Dotyczy to USA, ale i Rosji oraz każdego innego gracza, który chce nam zaszkodzić. Jeśli Europa chce być mocarstwem, musimy przestać pytać, czy potrzebujemy władzy, a zacząć jednoczyć się wokół tego, jak ją zdobyć.
Te spostrzeżenia mogą brzmieć szokująco dla pokoleń wychowanych w naiwnej idei wiecznego pokoju. Jednak historia uczy, że wojny zawsze decydowały o losie ludzkości, a pokój jest tylko przerywnikiem wynikającym z układu sił. Wielu z nas zatraciło tę instynktowną czujność, przez co dziś jesteśmy bezradni wobec rzeczywistości, której nie rozwiąże dyplomacja ani handel. Być może dlatego Europie tak trudno zrozumieć determinację Izraela po 7 października? Być może energia i przekonanie innych przypominają nam o tym, co sami straciliśmy?
Trump i Netanjahu osiągają swoje cele – niezależnie od tego, co myślimy o ich metodach – i dyktują agendę, podczas gdy my jedynie reagujemy na wydarzenia, które oni wprawili w ruch. Trump ogłosił właśnie wprowadzenie ceł na kraje UE w związku z kwestią Grenlandii. UE powinna odpowiedzieć tym samym i nie dać się szantażować. Tak nie postępuje sojusznik. Musimy przestać udawać, że wszystko jest jak dawniej.
Eskalacja ze strony Trumpa potwierdza diagnozę ekspertki NATO, Ann-Sofie Dahl: dziś duńskie służby wywiadowcze muszą uznawać USA – obok Rosji, Chin i terroryzmu – za źródło nieprzewidywalności. Analizy pokazują, że jeśli Ukraina zostanie zmuszona do „pokoju” na rosyjskich warunkach, Rosja może być gotowa do lokalnego konfliktu w ciągu zaledwie 6 miesięcy, a do wojny regionalnej w naszym bezpośrednim sąsiedztwie – w ciągu dwóch lat. Z takimi atakami Europa prawdopodobnie będzie musiała radzić sobie zupełnie sama.
Dahl ma rację: musimy założyć, że jako kontynent (włączając Wielką Brytanię) musimy być zdolni do samodzielnego prowadzenia wojny. To, że od dziesięcioleci polegamy na dobrej woli amerykańskiego podatnika, jest patologią, którą należy natychmiast ukrócić. Brak pewności co do lojalności USA to wystarczający powód do przebudzenia.
Konkretnie: każdy kraj europejski musi się zbroić, by wspólnie osiągnąć potencjał porównywalny z amerykańskim. Od broni jądrowej, przez lotniskowce i atomowe okręty podwodne, aż po amunicję. Wszystko to musi być produkowane w Europie i dla Europy, by nasze bezpieczeństwo nie zależało od zewnętrznych dostaw i cudzych warunków.
Zbrojenia wymagają jednak wzrostu gospodarczego i polityków gotowych na trudne cięcia w innych obszarach. Stagnacja Europy szkodzi nie tylko portfelom, ale i obronności. Pod rządami Trumpa Ameryka nie patrzy już na nas przez pryzmat wspólnych wartości, lecz wyłącznie przez pryzmat własnych interesów.
Oto co musimy zrobić:
- Suwerenność wojskowa: Budowa własnego potencjału zdolnego wygrać wielką wojnę bez udziału USA. Wymaga to europejskiego odstraszania nuklearnego pod wspólną kontrolą, własnych grup lotniskowców i masowego przemysłu zbrojeniowego pracującego w trybie ciągłym.
- Strategiczna polityka przemysłowa: Pełna kontrola nad produkcją broni, energii i półprzewodników. Koniec z dogmatem „wolnej konkurencji”, gdy koliduje on z przetrwaniem.
- Niezależność wywiadowcza: Europa polegająca na CIA nie jest niezależna. Potrzebujemy ścisłej współpracy wywiadowczej i własnego systemu satelitarnego.
- Decyzyjność: Zniesienie prawa weta w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa. Szybkość działania musi być ważniejsza niż biurokratyczna perfekcja.
- Mentalne przeprogramowanie: Europa musi nauczyć się języka siły. Wartości bez zdolności ich obrony są tylko dekoracją.
Niektórzy sądzą, że to podejście przeminie wraz z końcem kadencji Trumpa. To błąd. Ta zmiana w USA zaczęła się już za Obamy. Z czystego instynktu samozachowawczego nie możemy wrócić do dawnej podległości. Zależność uczyniła nas podatnymi na zagrożenia w wielobiegunowym świecie.
Dziś europejskie partie polityczne paraliżuje strach przed ryzykiem i wiara w status quo. Zasłanianie się konwencjami i przepisami sprawia, że polityka migracyjna czy obronna stoi w miejscu. Tymczasem istnieje przestrzeń między bezprawiem a paraliżem – jest nią zdecydowane działanie w granicach prawa.
Musimy też zrozumieć, że nawet ogromne inwestycje nie przyniosą efektów z dnia na dzień. Gdyby Rosja rozszerzyła wojnę dziś, Europa bez pomocy USA ryzykowałaby porażkę – nie dlatego, że Rosja ma lepszą technologię, ale dlatego, że jest gotowa na większe poświęcenia i ma większe zapasy.
Czas na otrzeźwienie. Przez dziesięciolecia wmawiano nam, że handel zastąpi konflikty, a prawo zastąpi siłę. Rezultatem jest Europa, która potrafi się oburzać, ale nie potrafi działać. Europa, która głosi kazania, ale nie odstrasza.
Brak Europy przy stole negocjacyjnym w sprawie Ukrainy to nie przypadek – to konsekwencja naszych wyborów. Ten, kto nie potrafi niczego obronić, nie może domagać się wpływu. Prawo międzynarodowe istnieje tylko tak długo, jak długo ktoś jest gotów go bronić czymś więcej niż komunikatem prasowym. Bez siły militarnej nasze zasady są tylko poezją. Piękną, ale bezskuteczną.
Dziś brakuje nam woli. Przyzwyczailiśmy się, że USA biorą na siebie to, co nieprzyjemne: brudną robotę, wywiad i ryzyko śmierci. Ale odstraszanie wymaga przywództwa, a nie zarządzania statusem quo. Europa może znów być potęgą, ale musi przestać zachowywać się jak skansen, a zacząć działać jak podmiot dysponujący realną siłą.
Europa, która nie potrafi walczyć, nie może decydować
Kategorie: Uncategorized

