Pogrom kielecki. Jak naprawdę do tego doszło?

40 ofiar śmiertelnych – w tym 37 Żydów – oraz 35 osób rannych. To najkrótszy możliwy bilans zdarzeń z 4 lipca 1946 roku, które przeszły do historii jako pogrom kielecki. Ta wielka tragedia do dziś budzi emocje, a wiele wskazuje na to, że już niedługo zostaną one rozpalone na nowo. Jesienią 2017 roku ma pojawić się książka „Społeczny portret pogromu kieleckiego” autorstwa Joanny Tokarskiej-Bakir.

Choć wydawałoby się, że o pogromie kieleckim napisano i powiedziano już wszystko, to antropolożka kultury Joanna Tokarska-Bakir postanowiła po raz kolejny zmierzyć się z tą sprawą. To, co stało się 4 lipca 1946 roku, jest jedną z najmroczniejszych kart polskiej historii. Wielowiekowi sąsiedzi, którzy dopiero przeżyli wojenną hekatombę, zwrócili się przeciwko sobie, a ulice Kielc spłynęły krwią.

Wymyślony rytualny mord

Stosunki między lokalną społecznością Żydów a Polakami od dawna były napięte, ale oficjalną przyczyną zajść była plotka o porwaniu dziecka – Henryka Błaszczyka. Według relacji chłopca i jego ojca, 8-latek miał zostać porwany przez Żydów i przetrzymywany w piwnicy, w której przebywały już inne dzieci. Błaszczykowi jakoś udało się wydostać, zgłosić z ojcem sprawę na policję, a następnie wskazać winnego – Żyda Kalmana Singera. Choć wiadomość o rzekomym porwaniu zmyślił najprawdopodobniej sam chłopiec, bojąc się kary za samowolne pojechanie do rodziny na wieś, to lawiny zdarzeń nie dało już się zatrzymać.

Do budynku przy ulicy Planty 7, gdzie rzekomo miały być przetrzymywane chrześcijańskie dzieci, udał się patrol milicji. Po drodze mundurowi rozpowiadali przechodniom o tym, że Żydzi porwali dzieci, by dokonać na nich mordu rytualnego. Pod wskazanym adresem nie odnaleziono dzieci, ale to nie przekonało gromadzącego się przed budynkiem tłumu. Przerażeni Żydzi próbowali telefonicznie wezwać pomoc, ale ich prośby nie zostały wysłuchane. W tym samym czasie milicjanci mieli mówić „zaczniemy – skończycie”, co było jedną z sugestii, że na ewentualny pogrom mundurowi przymkną oko.

Na miejscu pojawiło się wojsko i Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Choć otoczono budynek, to nie rozgoniono zgromadzonego pod nim tłumu. Żołnierze z milicjantami weszli do środka i zaczęli rozbrajać tych, którzy mieli broń. W końcu padły strzały. W strzelaninie zginęło kilu mieszkańców kamienicy, pozostałych wywleczono na zewnątrz. Tam rzucił się na nich rozwścieczony tłum, któremu sekundowali żołnierze. Jedni katowali, inni rabowali mienie żydowskie. Część morderstw miała charakter czysto rabunkowy. Wszystkiemu przyglądały się służby, które dopiero po kilku godzinach zaczęły reagować na to, co się wokół dzieje. Jeszcze tego samego dnia aresztowano ponad sto osób. Część z nich stanowili żołnierze.

Pogrom odcisnął się piętnem na całym kraju. Różne relacje; szum i chaos informacyjny, próby przerzucania się winą, a także próby wyciszania sprawy wpłynęły na to, że prawda nie została do końca poznana, a ofiary przez wiele lat nie były należycie upamiętnione.

Kto stał za pogromem

Jak mogło dojść do tak makabrycznego zajścia w kraju, który przez ostatnie kilka lat był areną wojny, w którym ziemia nie zdążył jeszcze wyschnąć z przelanej na niej krwi? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Joanna-Tokarska-Bakir, w swej książce „Społeczny portret pogromu kieleckiego”. Zanim książka będzie ogólnodostępna, możemy zapoznać się z refleksjami autorki na jej temat w autokomentarzu metodologicznym „Z Latourem w Kielcach”. Droga, którą podąża Tokarska-Bakir wiedzie do wniosków i faktów, które wielu osobom mogą nie przypaść do gustu. Podważa ona jedną z popularnych też powtarzanych w opisach pogromów, że Żydzi kolaborowali z komunistami gnębiącymi Polaków.

„Przede wszystkim zniknie zasadnicza dla tej ramy dychotomia „żydokomuna”/”Naród Polski”. Od pierwszego dnia instalowania nowego ustroju po stronie komunistów – w UB, MO, WP, KBW i PPR – pojawią się także etniczni Polacy, zaś po stronie antykomunistycznej – nadspodziewanie wielu Żydów, w czasie okupacji więźniów radzieckich łagrów, wśród nich przyszłe ofiary pogromu kieleckiego. „Wojnę z żydokomuną” zastąpi barwna i pełna zaskakująco aktualnych odniesień „wojna polsko-polska”. Obie są faktyszami, ale eksponują zupełnie inne aspekty zdarzeń” – czytamy u Tokarskiej-Bakir, która następnie podąża za aktorami, czyli uczestnikami wydarzeń. I tu pojawiają się kolejne zaskakujące informacje.

„Dość powiedzieć, że nieujawnionymi członkami NSZ okazali się zarówno zastępca komendanta Wojewódzkiego KW MO, Roman Olszański-Przybyłowski, jak i oficer personalny tej Komendy, Stefan Latosiński, którzy pomimo czystek utrzymali się na stanowiskach dowódczych aż do roku 1949. W Komendzie Wojewódzkiej MO w Kielcach poza ścisłym szefostwem niemal wszyscy oficerowie byli członkami AK. Członkowie GL i AL stanowili tam zdecydowaną mniejszość, choć to właśnie dla nich zarezerwowane są kluczowe stanowiska. (…) Jeszcze bardziej spektakularną okoliczność stanowi fakt, że pracownik Referatu Śledczego MO Stefan Sędek, prawnik i przedwojenny działacz ONR w Kielcach, który wysłał pierwszy patrol na Planty 7, był bratem dwóch wojennych komendantów okręgowych NSZ na obszar Warszawy i Lublina, którzy po wojnie działali w tajnej antykomunistycznej Organizacji Polskiej. Jakiekolwiek były przyczyny masowego akcesu tych ludzi do MO (infiltracja, możliwość legalnego szabru, konformizm społeczny czy w końcu przyjęcie ideologii komunistycznej), pogrom był w ogromnej mierze właśnie ich dziełem” – czytamy w autokomentarzu.

„Dziki Zachód” wokół Kielc

Czyżby więc teoria o bandach NSZ, którą przedstawiały władze PRL okazała się prawdą? By móc odpowiedzieć na to pytanie, należy ponownie zagłębić się w lekturę.

„W procesach popogromowych komunistycznym dowódcom kieleckiej MO, Kazimierzowi Gwiazdowiczowi i Wiktorowi Kuźnickiemu, postawiono zarzut niedopełnienia obowiązków. Choć to nie oni sami, lecz ich podwładni mordowali Żydów, obaj wymienieni jako szefowie lokalnej milicji stworzyli szczególną, w znacznym stopniu niezależną od Warszawy eksterytorialną republikę, w której z zasady dogadywano się ze wszystkimi siłami, wyposażonymi w przemoc i dostęp do dóbr: z komunistami z PPR, podziemiem, Sowietami i szabrownikami” – ten obraz, przypominający Dziki Zachód, opisuje autorka książki.

Jak zaznacza autorka, specyficzny klimat czynił współwinnymi wielu, także lokalny Kościół, który nie wykluczał, że „Żydzi mogli maczać palce w porywaniu dzieci”. I choć po tylu latach od zbrodni chcielibyśmy w końcu poznać prawdę, to gdy już się z nią zetkniemy, możemy mocno się zdziwić, bo każdy z uczestników wydarzeń mógł mieć interes w tym, by jego wersja była uznana za tę prawdziwą. Dowodem na to mogą być słowa Joanny Tokarskiej-Bakir. „Drugi postulat zapożyczony od Latoura dotyczył podążania za aktorami, np. śledzenia wojennych i przedwojennych karier milicjantów KW MO w Kielcach. Po ich analizie okazuje się, że żaden z omawianych aktorów nie jest tym, za co chciałby uchodzić” – czytamy w autokomentarzu. 71 lat po makabrycznym pogromie, ich „gra aktorska” wciąż potrafi wielu przekonać.

W materiale wykorzystano fragmenty publikacji „Z Latourem w Kielcach. Autokomentarz metodologiczny do Społecznego portretu pogromu kieleckiego” autorstwa Joanny Tokarskiej-Bakir.

Film dokumentalny w reżyserii Marcela Łozińskiego z 1986 roku.

 http://www.fakt.pl/hobby/historia/pogrom-kielecki-jak-naprawde-do-tego-doszlo/88mpwg2

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: