ZERO

Zenon Rogala

                                                             pamięci Edwarda Stachury
Nie wiedziałem jak to uczcić. Uczcić, to za łatwo i zbyt niezrozumiale powiedziane – jak to, uczcić, już sam nie wiem, jak nazwać to, co chciałem zrobić. Odczuwałem potrzebę pozbycia się czegoś, utracenia czegoś, a przez utratę czegoś, być bliżej niego i tej straty jaką odczuwam, może przez to, że coś stracę, będę choć trochę podobny do niego. On stracił wszystko, to znaczy pozbył się wszystkiego. Pozbył się nawet samego siebie, więc chyba nie wiele stracę, jeśli pozbędę się na stałe, na przykład zegarka. Akurat Tamiza była w zasięgu rzutu mojej ręki. Więc szast. I nawet nie patrzyłem gdzie spadał. Co jeszcze… tak mam paszport i wszystkie pieniądze w gotówce. Wtedy dobrze mi szło, szef był ze mnie zadowolony i podwyżkę dostawałem co piątek. Jedynie nie pozwolił mi o tym mówić między chłopakami i miałem zakazane się chwalić, że szef docenia moją pracę. Więc włożyłem, a było tego ze dwieście funciaków. Więc włożyłem te dwie stówy do paszportu i szast. Całość zawinąłem we wszechobecne tu reklamówki, a do środka wrzuciłem na dodatek obydwa swoje buty i jeszcze nielichy kamień…
Siedziałem na trawie na pochyłym brzegu Tamizy. Objąłem nogi pod kolanami i siedziałem. Co jeszcze powinienem stracić, żeby go uczcić. Głowę położyłem na wierzchołku przyciskanych rękami kolan i siedziałem tak bez sensu. Aha, więc można stracić również sens. Tak, to dużo i bardzo dużo. Nawet jak dla mnie, o wiele za dużo. Bo sensu nie wolno stracić. On stracił sens. Przed chwilą w przypadkowej polskiej gazecie przeczytałem tę tragiczną nowinę, a przecież wiem, że tracenie sensu jest całkiem bez sensu. Siedziałem zwinięty i było mi bardzo dobrze. Byłem ciekaw, kiedy wstanę, byłem ciekaw, jak to będzie, jak będę wstawał . Dlaczego wstanę. Co spowoduje, że wstanę. Czy wstanę tak po prostu, wstanę i już, czy wstanę, bo … coś… ale co. Czy wstanę dlatego, że coś mnie zaboli i nogi mi zdrętwieją, albo ręce, czy wstanę, że już znajdę i postaram się nie stracić sensu. Byłem ciekaw, ale póki co, siedziałem i ani mi było w głowie wstawanie. Chciałem zrobić coś, co pozwoliłoby przekonać świat, że i ja coś poświęcę, i być może wtedy będzie można powiedzieć, że chcę uczcić. Uczczę, oddam cześć.
     Wpierw poczułem je na szyi. Z początku drobne jak to w Londynie, potem ta opadająca mgiełka zaczęła gęstnieć i już sam nie wiem, po jakim czasie czułem jak letnie strużki wody spływają mi po placach. Miały do dyspozycji specjalnie nachylony mój grzbiet i mogły, a nawet powinny całkiem swobodnie spływać i robiły to coraz bardziej zuchwale i coraz natarczywiej. Ta mokra mgła, zamieniona w deszcz, powoli zamieniała się w nielichą londyńską ulewę. Z początku ciepłe, potem letnie, a teraz już całkiem lodowate strugi zmoczyły mnie doszczętnie. Trwałem niezłomnie. Czułem, że jest jeszcze na mnie parę suchych nitek do zmoczenia i gdybym wstał w tym stanie, nie byłbym godny powiedzieć, że coś straciłem, a przecież straciłem swego nieznanego mi przyjaciela, który nazwał się STED. Po dwie literki z imienia i nazwiska. Dziś skończyłby siedemdziesiąt pięć lat, więc dziś usiadłem nad Wisłą, przez chwilę tak, jak wtedy nad Tamizą, ale tu dzisiaj potworna spiekota.

Wszystkie opowiadania Zenona Rogali

TUTAJ

One Response to “ZERO”

  1. Marek Kobylecki 06/05/2019 at 08:34

    Jak zwykle – jest Pan perfekcyjny.Dziękuję za to wspomnienie.Marek

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: