Józef Hen: Dożyliśmy czasów, że ludzki odruch jest rewelacją

 

.Przyslala Rimma Kaul

 


Józef Hen, fot. Krzysztof Zuczkowski/Forum

Józef Hen, fot. Krzysztof Żuczkowski/Forum

Życie mnie nauczyło, że mnóstwo rzeczy i spraw przemija, gniew także. Ale ja wcale nie jestem łagodny z natury. Za dużo doświadczeń miałem w życiu, które mnie pouczyły, że niezdrowo jest hodować w sobie złe, zatruwające uczucia – mówi nam pisarz i scenarzysta Józef Hen.

– „Ja, deprawator” wydany w 2018 roku – pokazuje, że prowadzi pan bardzo aktywne życie towarzyskie. Izolacja w czasie pandemii panu doskwiera?

Nie za bardzo, bo ja i tak od kilku miesięcy nie wychodzę z domu. W zimie były silne wiatry, a że jestem w tym wieku, w jakim jestem…

W listopadzie skończył pan 96 lat.

… to w związku z tym moje dzieci uznały, że lepiej, aby tata  nie wychodził, bo jeszcze go przewieje. Ale kiedy to się wreszcie skończy, będzie mi brakować naszych koleżeńskich spotkań w kawiarni Czytelnika na ulicy Wiejskiej w Warszawie.

Właściciel, czyli wydawnictwo, znalazł nowego najemcę-restauratora i obecnie trwa tam remont.

Zbieraliśmy się we wtorki o 13.00 na spotkaniach organizowanych przez Krystynę Koftę. Różni ludzie o różnych poglądach – literaci, muzycy, kompozytorzy. I to wszystko zostało w grudniu 2019 roku pożegnane.

Nadal pisze pan dziennik?

Podpisałem nową umowę na kolejny tom i na kilka wznowień z wydawnictwem MG, z czego bardzo się cieszę. Miałem już skończone nowe dzienniki pt. „Do was i od was”, ale oto mamy epidemię, inny świat – uznaliśmy z wydawcą, panią Ewą Malinowską-Grupińską, że w książce ten inny świat musi zaistnieć. Po refleksji, która kończyła „Do was i od was”, jest teraz zdanie: „W tym miejscu książka miała się zakończyć” – i ciągnę obserwacje i rozmyślania przez kilka następnych miesięcy. Planowana data wydawnicza się nie zmieniła i książka, już pod tytułem „Bez strachu”, ma się ukazać w październiku.

Okładka książki „Ja, deprawator”, autor: Józef Hen, 2018, fot. Wydawnictwo Sonia Draga

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bez strachu przed czym? Przed koronawirusem?

Nie tylko. Bo tak się złożyło, że w tym tomie, prawie na początku, jest mowa o zwalczaniu strachu podczas oblężenia we wrześniu 1939 roku.

Jest taka scena w „Nowolipiu”, kiedy opisuje pan bombardowanie Warszawy w poniedziałek 25 września. Cała rodzina kuliła się w suterenie, a pan tymczasem położył się na łóżku.

Nie odczuwałem strachu, ponieważ obserwowałem go jako tworzywo literackie (tak jak teraz obserwuję swoją starość). Nawet się na mnie oburzali bliscy w tej suterenie, która służyła nam za schron: nas tu bombardują, a ten sobie leży i czyta książkę! Czytałem „Pogrom” Emila Zoli.

Co pan dziś czyta?

Wracam do twórczości Ksawerego Pruszyńskiego.

To on napisał panu przedmowę do debiutu w 1947 roku.

To miało ogromne znaczenie dla książki, a dla mnie, debiutanta, zaszczyt, bo Pruszyński był już kimś w rodzaju klasyka. Z czasem nasza znajomość zmieniła się w przyjaźń – i to z jego inicjatywy.

13 czerwca minie 70 lat od jego tragicznej śmierci w wypadku samochodowym.

Wielka strata, to było znakomite pióro, wnikliwy reporter, odkrywczy publicysta, mężczyzna o ogromnej odwadze, także fizycznej, był w Narwiku, był pod Falaise, sam się zgłosił do oddziału pancernego i został tam ciężko ranny. Teraz moja wnuczka ma zdawać zdalnie maturę, więc zapytałem, czy interesuje ją Pruszyńskiego „Opowieść o Mickiewiczu„. Odpowiedziała, że bardzo, więc dałem jej tę jego ostatnią, niezmiernie malowniczą książkę (pozostały w niej pewne luki, których nie zdążył uzupełnić), a jednocześnie sam wróciłem do jego twórczości. Czytałem „Trzynaście opowieści” i „Karabelę z Meschedu”.
Słowo „opowieści” określa charakter tej prozy. Jakby pan Ksawery siedział przy dużym stole w jakiejś gospodzie i opowiadał tak, jak się opowiada przy piwie, kiedy się wspomina ludzi i własne przeżycia: więc „opowieść” a nie „literatura”… Wzmacnia po namyśle pewne określenia, jakby były właściwsze niż te, których przed chwilą użył. – Nigdy tych opowiadań nie wymyślałem, wszystkie postaci, sprawy i konflikty są autentyczne – powiedział mi. A na to ja: – A „Trębacz z Samarkandy”? – Tak – przyznał – to wymyślone; ale właśnie to opowiadanie Anders uznał za autentyczne i zarządził śledztwo – zakończył ze śmiechem.

Mariusz Szczygieł włączył jego „Bombardowanie Madrytu” z 1936 roku. do „Antologii Polskiego Reportażu”.

Pruszyński pojechał zobaczyć wojnę domową w Hiszpanii wysłany przez pisma prawicowe, ale tam, na miejscu, jego sympatie uległy odwróceniu. Wcześniej w 1933 roku, kiedy miał 26 lat, pojechał do Palestyny, żeby obserwować pionierstwo żydowskie. W książce „Palestyna po raz trzeci” napisał, że kiedy dojdzie do wojny Żydów z Arabami, to Związek Radziecki nie stanie po stronie socjalistów żydowskich, tylko po stronie nacjonalistów arabskich. I kiedy tak właśnie się stało w 1967 roku, to Jerzy Giedroyc przedrukował w „Kulturze” przepowiednię Pruszyńskiego sprzed ponad trzydziestu lat.
Jeszcze jeden przykład jego przenikliwości: swój debiut z 1932 roku zatytułował „Sarajewo – 1914, Szanghaj – 1932, Gdańsk – 193?”. 25-letni reporter przewidywał, że przyszła wojna będzie o Gdańsk. Niesamowite.

Ksawery Pruszyński, 1940-1944, fot. Czesław Datka/www.audiovis.nac.gov.pl (NAC)

Ksawery Pruszyński, 1940-1944, fot. Czesław Datka/www.audiovis.nac.gov.pl (NAC)

Pan miał 16 lat, kiedy wybuchła wojna i w listopadzie 1939 r., nie czekając na rozwój wydarzeń, wymknął się pan do strefy okupacji radzieckiej, gdzie już przejechało pańskie rodzeństwo. Zdążył się pan przez ten miesiąc w Warszawie zacząć bać Niemców czy może jeszcze nie jawili się tak strasznie?

Wtedy jeszcze nikt nie przeczuwał Holokaustu, chociaż getto niektórzy przewidywali. W październiku codziennie chodziłem do czytelni „Wirginia” na ulicy Elektoralnej i czytałem książki. Nieraz mijałem na ulicy patrol niemiecki, ale wiedziałem jedno: nie wolno pokazywać strachu. Szybko zorientowałem się, że najbardziej ich interesuje, czy ktoś jest „Jude” – z takim mogą sobie poigrać. Jednak  nie brali mnie za Żyda, bo przyswoiłem sobie czapkę liceum „Collegium” (my u Kryńskiego nosiliśmy maciejówki), z białymi wypustkami w formie krzyża na deklu, a do tego nosiłem dzielnie skórzaną kurtkę i śmiało szedłem ulicą. To nie pasowało do ich wyobrażenia Żyda.

Co pan wtedy czytał jesienią 1939 roku?

Głównie Prousta, ale te lektury skończyły się, kiedy do Warszawy przyjechała przebrana za wiejską dziewczynę moja siostra Stella. Miała kupić zegarki, które świetnie się sprzedawały u Sowietów. Niemcy jeszcze wypuszczali przez swoją granicę, natomiast Rosjanie już granicę zamknęli, więc musiałem przedostawać się do Białegostoku przy pomocy przemytnika. Wszystko to opowiadam w „Nowolipiu”.

Powtarza pan, że w czasie wojny ludzie szybciej dojrzewali.

We wrześniu wszedłem w rolę opiekuna swoich rodziców i siostry Mirki, ponieważ mój starszy brat poszedł walczyć z Niemcami. Pamiętam, jak Mirka podczas bombardowania tuliła się do mnie, wbijając paznokcie w moje przedramię. Dzięki temu właśnie byłem bez strachu, bo w takich chwilach pojawiało się poczucie odpowiedzialności za bliskich.

Do momentu porozumienia Ribbentrop-Mołotow, czyli do 23 sierpnia 1939 roku, nie wierzono, że Hitler zacznie wojnę, tym bardziej że mieliśmy gwarancje sojusznicze od Anglii. Beztroska podczas ostatniej plaży nad Wisłą, którą opisuję, była tego dnia naturalna: słońce, woda, lody na patyku, ogórki kiszone, oranżada – chłopcy skaczący przez skrzynię gimnastyczną, no i te śpiewające na tarasie „Makabi” dziewczęta – dla nas śpiewały – cały ten letni nastrój sprawia, że czytelnik „Nowolipia” reaguje łzami na ostatnie zdanie tego rozdziału: „I wciąż tam są, i kołyszą się, i śpiewają na tym tarasie, którego już nie ma, ale który wciąż jest”.

Jerzy Pomianowski przekonał włoskiego wydawcę, także dzięki temu obrazowi, że „Nowolipie” to książka o Holokauście. Nie ma w niej opisów śmierci. Ale są żywi ludzie, zwyczajni, którzy zniknęli, zostali zgładzeni. I to dzięki niemu „Nowolipie” ukazało się po włosku jako „Via Nowolipie”.

Jawi się pan w tych wspomnieniach jako namiętny kinoman. Pamięta pan swój ostatni seans filmowy w przedwojennej Warszawie?

Wydaje mi się, że to było w kinie Adria na Wierzbowej – „Szarża lekkiej brygady” z Errolem Flynnem. Często oglądałem filmy, ale nigdy nie w tzw. kinach zeroekranowych, gdzie bilety były droższe, bo dawano premiery; chodziłem do kin tańszych, w których wyświetlano filmy drugiej i trzeciej świeżości, jak Adria właśnie. Do dziś potrafię wymienić nazwiska 40 przedwojennych aktorów hollywoodzkich.

Nie będę pana teraz prosił o wymienienie ich wszystkich…

Czasem w nocy sobie je przypominam, gdy nie mogę zasnąć.

Przed wojną zawsze pan chodził do kina w pojedynkę, bardzo się pan skupiał na filmie. To się zmieniło, kiedy poznał pan swoją przyszłą żonę.

Tak, zacząłem chodzić z moją dziewczyną do kina w czasie wojny, w Samarkandzie, w której znalazłem się w 1942 roku. Tam dłuższy czas wyświetlano jeden amerykański film – „Trzech muszkieterów”. Oglądałem go dziewięć razy, głównie dlatego, że były wspaniałe piosenki, śpiewał je gwiazdor Don Ameche w roli  przybywającego z Gaskonii do Paryża d’Artagnana. Więc kiedy wracałem z randki z Reną o jedenastej w nocy przez pustą ulicę uzbecką do mojej chatynki, to wydzierałem się na cały głos, śpiewając piosenkę d’Artagnana: „Warwarwar we hear in old Paris! Warwarwar, look on The mesdames please!”. Uzbecy zaczęli mnie nazywać „Warwarwar”. To w ogóle było dziwne życie.

Zbigniew Cybulski, "Krzyż Walecznych", reżyseria: Kazimierz Kutz, 1958, fot. Studio Filmowe Kadr/Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny/www.fototeka.fn.org.pl

Zbigniew Cybulski, „Krzyż Walecznych”, reżyseria: Kazimierz Kutz, 1958, fot. Studio Filmowe Kadr/Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny/www.fototeka.fn.org.pl

Opisał pan tamten czas w powieści autobiograficznej „Nikt nie woła”.

Dlatego ja, wbrew znawcom kina, mam pewne pretensje do filmu „Nikt nie woła” z 1960 roku. Najpierw było przeżycie, potem była powieść, która nie mogła się ukazać drukiem przez 33 lata. Napisałem ją w 1957 roku. Po sukcesie „Krzyża walecznych” koledzy z zespołu filmowego „Kadr”, czyli Tadeusz KonwickiJerzy Kawalerowicz i reżyser Kazimierz Kutz powiedzieli: „Daj nam coś następnego”. Bo przecież „Krzyż walecznych” Kutza na podstawie moich opowiadań dostał nagrodę za film roku 1959. Przekazałem im wtedy maszynopis niecenzuralnej powieści. Przeczytali i powiedzieli: „Słuchaj, ta druga część, romansowa, jest absolutnie do kręcenia. Tylko akcja musi się rozgrywać u nas, a nie w Samarkandzie, bo nam nie pozwolą tego zrealizować. Osadźmy ją więc wśród repatriantów na Ziemiach zachodnich”. Zmieńmy temat, okej?

Zostawmy więc już tamten film, ale nie odchodźmy od książki, bo to chyba szczególna pozycja w pana dorobku. Dużo czasu minęło, zanim trafiła do czytelników.

W 1966 roku pani Teofila Wichowa, babcia Marcina Wichy – laureata nagrody Nike – była kimś w rodzaju redaktora naczelnego w wydawnictwie Czytelnik. I ona chciała wydać „Nikt nie woła”, lecz zdecydowaliśmy, że ułatwi przejście książki przez cenzurę, jeśli poprzedzą ją dwie wspomnieniowe powieści, rozgrywające się przed „Nikt nie woła”. Tak powstały „Przed wielką pauzą”, powieść o ostatnim roku w gimnazjum, a potem „Opór”, o wrześniu 1939 roku. Obydwie książki miały powodzenie, ale kiedy pani Wichowa posłała wreszcie do druku „Nikt nie woła”, to właśnie wybuchła na Bliskim Wschodzie wojna sześciodniowa (czerwiec 1967), Gomułka wygłosił „antysyjonistyczne”, a właściwie antysemickie przemówienie, wzmocnił je po Marcu 1968 roku, do Czytelnika zadzwonił wiceminister kultury Kazimierz Rusinek i polecił stopić skład mojej książki, a także książki Henryka Worcella i – interesujące! – czwartego tomu pamiętników Ilji Erenburga („Ludzie, Lata, Życie”), dotyczył on wielkiej stalinowskiej czystki. Co ciekawe, w Rosji mogło się to ukazać, to już były czasy Breżniewa, ale w Polsce nie.

To ciekawe, że główny bohater „Nikt nie woła”, pańskie alter ego, nosi pseudonim Bożek. Bo chłopak o takim właśnie nazwisku był „bohaterem” paskudnej antysemickiej anegdoty, którą opisał pan w „Nowolipiu”.

Tak, graliśmy razem w piłkę… No cóż, imię Bożek po prostu mi się podobało. Dlatego to Bogdan Bergen, właśnie Bożek jest bohaterem „Nikt nie woła”, a nie żaden tam Józio Cukier.

Wspomina pan też o innych antysemickich incydentach sprzed wojny. Zadziwiająca jest pierwsza sytuacja, kiedy ktoś dał panu do zrozumienia, że uważa za gorszego, bo jest pan Żydem.

Stałem w bramie szkoły Krelmana na Nowolipkach, gdy obok przechodziła dziewczynka w moim wieku i mówi do mnie: „Ty parszywy Żydzie”. I idzie dalej, jakby nic. To zostało we mnie. Jednocześnie muszę powiedzieć, że po opublikowaniu „Nowolipia” dostałem kilka listów przepraszających mnie za tamtą dziewczynkę.

Okładka książki „Nowolipie. Najpiękniejsze lata”, autor: Józef Hen, fot. Wydawnictwo Sonia Draga

Pisze pan też o Kazimierzu M., nauczycielu WF-u, który pewnego dnia powiedział całej klasie (a to była żydowska szkoła): „Waszą największą wadą narodową jest to, że wy wszystko krytykujecie”.

Był wspaniałym nauczycielem gimnastyki, prowadził nas na Bielany do AWF-u, który się nazywał wtedy CIWF – Centralny Instytut Wychowania Fizycznego. Był też na Igrzyskach Olimpijskich w Berlinie w 1936 roku i wrócił stamtąd zachwycony obozami sportowymi. W Niemczech hitlerowskich spotkał się nareszcie ze społeczeństwem b e z k r y t y c z n y m . Nasz wspaniały dyrektor Michał Kryński ułożył się z nim, że będzie uczył nas tylko do końca roku, choć myśmy go uwielbiali, bo był świetnym wychowawcą, pokazywał, jak trzeba robić ćwiczenia, nauczył nas cherlaków grać w koszykówkę.

Dlaczego nie podaje pan nazwiska Kazimierza M. i paru innych postaci? Przeważnie tych, którzy zrobili lub mówili rzeczy niegodne.

Kiedyś pewna pani spytała mnie: „Panie Józefie, dlaczego pan często nie daje nazwisk? Czy nie uważa pan, że ci ludzie nie są godni, aby być w pana książce?”. Ja spojrzałem na nią i mówię: „Proszę pani, ci ludzie mają dzieci, mają wnuki, te wnuki będą czytać i się wstydzić. Po co to? Trzeba im tego oszczędzić”. I ona odpowiedziała: „Rewelacja!”. Mój syn skomentował to w ten sposób, iż dożyliśmy takich czasów, że ludzki odruch jest rewelacją.

Pańska zdolność do wybaczania jest jednak czymś niezwykłym.

Kiedyś podczas rozmowy Aleksander Kwaśniewski powiedział mi, że ja potrafię wybaczyć i że przejawia się w tym dobroć. Na co ja odpowiedziałem: „To nie tak. Panie prezydencie, pochwalę się: to nie jest dobroć, tylko mądrość”. Życie mnie nauczyło, że mnóstwo rzeczy i spraw przemija, gniew także. Ale ja wcale nie jestem łagodny z natury. Za dużo doświadczeń miałem w życiu, które mnie pouczyły, że niezdrowo jest hodować w sobie złe, zatruwające uczucia. Wcześnie to zrozumiałem, bo wcześnie dojrzałem. Kiedy miałem 18-20 lat, byłem już po froncie, po batalionie pracy, po nędzy i głodówce. Jednak potem mój świat wrócił mniej więcej do normalności i mogłem sobie zacząć powoli głupieć.

Podkreśla pan, że w czasie wojny wielokrotnie uratowało pana zrządzenie losu.

W zakończeniu „Nowolipia” opisałem, jak robotnicy mojego ojca, którzy przejechali przez granicę sowiecką, widząc mnie, mówili, że ojciec popłakuje w kącie, źle znosząc brak dzieci. Uchwaliliśmy więc z rodzeństwem, że to ja powinienem pojechać do rodziców z powrotem do Warszawy.

Tylko, że w nocy miał pan pewien sen.

Śniło mi się, że jestem w Warszawie i każdy niemiecki żandarm ma loczek i wąsik Hitlera. A ja się na psychoanalizie już znałem i zrozumiałem: „Nie chcesz jechać”. Powiedziałem więc siostrze, że jednak nie pojadę. I ten sen uratował mi życie, bo co mogło być, gdyby tam wrócił? Byłbym pewnie w getcie, może w ŻOB-ie? (Żydowska Organizacja Bojowa – przyp. red.). Może trafiłbym na Umschlagplatz? Kilkadziesiąt lat później Kazimierz Brandys, znając tę historię, pytał mnie na poły żartobliwie: „A teraz co ci się śni?”.

Innym razem, uratował pana brak pieniędzy.

Stella nie dała mi pieniędzy na drogę – przecież mieliśmy się w pewnej wsi spotkać – i ja, po przedostaniu się z przemytnikiem na sowiecką stronę, zostałem przez  gospodynię wyrzucony z chałupy, bo nie miałem dwóch złotych na opłacenie noclegu. Poszedłem więc dalej do jakiejś innej chaty, gdzie zobaczyłem światełko i tam otworzyła mi kobieta, a ja jej mówię: „Proszę pani, mam tylko 50 groszy i bateryjkę do lampki”. Na co ona rzekła: „Nie wygłupiaj się, wchodź”. A padał wówczas deszcz. Rano mi powiedziała, że z tamtego domu wszystkich wygnali na ziemię niczyją, więc pewnie wrócili do strefy niemieckiej. Brak dwóch złotych prawdopodobnie uratował mi życie. To jest doświadczenie, z którym często dzielę się z czytelnikami – nigdy nie wiadomo, jak się potoczy los, a to, co miało być najgorsze, może się okazać tym, co nas uratuje. Dzisiaj niektórzy idą w tym myśleniu tak daleko, że fakt, który odczuwałem jako krzywdę obywatelską, czyli że komisja weryfikująca rekrutów do armii generała Andersa – ostatnia już jaka była, w sierpniu 1942 roku, gdzieś na końcu Uzbekistanu – odrzuciła mnie, komentują tak: „Powinniśmy dziękować im, że pana odrzucili, bo dzięki temu pan pisze, a nie leży pan na cmentarzu pod Monte Cassino”.

Ruiny getta i kościół świętego Augustyna przy ulicy Nowolipki, 1945, Warszawa, fot. Zbyszko Siemaszko/Forum

Ruiny getta i kościół świętego Augustyna przy ulicy Nowolipki, 1945, Warszawa, fot. Zbyszko Siemaszko/Forum

Aleksander Wat całe życie się zastanawiał, czy prześladowania, jakie go spotkały ze strony sowietów w czasie wojny, a także jego żonę i syna, nie ocaliły ich przed Zagładą.

Oczywiście Stalin nie myślał o ratowaniu tych ludzi, tylko chciał, żeby mu rąbali tajgę. Ale dzięki temu uratowało się kilkaset tysięcy osób, między innymi moja siostra i szwagier, którzy przeżyli zsyłkę nad syberyjską rzekę Ałdan. Gdyby niektórych Polaków z terenu Wołynia nie wywieziono na Syberię, to pewnie zabiłoby ich UPA. Choć byli też tacy, których uratowali ukraińscy chłopi, m.in. reżyser Kuba Morgenstern i jeszcze parę innych osób, które znałem. Życie nie jest takie proste, jak by tego chcieli niektórzy, a impulsy ludzkie bywają nieprzewidywalne.

Pamięta pan pierwszą wizytę na zburzonym Nowolipiu po wojnie?

Była tam taka ścieżka, a na niej tabliczka wbita w gruz – tu Karmelicka, tam Nowolipie. Nie było żadnego budynku, więc zacząłem liczyć kroki od ulicy. Wiedziałem, że rozpoznam swój dom, dlatego że brama kamienicy była obłożona żółtymi kafelkami. No i trafiłem na gruzy z kafelkami… Chwilę postałem i wziąłem ze sobą jeden kafelek. Straciłem go, kiedy w 1947 roku leżałem w szpitalu w Krakowie, bo miałem wycinany wyrostek robaczkowy, a w międzyczasie wraz z całą redakcją „Żołnierza Polskiego” mieliśmy się przeprowadzić do Warszawy. I wtedy moja żona, kiedy nas pakowała, natknęła się na ten kafelek i – jakiś śmieć się zaplątał – wyrzuciła go.

Gdzie się podziało życie, którym tętniły dawne ulice i kamienice?

Nowolipie to było coś specjalnego – jak to powiedziała mi kiedyś pewna niewidoma czytelniczka – „pan to tak opisuje, że się czuję, jakbym była w małym miasteczku”. Wiedziało się o sąsiadach wszystko: co gotują na obiad, co myślą, jak się zachowują, czy są bardziej lub mniej religijni, zwłaszcza nasz dozorca pan Jan Śnioch najlepiej wiedział, kiedy jest jakieś święto żydowskie. Bo Nowolipie 53 zamieszkiwali prawie sami Żydzi o różnym stopniu zamożności. Te poziomy wyznaczały piętra. Kto mieszkał na parterze, był z tych biedniejszych. Kto mieszkał na pierwszym piętrze, był bogaty, a kto mieszkał na piątym piętrze, to był najbiedniejszy, bo przecież nie było wówczas wind.
Dzisiaj, mam wrażenie, to się przeniosło na elektronikę, bo Facebook jest jak małe miasteczko, które ma dziesiątki tysięcy mieszkańców, są znajomości, przyjaźnie, kłótnie i plotki. Ja się tym jednak nie zajmuję, po pierwsze – bo nie umiem, a po drugie – szkoda mi czasu.

Między latami 20. XX wieku, kiedy pan dorastał, a współczesnością, w której żyją pańskie wnuki, zaszła zmiana niczym z przedwojennych felietonów popularnonaukowych Brunona Winawera, z którym jako uczeń robił pan wywiad.

Zmiany wynikające z upowszechnienia komputerów i smartfonów można uznać za gwałtowne oraz przełomowe.

Dzisiaj żyjemy w świecie procedur. W pana wspomnieniach dawny świat wydaje się mniej sformalizowany i biurokratyczny niż dzisiaj.

Pamiętam, że jak przychodziło do płacenia podatku, to moja mama zdejmowała futro i szła gorzej ubrana do urzędu, by tam płakać przed urzędnikiem, który w końcu mówił: „Dobrze, rozłożymy to państwu na raty”. On miał prawo robić wyjątki i samemu oceniać sytuację ludzi.

Pańska mama uwielbiała się także targować.

Bo bez targowania się zakup nie dawał przyjemności.

Dzisiaj cena to cena, a zwyczaj targowania się zanikł. Pan patrzy na te wszystkie obyczajowo-cywilizacyjne zmiany optymistycznie czy z przygnębieniem?

Staram się to wszystko zrozumieć. Sam, kiedy czegoś potrzebuję, to umiem znaleźć proste informacje w internecie. A kiedy trzeba już większych umiejętności, to proszę syna i on ciach, ciach, dwoma palcami, zaraz wszystko wie i mi mówi.

Tadeusz Konwicki powtarzał, że długie życie bywa przekleństwem. Pan by się z tym zgodził?

Jestem przeciwnego zdania. Chociaż jeśli to ma być bolesne, chorowite życie, to pewnie patrzyłbym na starość inaczej. Ale ja wierzę w regenerację i wszystkim zalecam tę wiarę, bo kiedy miałem 18-19 lat, a później też trzydzieści parę, to miałem więcej kłopotów z sercem niż teraz. Świat jest taki ciekawy, a człowiek żyje na nim zbyt krótko. Łapię się czasem na tym, że jak widzę nekrolog znajomej osoby i tam jest napisane: „Żył 88 lat”, to najpierw myślę: niezły wiek, pożył trochę – zapominam, że jestem starszy.


https://culture.pl/pl/artykul/jozef-hen-dozylismy-czasow-ze-ludzki-odruch-jest-rewelacja-wywiad

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: