Uncategorized

Bezpiecznie w paszczy lwa.

Była Żydówką, ale bardzo chciała zostać Niemką. Esesmani zadawali jej mnóstwo pytań


Przyslala Rimma Kaul

Bezpiecznie w paszczy lwa. Przetrwała, bo zmieniła tożsamość. I przygarnęła ją rodzina nazistów )Czasem czuła, że „zdradza swoich ludzi”. Najsilniej, kiedy po bombardowaniu Magdeburga przygarnęła ją do siebie do domu rodzina nazistów.

Z Pieterem van Osem, autorem książki „Już nie chcę być człowiekiem. Opowieść o przetrwaniu Zagłady”, rozmawia Urszula Jabłońska

Urszula Jabłońska: Bohaterka twojej książki Mala Shlafer, kiedy składała świadectwo w Yad Vashem, wpisała, że udało jej się przetrwać Holokaust w getcie i w lesie. Czemu zdecydowała się pominąć prawdziwy powód – fakt, że zmieniła tożsamość?

Pieter van Os: – Wydaje mi się, że bardzo długo źle się czuła, kiedy mówiła, że przetrwała wojnę, używając fałszywej tożsamości, czyli innymi słowy – kłamiąc. Wychowała się w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej. Miała głęboko zakorzenione przekonanie, że kłamstwo jest złe.

Po wojnie poznała dwie kobiety, które przeżyły w partyzantce, w lesie. Podziwiała je. Więc w Yad Vashem wpisała, że przeżyła w getcie, bo była tam przez jakiś czas, i w lesie, bo ukrywała się w nim przez klika dni. Ale prawda była taka, że przetrwała, bo zmieniła tożsamość.

Jak ją poznałeś?

– Przez przypadek spotkałem w Warszawie jej wnuka Amira Swaba. W Holandii jeździłem z nim na kolonie, ale nie miałem pojęcia, że jest holenderskim Żydem. Ja akurat mieszkałem w Warszawie, ponieważ moja żona jest dyplomatką, więc miałem mnóstwo wolnego czasu. Poszliśmy na żydowski cmentarz, żeby odnaleźć grób jego prababci. I wtedy opowiedział mi historię swojej babki Mali Shlafer.

Chciałem napisać coś o polskiej historii, ale nawet nie znałem polskiego. Pomyślałem, że przez osobistą historię to się może udać.

W historii Mali zafascynowała mnie kwestia tożsamości – że ludzie mogą znienawidzić cię za to, skąd jesteś, ale jeżeli uda ci się ich przekonać, że jesteś jednym z nich, pokochają cię. A przecież jesteś wciąż tą samą osobą.

Mala opowiedziała ci swoją historię o tym, jak w czasie wojny podała się za folksdojczkę i zamieszkała w Niemczech. Uwierzyłeś jej?

– Na początku był taki czas, kiedy nie udawało mi się znaleźć nic, co by ją potwierdzało. Nie mogłem odnaleźć nawet szkoły, do której chodziła, mimo że podała mi nazwę ulicy i numer budynku. Pomyślałem, że jeżeli nie potrafię odnaleźć szkoły, nie ma nadziei, że jakakolwiek część tej historii jest prawdą.

Znajomi mówili mi: „Wierzysz kłamcy. Jedyne, co wiesz o tej kobiecie na pewno, to to, że świetnie wychodziło jej kłamanie”. Ale potem pojechałem do Niemiec. I tam bardzo szybko znalazłem miejsca, o których mi opowiadała, rodziny ludzi, którzy ją znali.

Urodziła się jako Mala Ryfka Kizel w rodzinie ortodoksyjnych Żydów w przedwojennej Warszawie. Jak wspominała dzieciństwo?

– Już przy naszej pierwszej rozmowie przyznała, że nie ma miłych wspomnień. Podkreślała, że było dość chłodne. Jej matka była chorowita, zmarła młodo. Ojciec był ortodoksyjnym Żydem, bardzo poważnym i religijnym. Nie wiedział, jak rozmawiać z kobietami, a tym bardziej z małymi dziewczynkami. Powiedział synom, że nie mogą dotykać swoich sióstr, a nawet na nie patrzeć. Jeżeli brat chciał jej wręczyć klucz do domu, kładł go na stole i dopiero wtedy ona mogła go wziąć.

Mala spisała swoje wspomnienia, są bardzo bezpośrednie. I tam nie ma ani słowa o tym chłodzie. Później dowiedziałem się, że rodzina je zredagowała.

Jej dzieci myślą, że trochę wyolbrzymia. Sądzę, że mają wyobrażenie idealnego świata warszawskich Żydów, który został całkowicie zniszczony przez Niemców. Podczas gdy Mala, która go doświadczyła, wcale go tak nie widzi. To nie był dobry świat dla kobiet.

Kiedy po raz pierwszy zmieniła tożsamość?

– Kiedy poszła do szkoły przy ulicy Okopowej. Chodziły do niej dzieci żydowskie i katolickie, co było dość postępowym rozwiązaniem w tamtych czasach. Zwykle nie uczyły się w tych samych klasach. Ale ponieważ więcej było dzieci żydowskich, Mala trafiła do katolickiej grupy. Miała polskich przyjaciół, ale klasa dokuczała jej z powodu imienia. Więc zmieniła je na Marylka.

Dzięki doświadczeniom szkolnym kilka lat później, kiedy dzielnica, w której mieszkała, zmieniła się w getto, mogła łatwiej zdobyć jedzenie. Przechodziła przez mur. Wyglądała na Polkę, mówiła po polsku, znała nawet katolickie modlitwy, które mogła na poczekaniu wyrecytować.

Potem stała się Janiną Gmitruk.

– Udało jej się uciec z getta. Najęła się na wsi do pracy w gospodarstwie w Kolonii Karpy, które dziś znajdują się na Ukrainie. Rodzina rolników nazywała się Gmitruk. Zaczęła używać ich nazwiska. Jej przyjaciółka Amelka bardzo chciała wyjechać do pracy do Niemiec. Powiedziała jej, że musi się ochrzcić. Wtedy na pewno nic się jej nie stanie i będą mogły pojechać razem. Teraz oczywiście wiemy, że chrzest przed niczym by jej nie uchronił. Ale Mala poszła do księdza. Miała szczęście, bo nie wszyscy księża byli przychylni Żydom, a trafiła na takiego, który powiedział: „Ty nie chcesz się ochrzcić. Ty chcesz żyć”. Pomógł jej. Dał jej świadectwo chrztu dziewczyny o imieniu Janina Gmitruk. Mala nigdy nie musiała go pokazywać, ale dało jej odwagę, żeby razem z Amelką pójść do Niemców i powiedzieć: „Jestem polską katoliczką. Chcę pracować w Niemczech”.

To nie było niebezpieczne? Dlaczego chciała pojechać do paszczy lwa?

– Po wojnie okazało się, że to była najmądrzejsza decyzja, jaką mogła podjąć. Żydom łatwiej było się ukryć w Niemczech niż w Polsce. Polacy mieszkali obok Żydów, znali ich. Natomiast liczba Żydów w Niemczech nigdy nie przekroczyła 1 procentu. Więc było tam mnóstwo antysemitów, którzy nigdy nawet nie spotkali Żyda.

Mala czasem przez sen mówiła w jidysz. W Niemczech zdarzyło jej się, że doniósł na nią policji Ukrainiec, na szczęście śledztwo nie potwierdziło jego słów. Ale rodzina nazistów, kiedy to usłyszała, rano dziwiła się, że mówi przez sen w tajemniczym języku. Nigdy nie rozpoznaliby jidysz. Więc tak naprawdę w paszczy lwa było dużo bezpieczniej. Ale niewiele osób się na to decydowało.

Jak doszło do tego, że została oficjalnie uznana za folksdojczkę?

– Osiemnastoletnia Mala poszła do nazistowskiej Centrali Przesiedleńczej. Tam decydowano, czy ludzie z Europy Wschodniej o niejasnym pochodzeniu mogą zostać uznani za Niemców. Bardzo chciała zostać Niemką, bo wtedy byłaby bezpieczna. Esesmani zadawali jej mnóstwo pytań, na przykład o nazwisko matki. Powiedziała: „Wasserman”. Mądrzy kłamcy zawsze trzymają się blisko prawdy. Jej siostra wyszła za Żyda o nazwisku Waserman. Mala wiedziała, że to także niemieckie nazwisko, bo widziała je na szyldzie sklepu.

Oczywiście esesmani zrobili jej rozmaite testy. Ale to pokazuje tylko, jak bardzo były absurdalne. Nie da się zmierzyć czyjejś przynależności etnicznej za pomocą pomiarów nosa i brody. Myślę, że pomogło jej także to, że była zdeterminowana i czarująca. Zawsze gdy gdzieś się pojawiała, ludzie mówili, że lepiej nie posyłać jej do ciężkiej pracy. Na samym początku koleżanki pracowały w pralni, a jej przydzielono pracę administracyjną. Właściciel farmy, na której pracowała później, postanowił, że zostanie pokojówką, bo uznał, że jest zbyt delikatna. W centrali esesmani spotykali wielu zdesperowanych ludzi, głodnych, zmęczonych podróżą z dalekiej Ukrainy. A nagle trafili na czarującą młodą dziewczynę, która perfekcyjnie mówiła po niemiecku. Myślę, że po prostu pasowała do ich wyobrażeń.

Nie miała problemu z tym, żeby zostać Niemką?

– Czasem czuła, że „zdradza swoich ludzi”. Najsilniej, kiedy po bombardowaniu Magdeburga przygarnęła ją do siebie do domu rodzina nazistów. Musiała wsiąść na motocykl kogoś, kto miał na ramieniu opaskę ze swastyką.

A w jego domu bardzo ciepło ją przyjęto. Po raz pierwszy w życiu wyprawiono jej urodziny. Ortodoksyjni Żydzi nie obchodzą urodzin. A tam przyszli goście, dostała w prezencie rower. Czuła się szczęśliwa. Ale goście mówili do siebie: „Heil Hitler”. Więc w głębi duszy myślała, że to zaszło za daleko i Bóg ją ukarze.

Związała się z Niemcem, który nosił przypinkę ze znaczkiem NSDAP.

– Była w nim naprawdę zakochana, a wtedy nic nie jest przeszkodą. Stracili kontakt, kiedy zgubiła jego adres podczas bombardowania Magdeburga. Ale te relacje były problemem po wojnie dla jej męża. On sądził, że powinna powiedzieć, że jest Żydówką, zarówno temu mężczyźnie, jak i rodzinie, u której mieszkała. Uważał, że skoro myśleli, że świat będzie lepszy bez Żydów, to muszą dowiedzieć się, że dziewczynka, którą kochali, była jedną z nich. Był zdania, że to będzie dla nich nauczka.

Po wojnie, kiedy przez chwilę mieszkali w Niemczech, pojechali do nich do domu. Potem mieli w planach odnaleźć też jej wybranka. Jednak nie zastali rodziny w domu. Przez jakiś czas czekali przy stole w kuchni. Ale Mala zrezygnowała i powiedziała, że wychodzi. Było jej ich żal.

Pokochała ich, mimo że byli nazistami?

– Pamiętajmy, że mieszkała u nich tylko kilka miesięcy. Były dla niej bardzo intensywne i dlatego ma z tamtego czasu tyle wspomnień. Na pewno była zaskoczona, że ci ludzie są aż tak mili. Że są dla niej cieplejsi niż jej prawdziwi rodzice. Zabierali ją na wycieczki, szyli jej ubrania. A Mala w głowie miała zakorzenione przekonanie, że wszyscy Niemcy są źli.

Ja nie wierzę w charakter narodowy. Nie wierzę, że Polacy są fundamentalnie innymi ludźmi niż Holendrzy. Ale ona naprawdę tak myślała. Zresztą to było powszechne. To była choroba wojennych czasów. W książce wspominam o rosyjskim generale, który podczas marszu na Berlin zobaczył niemieckie dzieci i szczerze się zdziwił, że płaczą tak samo jak rosyjskie.

Po wojnie Janina Gmitruk postanowiła znów zostać Malą Ryfką Kizel i wrócić do Polski. Czyli była przywiązana do swojej żydowskiej tożsamości?

– Po wojnie mogła zostać tam, gdzie była, i stać się Niemką. Nikt nie podejrzewał, że skłamała w kwestii swojego pochodzenia. Mogła wrócić do Polski i zostać polską katoliczką. To było bardzo powszechne. Wielu Polaków dowiedziało się o tym, że ich matka albo babcia były Żydówkami, wiele lat po wojnie. Ale Mala zadała sobie pytanie: gdzie są teraz Żydzi? Odnalazła ich w Łodzi. W ten sposób znalazła się w gronie ludzi, którzy widzieli w obozach straszne rzeczy, byli straumatyzowani. Poślubiła mężczyznę, który ocalał z Auschwitz.

Żydzi, którzy po wojnie zdecydowali się zostać w Polsce, rzadko pochodzili z ortodoksyjnych rodzin. Ci wyjeżdżali do USA albo do Izraela i tam pielęgnowali swoją tożsamość. Mala trzymała się religii, ale raczej w luźny sposób. Jej mąż był ateistą, pochodził ze zasymilowanej robotniczej rodziny z Łodzi, a jej było bardzo trudno zostać ateistką. Wierzyła w Boga, ale także cieszyła się, że już nie żyje w ortodoksyjnym świecie. Chociaż oczywiście cierpiała bardzo, ponieważ cała jej rodzina zginęła.

Jednak zdecydowała się opuścić Polskę.

– To był dla Żydów bardzo trudny czas, zaraz po wojnie. Pewnie najdłużej badałem właśnie ten okres. Chciałem się dowiedzieć wszystkiego o przemocy wobec powracających Żydów, o pogromie kieleckim.

Mala pamiętała ogólny nastrój, że wszyscy chcieli wyjeżdżać przez „tych okropnych Polaków”. Ale myślę, że ważniejsze było dla niej to, że właśnie wkraczała w nową fazę w życiu. Wzięła ślub, była w ciąży. Mieszkali z mężem w kibucu w Kamiennej Górze, rolniczym kolektywie, to było dość bezpieczne, strzeżone środowisko.

Dlaczego więc wyjechała do Izraela? Chciała budować nowe państwo?

– Ona chciała jechać do Ameryki, ale jej mąż wybrał Izrael. Była bardzo mądrą kobietą, ale nie intelektualistką, więc nie sądzę, żeby miała opinię na tematy polityczne. Pamięta, że na statku wszyscy tańczyli, kiedy nadeszła deklaracja niepodległości. Myślę, że po prostu płynęła z prądem, dała się porwać ogólnej radości. Nie miała szczególnych uczuć dla Izraela.

W książce opowiadasz też historię Salomona Perela, bohatera filmu Agnieszki Holland „Europa, Europa”, który przeżył Zagładę, podając się za Niemca. Kiedy opowiedział swoją historię, spotkał się również z krytycznymi komentarzami. Nazywano go „oportunistą” i „cynikiem”.

– Wiele osób radziło mi, żebym w ogóle o nim nie pisał. Jego historia jest bardziej sensacyjna niż Mali. Kiedy miał zostać zastrzelony, w ostatniej chwili krzyknął: „Jestem folksdojczem!”. Był mężczyzną, więc było mu jeszcze trudniej ukryć tożsamość. Historia Mali była raczej kwestią sumy różnych przypadków.

Salomon Perel jest bardzo pogodną osobą z natury, więc te komentarze nie dotykały go tak bardzo. Jednak sprowokowała go pewna Niemka, która powiedziała, że powinien w czasie wojny wyznać prawdę, że jest Żydem, i zginąć. Poczuł, że Niemka nie ma prawa mówić mu, jaki wybór jest moralny. Odpowiedział: „Umrzeć w moralny sposób? Życie jest świętsze od śmierci”.

To straszne, bo sugeruje, że były lepsze i gorsze sposoby, by przeżyć.

– Mala sama czuła, że jej historia jest nie tak ważna jak historie innych. W kibucu co wieczór ludzie opowiadali sobie, w jaki sposób udało im się przetrwać. I te opowieści o obozach i gettach były tak przerażające, że postanowiła nie mówić o sobie. Bo ona przecież nigdy nawet nie była naprawdę głodna. Więc nikt z zewnątrz jej o nic nie oskarżał, ale ona sama to czuła.

Była natomiast bardzo zła, kiedy nie dostała odszkodowania od Niemców, mimo że to była raczej symboliczna kwota. Argument był taki, że używała tylu imion i nazwisk, że nie można potwierdzić jej historii w wiarygodnych źródłach.

Mala żyła w świecie ludzi, którzy przeżyli obozy, tam zwyczajowo mówiło się źle o Niemcach i Polakach. Niemieccy żołnierze i polscy chłopi byli w tych opowieściach złymi wilkami. Więc często opowiadała właśnie o tym, że ci źli Niemcy jej nie zapłacili. To bardziej pasowało do dyskusji przy kawie. Bo w jej historii przetrwania była nazistowska rodzina, która była dla niej dobra.

Może powinna o tym mówić, żeby pokazać, że nie wszyscy byli źli.

– Uważam, że jej historia komplikuje myślenie o tożsamości – narodowej, rasowej, religijnej. Ale ona nigdy czegoś takiego nie powiedziała. Wiele razy pytałem ją o kwestie tożsamości, bo bardzo by mi pasowało, gdyby doszła do wniosku, że ta cała polskość czy żydowskość jest tak naprawdę nieważna. Ale tak się nie stało. Często wspominała natomiast o tym, że zastanawia się, co by było, gdyby Niemcy chcieli zlikwidować Polaków, a nie Żydów. To są jej słowa, dla niej zawsze byli Polacy i Żydzi, nigdy polscy Żydzi. Czy zachowaliby się tak samo jak Polacy? Czasem dochodziła do wniosku, że Żydzi na pewno uratowaliby dużo więcej Polaków. Innym razem przyznawała, że jednak przed wojną Żydzi demonizowali sąsiadów. Zanim poszła do mieszanej szkoły, była przekonana, że katolicy nie mają sumienia. Tak powiedział jej ojciec. Dopiero chwilę przed wojną zorientowała się, że to nieprawda.

Dla mnie największym odkryciem podczas pracy nad książką i badania polskiej historii była lektura spisu powszechnego z 1931 roku. Urzędnicy dotarli wtedy w najdalsze zakątki kraju i pytali ludzi: „Kim jesteś? Polakiem, Ukraińcem, Białorusinem?”. Ponad 200 tysięcy osób odpowiedziało po prostu: „Jestem tutejszy”. Urzędnicy nie byli zadowoleni, woleli słyszeć odpowiedź: „Jestem Polakiem”, ale tych osób było tak dużo, że musieli stworzyć taką kategorię. Zrozumiałem wtedy, że koncept narodowości wcale nie był zakorzeniony w ludziach, którzy żyli blisko ziemi. Zostali tego nauczeni.

Mala czytała twoją książkę?

– Kiedy się ukazała, była już bardzo stara. Ktoś ją spytał, czy przeczyta. Odpowiedziała: „Przecież ja już znam tę historię”. Zmarła kilka miesięcy potem.

Książka „Już nie chcę być człowiekiem. Opowieść o przetrwaniu Zagłady” Pietera van Osa ukazała się w Wydawnictwie Poznańskim

Bezpiecznie w paszczy lwa. Była Żydówką, ale bardzo chciała zostać Niemką. Esesmani zadawali jej mnóstwo pytań

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.