Uncategorized

ZMYŚLENIA ( 8 )


Eliza Segiet

Eliza Segiet – absolwentka studiów magisterskich Wydziału Filozofii, autorka siedmiu tomów wierszy, monodramu, farsy i mikropowieści. Jej teksty można znaleźć w licznych antologiach, zarówno w Polsce, jak i na świecie. Członek Stowarzyszenia Autorów Polskich oraz World Nations Writers Union. Laureatka Międzynarodowej Publikacji Roku (2017 r., 2018 r.) w Spillwords Press (USA) oraz Nagrody Literackiej Złota Róża im. Jarosława Zielińskiego (za tom Magnetyczni) w 2018 r. Dwukrotnie jej wiersze (2018 r., 2019 r.) zostały wybrane jako jedne ze 100 najlepszych wierszy roku  w International Poetry Press Publications (Kanada). W The 2019 Poet’s Yearbook  została nagrodzona prestiżową nagrodą Elite Writer’s Status Award jako jeden z najlepszych poetów 2019 r. Nominowana do Pushcart Prize 2019 oraz do Naji Naaman Literary Prize 2020.

This image has an empty alt attribute; its file name is zmyslenia.jpg
Zmyślenia” to zbiór krótkich form prozatorskich, w których Eliza Segiet przygląda się człowiekowi zagubionemu, poszukującemu, dręczonemu, wykluczonemu.

Recenzja Kingi Mlynarskiej


Prześwity

Poznaliśmy się w czasie ferii zimowych. Pojechałam z koleżanką. Tylko po to, by nie czuła się samotna. Nienawidziłam śniegu. Miałam siedzieć i czekać na nią w hotelu, aż wróci ze stoku, a wieczorem przy kominku miałyśmy popijać wino. Nie mogłam odmówić sobie tej przyjemności − rozmów przy lampce wina w towarzystwie Gośki, bo narty… Aż otrząsam się do dziś.

Pewnego razu ona pojechała na stok, a ja jak zwykle miałam na nią czekać. Zaczęło mi się nudzić. Książkę przeczytałam, gazety też już pochłonęłam. Zastanawiałam się, co mam ze sobą zrobić. Pomyślałam, że pooglądam, co jest w sklepach, ale co mogło być w sklepach w kurorcie narciarskim? Czapeczki, narteczki, buciczki, kijeczki…

Kiedy Gośka zaproponowała tę eskapadę – nie mogę nawet tego inaczej nazwać − zorientowałam się, że brakowało mi nawet odpowiedniego ubrania. Takiego, żeby nie wstydzić się wyjść na spacer w zaśnieżonym kurorcie. Musiałam iść na zakupy. Oj, wtedy pospacerowałam po sklepach, ale „żniwa” były udane: kupiłam puchową kurtkę, kozaki i czapkę, taką uszankę. Chyba na nią mówi się papacha. Wyglądałam w niej jak kretynka, ale była bardzo ciepła.

Dopiero tak przygotowana mogłam się pokazać na deptaku mody i szpanu. W zasadzie żałuję, że nie kupiłam nart. Nosiłabym je na ramieniu i wszyscy myśleliby, że umiem jeździć. Ale bym szpanowała!

Po co o tym myślę? Nie kupiłam i koniec na tym. Muszę się skupić na konkretach, o tym, co było, a nie co mogłoby być.

Rano Gośka poszła jeździć, ja już nie miałam co czytać, zakupów nie planowałam. Zdecydowałam, że pójdę do kawiarni: posiedzieć, posłuchać dobrej muzyki i w końcu napić się prawdziwej kawy, a nie tej hotelowej lury.

Kiedy wyszłam z pokoju, przy recepcji stał ON! Żywy, piękny, prawie dwumetrowy. Posąg! Zaniemówiłam. Przystanęłam na chwilę, ale bałam się, że zobaczy, jak mnie zahipnotyzował. Nie wiem, co w nim było. Naprawdę, do dziś nie wiem. Sama siebie okłamuję. Wiem! Był najpiękniejszym mężczyzną, jakiego widziałam w życiu. Może widziałam ładniejszych, ale tylko na ekranie w kinie. A on był cholernie podniecający i realny, a w dodatku na wyciągnięcie ręki. Tylko podejść i dotknąć. To też nie była prawda, nie mogłam tego zrobić. Bo niby jak? Miałabym podejść i powiedzieć: Dzień dobry, czy może pan się ze mną zapoznać, może potem zaprzyjaźnić, aż w końcu… Tak, ten koniec byłby najważniejszy. Pierwszy raz w życiu pomyślałam o facecie w ten sposób. Chyba dlatego, że był tak zniewalająco przystojny.

Kiedy odchodził od recepcjonistki, nawet na mnie nie spojrzał. A ja byłam już chętna na wspólną kawę. Chociaż na kawę! Przecież – wtedy pomyślałam – dla niego mogłabym pokochać nawet narty. A on powoli zniknął w korytarzu. Dopiero wtedy zobaczyłam, że lekko kuleje. Z jednej strony byłam skłonna zrobić mu kompres i być jego pielęgniarką, a z drugiej pomyślałam: Może to dobrze, że ma zwichniętą nogę. Naprawdę tak wtedy pomyślałam. W ogóle nie brałam pod uwagę tego, że ma jakieś inne problemy z chodzeniem. Bo skoro był w takim miejscu, to znaczy, że przyjechał na narty. A ze skręconą nogą… Tadam, tadam, tadam, nie da się jeździć! A jak nie można jeździć, to się siedzi w hotelu. Tak jak ja. Razem w jednym miejscu. Byłam szczęśliwa, ale też obawiałam się, że nie był sam.

Później robiłam wszystko, aby jakimś cudem natknąć się na niego. Nie chciałam, żeby Gośka wiedziała, że ja… że ja… Co że ja? Dzisiaj już wiem na pewno. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Naprawdę tak było. To był jakiś ogień, który zaczął we mnie płonąć. Rozpalać mnie od środka. Nie mogłam w to uwierzyć! Jak można kochać kogoś, kogo się nie zna? Pamiętałam jednak, jak moje koleżanki – kiedy jeszcze chodziłam do szkoły – opowiadały, jak podkochiwały się w aktorach. A ja pokochałam zwykłego człowieka. Wiedziałam, że musi być jakaś siła sprawcza, która zbliży nas ku sobie.

Wieczorem, jak zwykle, poszłam z koleżanką do pubu, tym razem na piwo z sokiem malinowym. Nie czułam smaku, a może już nie pamiętam. Myślałam tylko o jednym: Zapoznać się z nieznajomym.

Nazajutrz, jak codziennie, zostałam sama. Postanowiłam szybciutko się ubrać i pójść na śniadanie z nadzieją, że on też będzie głodny. Kiedy odchodziłam od stołu z napojami, nasze spojrzenia spotkały się. Ręce zaczęły mi się trząść, mało co nie wylałam kawy. A on szedł w moją stronę z uśmiechem jak aktor! Taki pierwszoplanowy. Zawodowy kochanek! Tak, to najlepiej obrazuje jego wygląd. Był cudny! Jeszcze piękniejszy niż wczoraj. Nagle usłyszałam to, o czym marzyłam:

− Dzień dobry pani. Przyjechała pani tutaj, tak jak ja, sama? Mam na imię Maurycy. A pani?

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Bałam się, że moje imię mu się nie spodoba. A w dodatku moja filiżanka z kawą zaczęła powoli pływać na spodeczku. Ręce trzęsły mi się coraz bardziej.

− Mam na imię – bałam się powiedzieć – mam na imię…

Wtedy on zaczął się bardzo śmiać i powiedział, że widzi moją obawę. Po chwili dodał, że chyba wstydzę się swojego imienia.

− Nie! Nie! Nie! Ależ skąd – powiedziałam. – Nie wstydzę się, tylko nie lubię rozmawiać, stojąc.

Nie przyszło mi wtedy nic innego do głowy.

− To usiądźmy – usłyszałam. – Może być ten stolik?

− Jest mi wszystko jedno – odpowiedziałam. To nie była prawda. Na innym stoliku miałam już przygotowane śniadanie. Ale skoro on chciał przy tym stoliku, to nie miałam śmiałości powiedzieć, żeby usiąść w innym miejscu.

Oszalałam od pierwszej chwili. Tak bardzo chciałam go dotknąć, poczuć.

− Mam na imię Karina – wyszeptałam z niepewnością i jakimś dziwnym lękiem.

− Przepięknie – przyznał. – I ty wstydziłaś się swojego imienia?

− Wcale się nie wstydziłam – skłamałam. – Tylko chciałam już usiąść.

To był ten moment, na który czekałam. Siedzieliśmy razem, a w dodatku byliśmy już na „ty”. Zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim, żeby lepiej się poznać. Chcieliśmy wiedzieć o sobie jak najwięcej. Opowiedział o swoim upadku na nartach. Byłam przerażona, mogło być dużo gorzej z tą nogą. A gdyby upadł tak niefortunnie jak Schumacher? Nawet nie chciałam o tym myśleć.

Spędziliśmy ze sobą cały dzień, aż do powrotu mojej koleżanki. Nie śmiałam jej powiedzieć, że wolałabym inne towarzystwo. Teraz byłam skazana na przebywanie z nią… Niestety!

Następnego dnia, rano, o umówionej godzinie znaleźliśmy się na wspólnym śniadaniu. Bardzo byłam zdziwiona, że na naszych talerzach były takie same potrawy, chociaż każdy przynosił je sobie sam. Wydawało mi się, że mamy takie same upodobania. Danie podstawowe to jajecznica z pomidorami. Była prawie tak dobra jak ta, którą… Nie, nie będę teraz tego sobie przypominać…

Kolejny dzień opowieści o życiu. Mieliśmy przecież już bardzo bogaty bagaż doświadczeń, było o czym rozmawiać. Nie mógł tylko zrozumieć, dlaczego na piwo czy wino szłam z koleżanką, a jego nigdy nie chciałam zabrać z nami. Mówił:

− Jesteśmy dorośli, a ty robisz jakieś dziwne uniki.

Ale przecież nie mogłam Gośce zrobić przykrości. W końcu to był nasz wspólny wyjazd.

Któregoś wieczora powiedziała do mnie:

− Wiesz co, tutaj jest taki super przystojny facet. Chyba przyjechał sam. Czasem widzę, jak w samotności je kolacje.

Struchlałam! Nie wiedziałam, czy ona coś wie i może mnie sprawdza, czy po prostu Maurycy jej się podoba. Nie miałam wątpliwości, że chodzi właśnie o niego. Po chwili dodała:

− A może się z nim zaprzyjaźnimy?

Jak miałam jej powiedzieć, że on jest mój i tylko mój? Przecież żona nie była ważna, bo – jak powiedział – nic go z nią nie łączy. Najgorsze było to, że ze mną też go nic nie łączyło. Jeszcze nie łączyło!

Musiałam zachować pozory, chociaż o niczym innym nie marzyłam, jak tylko o tym, żeby znaleźć się z nim w sypialni. Problem był taki, że on jakby nie wykazywał zainteresowania nawiązaniem bliższych kontaktów. Przynajmniej ze mną. Nie mogłam pierwsza zagaić, więc czekałam. Nic z tego nie wyszło. Może on, tak jak ja, nie chciał mnie odstraszyć taką propozycją? Jak taki facet może całe noce spędzać sam? A może ktoś do niego przychodzi – zastanawiałam się – i robią te wszystkie cuda, o których tak marzyłam? Oczyma wyobraźni już widziałam, jak będziemy to robić. Przerwałam swoje fantazje, bo Gośka czekała na odpowiedź.

− Wiesz co… – zaczęłam. – Jesteśmy tutaj po to, by spędzać czas ze sobą, a nie z jakimś przystojniakiem.

Była bardzo zdziwiona i powiedziała:

− Skoro tak uważasz, to niech tak będzie. Nie widzę problemu, ale uwierz mi, facet jest nieprzeciętnej urody. Chyba tak się nie mówi. Faceci są co najwyżej przystojni, ale ten jest rzeczywiście piękny. Pokażę ci go jutro na kolacji − dodała.

Byłam przerażona. Przecież ona była skłonna podejść do niego i wtedy wszystko by się wydało.

Następnego dnia wykręciłam się od kolacji bólem brzuchem. Gośka poszła sama, a ja powiedziałam, że idę spać, a tak naprawdę to oglądałam jakąś szmirę w telewizji. Bardzo długo nie wracała, byłam pewna, że nie chce mnie budzić i chyba wybrała się sama do pubu. W końcu zasnęłam. Rano obudził mnie dźwięk klucza w zamku. Weszła. Spojrzałam na nią i już wszystko wiedziałam: przespała się z kimś.

− Możesz mi powiedzieć, gdzie byłaś przez całą noc? – spytałam.

− Chyba nie mogę – odpowiedziała. – Bo zrobiłam coś głupiego, ale było tak cudownie, że nie żałuję.

− Chcesz mi powiedzieć, że wędrowałaś po górach? Czy do rana piłaś wino? Nie wyglądasz na przepitą, ale na kobietę po cudownym seksie. Jak najbardziej! − Zaczęłyśmy się bardzo śmiać. − Z przypadkowym facetem? – spytałam.

Nagle usłyszałam:

− Nie. Nie z przypadkowym. Przespałam się z tym… przystojniakiem. Ma na imię Maurycy.

Normalnie powinnam wtedy spytać, jak było, ale znieruchomiałam i nie wiedziałam, jak mam zareagować.

− Czegoś takiego nie przeżyłam nigdy w życiu – ciągnęła swój wywód. – To było tak namiętne, jakby nie miał kobiety od lat. Wyobrażasz sobie? Jeszcze cała nim pachnę. To było coś wspaniałego.

− Oszczędź mi tych szczegółów – przerwałam jej. – Wiem, co to jest seks. I nie chcę wiedzieć, jak i ile razy to robiliście! Czekałam na ciebie całą noc, a ty nawet nie raczyłaś zadzwonić i poinformować mnie, że nie wrócisz. Dobrze wiedziałaś, że się źle czułam. W ogóle cię to nie interesowało. Gośka, nie znałam cię takiej!

− Ja siebie też – szepnęła. – Nie wiedziałam, że można zapomnieć o wszystkim. Ten facet jest niesamowity. Nie denerwuj się! Zapomniałam. Przepraszam. Jak się czujesz?

− Teraz to cię interesuje?! – krzyknęłam. – Czuję się wy… pozwól, że nie dopowiem tej końcówki. Wlazłaś mu sama do łóżka? Czy cię o to poprosił? Wpakowałaś mu się sama, bo potrzebowałaś dwumetrowego faceta na raz czy na więcej razy? Właściwie, co mnie to obchodzi. Musiałam pojechać z tobą na narty, żeby zobaczyć, że uwielbiasz narciarzy, którzy na wczasach przypadkowo są bez żon. Uwielbiasz, jak jakiś obcy facet cię obmacuje… i… W zasadzie to już nie wiem, co mam o tym myśleć. Jak można pójść do łóżka z kimś, kogo się nie kocha? Z kimś, kogo się nie zna? Wybierasz się dzisiaj na stok?

− Nie pójdę – odpowiedziała. – Bo nogi mnie nie utrzymają po tym, co tam się działo. Oj, żebyś to widziała!

− Jeżeli oglądam takie rzeczy – odpowiedziałam – to tylko jak dzieją się na ekranie, w kinie albo w telewizji. Nie mam w zwyczaju oglądać seksu na żywo! Mogłabyś już skończyć z tymi opowieściami, bo zaraz zaczniesz mówić, jak wyglądały „jaja w koszyczku”! Musisz sobie sama poradzić z tym, co zrobiłaś, bo każdy za swoje decyzje bierze odpowiedzialność. Twojej bezmyślności nie wezmę na swoje barki! Możesz sypiać, z kim chcesz i kiedy chcesz. Mnie to nie interesuje, jestem, jak widać, bardziej od ciebie odporna na piękno. Potrzebuję czegoś więcej niż tylko muskularnego ciała. Nawet jeżeli jest piękne, to ja potrzebuję uczucia. A ty nie myślałaś głową, tylko czymś innym. Nie będziemy już na ten temat rozmawiać. Skoro nie idziesz na stok, to śniadanie będziesz jadła z nim czy może ze mną? Bo teraz zastanawiam się, czy w ogóle ci nie przeszkadzam.

Spojrzała na mnie i powiedziała:

− Nie idę na śniadanie, nie idę na stok, nie idę nigdzie. Wstydzę się! Boję się, że wpadnę na niego.

− W takim razie od tej chwili zmiana − powiedziałam. − Ty dzisiaj siedzisz w pokoju ze wstydem, a ja z dumą pójdę zwiedzać kurort. Przyjdę, jak mi się znudzi moja odyseja.

Stanęła jak wryta. Nie przypuszczała, że mnie na to stać!

Po kąpieli pięknie się ubrałam, pomalowałam oczy, usta i z przyklejonym uśmiechem poszłam na śniadanie.

Przecież nie wiedziałam, czy on – jak zwykle – będzie na mnie czekał, by razem zjeść. Bałam się, że Gośka zawróciła mu w głowie. Na drżących nogach weszłam do restauracji. Siedział, piękny jak zawsze, nie było nawet widać, że jest niewyspany. Podeszłam do niego jak gdyby nigdy nic.

− Witaj – usłyszałam.

Pomyślałam, że widocznie to było chwilowe zapomnienie albo po prostu zwykła męska potrzeba.

− Wiesz… – zaczęłam. – Dzisiaj mam dla ciebie tyle czasu, ile tylko chcesz.

Wydawał się bardzo zadowolony i wręcz szczęśliwy.

Po śniadaniu włóczyliśmy się po miasteczku. Wystawy sklepowe były jak z bajki. Ozdobione kolorowymi bombkami o przeróżnych kształtach. Malutkie, okrągłe, owalne, z włosami anielskimi i bardzo dużo świerkowych gałązek. W jednym sklepie choinka była zrobiona ze starych nart, a na niej były porozwieszane bombki i czekoladowe ozdoby. Aż zatęskniłam za dzieciństwem. U moich dziadków też wisiały takie smakołyki, brakowało tylko nart! Patrzyliśmy na tę wystawę jak zaczarowani. Objął mnie jak małą dziewczynkę i powiedział:

– Wiesz, że cię lubię. A lubię to więcej niż wszystkie inne słowa. Wracamy? Czy jeszcze pochodzimy? Tutaj jest tak pięknie, zwłaszcza że obok siebie mam tak wyjątkową osobę. − I malutkim muśnięciem w policzek wyraził swoje: „lubię cię”.

Wiedziałam, że to się stanie prędzej czy później. Ale nie dzisiaj! Wciąż wracało do mnie wspomnienie przypadkowego seksu mojej już byłej przyjaciółki z moim obecnym ukochanym. Nie mogłabym wyłączyć negatywnych emocji. Uśmiechnęłam się i palcem wskazującym dotknęłam jego ust. Po całym ciele przeszedł mnie dreszcz, jakbym nagle weszła do lodowatej albo wrzącej wody. Przecież reakcja jest wtedy taka sama, tylko efekty inne. To było takie wow! Znów zaczęłam myśleć o tym, jak oni to robili. Już wiem, o czym Gośka mówiła, że jest niesamowity. On jest prądotwórczy. Cała aż drżę. Uwielbiam tego faceta! Nie powiem mu o tym. Jeszcze nie teraz. Co z nami będzie dalej? Przecież tak bardzo chciałabym zostać z nim na dłużej, a może na zawsze. Nie da się tego wszystkiego pogodzić. Mam nadzieję, że najpóźniej podczas ostatniego wspólnego śniadania poprosi mnie o numer telefonu. Znowu odleciałam w swoje imaginacje.

– To co, wracamy? – spytałam.

– Nie. Chcę być z tobą tak długo, jak tylko nie będziesz śpiąca – odpowiedział.

– A może cierpię na bezsenność?

– To cudownie! – krzyknął w odpowiedzi. – Spacerując pośród rozświetlonych kafejek i wystaw sklepowych, będziemy czekać na świt.

Byłam zdumiona. Po całej nieprzespanej nocy on miał dalej tyle energii. Przecież bolała go noga, ale twierdził, że ją już rozchodził.

Nasze rozmowy skończyły się pogawędką w recepcyjnym holu, z którego poszliśmy prosto na śniadanie. Spędziłam z nim całą noc. Jeszcze nigdy w życiu i z nikim tak cudownie mi się nie rozmawiało, a w dodatku wystarczały mu tylko rozmowy. Nadal niczego innego nie chciał ode mnie, przynajmniej nie dawał mi do zrozumienia, że czegoś chce…

Po śniadaniu postanowiliśmy dać sobie wolny czas aż do obiadu. Zajęcia w podgrupach: on u siebie, ja u siebie. Później spotkaliśmy się na obiedzie i nadal mieliśmy o czym rozmawiać.

Gośka chyba pojechała na stok, bo nie było ani jej, ani nart. I bardzo dobrze. Pieprzona przyjaciółeczka, która nawet nie zadzwoniła z pytaniem, czy ja żyję. Od tamtego poranka byłyśmy tylko współlokatorkami. Każda wzięła swój los w swoje ręce. Niech się wstydzi tego, co zrobiła. Ja nie mam się czego wstydzić.

Truchlałam na samą myśl, że moje najpiękniejsze ferie, ferie życia, wkrótce miały się skończyć. Wiedziałam, że będzie mi bardzo brakowało tych chwil. Ale takie jest życie. Wszystko się zmienia, nawet pory roku. I to jest pocieszające! Miałam nadzieję, że latem znów uda nam się zobaczyć. Może… Do końca ferii z Gośką widywałyśmy się w przelocie. Nigdy nie dowiedziała się, co się wtedy wydarzyło. Maurycy spędzał ze mną cały czas – oprócz wspólnych nocy, takich o jakich marzyłam. Myślałam wtedy, że jestem aseksualna. Widocznie tak miało być. A poza tym jak coś przychodzi zbyt łatwo, to się tego nie szanuje, a w końcu to brak daje początek pragnieniu. Czas upływał nieubłaganie, a on dalej nie znał mojego numeru telefonu.

Ostatnie śniadanie zmieniło wszystko!

– Czy mogłabyś dać mi jakiś kontakt do siebie? – spytał. – Nie chciałbym, żeby nasza znajomość była tylko przelotna.

On mnie lubi, bardzo lubi! – pomyślałam i powiedziałam:

– Nie wyobrażam sobie, żeby to było tylko przelotne lubienie.

Z torebki wyjęłam wizytówkę, w duchu prosząc o cud, żeby jej nie zgubił.

− Czy jeszcze kiedyś się zobaczymy…? − spytałam.

Nigdy nie zapomnę tej miny. Jego oczy powiedziały wszystko. Głupoty gadam, jak oczy mogą powiedzieć? Gdyby mówiły, to trzeba by wciąż chodzić w okularach, żeby nie było widać słów, a może znaków pogardy czy miłości. Przecież ja wciąż patrzyłam na niego z pożądaniem, a on tego nie widział! Ale teraz jego oczy patrzyły na mnie jak na kogoś, z kim chciałby się jeszcze spotkać, kogo chciałyby często widzieć i wciąż na niego patrzeć.

Po śniadaniu postanowiliśmy pójść na nasz ostatni spacer. Ostatni tutaj. Przecież wiedziałam, że przed nami jest jeszcze wiele spacerów. Nie obchodziło mnie, co Gośka pomyśli, kiedy się spóźnię. Przecież przyjechałyśmy samochodem, więc nie trzymają nas żadne godziny. Chodziliśmy – tak już mogę powiedzieć – naszymi ścieżkami. Tym razem prawie nie odzywaliśmy się do siebie. Mówiliśmy ciszą, ale ona była bardziej wymowna od…

Nagle Maurycy objął mnie i powiedział:

– Powinienem ci pomóc wynieść bagaże i spakować się, ale nie chciałaś mnie przedstawić koleżance, więc niech tak zostanie. Nie chcę, żebyś jechała nocą. Musisz już zbierać się do wyjazdu. Nie chcę ci machać chusteczką na pożegnanie, ale pamiętaj że…

Nie pozwoliłam mu dokończyć. Bałam się tego dnia, bałam się tej chwili. Powiedziałam:

– Pożegnajmy się tutaj. Będziemy już mieć to z głowy.

Przytulił mnie mocno do siebie i powiedział:

– Zobaczymy się, nie martw się. Już niedługo. Nie płacz.

Nie mogłam się opanować, łzy płynęły mi jak po stracie kogoś najbliższego. Odepchnęłam go od siebie, jakbym miała jakieś pretensje, że nie zrobiliśmy tego, o czym marzyłam.

– Idę, będę czekała na telefon od ciebie. Nie idź teraz ze mną, chcę być sama. Proszę cię.

Jeszcze tylko jedno spojrzenie i zaczęliśmy iść w przeciwnych kierunkach. Szłam bardzo powoli, niczym w kondukcie żałobnym. Byłam bardzo ciekawa, jak daleko oddaliliśmy się od siebie. Otarłam łzy, westchnęłam głęboko i pomyślałam: Muszę! Muszę go jeszcze zobaczyć, zanim zniknie za zakrętem. W tym samym momencie chciałam i nie chciałam go widzieć. Było mi bardzo źle. Teraz albo nigdy! Odwróciłam się i zobaczyłam, jak on robi to samo. Zaczęliśmy biec do siebie jak para nastolatków. Byłam przerażona. Przecież jego noga tego nie wytrzyma. Kiedy dopadliśmy do siebie, byliśmy chyba bardziej szczęśliwi niż Neil Armstrong w 1969 roku. Bo on zdobył coś, na co był przygotowany, a my zdobyliśmy siebie. Znienacka, bez planów i przygotowań, znaleźliśmy miłość. Przynajmniej wtedy tak myślałam. Staliśmy wtuleni w siebie całą wieczność, ale wiedziałam, że muszę już wracać do hotelu. Delikatnie odsunęłam Maurycego od siebie i wyszeptałam tylko jedno słowo:

− Muszę.

Odwróciłam się i pobiegłam w stronę hotelu. Jak opętana. Już nawet przez moment nie spojrzałam w jego stronę. Wiedziałam, że najwyższa pora na wyjazd.

Wbiegłam zdyszana, resztki tuszu miałam rozmazane na policzkach, zobaczyłam wściekłą Gośkę.

– Gdzie ty byłaś?! – krzyknęła.

Nabrałam powietrza i ze stoickim spokojem powiedziałam:

– W kolejce po miłość.

– Ciebie dokumentnie już pokręciło – krzyczała. – Daleka droga jest przed nami, a ty robisz sobie żarty!

– A, przepraszam… – powiedziałam spokojnym głosem. – Czy ty masz prawo jazdy, że tak się wydzierasz? To ja jestem kierowcą i pozwól, że ja będę decydować, o której wyjedziemy. Byłam gotowa do drogi od szóstej rano, a ty stwierdziłaś, że musisz jeszcze raz poczuć góry i poszłaś „poczuwać”. Wtedy w ogóle nie zwracałaś na mnie uwagi. A może ja, twój kierowca, chciałam wyjechać o świcie? Proszę, milcz! Zdążyłaś się pożegnać z przystojniakiem?

Byłam bardzo ciekawa, czy widzieli się jeszcze raz.

– Nie przypominaj mi go – krzyczała. – Nie widziałam go od tamtej nocy, kiedy po cichutku, żeby cię nie zbudzić, wlazłam przez pomyłkę do jego pokoju, weszłam do jego łóżka, myśląc, że to nasze łóżko!

– Przestań – przerwałam jej. – Przestań wymyślać te niestworzone historie! Pomyliłaś łóżka, pokoje i mnie z nim. Chyba nie sądzisz, że uwierzę w te brednie. Najważniejsze, że miałaś udaną noc, którą będziesz długo pamiętać. W życiu już nie pojadę na żadne wakacje do hotelu, w którym będą tylko łoża małżeńskie. A teraz bierz bagaże i w drogę.

Całą podróż myślałam tylko o nim, nie wiem nawet, co Gośka gadała. Słuchałam piosenki. Tylko ja, bo ona miała już jej po dziurki w nosie. W pewnym momencie bardzo zdenerwowana wyjęła płytę i krzyknęła:

– Mam już tego dość!

Spojrzałam na nią z pogardą. Nawet wiem, co wtedy mówiły moje oczy: Zamknij się, głupia babo. Zaczęłam sama śpiewać, bez muzyki, tylko w rytm bicia serca i pomruków Gośki. Śpiewałam chyba przez sto kilometrów. Mogła już mieć tego dość, ale mnie to wszystko nie obchodziło. Przy słowach „ogród można wymyślić, a miłość trzeba poczuć” dojechałyśmy pod jej dom. Rozstałyśmy się inaczej niż zwykle. Bez żadnych buziaczków i innych sztuczności. I choć laba się skończyła, moja miłość miała jeszcze trwać bardzo długo.

Najważniejsze było to, że zadzwonił! Mój Maurycuś ! Pytał, jak droga, czy wszystko w porządku. Nie mogłam przy Goście rozmawiać „na głośno”, więc moje odpowiedzi były bardzo tajemnicze.

Niestety, wróciłam do domu przepełnionego tęsknotą. Dni upływały jak krople wody z cieknącego kranu. A on nie dzwonił. Widocznie nie chciał się narzucać. Ja też tego nie robiłam. Tylko tęsknota wypełniała czas pomiędzy pracą a snem. Jeszcze jedna nowość: zaczęłam śpiewać. Ta piosenka chodziła za mną wszędzie. Głupoty gadam – to ja z nią chodziłam wszędzie. Tęskniąc, śpiewałam, śpiewając, tęskniłam. Zaplątałam się w jakiś magiczny krąg.

Aż nagle zadzwonił! Tadam, tadam, tadam, to oooooon!

− Dlaczego tak długo nie dzwoniłeś? − Tymi słowami odebrałam telefon. Zaczęłam od wyrzutów. Po co? Chyba zbyt wiele sobie obiecywałam.

A on na to:

− Bo wiesz, nie wiedziałem, czy chcę zakończyć swoje małżeństwo.

Kiedy to do mnie dotarło, otworzyłam szeroko oczy. To, co sobie wymarzyłam, staje się! Dla mnie chce zerwać z przeszłością. Teraźniejszość to tylko chwila. Już widziałam przyszłość.

Zapytał mnie, czy gdyby zjawił się w Gdańsku, to moglibyśmy się zobaczyć. Wariat! Idiota! Czy moglibyśmy?! Kretyn! Jak w ogóle można pytać o coś takiego?

Mijały dni i znów była cisza. A później jeden telefon zmienił mój cały świat. Przyjeżdża! Nawet wtedy nie wpadło mi do głowy, że będzie spał w hotelu. Byłam pewna, że nadszedł już ten czas! Nasz czas. Ale nie. Spędziliśmy ze sobą cały wspaniały dzień, a wieczorem – właściwie już nocą – poszedł do hotelu.

Znowu dał mi jeden dzień ze swojego życia. Mimo że brakowało przysłowiowej kropki nad i, byłam szczęśliwa. Chociaż tak naprawdę to były tylko prześwity szczęścia.

Znów nastąpiła monotonia życia: praca, tęsknota, sen i cisza w eterze. Szalałam! Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, ale byłam pewna, że jakaś burza wszystko zmieni. I stało się. Zadzwonił!

− Przyjeżdżam – stwierdził.

Porozmawialiśmy chwilkę i powiedział:

− Będę u ciebie za sto godzin.

Uśmiechnęłam się i czekałam. Kiedy stanął w drzwiach, przez moje ciało znów przeszedł prąd.

− A gdzie masz walizkę? – spytałam.

− Jak to gdzie? W hotelu – odpowiedział zdziwionym głosem. − Przecież nie mogę zwalać ci się na głowę.

Nie wiedziałam już, co mam o tym myśleć. Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Po całym dniu spacerów na plaży i nocnych rajdach w knajpkach na Długiej, w środku nocy odprowadził mnie do domu. Wiedziałam, że rano wyjeżdża. Pomyślałam: Teraz albo nigdy!

− Rozumiem, że teraz wejdziesz do mnie.

− Czy jesteś pewna, że mam odwiedzić cię o tej porze?

− Jak w ogóle można zadawać takie pytania? − odpowiedziałam bardzo podekscytowana. − Jestem pewna! W życiu nie byłam tak niczego pewna jak tego, że masz u mnie nocować.

Weszliśmy do domu, spojrzał na mnie i znów spytał:

− Jesteś tego pewna?

Przejmuję stery – pomyślałam. Nie jestem już Karinką, stałam się sternikiem miłości. Na drżących nogach – w końcu bałam się jego reakcji – zaczęłam rozwiązywać jego krawat. Maurycy stał jak odrętwiały – wydawać się mogło, że nie wiedział, co ma dalej robić. Krawat i marynarka leżały już na podłodze. Guziki od koszuli zajęły mi dużo czasu, bo dziurki były takie malutkie, jakby w ogóle nie pasowały do tych guzików. Z trudem rozpięłam i kolejny łaszek leżał już na stosiku. Byłam zdziwiona, że ma jeszcze jedną warstwę: podkoszulek. Żeby w ogóle usiłować zdjąć z niego tę śmieszną część garderoby, musiałam wspiąć się na palcach. Uśmiechnął się, kiedy moje usta zaczęły dotykać jego torsu. Zmiłował się nade mną! Zdjął sam. Po czym czekał na dalszy rozwój sytuacji. Widać, że bardzo go to bawiło. Było mi głupio, bo ja w całym ekwipunku, jaki przystawał kobiecie z dobrego domu, zaczęłam nagle przykucać przy nim, by zabrać się za…

Odpięłam pasek, guzik i nagle przy suwaku napotkałam opór! Nie, wcale nie z jego strony. Tylko zorientowałam się, że jego męskość też zesztywniała, tak jak on. To było coś ogromnego, nawet pomyślałam, że to pistolet. Ale pistolet w tym miejscu? To niemożliwe. To jest to, o czym śniłam. Czy wypada mi zdjąć te zaprasowane w kancik spodnie? Wypada, ale chyba będę je musiała potem jakoś złożyć, żeby się nie pogniotły. Naprawdę jestem walnięta. W takim momencie myśleć o zaprasowanych kancikach spodni? A niech się gniotą! Powolutku zaczęły spadać w dół. Wprawdzie wyglądał teraz idiotycznie z tym swoim muskularnym, pięknym ciałem, w spodnich zwiniętych jak harmonijka i śnieżnobiałych slipkach, które teraz wydawały się o parę rozmiarów za małe. Nawet poddał się tej grze wstępnej: zdjął buty i zaczął unosić najpierw jedną, potem drugą nogę, by wyswobodzić się ze spodniowych kajdan. A moje marzenia nadal są ukryte w bieli. Nie wiem jak mam je…? Przecież kiedy slipki spuszczę w dół, to nie będę wiedziała, co mam zrobić dalej. Nie jestem aż tak wyuzdana! Wtedy jeszcze tak myślałam.

Z lewej strony, na wysokości górnej części slipek, puścił do mnie oczko taki seksowny pieprzyk. Jakby mówił: „Próbuj dalej! Nie przerywaj! Naprawdę warto!” Widocznie Maurycy zauważył moje wątpliwości i powiedział:

− Mam propozycję. Ja dokończę tę grę. Pójdźmy pod prysznic.

Nie mogłam pójść razem z nim. Wstydziłam się. Powiedziałam:

– Wykąpię się pierwsza i będę na ciebie czekać.

Stał w skarpetkach i slipkach. Nadal były tak cudownie za małe! Wyglądał przepięknie. Harmonię burzyły tylko te okropne skarpetki. W ogóle do niego nie pasowały. Jak u małego chłopca, który zaraz miał pójść do piaskownicy. Dorosły facet w skarpetkach w biało-błękitne paseczki… Pamiętam jednak, jak kiedyś mówił, że w długie trasy zawsze wkłada wygodne sportowe buty. Widocznie zmienił je, ale zapomniał o zmianie skarpetek. Przecież nie planował takiego rozwoju sytuacji…

Wykąpałam się i owinięta ręcznikiem przemknęłam do sypialni − miejsca moich fantasmagorii. Czekałam owładnięta strachem, byłam jak zdrutowana. Było ciemno. Wtedy wszedł on. Nie widziałam, jak wyglądał. Nie pozwoliłam zapalić światła, wstydziłam się. Powolutku wsunął się do łóżka, położył obok mnie i zaczęliśmy… Rozmawiać. Nie dotykaliśmy się nawet opuszkami palców. Nie umiem powiedzieć dlaczego. Po długiej chwili – tak naprawdę nie wiem jak długiej – przesunęłam się w jego stronę i nieśmiało dotknęłam jego torsu. Znowu poczułam ten prąd, ten ogień! Bałam się, że on nie zacznie. Włączył mi się zegar. W mojej głowie słyszałam: tik-tak, tik-tak, tik-tak, tik-tak, tik-tak i skowyt budzika, który powie: „Wstawaj, bo Maurycy wyrusza do żony”. Pamiętam, jak Gośka mówiła, że był taki spragniony kobiety. Czy ja nie jestem kobietą? Pora spojrzeć prawdzie w oczy. Jestem kobietą. Też marzę o mężczyźnie. Nie o zwykłym, pospolitym facecie, ale o takim jak Maurycy. Ma wszystko, o czym śniłam. Muszę dotknąć jego pistoletu! Jeszcze raz położyłam rękę na jego torsie i powoli, porażona prądem pożądania, ręką zaczęłam zjeżdżać w dół, coraz niżej i niżej, aż nagle dotknęłam czegoś niesamowitego. Gośka miała rację! Dlaczego ja jeszcze o tym myślę? Jak jakaś idiotka. Wsadziłam z nami do łóżka i żonę, i kochankę. Muszę przestać się zadręczać. Jesteśmy teraz dla siebie, tylko we dwoje i tylko my.

Objął mnie i dalej było już dwóch żeglarzy na jednym okręcie. To było jakieś szaleństwo. Nawet nie umiem tego wszystkiego sobie przypomnieć. Pamiętam, co najbardziej mnie zdziwiło. On leżał na brzuchu, ja leżałam na nim i nadal pełna pożądania okrywałam go swoim ciałem. Tak zastygliśmy w bezruchu. Bałam się, co będzie rano, czy będę mogła spojrzeć mu w oczy. Nie znałam siebie takiej. Byłam namiętna jak nigdy dotąd! Tyle rzeczy działo się tej nocy. Na samo wspomnienie przechodzą mnie dreszcze. A co będzie rano? Poranek, cudowny świt w objęciach kogoś, kto doprowadził mnie do szaleństwa, do rozkoszy, o jakiej całe życie marzyłam. Odleciałam. Tak, odleciałam! To jest jedyne słowo, które obrazuje nasze żeglowanie. Nie, to nie było żeglowanie, a żonglowanie!

Kiedy rano otworzyłam oczy, byłam przerażona. Nie było go w łóżku. Nie mógł mi tego zrobić! Nie wyjechałby bez pożegnania! Wtedy usłyszałam, jak z kuchni zaczęły dochodzić jakieś dźwięki. Po cichutku zajrzałam i zobaczyłam, jak on smaży jajecznicę z pomidorami. Był owinięty białym ręcznikiem, który zasłaniał mu ten seksowny tyłek, ba, najseksowniejszą dupcię na świecie i jeszcze coś więcej. Wow, wow, wow – pomyślałam – co za facet! Podeszłam, objęłam go, odstawił jajecznicę… Stygła, gdy my na blacie stołu zaspokajaliśmy inne pragnienia. Nigdy tego nie zapomnę. Nigdy!

Teraz dopiero mam o czym myśleć. Jak długo będę musiała czekać? Kiedy znowu się zobaczymy? Wyjechał. Ale teraz wiem, że po to, by tutaj wrócić.

Rozłąka to koszmar. Zadzwonił z samochodu i zapytał:

− Jak się czujesz, kochanie?

Pierwszy raz w życiu ktoś do mnie powiedział „kochanie”. Usłyszałam słowa, o jakich nawet nie marzyłam: Kochanie. Jak to zabrzmiało! Teraz wszystko będzie tak, jak powinno być. Będzie pięknie! Nie będę wciąż czekać na telefony.

Tak wtedy myślałam. Ale przecież ma żonę, nie może ze mną rozmawiać, kiedy chce. Do diabła! Do czego ona ma pierwszeństwo? Jestem pewna, że tak jak ze mną nie było mu nigdy z żadną kobietą! To, co robiliśmy wtedy, tej nocy, nadaje się na film erotyczny. Żona ta Eluś – to zapewne jakaś stara baba, która zajmuje się domem i dziećmi, a poza tym nie ma żadnych zainteresowań. Chociaż… wspominał, że ona trochę lubi starożytność. Co to znaczy trochę? Czy jest taka możliwość, żeby tylko trochę być na przykład w ciąży? Albo się jest, albo nie! Albo lubi starożytność, albo nie lubi. Niech sobie trochę lubi. Ja lubię teraźniejszość. Zwłaszcza w ramionach jej męża. Chociaż ona nie jest taka bezwartościowa: ładnie pierze i prasuje. Nie wiem, jak wygląda sprawa z gotowaniem. Ale mnie to nie interesuje, co i jak Eluś gotuje! Fajnie – już nawet zaczynam rymować. Ja, poważna kobieta, z pozycją społeczną, zamiast zająć się sobą, włażę buciorami w ich życie. Niech sobie żyją, jak chcą, najważniejsze żebyśmy mogli się widywać i… Nie tylko rozmawiać! Ja nie jestem zmęczona. Nie boli mnie głowa. Jestem gotowa na wszystko. Oby tylko z Maurycym!

Codzienne kontakty telefoniczne stały się rytuałem. Zwykle to była ta sama pora i wymiana chociaż kilku zdań. Rozmowa zawsze zaczynała się słowem „kochanie”. Wiedział, że to bardzo lubię. Kiedy nie dzwonił, to pisał chociaż króciutki SMS. To było bardzo miłe.

Kiedyś wpadłam na pomysł i na wypadek gdybym zgubiła telefon, zaczęłam spisywać SMS-y do komputera. Teraz mam pokaźny zestaw. Na przykład taki: „Kochanie, szkoda, że nauka nie nadąża za marzeniami. Teleportacja natychmiast załatwiłaby nasz problem. Kochanie, miłego wieczoru. Proszę, nie odpisuj. Rodzina w komplecie. Tęsknię”. Wszystko i na temat!

Przyjeżdżał do mnie co najmniej raz w miesiącu. Zawsze spędzaliśmy ze sobą całą dobę. Bardzo zaczęły podobać mi się te noce i cudowne poranki. Tęsknię za nimi.

Kiedy powiadamiał mnie wcześniej, że ma zamiar przyjechać, to z reguły kupowałam bilety do teatru. Lubiliśmy razem chodzić do tego magicznego miejsca. Odrywaliśmy się tam od codzienności i choć na chwilę byliśmy w świecie iluzji.

Jednak rzeczywistość przynosiła niespodzianki. Maurycy zaczął mieć problemy finansowe. Jego firma podupadała. Nie miał pieniędzy na wypłaty dla pracowników. Nie mogłam stać obojętnie obok problemów kogoś, kogo kocham. Poprosiłam o numer konta, początkowo nie chciał mi podać, ale po dwóch godzinach zadzwonił i powiedział:

− Kochanie, nie poradzę sobie bez ciebie.

Od razu z pracy zrobiłam internetowy, ekspresowy przelew. Wiedziałam, że pieniądze będzie miał za piętnaście minut. Byłam szczęśliwa, że mogłam mu pomóc. Następnego dnia nie zadzwonił. Nie mogłam wytrzymać, zadzwoniłam do niego. Usłyszałam:

− Kochanie, mam takie problemy w firmie, że nawet nie chce mi się rozmawiać.

Zrozumiałam. Miałam już jego numer konta, niewiele myśląc wysłałam kolejne pieniądze. Napisał SMS-a: „Warto wierzyć w ludzi. Dziękuję Ci” – tylko tyle.

Zadzwonił po kilku dniach. Świat walił mu się na głowę. Wszystko sprzymierzyło się przeciwko niemu. Pracownik go okradł. Kontrahent nie zapłacił, córka zrobiła sobie odcisk na stopie. To doprowadziło mnie do furii! Jasna cholera! Co mnie obchodzi jakiś odcisk na stopie córki? Może powinnam jej wysłać plaster?

Dalej w skupieniu słuchałam kolejnych dramatów rodzinnych. Zaczęłam się zastanawiać, czy to wszystko prawda. Przecież nie kłamałby, bo na pewno mnie kocha − tak wtedy myślałam. Nie zrobiłby mi świństwa, nie on. Mój Maurycy. Przecież córka mogła zrobić sobie odcisk podczas gry w tenisa, a to już jest kontuzja.

Następnego dnia zaproponowałam mu, że powinien odpocząć, zapomnieć o problemach. Spytał:

− Kochanie, jak sobie to wyobrażasz? Mam wszystko zostawić i pójść w siną dal? Nie mam nawet pieniędzy na paliwo, żeby do ciebie przyjechać i choć na chwilę zapomnieć. Przy tobie zawsze czuję taki spokój, jakby problemy były czymś nie z tej planety.

Przerwałam mu i powiedziałam:

− Ja mam pieniądze, ucieknijmy na parę dni tam, gdzie słońce świeci inaczej, tam gdzie miłość smakuje najpełniej, tam gdzie ludzie uśmiechają się do siebie.

Tak naprawdę to nie pozwoliłam mu dojść do słowa. Po raz kolejny wzięłam stery w swoje ręce. Powiedziałam tylko, że jutro musi się ze mną skontaktować.

Chrząknął – uwielbiam te jego chrząknięcia – i powiedział:

− O losie! Rób, co chcesz! Oddaję się w twoje ręce.

Kiedy następnego dnia zadzwonił, powiedziałam mu, że za dwa dni pojedziemy na Santorini. W domu ma powiedzieć, że wyjeżdża w sprawach biznesowych. Bardzo się śmiał, nawet wydawało mi się, że jest zadowolony z takiego obrotu sprawy. Umówiliśmy się na lotnisku we Wrocławiu. Musiałam pokonać ładny kawałek drogi, ale czego nie robi się z miłości?

Wyspa okazała się rajem na ziemi! Może oprócz wulkanicznej plaży. Tylko lądowanie samolotu to był jakiś koszmar! Kiedy zaczął się zniżać, zobaczyliśmy pod sobą ląd, byliśmy przekonani, że to już nasze miejsce. Aż nagle znów zobaczyliśmy wodę. Mieliśmy wrażenie, że coś jest nie tak, ale po chwili pod nami ukazał się ląd. To było nasze Santorini.

A wulkaniczna plaża? Kto miał czas na plażowanie? Na pewno nie my. Czasem chodziliśmy popływać i tyle. Każdego popołudnia wynajętym samochodem jeździliśmy do Thiry. Siadaliśmy w knajpkach − wydawać się mogło − zawieszonych na skałach i podziwialiśmy zachwycające zachody słońca. Co za widoki! Patrzyliśmy na domy, które były jakby częściami skał. Wszechobecna biel i błękit. Ach, te okiennice, które zatrzymywały chłód i zabraniały słońcu zaglądać do środka. Nie da się tego zapomnieć.

Teraz uświadomiłam sobie, dlaczego tam go zaprosiłam. Przecież wtedy, kiedy pierwszy raz poszliśmy ze sobą do łóżka, miał na sobie białe slipki i białe skarpetki w błękitne paseczki. Widocznie to są jego ulubione kolory, a może żony… Na tej wyspie czuł się jak we własnym ubraniu. Nie ukrywam, że ja w tej scenerii czułam się jak w raju. To morze, które, być może, kryje ślady zaginionej Atlantydy, jest tam tak piękne, że nie mogłam oderwać oczu. One chciały widzieć i mojego Maurycego, i morze, były takie rozbiegane, że o mały włos wróciłabym z zezem.

Wciąż mieliśmy sobie wiele do powiedzenia, ale ostatnio bardzo pociągały mnie te upojne noce. Wow! Na samą myśl…

Czasem do południa pływaliśmy, a potem wycierał mnie ręcznikiem. Był upał, ale on nie potrafił nie zatroszczyć się o moje ciało. Bardzo mnie tym rozśmieszał. Przecież za pięć minut byłabym sucha, ale widocznie nie mogłam schnąć na wietrze. To była komedia. Ale dałam się w to wciągnąć. Niech sobie myśli, że jestem małą dziewczynką. W końcu nawet zaczęło mnie to bardzo bawić. Starałam się odciągać jego myśli od problemów. Spędziliśmy ze sobą siedem dni i siedem bardzo dłuuuuuugich nocy. To był wspaniały tydzień.

Wiedziałam, że moja decyzja o wyjeździe była bardzo dobra. Ba, to była najlepsza decyzja w życiu. Może oprócz tej, kiedy pierwszy raz postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.

Cieszyłam się jak dziecko, że zrobiłam nam taki prezent. Przecież go tak kocham. Dolecieliśmy do Wrocławia, a ja musiałam ruszać dalej, do domu. Nie chciałam, żeby mnie odprowadzał na parking, bo jeszcze ktoś z jego znajomych mógłby nas zobaczyć.

Nagle zrobiłam się bardzo dorosła. Coś było ze mną nie tak! Zamiast zastanawiać się, ile drogi mam przed sobą, współczułam facetowi, że ktoś go nakryje. Co najmniej jakbyśmy lecieli pustym samolotem, albo mieli maski na twarzach. Przecież w samolocie, albo już tam na miejscu, też mógł być ktoś z jego znajomych.

Zanim dojechałam do domu, dzwonił do mnie kilka razy.

− Bez względu na porę − powiedział − daj mi, proszę, znać, jak tylko dojdziesz do Gdańska.

Czułam, że się o mnie martwi. A ja całą drogę znowu śpiewałam. Wydaje mi się, że szczęście, które do mnie zapukało, porusza moje struny głosowe.

Dzwonił codziennie. Byłam już spokojna, jakby miał stać się cud i wkrótce mielibyśmy zamieszkać razem.

Któregoś dnia zadzwonił i znowu zaczął mówić o problemach z pieniędzmi. Nie mogłam bez emocji słuchać jego narzekań. Co głupia Karinka zrobiła? Znowu wysłała! A potem dostałam dziękczynny SMS: „Łzy mi się w oku kręcą, że jesteś taka dobra i uczuciowa. Dziękuję, kochanie”. Później nastąpiła przerwa w informacjach. Wszystkich! Nie dzwonił, nie pisał SMS-ów przez cały tydzień. Na moje wiadomości nie odpowiadał. A ja głupia godzinami siedziałam z telefonem w ręku – żeby tylko nie przegapić sygnału. Wprawdzie miałam jeszcze inne zajęcia i w dodatku mogłam czytać stare SMS-y. Powoli zaczynałam czuć się jak na huśtawce: raz w górę, raz w dół. Ale – myślałam – przecież to jest tylko chwilowe zawirowanie.

Po paru dniach zadzwonił, powiedział, że wyjaśniła mu się sytuacja finansowa i za dwa miesiące zabiera mnie na tygodniowe wakacje. Szalałam ze szczęścia. W międzyczasie odwiedził mnie jeszcze raz. Nie chcę już sobie nawet przypominać, jak wyglądały nasze rozstania.

Nie powiem, żeby telefony od niego się urywały, ale dzwonił, nawet często – tak wtedy to chciałam widzieć. Na dwa dni przed naszymi wspólnymi wakacjami napisał SMS-a: „Niestety, nie mogę pojechać. Mam podejrzenie poważnej choroby”.

Dzwoniłam, pisałam SMS-y – nie odpowiadał. Zachowywał się tak, jakby nie rozumiał, że martwię się o niego. To nie było tak, że chciałam kontaktować się bez powodu. Chciałam porozmawiać, dowiedzieć się czegoś. Przecież szalałam z niepewności. Nie wiedziałam, co się z nim dzieje.

Przepadną nasze wakacje, na które tak czekałam. Jak kretynka przez moment pomyślałam, żeby zabrać ze sobą Gośkę. Ale to był tylko chwilowy przebłysk dobroci. Przecież obiecałam sobie, że już nigdy z nią nie pojadę. A poza tym miałabym zamienić mojego Maurycego na jego kochankę? Miałabym dać jej pożywkę, że jakiś facet zrobił mnie w przysłowiową trąbę? Wiedziała, że z kimś się spotykam, ale nigdy nie dowiedziała się, że to właśnie on. Miałabym pojechać na wakacje bez niego? Nigdy!

Napisałam wiadomość: „Nigdzie bez Ciebie nie jadę”.

Następnego SMS-a dostałam dopiero po pięciu dniach: „Jutro mam biopsję”.

To mnie dobiło. Potem znowu cisza, po paru dniach nie wytrzymałam, napisałam SMS-a: „Kochanie, jak się czujesz? Martwię się o Ciebie”.

W odpowiedzi zobaczyłam: „Lekarze dalej nie wiedzą, co mi jest. Wciąż szukają”.

Wiadomości zaczęły być bardzo lakoniczne. Nie zaczynały się od „kochanie” i nie kończyły na „tęsknię, całuję”. Wiedziałam, że dzieje się coś dziwnego. Byłam pewna, że jest umierający!

Pamiętam, jakby to było dziś. Nad ranem pojechałam do Mikoszewa. Wiedziałam, że tylko rozkołysane fale, plaża i cisza pozwolą mi przemyśleć to wszystko. Z rozgrzanym od ciepła moich dłoni telefonem poszłam nad brzeg.

Początkowo przypomniałam sobie nasze wspólne Santorini. Te zachody słońca, wszędobylskie cykady i on. On! Pomiędzy nocami a piciem napoju bogów zwiedziliśmy wykopaliska w Akrotiri. Nawet wtedy pomyślałam, że to miejsce byłoby dobre, żeby Eluś − jego żona − mogła je zobaczyć. Mogłabym nawet się z nią jakoś podzielić. Wykopaliska dla niej, zachody słońca dla nas.

Pamiętam jeszcze, jakim zachodem słońca przywitała nas Oia! Może dlatego chciałam zobaczyć teraz wschód słońca. Słońce to jest to, co nas ze sobą bardzo łączy. Tyle razy wspólnie oglądaliśmy zachody, że teraz wiem, że ono jest naszą gwiazdą. Każde miejsce zaczęło go przypominać. Aż do obłędu. Teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo jest mi bliski. Pojechałam w miejsce, w którym nigdy z nim nie byłam, a jednak on jest ze mną wszędzie.

Pierwsze, co przyszło mi na myśl, to nasz związek – bezzwiązek. Jak długo mogła przetrwać telepatyczna miłość? Nie chciałam już dłużej trwać w tej niepewności. Okłamuję samą siebie! Nie wyobrażałam sobie, aby pewnego razu powiedzieć: to już koniec. Nigdy nie będzie końca! Zrozumiałam, że nie mogę być odcięta od informacji o stanie zdrowia ukochanego. Długo myślałam, co mam zrobić.

Nagle mnie olśniło! Wiedziałam już wszystko. Jadę do Wrocławia. W końcu znam adres. Będę z ukrycia patrzyła, czy jest w domu, czy go nie ma. A jeżeli Maurycy przez cały dzień nie wyjdzie, to będzie znaczyło, że jest w ciężkim stanie i leży w szpitalu. Byłam przygotowana na wszystkie niespodzianki. Muszę wrócić do domu, spakować się i zarezerwować hotel. Jest taki, nawet fajny, prawie na samym Rynku.

Lubię takie miejsca. A to miasto jest szczególne. To świat krasnali. Ktoś miał cudowny pomysł, żeby w centrum miasta pozwolić zamieszkać metalowym ludzikom. Uśmiechnęłam się do siebie na samą myśl, że znowu będę mogła dotknąć mojego ulubieńca. Jeden krasnal jest szczególny: leży na talerzu, z ogromnym, pękniętym brzuchem, obok niego łyżka stołowa. Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, od razu wzbudził moją sympatię. Chyba ten jego brzuch mnie tak bawił. Są tam jeszcze inne, które mogą się z czymś kojarzyć. Takie na przykład krasnale… z lodami, które oczywiście też od razu kojarzą mi się z Maurycym. Wtedy zaczęłam się śmiać na głos, bo oczyma wyobraźni zobaczyłam go znowu w białych slipkach ze schowanym „pistoletem”, jak wtedy… Tak, lody to rewelacyjne skojarzenie.

Uwielbiam jego ciało. Jest zawsze taki czyściutki i wymuskany. Te szpakowate włosy. Wow! Zapomniałabym, one były zawsze wyżelowane

Uwielbiałam podglądać, jak to robił. Przez szparkę w drzwiach łazienki patrzyłam na niego. Jego przygotowania do dnia i nocy nie różniły się od siebie. To był rytuał. Golenie, mycie zębów, potem twarz, woda kolońska i żel na włosy. Przesadziłam, na noc nie żelował włosów, ale zawsze mówił:

– Zobacz, jak mi stoją.

A ja wtedy myślałam: Nie tylko one! Ten widok, kiedy stawał goły przy umywalce, był dla mnie zawsze niezwykły.

Nie mogę dłużej tutaj siedzieć – pomyślałam – pora jechać, bo zaczynam wspominać chwile, które nie wiem, czy wrócą. On leży chory, a ja setki kilometrów od niego.

Kiedy zostawiłam walizkę w hotelu, postanowiłam od razu pojechać pod jego dom. Musiałam przejść przez Rynek, samochód zostawiłam parę uliczek dalej. Szłam bardzo wolno, bo przyznam, że bałam się, że jeśli go nie zobaczę, to będzie znak, że jest umierający. Pomyślałam, że przejdę obok mojego ulubieńca – krasnala-brzuchacza – tak go nazywałam. Miałam nadzieję, że przyniesie mi szczęście.

Nagle zobaczyłam mężczyznę, który był bardzo podobny do mojego Maurycego. Pomyślałam: To nie może być on. Jest przecież chory, bardzo chory. W dodatku szedł w objęciach jakiejś kobiety. Podobieństwo było ogromne: te same ruchy, sposób chodzenia, ta nonszalancja. Ale kobieta? To nie jest możliwe – pomyślałam. – Z żoną nic go nie łączy. Oprócz mnie żadna inna kobieta go nie interesuje. Może… Może ma brata bliźniaka? Ale nigdy o nim nie wspominał. Mówił, że ma siostrę. A tu taka niespodzianka!

Powolutku, od tyłu, zaczęłam do nich podchodzić. Kiedy się zbliżałam, serce waliło mi chyba jak przed zawałem. Brat… jest ubrany w taką samą szarobłękitną marynarkę, którą kiedyś tak nieśmiało zdejmowałam z ramion Maurycego. Nie mogłam w to uwierzyć. Ale kiedy na jego stopach zobaczyłam buty, nie miałam wątpliwości, że to był on. Kupiłam mu je, dawno temu, kiedy do mnie przyjechał.

Nogi się pode mną ugięły. Nie umiałam już sterować. Byłam odcięta od morza i lądu. Byłam w próżni! Straciłam wszystko. Wiarę w człowieka. Byłam jak bezdomny kwiat, który rozkwitał, rozkwitł, a potem nikt nie chciał go wziąć do swojego wazonu.

Chyba byłam już nawet bezbarwna. Wszyscy na ulicy potykali się o mnie. Nikt mnie nie widział! A może ja nikogo nie widziałam? Może się zataczałam, nie wiem, nie pamiętam. Nic! Pustka! Dopiero kiedy obudziłam się pod kroplówką, zrozumiałam, że całe moje życie to bezmiar klęsk.

Wszedł do sali. Zdenerwowany, zaczął wymachiwać rękoma i krzyczeć, że jestem okropna, bo go osaczyłam. A w dodatku, jakim prawem, bez powiadomienia, przyjechałam do jego rodzinnego miasta?

Nie odezwałam się słowem. Nawet już nie chciałam na niego patrzeć. Wszystkie jego słowa były wypowiedziane w takim gniewie, że zaczęłam się obwiniać i uznałam, że ma rację. Dlaczego przyjechałam bez powiadomienia? Ma rację, że go osaczyłam! Nawet do telefonu wpisałam informację: „w razie nagłego wypadku powiadomić” i – oczywiście – bez wcześniejszego uzgodnienia podałam kontakt do niego.

Ze szpitala wyszłam po trzech dniach. Wciąż byłam bardzo słaba, postanowiłam zostać jeszcze na chwilę w miejscu, w którym zrozumiałam, że mimo wszystko tutaj słońce też wschodzi. Chodziłam po Rynku, oglądałam krasnale. Omijałam tylko brzuchacza. Przy jego pękniętym brzuchu pękły moje marzenia.

Wróciłam do domu i wpadłam w wir pracy, aby nie myśleć, aby nie wpaść w depresję, aby nie zwariować.

Po dwóch miesiącach zadzwonił telefon. Poszłam do pokoju, żeby zobaczyć, kto dzwoni – już nie trzymałam go w rękach. Wiedziałam, że on już nie zadzwoni. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy na wyświetlaczu zobaczyłam jego imię. Odebrałam.

− Słucham cię, Maurycy? Co u ciebie? Jak żyjesz? – bez wyrzutów, bez żadnego pytania o zdrowie. Nie spytałam, kim ona była. Nic. Nic mnie to już nie obchodziło. A on bardzo grzecznym tonem i z pokorą:

− Chciałbym cię przeprosić za wszystko. Może byśmy się umówili? Porozmawiali? Co ty na to?

Odpowiedziałam:

− Nie masz za co mnie przepraszać. Znasz mój adres, możesz przyjechać, kiedy chcesz.

− To wspaniale – powiedział – dam ci znać.

Pożegnaliśmy się, nie jak para kochanków, tylko jak zwykli znajomi. Bez żadnej egzaltacji. Tak po prostu, beznamiętnie.

Kiedy rano malowałam oczy, zadzwonił domofon. Kogo tam niesie o tej porze? – pomyślałam. Przed furtką zobaczyłam jego. Stał z naręczem kwiatów i ze swoim zniewalającym uśmiechem patrzył na uchylone okno w domu. Moje nogi nie chciały stać w spokoju, były bardzo rozdygotane. Parę głębokich wdechów i muszę stanąć przed nim.

Otworzył furtkę i powiedział:

− Witaj, kochanie! Bardzo za tobą tęskniłem. Nawet nie wiesz jak bardzo.

Wydukałam:

− Wejdź, proszę. Napijesz się kawy czy herbaty? A może jesteś głodny? Zrobię ci ja… – Przerwałam, w duchu myśląc: Jajecznica to jest to, co nas łączyło? Nigdy! Już nie zjem z nim jajecznicy… Ponowiłam próbę propozycji menu: − Może zrobię ci kanapki, takie jak lubisz? Takie jakie zawsze ci robiłam, kiedy ode mnie wyjeżdżałeś. Te z malutkimi korniszonkami, albo z węgorzem. Co ty na to? A może naleśniki?

Patrzyłam na niego, a on na mnie. Ze swoim zabójczym uśmiechem powiedział:

− Na śniadanie poproszę Karinkę! Mam ochotę tylko na ciebie.

Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Tak bardzo za nim tęskniłam. Pewnie, że miałam na niego ochotę. Jest lepszy od wszystkich kanapek, wschodów i zachodów słońca. Nie przestałam go kochać. Kwiaty wstawiłam do wazonu. Były piękne.

Podeszłam do niego, usiadłam na kolanach, zaczęłam go całować i jednocześnie rozpinać guziki od jego koszuli. Tak jak za pierwszym razem. Wstaliśmy. Tylko teraz on był szybszy ode mnie. Rozpiął suwak mojego sweterka i już stałam prawie naga. A ja dalej walczyłam z guzikami od jego koszuli. Zniżyłam się i klęcząc, zaczęłam z pietyzmem rozpinać guzik i suwak od spodni. Wszystko było tak jak wtedy! Był bardzo spragniony kobiety.

Przecież ta kobieta na ulicy to mogła być jego siostra. Dalej okłamywałam samą siebie.

Białe slipki były sporo przyciasne, ale teraz nie wstydziłam się już niczego! Podłoga w pokoju nadawała się do godzenia kochanków. Dopiero później przenieśliśmy się do sypialni – naszej chatki miłości.

Jak zawsze rozpalił we mnie wszystkie żądze. Kiedy to robiliśmy, jęczał z rozkoszy, jakby go to bolało. Kocham te jęki. One są takie podniecające, nie mogę z nich zrezygnować. Na samą myśl o nim rozpala się we mnie namiętność, nawet czasem do siebie sapnę jego: „Wowowowowow…”.

Nazajutrz rano powiedział do mnie, że bilety na wakacje – na które nie pojechaliśmy – udało mu się przebukować na inny termin, ale z powodu jego choroby scedował je na żonę i jej koleżankę.

− Przepraszam, kochanie – dodał – nie mogłem wtedy. Sama rozumiesz. A teraz muszę się zająć firmą. Ktoś musi zostać w domu. Zobaczymy się za dwa tygodnie. Chcę być przy tobie tak często, jak tylko będzie to możliwe. Kocham cię, a to mniej niż „lubię”. – Zaczął się bardzo śmiać. – Lubię cię jak wariat – krzyczał – teraz to wiem, szaleję za tobą!

Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Patrzyłam na niego, jakby zwariował. Ale teraz muszę być bardziej czujna – pomyślałam.

− Kiedy wyjeżdża twoja żona i dokąd jedzie? – spytałam.

− Do Jordanii – powiedział. – Właśnie tam chciałem cię zabrać. Nie martw się, pojedziemy tam. Już niedługo wszystko się zmieni.

− Kiedy ona wylatuje? – zagadnęłam.

− W przyszłą środę – odpowiedział.

Miałam już plan. Jak tylko wyjdzie ode mnie, biorę stery w swoje ręce. Chyba nie dojechał jeszcze do obwodnicy trójmiejskiej, a już miałam zarezerwowaną wycieczkę do Jordanii − tę od środy. Mało biur podróży organizuje takie wycieczki. Miałam nadzieję, że trafiłam na właściwe. Połowa planu już zrealizowana. Nadeszła pora na drugą część. Musiałam, a raczej postanowiłam poznać jego żonę. Pokonałam tę okropną trasę do Wrocławia. Lot Wrocław − Amman z międzylądowaniem i przesiadką w Larnace był w środku nocy. Nieźle trzeba było się ukrywać, żeby mnie nie zobaczył. Przecież byłam pewna, że będzie ją odprowadzał na lotnisko. Udało się! Nie widziałam ani jego, ani jej.

Ale przecież nie wiem, jak ona wygląda. Pomyślałam, że w samolocie zobaczę jakieś dwie kobiety, które będą siedziały obok siebie. Ułatwieniem dla mnie było to, że do samolotu lecącego z Larnaki do Ammanu przesiadała się już niewielka grupa turystów z tych, którzy zaczęli swoją podróż we Wrocławiu.

Niestety, nie było żadnej takiej pary. Pomyślałam, że trafiłam na złą wycieczkę albo mnie okłamał.

Po zakwaterowaniu w hotelu próbowałam przypomnieć sobie tę kobietę, z którą szedł obok krasnala-brzuchacza. Wydaje mi się, że była w samolocie kobieta, która kogoś mi przypominała. Ale to chyba są już tylko moje urojenia – dopowiedziałam.

Niestety, w autokarze też nie było kobiety, która – jak mi się wtedy wydawało – mogłaby być żoną Maurycego. Byłam pewna, że obrałam zły kurs. Ale nie żałowałam, bo wycieczka była rewelacyjna. Wszyscy bardzo oszczędzali na rozmowach telefonicznych. Tylko do mnie i jeszcze do jednej kobiety ktoś dzwonił. Codziennie z nim rozmawiałam i nie wiedziałam, jak mu powiedzieć, gdzie jestem. Nie mogłam! Pierwszy raz coś przed nim ukryłam. Może nie pierwszy, kiedyś już go okłamałam, że jest mi obojętne, przy którym stoliku będziemy jeść i że nie wstydziłam się swojego imienia. To było wtedy w górach, jak się poznaliśmy. Ale – ani wtedy, ani teraz – nie robiłam nic złego.

Część naszej grupy wykupiła dodatkową wycieczkę na pustynię Wadi Rum. Trzeba było przesiąść się do samochodów terenowych. Widoki zapierały dech w piersiach. Piętrzące się ku niebu bloki skalne. Kolory świata potrafią jednak zadziwić. To chyba była moja podróż do lepszego, piękniejszego świata. Czekała nas jeszcze noc w namiotach beduińskich pod rozgwieżdżonym niebem różowej pustyni.

Cały czas myślałam, że przecież będę musiała przyjechać tutaj z nim. Tak bardzo żałowałam, że w tym cudownym miejscu nie jesteśmy razem.

Musi zobaczyć te zachody i wschody słońca. Byłby zachwycony. Chciałabym, żeby poczuł to co ja. Żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać tego klimatu, tych kolorów, tego powietrza

Byłam zachłyśnięta połączeniem nieba i ziemi. Połykałam ten świat, te widoki, te kolory i patrzyłam na jedno drzewko, które jakimś cudem żyje w tej suszy. W skalnej szczelinie znalazło sobie swój skrawek ziemi do życia. Nie mogłam oderwać oczu! Zastanawiałam się, jak będę mu to opowiadać, chciałam „zabrać” ze sobą ten czar pustyni, bym mogła słowami rozbudzić jego wyobraźnię.

Wszystko przerwał dzwoniący telefon w dłoni jednej kobiety.

− Oj, Maurycy – powiedziała. – Jak tutaj jest pięknie. Kasia też jest zachwycona. Przerwałeś nam oglądanie cudownego zachodu słońca. To na razie, do jutra!

Czar pustyni pozostanie na zawsze, ale to, co usłyszałam, też będę pamiętać. Wiedziałam już wszystko! To była ona – jego żona. Tylko ta „Kasia” jakaś bardzo męska i muskularna. „Kaśka” bez szyi…! Od tej pory nie spuszczałam już Elusi z oczu. Wciąż obejmowała, ba, obmacywała się z „Kasią” i gdyby mogła, uprawiałaby fiki-miki na pustyni. 

Zaczęłam go rozumieć. Pomyślałam, że on o tym wie, ale przecież nie miałam pewności. Skoro przyjechała tutaj z „koleżanką”, to niech już tak zostanie…

Moje rozmyślania przerwał telefon od Maurycego:

− Jeżeli pozwolisz i przyjmiesz mnie pod swój dach, to w przyszłym tygodniu zamieszkam z tobą. Na zawsze! Chciałbym każdego rana robić ci śniadanie. To wszystko miałaś usłyszeć już wcześniej. Podczas naszej podróży, na którą nie udało nam się pojechać. Miałaś to usłyszeć przy wschodzie słońca na pustyni Wadi Rum. Przecież wiesz, że lubię cię jak wariat! A lubię to więcej niż wszystkie inne słowa!

Poprzednie odcinki TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.