Uncategorized

.Jednośladowe wzloty i upadki


Kristof Bien

Moja fascynacja kulturą i językiem włoskim powstała właściwie już w dzieciństwie.

 Wychowywałem się na warszawskim podwórku, gdzie etniczna kompozycja była rdzennie polska, a te nieliczne rodziny, które mogłyby teoretycznie postulować posiadanie swoich korzeni z okolic basenu Morza Śródziemnego, i tak je wyrwały 2.000 lat wcześniej. 

Tak naprawdę pochodziły one tylko z rzymskiej, zamorskiej prowincji, wcale Rzymianami nie będąc. 

A więc nie postulowały nic, a wręcz twierdziły, że się wogóle nie różnią od swoich sąsiadów, na drzwiach których pojawiały się raz do roku tajemnicze litery K+M+B.

          Była tam jednak rodzina, zamieszkująca mieszkanie na parterze mojej klatki schodowej, jakże odmienna w swej kompozycji. 

          Oni to, jako jedyni, byli po części z Italii. Tata w tej rodzinie, co prawda, miał też korzenie w tamtej zarządzanej ostrą ręką przez Poncjusza Piłata prowincji, ale jak i inni, miał już spory, powiedzmy 1000-letni okres stałego pobytu nad Wisłą i jej okolicach. 

           Miał on dosyć włoski wygląd, z wiankiem czarnych włosów wokół sniadej łysiny i z eleganckimi, kolorowymi krawatami. Jego żona natomiast, była oryginalną Włoszką, ze wszystkimi tego atrybutami.

          Z dużą szopą ciemnych loków i z ciemnymi okularami słonecznymi, szła stukając wysokimi obcasami o płyty chodnikowe typu trelinka, powiewając kloszową, barwną spódnicą, w drodze od zaparkowanego Fiata Multipli, zjawiska prawie równie egzotycznego, jak i ona sama. Kiedy tylko weszła do mieszkania, rozlegał się jej melodyjny imperatyw, rzucany synowi: 

           ROBERTO, CHIUDI LA FINESTRE, PERCHE E CORRENTE DA MORIRE!

Ku mojemu rozczarowaniu, chwilę poźniej okno zostawało zamknięte i byłem już  odcięty od dalszej domowej interakcji u państwa B. których nazwisko, jak u wielu im podobnych, wskazywało na związek z kamieniami szlachetnymi.

Dopiero 50 lat pózniej dowiedziałem się od M., która sama jest prawie jak Włoszka, że te tajemnicze polecenie rzucane przez Signorę B. nie znaczyło nic innego niż:

”Robert, zamknij te okno, bo przeciąg jak cholera!”, tyle, że brzmiało bardziej melodyjnie.

Nie byłem jedyny, który zafascynowany gapił się w okno państwa B. Gapił się i Andrzej z klatki obok, i Józek M., z następnej klatki, że o Romku z budynku, z którym dzieliliśmy podwórko nie wspomnę.

Przyczyna naszej niezdrowej wścibskości była bowiem nie tyle barwna odmienność opisywanej rodziny, co uroda jej 7-letniej córki, B. Nawet niedoświadczonym okiem 9-latka mogłem stwierdzić, że B. była piękna ponad standarty obowiązujące wówczas na Mokotowie Górnym. Była brunetką o chabrowo niebieskich oczach i kapryśnej buzi porcelanowej lalki.

 W nienagannie rozkloszowanym płaszczyku z dużymi guzami, objeżdżała nasz dom na swoim błękitnym rowerku, także chyba rodem z Półwyspu Apenińskiego, ignorując ostentacyjnie nasze zakochane spojrzenia. I kiedy władczym ruchem rączki w cienkiej, skórkowej rękawiczce nakazała mi, abym jej towarzyszył na moim trochę siermiężnym Bałtyku, poczułem się jak wybraniec niebios. Nasza wspólne objazdy naokoło naszego bloku, trwały w nieskonczoność, ale czas mijał niezauważenie, jak to u zakochanych bywa. Wymienialiśmy ukradkowe spojrzenia…

Zrozumiałem wówczas, że posiadanie odpowiedniego pojazdu jednośladowego jest po prostu kluczem do serca kobiety. Aby podrasować nieco mój, jak wspomniałem, dość toporny welocyped na ostre koło, przebiegle umocowałem na widełkach tylnego koła pióro gołębie, które swym sztywnym końcem zawadzało o kręcące się szprychy, wydając terkot, który do złudzenia przypominał dźwięk roweru na wolne koło, a nawet i z przerzutką.

Myślę że to ten magiczny detal był przyczyną tego, że B., w warunkach ostrej konkurencji panującej wowczas na podwórku, własnie mnie zaszczyciła łaskawym spojrzeniem swoich chabrowych ocząt.

Film Rzymskie Wakacje, w którym Gregory Peck zgrabnie lawirował na skuterze po ulicach Rzymu, w miłosnym objęciu Hepburn, zajmującej siedzenie pasażera na wspomnianym jednośladzie, tylko wzmocnił moje domniemania sprzed 12 lat.

Byłem już słuchaczem wydziału Prawa i Administracji, gdy pojęłem, że posiadanie skuteru jest poprostu warunkiem sine qua non do awansu mojej pozycji na rynku interpłciowych relacji.

Na roku było już paru nielicznych właścieli tych magicznych pojazdów, i nawet posiadacz tej topornej osy, o karykaturalnie dużym przednim błotniku i masywnym, ciężkim korpusie, przyjeżdżał na wykłady z całkiem niebrzydką studentką z 4. grupy na tylnym siedzeniu.

Paru studentów transportujących się proletariackimi  wuefemkami wogóle nie liczyło się w tej bezlitosnej  konkurencji.   

Prym w tej hierarchi wiódł niejaki AS. który na obowiązkowe zajęcia grupowe i seminaria przybywał na swojej smukłej lambretce. Na zajęcia nieobowiązkowe, jak wykłady, nie przybywał wogóle. Miał opinię birbanta z tendencją do solidnego imprezowania.

Jego wygląd z ciemnymi włosami i odrobinę skośnymi oczami sprawiał wrażenie, że mógł on dzielić genetyczny link z tym przeklętym łucznikiem, przez którego do dziś nie możemy spokojnie wysłuchać hejnału z Wieży Mariackiej, bez dramatycznej przerwy w środku jego przebiegu.

          Chodziła o nim fama, że na egzaminie końcowym z tzw. lektoratu z języków obcych, niespecjalnie zabłysnął.

Pytany był przez zasiadająca w komisji egzaminacyjnej życzliwą lektorkę, pozbawioną raczej iluzji co do poziomu znajomości studentów języka tego kraju, który wydał Sheakspeara, Waltera Scotta i Dickensa.         

Pytania były zatem o umiarkowanym stopniu trudności:

– Proszę przetłumaczyć na angielski: Jestem studentem.

– I …is…the… , nie, nie dam rady.

Następne pytanie, rzucone mu już jako koło ratunkowe:

– Proszę policzyć po angielsku do 10 – spełzło na niczym już przy three.

Proszę powiedzieć cokolwiek po angielsku, jedno zdanie! apeluje zrozpaczona lektorka, nie będąca w stanie zaakceptować faktu, jak syzyfowymi wysiłkami były jej pedagogiczne starania.

Gdy napotyka jednak na mur ciszy ze strony egzaminanta i rozłożone przez niego w bezradnym geście ręce, musi mu oddać indeks z zasłużoną lufą.

Odprowadzany rozgoryczonym wzrokiem lektorki, z ręką już na klamce, z promiennym uśmiechem, AS. odwraca sie i rzuca: – English is my hobby!

Czy to rzeczywiscie byla prawda o tym lingwistycznym koniku AS, nie wiadomo do dziś. Wiem natomiast, że na tym dobrze zamortyzowanym tylnym siodełku jego lambretty często siadywała, powiewając welonem długich, prostych jak struny jasnoblond włosów MN, jedna z najładniejszych dziewczyn na roku.

Miała szeroka, słowiańską twarz, duże jasne oczy, jak i parę długich, niezwykle zgrabnych nóg. Kiedy zarejestrowałem kilka jej życzliwych spojrzeń na wykładach w Audytorium Maximum, postanowiłem wbić klin w ten związek.

Tak jak nie fair była by walka piechura z ułanem dosiadąjacego rączego wierzchowca, tak i beznadziejnym byłby pojedynek szaraka, transportującego sie na zajęcia trolleybusem lini 56 z właścicielem skutera.

Si vis pacem parabellum, zatem czas się dozbroić!

Od dłuższego już czasu, jako zaufany wysłannik spółdzielni pracy studentów Plastuś, znosiłem tony zakurzonych akt po schodach bydynków państwowych instytucji, by chwilę potem wnieść je ponownie po schodach innych budynków, gdzie wspomniana instytucja miała od teraz rezydować.

Doprowadziłem też do połysku hektary okien hal fabrycznych, ostro zmatowionych produkcyjnym pyłem. W czasie wakacji letnich ryzykowałem życiem, dbając jako ratownik o bezpieczeństwo kapiących się w falach Bałtyku wczasowiczów. I tak, mimo bieżących wydatków na kobiety, wino i śpiew, wszedłem w posiadanie pewnej sumy, która mogła uzasadniać moje łakome spojrzenia na skuter, zaparkowany niedaleko miejsca mego zamieszkania. Należał on do faceta w wieku mojej starszej siostry, znanego mi z widzenia. 

Była to niebieska Wiatka, wierna kopia włoskiej Vespy. Na bezrybiu i rak ryba. Jedyna różnica od włoskiego orginału, to ten trochę koślawy, masywny i osadzony na kierownicy reflektor. I chyba jeden bieg mniej. Poza tym była idealna, z jedną małą usterką, że nie jeździła. Uspokojony zapewnieniem sprzedawcy o banalności przyczyn braku mobilności jednoślada, dopełniamy aktu emptio – venditio, i pełen oczekiwań przetaczam zakup przed moja klatkę schodową, tuż pod oknem państwa B., przed chwilą ponownie zamkniętym w skutek przeciągu.

Niekończące się próby reanimacji tego produktu gospodarki planowej ZSRR spełzły na niczym. Niezliczeni moi koledzy z wydziału Maszyn Roboczych i Pojazdów Politechniki Warszawskiej łamali sobie głowę nad enigmą niechęci Wiatki do samoprzemieszczania się w oparciu o swoje 150 ccm, a potem bezsilnie umywając ręce. Nawet sam AS. przyszedł mi w pewnym momencie w sukurs, probując ratować mnie z opresji, nie zdając sobie sprawy, jak niecne plany snułem z moim niepełnosprawnym pojazdem.

Powoli wizja mojego wjazdu na parking UW przed Biblioteką Główną, z niedbałym sciagnięciem rękawiczek i korkowego, jakby tropikalnego chełmu, nabytego za niekorzystnie wymienione bony Pekao, zaczęła się rozwiewać. Witaj znowu trolleybusie linii 56, witajcie życzliwe mi, acz nie dorownujące urodą MN. studentki z grupy drugiej i ósmej.

Moje marzenie o skuterze zostało zapakowane na wiele, wiele lat do worka z naftaliną, tym bardziej, że w rozgardiaszu mojej emigracji, zgubiłem polskie prawo jazdy na motocykl, by nigdy go na wygnaniu nie zrewindykować. Byłem skazany zatem na pojazdy dwuśladowe, jakkolwiek jazda kabrioletami, w posiadanie których parokrotnie wszedłem, marginalnie skompensowała mi braki w realizacji moich marzeń o jeździe z otacząjacym poszumem wiatru.

Worek z naftaliną i marzeniami został ponownie rozpruty w najmniej oczekiwanym momencie. Dnia któregoś w Kopenhadze, oczekując na autobus, przeżyłem moment Zen. W desperackiej próbie zwalczenia nudy w oczekiwaniu na opózniający się autobus, zaczęłem studiować witrynę położonego tam salonu fryzjerskiego, instytucji całkiem pozbawionej dla mnie jakiejkolwiek relewancji. Obok niekończących się puszek i pudełek kosmetyków stało tam coś, co wywołało u mnie przyśpieszone bicie serca, lekkie zamglenie oczu i gwałtowną suchość jamy ustnej.

Iskrząc metalicznie wiśniowym lakierem, jak i oślepiającym chromem szerokiej, wygiętej kierownicy typu easy rider z uchwytami hamulców i osadzonym tam kulistym reflektorem stał skuter. Stał na kołach z oponami z kremowym kolorem na bocznych flanszach, prawie jak czajka generała Żukowa w czasie defilady zwycięstwa nad faszyzmem. Wydłużony korpus pojazdu, na kształt ciała łabędzia, kończył się rownież chromowaną wypustką. Poprzez lekki skręt kierownicy, skuter z reflektorem patrzył mi w prosto w oczy, świadomy mojej słabości na jego porażającą urodę.

Stojąca obok tablica, z adresem dealera tych kopi klasyków z czasów włoskiego cinema verite, informowała o cenie, jak i banalnej pojemności silnika. Jazda takim cudem zakładała zatem wyłącznie posiadanie normalnego prawa jazdy, co rozwiązywało wyżej wspomnianą traumę mojej emigracyjnej utraty. Cena zakupu tego cacka nie wymagała tym razem ode mnie mycia okien ani nawet transportu makulatury, decyzja zakupu zapadła więc na miejscu. Nie szczędząc dodatkowych wydatków, zamawiam siodło z czarnym kolorem, jak i  dodatkową szybę ochronną na kierownicy, pomny, jaki efekt dodatkowego stylingu wywołało kiedyś gołębie pióro.

A zatem w drogę! 

Co prawda nie po Nowym Świecie ani po Krakowskim Przedmieściu, ale obraz przesuwających się gzymsów kopenhaskich kamienic, odbijających sie w kulistym chromie reflektora na tle szafirowego nieba z białymi obłokami, lub migających szpalerów koron drzew, jadąc szosą w lesie jest i tak żródłem dla mnie ekstatycznych doznań. Czekając na zielone swiatło, nierzadko otrzymuję uniesione do góry kciuki siedzących w samochodzie obok pasażerów i kierowców, tak harmonijną całość tworzymy we dwójkę!

Ktoregoś póżnego wieczoru, po sowitej i zdecydowanie nie o suchym pysku odbytej kolacji, miałem odprowadzić moją starą przyjaciółkę na stację kolejki. Mój zaparkowany przy wyjściu skuter wymagał odstawienia do garażu, lecz w przypływie promilowej beztroski postanowiłem zrobić najpierw z niego  użytek, tak aby mój gość zdążyła na ostatni pociąg.

Kiedy A., będąca kobietą niepozbawioną solidności w swej kształtnej budowie, rozsiadła się za mną w roli pasażerki, przednie koło skuteru prawie straciło kontakt z asfaltem. Chwilę potem, omiotłem snopem światła reflektoru niekończący się sznur zaparkowanych wokół samochodów, i pognaliśmy po ciemnych ulicach w kierunku stacji, nie bacząc na bolesne protesty nie przyzwyczajonego do takich obciążeń silnika. Kombinacja rześkiego, chłodnego wiatru na głowie nie krytej kaskiem, z bezpiecznym ciepłem emanującym z miękkich kształtów kurczowo się trzymąjacej mnie pasażerki, były prawie rekonstrukcją fascynującej jazdy Pecka i jego pasażerki po ulicach Rzymu. Nawet jeżeli bez romantycznej otoczki.

Poniesiony urokiem sytuacji, proponuję pasażerce odwiezienie jej pod sam dom, odległy o 40 kilometrów, pięknej nadmorskiej drogi, ale ta, referując do faktu posiadania licznych dzieci i jeszcze liczniejszych wnuków, deklaruje chęć życia, i moment pózniej łapie ostatni pociąg do domu. 

Moja relacja z tym jednośladowym wehikułem nabrała nagle dramatycznego charakteru, gdy przeżyłem close encounter z samochodem prowadzonym przez kobietę, która co prawda sprawdziła sytuację drogową za nią w lewym lusterku bocznym, ale nie do końca na pasie przeciwnym. Jej udany U- turn przeciął szlak, po którym poruszałem się ruchem jednostajnie przyspieszonym na moim wiśniowym cacku. Trafiony skuter huknął bokiem o ziemię, a ja wolnym lotem wzbiłem się nad tą za dodatkową cenę nabytą szybą ochronną. Prowerbialna wizja dotychczasowego mojego życia, jaka odgrywa się in articolo mortis, doszła tylko do średniaków przedszkola na Odolańskiej, gdy znowu odzyskałem poślizgowy kontakt z Matką Ziemią. Po pełnym zatrzymaniu powierzchowne oględziny potwierdziły że moje uszkodzenia cielesne jak i skutera rokują jako-taką nadzieję na dalsze funkcjonowanie obojga na tym padole łez.

Moja częstotliwość używania tego pojazdu bardzo ostatnio podupadła, trochę utemperowana swiadomością ekspozycji na nieokiełznaną agresję innych użytkowników dróg publicznych, częściowo niezaprzeczalnie większą stabilnością pojazdów dwuśladowych, Nie bez znaczenia jest też fakt, że od ponad roku, z nieznanych mi powodów, skuter nie chce wystartować.

Nastał może juz czas, by z tabliczką ”Skuter w świetnym stanie, z drobną usterką, na sprzedaż” zamknąć moją historię miłości do jednośladów, tak pełną turbulencji i bolesnych rozczarowań.

Kategorie: Uncategorized

3 odpowiedzi »

  1. Krzysiu, wiem ze umiesz rysowac komiksy, ze umiesz fantastycznie jezdzic na lyzwach, a teraz wiem ze umiesz tez dobrze pisac. To jest duzy talent. Gratuluje.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.