Uncategorized

SPOTKANIE Z CHASYDAMI

Nadeslala Ewa Glupbinska

ewa Glubinska

 

Intencją mego artykułu, który początkowo pomyślany był jeszcze skromniej – jako ustne sprawozdanie dla niewielkiego grona niemieckich przyjaciół – było podkreślenie tych żywych, indywidualnych, ba, lokalnych aspektów chasydyzmu, którym w dotychczasowych publikacjach poświęcono niewiele uwagi. Ponieważ aspekty te były mi dostępne z osobistego doświadczenia, sądzę, że choć nie-Żyd, jestem przynajmniej częściowo uprawniony do zabrania głosu w sprawie ruchu, który tak głęboko zakorzeniony jest w żydostwie; można by oczywiście wysunąć przeciw temu zasadnicze zastrzeżenia. Jestem mianowicie zdania – wbrew ciągle jeszcze rozpowszechnionemu mniemaniu – że przynależność wyznaniowa i tradycyjna w wypadku przeżyć tak intymnych jak religijne nie wyklucza bynajmniej obiektywności, lecz że otwiera łatwiej zrozumienie i zmysły niż wewnętrzny chłód, obojętność i obcość. To właśnie uważam za moją legitymację, że znam te zjawiska z mej ojczyzny w Karpatach Wschodnich i że od czasu dzieciństwa niejednego już doświadczyłem i niejedno przeżyłem. Tak więc zjawiska te nie są mi obce, mimo że opisanie ich wymaga ode mnie tym więcej wysiłku, który musi tu zastąpić tradycyjne wprowadzenie w każdą religię. Wewnętrzna obecność doświadczeń i obrazów daje niejako gwarancję, że nie pochodzą z lektury i że nie mieszam ich ze zjawiskami innej, w jakiś sposób pokrewnej mistyki.

Należy podkreślić jeszcze dwie inne trudności: w ciągu swej historii, aż do końca, chasydyzm był religią biedaków. Na tym polegała nawet jego siła, gdyż wymagał dla modlitw i dla świąt przemiany, prawdziwego wzlotu, w oddaleniu od nędznego uganiania się, od prozaicznych trosk dnia codziennego. Ludziom, którzy nie byli nigdy naprawdę biedni, nie było łatwo wżyć się w punkt wyjściowy chasydyzmu. Chasydzi byli – nie tylko w sensie materialnym, ale i duchowym – ubodzy, prości i prostoduszni. Dla ludzi wykształconych podwójną trudnością było zanurzyć się w ową namiętność modlitwy i przeżycia religijnego bez fałszowania ich. Zdumiewające jest wprawdzie, jak często pewien rodzaj teologii wypełnia świadomość chasydów, lecz ponieważ pozostają uwięzieni w swych codziennych zawodach i zajęciach, bardzo rzadko udaje się im poświęcićporządnemu studium -zamiast tego obrazy z ich codziennego świata wznoszą się do znaczenia symboli religijnych. Całe ich skromne życie staje się w pewien sposób nieustannym wołaniem do Boga – jest to świat niemal niedostępny umysłowi wykształconemu na książkach. Kto natomiast ma serce i zrozumienie dla spontaniczności, dla tryskania źródeł, tego spojrzenie zwróci się chętnie i nie bez zdumienia ku przeżyciu chasydów.

Nie jest słuszne, co najmniej niedokładne, gdy się tak często określa główną koncepcję chasydyzmu jako panteistyczną. Nie ma tam chyba zniknięcia lub sfałszowania Istoty Boga. Raczej chodzi o ową obecność Boga, o której Dante powiedział, że nie jest ona ograniczona jedynie do nieba – „non circonscritto”.

Pesymizm Kabały, jej zaprzeczenie życia, jej surowa asceza są znane. Były one bez wątpienia spowodowane również przez nieprzerwanie straszne losy żydostwa. Boga wzywano ciągle, przeżywano nawet mistycznie – lecz dla radykalnego pesymizmu pozostawał On zawsze daleki od wszelkich spraw tego świata. Ale czy chasydzi mieli kiedykolwiek jakieś zewnętrzne powody do optymizmu? Absolutnie nigdy. Pogrążeni w pracy i w biedzie nie znajdowali nieraz nawet czasu, aby świętować szabas według przepisu swych rabinów. Jeśli kto zakosztował do dna gorzkich owoców biedy i całkowitej zależności w życiu codziennym, to właśnie ci mali rzemieślnicy i kupcy, pośrednicy, woźnice, pachciarze i pasterze. W dawnej Rosji, za czasów Mikołaja I, istniała anegdota, że im bardziej władza męczyła Żydów ciężarami i prześladowaniami, tym mniej mieli oni czasu na płacz i narzekanie: w końcu śmiali się i władza musiała zrozumieć, że jej surowość zupełnie chybiła celu. To byłoby symboliczne dla życia chasydów. Brak wykształcenia i owego zadowolenia, jakie daje wierzącym dokładne wypełnianie przepisów rytualnych, nie zdołały zgasić świadomości obecności Boga; ich życie codzienne było przeżywane na różne sposoby jako symbol tej obecności. Ciśnięci głęboko w otchłanie wygnania, nie zapominali jednak nigdy, że są dziećmi Bożymi. Ba, wygnanie wzmocniło ich opór i stało się powodem do radości, gdyż odnaleźli w nim skarb owego starego dziedzictwa: „Mer hoben ja inzern Tate im Himł (Mamy przecież naszego Tatę w niebie), pociesza śpiewana w żydowskim dialekcie pieśń chasydów.

Aby nadać tej od dawna przygotowywanej przemianie wyraz, formę ł słowo, potrzebna była wielka postać proroka i reformatora religijnego. Takiego mistrza znalazło żydostwo w dawnej Polsce w osobie Rabbiego Izraela ben Eliezera, zwanego Baal Szem Tow, dosłownie „Mistrz Dobrego (tj. Boskiego) Imienia”. W połowie XVIII wieku, w okresie gdy Żydów wzruszały najpierw kurczowe nadzieje, potem rozczarowanie, rozpacz i bezradność, znalazł on czarodziejski klucz, który łaknącym duszom otworzył nową drogę chasydów, to znaczy pobożnych, łagodnych i pełnych dobrej woli ludzi. Historia i nauka chasydyzmu są na różne sposoby interesujące, ale legenda ma może jeszcze większe znaczenie. W niej znajdujemy bowiem świadectwo konkretnego przeżycia, i jest godne podkreślenia, że te legendy, te ustnie przekazane słowa Baal Szem Towa i jego uczniów, gdzieniegdzie żyją aż po dzień dzisiejszy w pojedynczych rodzinach zarówno pośród Żydów, jak i wśród chłopów chrześcijan.

Nazwa „chasydzi” pojawiała się wielokrotnie w historii żydostwa. Gdy sędziwy Matatiasz podniósł protest przeciw edyktowi króla i kazał działaćswym synom i braciom Machabeuszom według Przymierza ich ojców z Bogiem, wówczas chasydzi wyszli z jaskiń na pustyni, aby przyłączyć się do oporu. Później kapłani poróżnili się wprawdzie ze spadkobiercami Machabeuszów, jest jednak pewne, że owi chasydzi uważali się za prawowiernych wykonawców Zakonu i że w poczuciu swej czystości rytualnej trzymali się skrupulatnie na osobności od nieczystych przeciwników.

O polskich chasydach można by powiedzieć niemal odwrotnie – i ich przeciwnicy nie omieszkali tego uczynić – uważano ich za heretyków z powodu ich nieuświadomienia i braku wykształcenia (sam jeszcze słyszałem określenie am horec, co dosłownie oznacza „człowiek od ziemi”, a więc chłop, analfabeta).

Nazwę chassidim spotykamy ponownie z początkiem ery chrześcijańskiej. Tym razem są to owi mali, biedni i bardzo porządni rzemieślnicy, którzy żyją rozproszeni po całym obszarze imperium rzymskiego i stanowią dla apostoła Pawła podstawę i punkt nawiązania jego myśli, szczególnie w Grecji. Ci „chasydzi” dadzą się łatwiej porównać polskimi niż poprzedni, albo dokładniej: z ową grupą żydowską, która stanowiła w XVIII w. środowisko dla rozwinięcia się polskiego chasydyzmu, z tą tylko różnicą, że ci ostatni po okrucieństwach wojen kozackich byli jeszcze biedniejsi i bezradniejsi (Żydzi na wschodzie Polski potracili chwilowo nawet stałe siedziby i prowadzili niespokojne życie tułaczy). Jeszcze bardziej niż owi biedacy w imperium rzymskim potrzebowali pociechy od swych duchowych nauczycieli, i to nie tylko z kazań, ale także z cudownych znaków. Jakiż zatem był ten czarodziejski klucz Baal Szem Towa?

Przede wszystkim była nim jego prawowierność, i tego nie da się dość podkreślić. Wystąpienie jego miało miejsce na tle nieograniczenie akceptowanego autorytetu tradycji i obyczaju. Natomiast odwrócenie się od ascezy i od surowych postów, od zbyt pedantycznego formalizmu było tym czymś nowym i wyzwalającym, co jego biedni i nieuczeni zwolennicy przyjęli z entuzjazmem. Tym jednak, co nadawało jego działalności specjalną moc, było zaufanie do Boga, radość z tego zaufania i nauka, że dla czystych serc Bóg osiągalny jest na wielu drogach.

Z pewnością chasydom nie zależało na sztywnym wykładzie doktryny i dogmatów. Od pychy wyznaniowej chroniło ich samo już nędzne stanowisko społeczne oraz brak wykształcenia. Jednakże znajdujemy u nich jeden pogląd, pochodzący najwidoczniej z korzeni platońskich, jak gdyby podstawową doktrynę: świat na „wygnaniu” – w tej mierze, w jakiej należy go sobie wyobrazić jako wychodzący od Boga i przez to oddalający się od Niego; wszystkie istoty, wszyscy ludzie dadzą się porównać do spadających i gasnących iskier. „Chasydom”, czyli pokornym i pełnym dobrej woli, przypada zadanie budzenia tych iskier miłością i współczuciem, rozżarzania i odsyłania z powrotem do Boga. Tym podstawowym żądaniem, aby rozumiejąc i współczując brać udział w błądzeniu, tłumaczy się atmosfera tolerancji, która wyróżnia domenę chasydyzmu bardziej niż jakąkolwiek inną prawowierną grupę żydowską. A przecież ich płonąco niecierpliwe szukanie Boga było tak niezwykłe, że wywołało gwałtowną krytykę ze stronymitnagdim, zwolenników tradycji starorabinackiej pobożności. Na zjeździe w Brodach, w połowie XVIII w., doszło do niebezpiecznych starć.Mitnagdim zaczęli wołać: „Wdziejcie suknię zemsty przeciw tym, którzy podczas modlitwy zamiast, jak się należy, skłaniać wzrok ku ziemi, a zmysły wznosić ku Bogu, odważają się zuchwale poszukiwać Boga szalonymi gestami i wyzywającymi spojrzeniami!” Ktokolwiek, aż po nasze czasy, widział uniesienie chasydów w tańcu i modlitwie, potwierdzi tę obserwację i zrozumie, że zwolennicy bardziej umiarkowanego i chłodniejszego sposobu bycia odczuli to jako wyzwanie.

Także później nie milkły zarzuty: chasydzi pozdrawiali rzekomo świętą sobotę dzikimi tańcami, zapominając przy tym o całym świecie, także d własnych obowiązkach; chasydzi pili jakoby wódkę po modlitwie – nieraz za wiele wódki; jeden z ich rabinów twierdził nawet, że gdy tak siedzą razem przy wódce, to jakby uczyli się Tory. Chasydzi odpowiadali przeciwnikom, że ci ostatni odmawiają modlitwy bez ciepła, przez co stają się one lodowato zimne, jak czuwanie przy zmarłym, gdy tymczasem chasydom podczas modlitwy rozpala się serce, i właśnie dlatego żywy człowiek musi napić się wódki. Do tego dochodzi następujące wyjaśnienie psychologiczne: jeżeli człowiek zmusza się do modlitwy ze zbyt wielką powagą, to kusiciel sprzeciwia się temu z równie wielką siłą i przeszkadza modlitwie „obcymi myślami”. Jeżeli jednak człowiek po modlitwie odświeża się wódką przyjaźnie, po ludzku, jeśli przepija jeden do drugiego „na zdrowie”, to kusiciel uważa to za próżną zabawę, nie troszczy się więcej o to, i modlitwa wznosi się wesoło i swobodnie ku niebu.

Ta kontrowersja wyjaśnia, dlaczego nie tylko racjonaliści, to znaczy drobiazgowi i surowi talmudyści, byli przeciwnikami chasydyzmu, ale również właśnie tak subtelni i wysoce uduchowieni mistycy jak Rabbi Eliasz z Wilna (1720-1797), który uważał drogę chasydów za zniekształcenie Kabały. Podpisał on również odezwę, w której wzywał do obłożenia chasydów klątwą. Rozdźwięk między tymi dwoma kierunkami rozdzielał nierzadko rodziny. Tak na przykład dobrotliwy rabin Leib z Sasowa, jako przyjaciel wszelkiego stworzenia, zwierząt i ludzi, kochany także przez nie-Żydów, miał ojca, który był gwałtownym przeciwnikiem chasydyzmu. Długie lata gniewał się on na syna za wybór drogi chasydzkiej, co więcej, miał podobno przygotowaną rózgę, aby ukarać go po ojcowsku. Nazywał się Rabbi Jakub” z Brodów, miejscowości znanej jako centrum przeciwników chasydyzmu. Mieli tam jakoby specjalne miejsce spotkań, zwane ironicznie Chassidim-Sztibełe, izba chasydzka.

Baal Szem Tow na dwa sposoby uszedł atakom konserwatystów. Przede wszystkim oświadczył, że sam nie chce wierzyć inaczej, ani innym nie nakazuje wierzyć inaczej niż tradycyjnie, a nawet – o ile to możliwe – jeszcze więcej. Nie zrezygnował z ani jednej litery Pisma Świętego, z ani jednego tradycyjnego obyczaju. Potem jednak zszedł swym przeciwnikom z drogi, także fizycznie, oddalając się w puszcze i połoniny karpackie, daleko od Brodów. Stał się pustelnikiem, ukazując się wraz z żoną to tu, to tam, nad rzekami Prutem i Czeremoszem, mieszkając to w karczmie leśnej, to w górskiej pieczarze. Mowa jest o pewnych miejscowościach, a uporczywa tradycja pozwala przypuszczać, że w wielu z tych miejscowości, jeśli nie we wszystkich, naprawdę przebywał. Mnie samemu znana jest z bezpośredniej ustnej tradycji miejscowość Jasienowo nad Czarnym Czeremoszem.

Można by oczywiście wysunąć zastrzeżenie, że podania te powstały dopiero, gdy osiedla żydowskie również poczęły wspinać się w góry, a było to całkiem późno, nad górnym Czeremoszem na przykład dopiero z początkiem XIX wieku. Jednakże tradycja huculska jest niewątpliwie starsza i musi polegać na własnej pamięci, a nie na pośrednictwie Żydów. Ci dawno osiadli pasterze, mówiący językiem ukraińskim i wyznający religię greckokatolicką, ograniczają się głównie do tradycji rodzinnych i lokalnych, opowiadając – także tam, gdzie chodzi o treści mistyczne – przede wszystkim o bohaterskich pasterzach, chłopach i przywódcach opryszków swej górskiej ojczyzny. Również ich niebo zaludniają takie postacie. Niewątpliwie trwają wśród nich fragmenty podań ze starożytności słowiańskiej, jak na przykład liczne apokryfy i pieśni, pochodzące częściowo z Bałkanów, częściowo z dawnej Rusi. Lecz niewątpliwie brak im było zainteresowania dla stosunkowo niedawnych zdarzeń wśród Żydów w oddalonych okolicach. Mogli więc przekazywać wieści tylko o tym, czego dowiedzieli się we własnym osiedlu lub w najbliższym sąsiedztwie. Takie wieści były uparcie zachowywane i przekazywane dalej.

I ja również słyszałem od dzieciństwa o Baal Szem Towie, zwłaszcza o tym, że mieszkał w Jasienowie u rodziny huculskiej zwanej Fedieczkowi i że obsługiwała go ona przyjaźnie, a w potrzebie również pielęgnowała. Potomkowie owej rodziny, którzy powoływali się jeszcze na tę tradycję, mieszkali za naszych czasów we wsi Krasnojila, niedaleko Jasienowa. Inna wieść podaje nazwę pieczary leśnej (surduk) na lewym brzegu Czeremoszu, w której podobno mieszkał pustelnik Baal Szem Tow, oraz nazwę wysoko położonego źródła, w którym się kąpał.

Historiografia skłonna jest co prawda odsuwać jako legendę wszystko, co nie jest wyraźnie zaświadczone na piśmie. Niewątpliwie niektóre wspomnienia mogli w tamte strony przynieść później Żydzi, podobnie jak łatwo rozeznać mitotwórcze legendarne upiększenie opowieści. Jednakże rdzeń tradycji – jak powiedziano – należy do skarbca pamięci z dawien dawna osiadłych tam Hucułów: nietknięty krajobraz górski i specyficzny krąg legendarny tamtejszych pasterzy określają w sposób nieomylny i niezatarty atmosferę opowieści o Baal Szem Towie. Szczególnie charakterystyczne jest splecenie tych opowieści z postacią przywódcy opryszków, Ołeksy Dobosza, która niezależnie od cech mitycznych, jakich nabrała z czasem, zaświadczona jest w aktach sądowych XVIII wieku. Podczas gdy w innych okolicach Żydzi gardzili gwałtownikami, czy to Kozakami, czy rozbójnikami, to Dobosz odgrywa, rzecz dziwna, w ustnej tradycji chasydów całkiem sympatyczną rolę, jako obrońca biednych i słabych, a nawet bywa przedstawiany jako przyjaciel Baal Szem Towa.

Historia pisana ma niewiele do powiedzenia o okresie pustelniczym Baal Szem Towa, dlatego też skazani jesteśmy na mniej lub więcej wiarygodne ślady, które pozostawiła legenda. I tak na przykład opowiada legenda – zapewne z okazji jego nieudanej wyprawy do Palestyny – iż Baal Szem Tow wędrował z Jasienowa do Safed podziemnym chodnikiem pod górą Pysanyj Kamień i że powrócił tą samą drogą. Inne legendy opowiadają, jak studiował on w swej samotnej pieczarze grube księgi – brzmi to jak wielokrotnie powtarzane sprawozdania naocznych świadków. Legenda snuje dalej: Baal Szem Tow zostawił tam jakoby księgę, którą otrzymał w górach od Boga. Podobno później wędrowcy górscy poszukiwali tej księgi po lasach i skałach. Jeszcze nowszej daty może być interpretacja, według której księgę tę napisał Bóg.

Legendy te pokazują dokładnie, w jak bezpośredni sposób pierwsi chasydzi odczuwali naturę jako stworzoną przez Boga. Historię powstania chasydyzmu dałoby się może scharakteryzować w ten sposób, że wyfrunął on z ciasnej izby w szeroki świat, w samotność lasu i gór, aby tam odnaleźć siebie, i że powrócił znowu, aby założyć nową wspólnotę. Raz rozbudzona miłość do przyrody działała długo i potężnie wśród wiernych, zgodnie z nakazem Mistrza: obudzić wszystkie rozproszone i zgasłe iskry Boże poprzez Miłość. Wiele dowodów na to znajduje się w licznych opowieściach chasydzkich. O Rabbim Sussji z Annopola (zmarł w 1800 r.) mówi podanie, że jako młody chasyd nie mógł wytrzymać w jeszibie i uszedł do lasu, aby tam medytować. Z opowiadania, pochodzącego podobno od Rabbiego Ajzyka z Żydaczowa, dowiadujemy się, że jego mistrz w młodości słyszał przyszłość w szumie drzew.

Najbardziej urozmaicone są podania o prawnuku Baal Szem Towa, Nachmanie z Bracławia. Opowiadają one o życiu z dala od wszelkich ludzkich osiedli, o sadybach nad brzegami odległych jezior. Również dążenie do ascezy schodzi u Nachmana z Bracławia na drugi plan wobec przemożnego przeżywania natury. Dla głębi i żarliwości tego przeżycia Martin Buber znalazł piękne słowa: „Tymczasem Bóg spogląda ze wszystkich drzew na przeżywającego i z każdym zielem jest na ty”.

W ten sposób dla tych biedaków, którzy nie posiadali absolutnie nic i w pewnym sensie żyli na marginesie żydostwa, otworzył się dostęp do żywej przyrody, zamknięty dla nich przez stulecia. Mistrz Boskiego Imienia wyprowadził ich z ciasnych izdebek, murów i uliczek w świat żywych stworzeń.

Wewnętrzne przemiany Baal Szem Towa, z których zdaje sprawę tradycja ustna, dadzą się najlepiej uwydatnić na przykładzie krajobrazu.Starobuddyjska sentencja głosi: „Wielkie rzeczy dzieją się, gdy się spotykają ludzie z górami”. Tak i Baal Szem Tow, samotny wędrowiec i pustelnik, wiele swych odkryć duchowych zawdzięcza lasowi i górom. Takie spotkanie przeczuwał, tęsknił za nim i zdobył je wreszcie nie bez wysiłku. Żydowski mieszkaniec małego miasteczka -który odpowiednio do swego stanu chadzał nie uzbrojony – nie byłby się nigdy narażał na takie niebezpieczeństwo, przerażony już na samą myśl o tylu dzikich zwierzętach i bandach rozbójników. Lecz dla takiego człowieka jak Baal Szem Tow nie było to przeszkodą. Jednakże i jemu musiało być trudno pokonywać wielkie odległości między samotnie położonymi osiedlami. Już w XVIII wieku są wzmianki o rabinach stale osiadłych w dwu miasteczkach nad Czeremoszem: w Kutach (jidysz Kitew) i w Kosowie. Baal Szem Tow był żonaty z siostrą rabina Gerszona z Kut, musiał więc dostać się z Brodów, na północ od Lwowa, aż pod samą rumuńską granicę. Według ustnej tradycji z XVIII wieku (gdyż raporty pisemne zarządów dóbr nad górnym Czeremoszem mamy dopiero z XIX wieku) Baal Szem Tow dzierżawił od dominium w Jasienowie karczmę w miejscu zwanym „Plac”. Odległość z Kut do Jasienowa nową drogą, łączącą te miejscowości, wynosi dzisiaj 40 kilometrów, jednakże stary szlak, który szedł bodajże koło pieczary i poprzez Sokolską Skałę, musiał być o wiele dłuższy. Podanie głosi, że w pieczarze tej żył Baal Szem Tow z żoną jeszcze przed swym oświeceniem i że żona codziennie wiozła taczki pełne gliny do miasteczka, aby sprzedać je tam ceglarzowi. A gdy wydzierżawili karczmę w górach, wtedy żona pozostawała przeważnie w domu, a mąż udawał się na wędrówkę. Na pewno przeszedł wielekroć daleką drogę z Jasienowa do Kut i z powrotem, aby w czasie uroczystych świąt odwiedzić tam dom modlitwy albo rodzinę żony.Tutaj należy oczywiście pamiętać o całkiem innym trybie życia w tamtych czasach. W lasach i na połoninach wschodnich Karpat roli prawie nie uprawiano, a ludność zajmowała się głównie hodowlą bydła i myślistwem. Zatem i pożywienie składało się z dziczyzny i nabiału, a ponadto z mamałygi, z kaszy jęczmiennej lub hreczanej, i jeszcze dziś piecze się chleb i kołacze najwyżej na święta. Aby dostarczyć z dolin w góry rzeczy niezbędnych do codziennego użytku, używano koni jucznych ze szczególnie twardej i wytrzymałej rasy, która pokazała, co jest warta na karkołomnych nieraz płajach górskich. Klimat jest tam surowy, w zimie śnieżne zamiecie, w lecie gwałtowne burze. Zrozumiałe więc, że Baal Szem Tow nie nosił małomiasteczkowego żydowskiego ubioru, lecz proste chłopskie odzienie i barani kożuch, którego nigdy nie zdejmował, a przepasywał go zwykłym postronkiem. Takim pozostał w pamięci obraz wędrowca i pustelnika.

W krainie tej, odkąd pamięć sięga, było wiele samotnych chat i domów, których mieszkańcy prowadzili przeważnie życie ustronne, z dala od ludzi i świata. Jeszcze dziś jest powszechnie przyjęte, że pasterze spędzają lato z trzodami na wysokich połoninach, a zimę w zasypanych śniegiem„zymarkach”, daleko od rodzinnej wioski. W takich samotniach człowiek wystawiony jest na niebezpieczeństwa, jakich w społeczności niemal się nie spotyka. Sam znałem ludzi, którzy twierdzili, że widzieli diabła w rozmaitych postaciach. Stale zagrożeni przez magię i świat duchów, bronili się przeciw temu, ucząc się sami praktyk magicznych i stosując je. Należą do nich: „żywa watra”, „żywa woda”, „żywe słowo” oraz przemówki czarodziejskie i formułki zaklęć. Czary mogą się wyrażać w najrozmaitszych postaciach, zależnie od tego, na co człowiek jest wrażliwy. Zdarza się na przykład, że młodych ludzi opętują „leśne kobiety”, zaś cierpienia, powodowane przez te nierzadko chorobliwe stany, potęgują, się tak dalece, że bywają nie do zniesienia. Zrozumiałe więc, że w takich wypadkach ofiary mają więcej zaufania do formułek magicznych niż do swych spowiedników. W tego rodzaju sytuacjach doradza się unikać w rozmowach tematu „kobieta”. Ze zrozumiałych względów człowiek jako jednostka wydany jest w nierównie większej mierze na pastwę demonicznych sił przyrody. Ale Zło znajduje pole działania nie tylko w tej bezbronności samotnego człowieka, lecz o wiele bardziej w gotowości ludzkiego ducha do przyjęcia Zła, aby się nim posługiwać dla zdobycia władzy nad innymi, gdyż: „Władza jest zawsze zła”, mówi wybitny historyk szwajcarski J. Burckhardt. Znamienne jest, że właśnie w tej samotnej krainie górskiej panoszyło się tylu wielkich czarowników; używali swej mocy czarodziejskiej nie tylko, by się mścić na własnych wrogach, lecz nierzadko także ze złowrogiej żądzy osiągnięcia władzy nad innymi stworzeniami i dręczenia ich. Bano się ich bardzo, gdyż czary działały na wielką odległość, oni zaś sami władali najbardziej wyrafinowanymi metodami męczenia i zabijania i stosowali je bez skrupułów. Byli niewidzialną, ba, nieuchwytną mocą, wobec której także duchowieństwo okazywało się bezsilne; czarownicy bowiem nie przeciwstawiali się Kościołowi nigdy otwarcie, lecz tylko potajemnie, wszelkim napaściom zaś potrafili się wymykać. Ich żądza władzy nie cofała się przed żadną zbrodnią, włącznie ze świętokradztwem. Tak więc wszelkie wysiłki duszpasterskie musiały się załamać na zatwardziałości i zepsuciu ich dusz.

Z drugiej zaś strony właśnie ten niewymuszony tryb życia, nie ograniczony przez żadną konwencję, umożliwiał takim samotnym ludziom o wiele większą swobodę wobec wszystkich istot żyjących w przyrodzie. Brali oni udział w sposób bezpośredni i intensywny w życiu i cierpieniu wszelkiego stworzenia i nazywali to życie z religijną czcią – „wszystko, co oddycha”. Dla głębokiej łączności z przyrodą Nachmana z Bracławia, prawnuka Baal Szem Towa, znamienne jest to, co Martin Buber opowiada o nim, że nie mógł spać w nowo zbudowanym drewnianym domu; miał uczucie, że leży między świeżymi deskami jakby między umarłymi, gdyż wierzył, że morduje się duszę drzewa, kiedy się je ścina przed czasem. Nie tak dawno temu zdarzyła się następująca historia. Pewien Hucuł, który najął się za drwala w wielkim przedsiębiorstwie, wyznał swemu spowiednikowi, że odczuwa ścinanie drzew jako masowy mord na bezbronnych stworzeniach.

Należy wspomnieć jeszcze jedną istotną właściwość tej ludności górskiej: zamiłowanie do tańca. Swe rzadkie spotkania świętują oni szczególnie radośnie i nierzadko tańczą przez całą noc, nawet gdy przez cały dzień ciężko pracowali. Pierwszy dokładny opis tych tańców znajduje się w dziele Hacqueta Neueste Politisch-geographische Reisen, które ukazało się w Norymberdze w roku 1794 (a więc jakie czterdzieści lat po pobycie Baal Szem Towa w górach). Sposób bycia i tryb życia tej ludności górskiej nie zmienił się prawie aż do dzisiejszych czasów.

Powrót Baal Szem Towa z samotności górskiej do życia nowej gminy i początki jego działalności nie zostały przekazane, ale dadzą się one łatwo uzupełnić. Już w dzieciństwie ujawniła się jego skłonność do urzędu nauczycielskiego: z wielką miłością i cierpliwością nauczał podobno dzieci szkolne modlitw i pieśni. Nowa gmina, którą odnalazł po latach pustelnictwa, była jednak mniej lub więcej gminą dzieci. Po długoletniej samotności i odosobnieniu ofiarował teraz wszystkie siły gminie i żył ze swymi dziećmi duchowymi w bliskiej zażyłości. „Myt symche, Jidełech, myt symche łomir im dinen!” (W radości, Żydzi, w radości służmy Mu!) – ta pieśń jest charakterystyczna dla atmosfery radości i miłości, która napełniała sercapierwszych chasydów.

Nie wolno nam popaść w błąd wyjaśniania chasydyzmu i jego powstania folklorem kraju. Folklor jest, moim zdaniem, w ogóle określeniem niewłaściwym i zarozumiałym, i zamiast tego byłoby lepiej mówić o „śladach starej, szczególnie archaicznej kultury religijnej”. Baal Szem Tow był uzbrojony duchowo – sławny był jako twórca magicznych środków obronnych, przede wszystkim amuletów, które odpędzały choroby i demony, a amulety te były zawsze sygnowane tylko przez niego. Byłoby rażącym nadużyciem w oczach prawowiernych Żydów, gdyby amulety takie działały mocą świętego Bożego Imienia – wielu, którzy coś podobnego uczynili, wyklęto jako heretyków. Baal Szem Tow walczył jednak „osobiście” przeciw demonom, nie obawiał się ani diabłów, ani czarowników. W związku z tym warto wspomnieć, że praktyki magiczne, jakimi posługiwali się w palącej potrzebie chrześcijańscy Huculi i żydowscy chasydzi, były zasadniczo te same. Byłem raz świadkiem rozmowy między wiejskimi Żydami a Hucułami, która obracała się wokół zbrodni popełnionej w demoniczny sposób przez pewnego czarownika, i zauważyłem ze zdumieniem, że wszyscy obecni nie tylko wiedzieli, jak te czary działają, ale że obie strony miały też na to tę samą nazwę. Mówili niemal w poetycznych zwrotach o możliwości odesłania z powrotem dokonanego zaklęcia, które wyobrażali sobie jako rodzaj magicznej strzały (odesłanie takie nazywa się po huculsku obertyn).

Mimo woli narzuca się pytanie, czy i o ile wpływy chrześcijańskie współdziałały w powstaniu chasydyzmu. W pewnym wierszu w języku jidysz, napisanym przez poetę Nuchima Bomsego z Sasowa, przedstawiony jest żydowski chłopiec, gdy stoi nasłuchując pod murem cmentarnym przed kościołem, jakby zaklęty przez czar modlitw chrześcijańskich. Taka siła przyciągania promieniowała może z wesołości, ale może i z uczuciowości tych modlitw. Może też potężne dziecięce zaufanie prostych chłopów do Boga wywoływało tak głębokie wrażenie na żydowskich chasydach, gdyż było spokrewnione z ich własnymi uczuciami religijnymi. Ale o bezpośrednim wpływie nie może tu chyba być mowy, ani też o wpływie Kabały czy chrześcijańskiego neoplatonizmu. Nie wolno zapominać, że w żydostwie od tysięcy lat obrządki obchodzone były również na łonie rodziny i że w ten sposób rodzina przede wszystkim przechowywała i przekazywała tradycję. I ciekawe, że mimo rzekomego konserwatyzmu talmudystów, chasydzi byli pewniej zakorzenieni w tradycji; prawo-wierność wcielili, że tak powiem, w siebie, toteż byli mniej narażeni na odstępstwo niż kierunek racjonalistyczny. W Wilnie, w centrum uczoności żydowskiej, ukazały się dwa słynne traktaty deistyczne, jeden napisany przez rabina żydowskiego, drugi przez karaimskiego. Przełożone na łacinę znalazły one później uznanie w oczach Wol-tera. Pismo chasydzkie nie mogłoby chyba natrafić na takie echo u innowierców. Racjonaliści byli zagrożeni już przez to samo, że posiadali ogólne wykształcenie, toteż ich wykorzenienie dokonało się stosunkowo szybko. Nierzadko zdarzało się w Polsce, że potomkowie wykształconych rabinów przechodzili na chrześcijaństwo. To, że w ruchu chasydzkim takich wypadków niemal nie było, należy uważać za jedyne w swoim rodzaju zjawisko z punktu widzenia nauki o religii. Z tego też powodu niektóre dzieła francuskie i polskie określają chasydów jako siły „reakcyjne”.

Niepodobna przeoczyć innego jeszcze faktu: że istnieją wspólne cechy między chasydyzmem a franciszkanami. Podobieństwo to tłumaczy się zapewne decydującym wpływem żywiołu ubogiego i niewykształconego, przy czym nie wolno zapominać, że Baal Szem Tow kształtował swoją naukę świadomie w opozycji do uczoności, która wyczerpywała się na subtelnościach scholastycznych i logicznych.

U świętego Franciszka decydująca była chyba pokora. Istotne dla chasydyzmu było jego całkiem odmienne nastawienie do świata zwierząt, a mianowicie jego współczucie dla wszelkiego stworzenia, postawa, która była obca dotychczasowemu religijnemu odczuciu judaizmu. Tak na przykład legenda o Rabbim Mojsze Leibie z Sasowa głosi, że musiano czekać na niego w synagodze podczas kol-nidri (główna modlitwa w Sądny Dzień), gdyż w tym czasie karmił pozostałe w domu dzieci oraz poił konie i krowy. Inny rabin, Gerszon z Kut, postawił sobie za zadanie uwalnianie złowionych ptaków; naprzód wykupywał je i wypuszczał z klatek, a gdy mu już zabrakło na to pieniędzy, po prostu otwierał klatki i pozwalał ptakom ulatywać. Podobno niejednokrotnie zarobił sobie przez to na razy. Ta bliskość chasydów do przyrody zaniknęła jednak niemal całkowicie, gdy z mieszkańców wsi stali się mieszczanami.

Należy jeszcze wspomnieć o pewnej innej tendencji w łonie chasydyzmu. Chasydzi świadomie odsunęli się od ludzi wykształconych i w ogóle od wykształcenia, co spowodowało siłą rzeczy zbliżenie z ludnością wiejską, mówiącą częściowo po polsku, a częściowo po ukraińsku. Żydzi-chasydzi mówili, pisali i modlili się po żydowsku (jidysz), lecz w miarę tego, jak więź z chłopami stawała się ściślejsza, przyjmowali elementy języka miejscowego. Przypisywali polskim i ukraińskim melodiom ludowym, podobnie jak Pieśni nad Pieśniami, znaczenie religijne. W ten sposób prosta treść tych pieśni nabierała głębokiej wartości symbolicznej: róża z pieśni miłosnej pasterza stała się symbolem celu niebieskiego, zaś nieprzebyty las, oddzielający nas od tej róży, emblematem wygnania, w czasie którego mamy osiągnąć zbawienie poprzez miłość. Właśnie w tych poetyckich wyrażeniach chasydów objawiła się cała głębia ich tęsknoty religijnej. Zestawienie takich pieśni i ich reinterpretacja w ciągle na nowo poszukiwane i na nowo odnajdywane symbole dałyby właśnie w swej różnorodności żywy dowód potężnej wyobraźni religijnej chasydów. Niewątpliwie magię cyfry czy też mistykę cyfr zapożyczyli z Kabały, natomiast to dziedzictwo pieśni było autentyczną, naturalnie wyrosłą poezją ludową, zaczerpniętą ze skarbca długiego doświadczenia życia i cierpienia, które łączyło ich w najbardziej bezpośredni sposób z nieżydowskim otoczeniem.

Nowoczesny rozwój nie pozostał bez śladu także wśród chasydów; przeciwieństwa między biednymi a bogatymi Żydami, między rzemieślnikami a mieszczanami prowadziły, chcąc nie chcąc, do solidarności między biednymi Żydami a chrześcijanami. Lecz również życie religijne poddane było ciągłym zmianom, tak że z biegiem czasu powstały dwa bieguny: chasyd cadyk. Oba słowa wywodzą się z Biblii i z Talmudu. W Piśmie Świętym pojawia się Bóg jako chasyd. „Jam jest chasyd – mówi Pan – i nie będę się gniewał wiecznie”. W jednym z komentarzy powiedziane jest o Bogu: „Na początku jest On cadykiem i włada prawdziwym Prawem. Potem staje się chasydem, odwracając się od Prawa i stosując Łaskę”. W Piśmie Świętym ma więc chasyd wyższą rangę niż cadyk. W dalszym rozwoju żydostwa, zwłaszcza w okresie wygnania, cadyk stał się „pośrednikiem i kapłanem”. Cadycy zyskali na znaczeniu właśnie na skutek rozszerzenia się chasydyzmu. Cadyk jest powołany, aby mówić z Bogiem, co więcej, może nawet sądzić Boga. Cadycy są centralnymi postaciami ludzkości, świat istnieje dzięki nim, a moc ich jest nieograniczona. Zwolennikom Rabbiego Nachmana z Bracławia przypisuje się następujące powiedzenie: „Cadyk jest Mojżeszem i Mesjaszem w jednej osobie”.

Ta przemiana chasydyzmu doprowadza coraz bardziej do wyschnięcia dziecięcej wiary w Boga i spontanicznego odczuwania. Znawcy twierdzą, że da się skonstatować degenerację wiary chasydzkiej, i wyprowadzają ją z nadużyć „cadykizmuto jest z przesadnej wiary w ich moc i wiary w cuda. Jedna z legend, zajmująca się postacią złego Samaela, czyli Szatana (trudno powiedzieć, czy jest ona pochodzenia chasydzkiego, czy rabinackiego), przypisuje Szatanowi w nader ironiczny sposób upadek chasydyzmu, lecz gdy się bliżej przyjrzeć, zdaje sobie człowiek sprawę, że to zbytnia gorliwość, jeśli chodzi o liczbę wiernych, powoduje ten fatalny rozwój. Szatan kazał we wszystkich światach rozbrzmiewać wezwaniu: „Niechaj wszyscy staną się chasydami!” I tak się też stało.

Bez wątpienia wielka siła religijna chasydyzmu leżała w modlitwie, w „służbie serca”, jak mówi Talmud. Na zakończenie więc niech wolno mi będzie przywołać obraz modlitwy chasydzkiej, tak jak ją przeżyłem sam, w dzieciństwie nad górnym Czeremoszem, w ojczyźnie chasydów.

Pewnego razu zobaczyliśmy Ajzyka, jak powoli i godnie kroczył do bożnicy (Szil)był, jak się nam zdawało, dziwnie przebrany, w ciemnym jedwabnym chałacie, w pięknej lisiej czapie, w białych pończochach, w mesztach lakierowanych, w ręce miał białą jedwabną chustkę, w którą zawinięta była książka do nabożeństwa. Strój ten przypominał nam ornat księdza greckokatolickiego podczas mszy żałobnej, ale jeszcze bardziej strój owego Hiszpana, którego portret wisiał w salonie naszej Babci. Zapytaliśmy niezwłocznie Babcię, dlaczego on tak się przebrał, i otrzymaliśmy zwięzłą odpowiedź, która zapewne z powodu brzmienia nieznanego słowa zelektryzowała mnie: „Ajzyk jest chusydem”. To tajemnicze słowo przejęło mnie dreszczem i sprawiło, że wracając w czasie świąt żydowskich wieczorem z przechadzki do Żydowskiego Kamienia wraz z moją młodszą siostrą pod opieką niani, podsunąłem się pod jasne okna nad Waratynem. Patrzyłem długo do wnętrza dużej izby, w której modlili się Żydzi. Widok wciągnął mnie od razu w obcy świat. Jeszcze teraz wydaje mi się, jakbym wtedy zaglądnął przez tajemnicze szpary poza ściany zwykłego, codziennego świata.

Wszystkie postacie ludzi były przeczarowane. Któryś z młodych Żydów, smukły i wysoki, z nakrytą głową, nieruchomo stał oparty o ścianę. Czasem szeptał coś, to znów wstrząsnął się, jakby załkał, krzyknął. I dalej trwał w znieruchomieniu. Było to przerażające. „Na pewno ktoś mu umarł – pomyślałem – a on tak rozpacza. Albo – może spowiada się? Może zna jakąś straszną tajemnicę, a tam, gdzieś w ścianie, wysłuchuje Ucho Boże?”

Przewodnik modlitwy, wysoki starzec, z suchą, surową twarzą, jakby wyrzeźbioną z żółtej kości, i z długą, siwą brodą, kiwał się bez przerwy gwałtownie przed czymś, co nazwałem sobie ołtarzem. Wołał, śpiewał przeciągle, łkał otwarcie. Głos łamał mu się w łkaniu, a on sam – to pamiętam – łamał się cały, to znów jakieś błagalne słowa wymawiał. Jakiś obcy, nie znany mi czarny Żyd ciskał gorejącymi, czarnymi oczyma na wszystkie strony i potrząsał gwałtownie książką. Patrzyłem nań ze strachem, niemal obłąkany mi się wydawał w tej gorączce. Po każdym dłuższym przemówieniu starca-przewodnika uczestnicy, z których każdy inaczej siedział, inaczej stał, inaczej chodził, głosili coś i krzyczeli chórem.

Stary Ajzyk siedział na uboczu z rozwianą siwą brodą, poważny i godny. Oczy miał zalane łzami, oblicze rozpromienione, uśmiechnięte. Oddalał i zbliżał do głowy palce lewej ręki, jakby rozpamiętywał każde słowo modlitwy i jakby ssał z nich słodycz wzniosłości. Po tylu nieco za poważnych, zbyt obcych i samotnych obrazach to dobrze znajome oblicze Ajzyka, pełne ufności, jakoś mnie pocieszyło. Świece gorzały, promieniały świeczniki. Czeremosz szumiał jakby bardzo daleko.

Wtem nadeszła niania, chwyciła mnie gwałtownie za ramię i odciągnęła od okna. „Powiem Babci” – zagroziła i zaciągnęła mnie do domu. Ja jednak byłem jeszcze całkiem oszołomiony moim przeżyciem. O wiele później dowiedziałem się, że był to Sądny Dzień, święto obchodzone szczególnie uroczyście przez chasydów. Od tego czasu miałem wrażliwe ucho na chasydzkie opowiadania.

Jakże bezpieczne czuje się dziecko wyrastające w kraju, którego rok za rokiem strzegą takie modlitwy, nawet jeśli są to modlitwy innej religii. Przez stulecia wznosił się szmer tych modlitw ku niebu – teraz zamilkł. Czy zabrzmi kiedy znowu? I czy brzmiała w nim obca nadzieja czy nasza własna?

Stanislaw Vincenz

 

 

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.