Profile Reunion 69 – Marian Wroblewski

Marian i Bogna

Wroblewscy

 


To ja wymyśliłem PolArt

Większość ludzi nie wie, jaka tu była w latach 70-tych pustynia, jeśli chodzi o polską kulturę.

Nazywam się Marian Wróblewski. Jestem w Szwecji od 1969 roku, przyjechała nas tutaj trójka, trzej bracia: Roman, Gabryś i ja, pochodzimy wszyscy z Warszawy. Urodziłem się parę tygodni przed wybuchem wojny. Częściowo wojnę spędziłem w Warszawie, byłem krótko w getcie jako małe dziecko, później uciekliśmy na wschód od Warszawy i ukrywaliśmy się dzięki pomocy przemiłych ludzi i tam udało się nam przeżyć wojnę. Do szkoły zacząłem chodzić wcześnie, mama była nauczycielką, więc naukę rozpocząłem w wieku 5-6 lat. Do szkół chodziłem w Warszawie, ukończyłem gimnazjum Kopernika, studia, wojsko, praca zawodowa. Przez prawie 10 lat Polski Ludowej pracowałem w telewizji, jeszcze na Placu Wareckich – to był 1959 rok, początki telewizji; i przy produkcji filmowej. Byłem między innymi asystentem Jerzego Kawalerowicza przy produkcji „Faraona” – to taki najważniejszy epizod w mojej działalności zawodowej w Polsce. Zajęło mi to parę lat życia. Jeździliśmy do Egiptu, Uzbekistanu. Później jako asystent reżysera i producent pracowałem przy 5-6 innych filmach jak.: ” Mocne Uderzenie”.” Marysia i Napoleon” i pare innych jak n.p. z Kazikiem Kucem przy filmie ” Skok ”   W 1969 roku znalazłem się w Szwecji bez możliwości powrotu do Polski.

 

Zatykanie „czarnej dziury”

 

W 1979 roku, kiedy pierwszy raz oficjalnie pojechałem do Polski, poszedłem do PAGARTU i rozpocząłem rozmowy o możliwości sprowadzania do Szwecji popularnych wówczas kabaretów. Wtedy z Polski do Szwecji nic tutaj nie docierało, tu była pustynia. Czasami docierały do nas książki, stare gazety, nawet nie można było słuchać polskiego radia, bo ten maszt z którego nadawano sygnał przewrócił się, nie wspominając o tym, że nie było telewizji, internetu… Dla mnie lata 70-te to „czarna dziura”, gdy ktoś cytuje jakieś piosenki, kabarety z tego okresu, to ten okres jest mi nieznany. Z PAGARTU dostałem „zielone światło”, bo trzeba pamiętać, że wówczas bez ich zgody artyści nie mogli wyjeżdżać na występy zagraniczne, i pierwszy występ jaki tutaj zorganizowałem na jesieni 1979 roku dał Wojtek Młynarski z Derflem, któremu akompaniował. I to był pełen sukces. Trzy, cztery przedstawienia, pełne sale. Wojtek był w świetnej formie, publiczność reagowała żywo. Zresztą na te występy przychodziło mnóstwo Szwedów, bo wtedy to co działo się w Polsce wszystkich bardzo interesowało. Bilety były dość drogie, kosztowały 100 koron, to było wówczas dużo. Jeździliśmy z Młynarskim po całej Szwecji: Lund, Malmö, Göteborg, wszędzie znalazł się ktoś kto pomagał nam w organizacji. Pierwsze rzędy były zarezerwowane przez PAGART dla tutejszych „notabli”: ambasadorów, konsulów, ale artyści – już w tych czasach – nie szczędzili krytyki temu co w Polsce się działo. Gdy Młynarski coś mówił o ówczesnych władzach, publiczność wskazywała palcem i mówiła: tu siedzą, tu siedzą… Później to się odbiło, po stanie wojennym znowu mi zablokowano na wiele miesięcy możliwość wyjazdów do Polski.

Moja jednoosobowa agencja nazywała się Polart – ukłony dla dzisiejszego PolArtu! – funkcjonowała niezbyt długo, miesiąc przed stanem wojennym w 1981 roku zorganizowałem ostatni występ. Był to kabaret Tey z Laskowikiem i Hanią Banaszak. W międzyczasie byli tu Irena Santor, Jacek Fedorowicz, Czerwone Gitary, Tadeusz Drozda z Władkiem Komarem, kabaret Dudek i Jan Pietrzak. Miałem wielkie plany, chciałem sprowadzić Ewę Demarczyk, Marylę Rodowicz. Ukoronowaniem miał być występ Mazowsza. Tak wymyśliłem, że mieli przypłynąć promem i tam mieszkać, bo minimalny zespół to było 120 osób i żaden budżet by tego nie wytrzymał. Wszystko to przerwał stan wojenny w 1981 roku. I tak się zakończyła moja działalność jako impresario. Ale nadal jak jeżdżę do Polski to spotykam się z tymi ludźmi, chociaż nasze drogi różnie się później potoczyły. Jeden nawet chciał zostać prezydentem…

W pierwszych miesiącach stanu wojennego, na początku 1982 roku, przyjechał na koncert do Sztokholmu Czesław Niemen. Miał wystąpić w Konserthuset i przed koncertem na Hötorget odbyła się wielka demonstracja „Solidarności” przeciwko temu koncertowi, bo w Polsce panował bojkot przeciwko występującym wówczas artystom, podobnie bojkot w telewizji. Ja stałem w tłumie i też protestowałem, a słyszę jak z boku ktoś pyta: a kto zorganizował ten koncert? Jak to kto? Wróbel! – odpowiedział ktoś inny. Dostawałem więc w kość i z jednej jak i z drugiej strony.

 

Patrząc z perspektywy to trudno porównywać to co dzisiaj można zrobić, z tym co można było zrobić kiedyś. Inna publiczność, inne warunki działania. Przede wszystkim jest mnóstwo nowej emigracji, która chodzi na te organizowane dzisiaj imprezy, sale są pełne. Szwedów to nie interesuje, mają to w nosie. Zresztą – jeśli porównać na przykład kabarety – to czasy dobrego kabaretu minęły. Teatry są nadal znakomite, przejeżdżają świetni aktorzy, doskonałe zespoły muzyczne.

 

W Szwecji

 

Gdy znalazłem się w Szwecji to początkowo chciałem wykorzystać moje doświadczenia zawodowe z Polski. Wysłałem chyba 20 różnych podań o pracę do różnych producentów filmowych, myślałem, że mam jakieś doświadczenie i zrobi to wrażenie, ale nie doczekałem się na żadną odpowiedź. Zająłem się czymś innym. Wraz z bratem prowadziliśmy kawiarnie, mieliśmy pięć kawiarni, piekarnię, hotel. Pracowaliśmy intensywnie przez 20-30 lat. Dzisiaj to też już historia.

 

Życie, emigracja, sukcesy…

 

Chyba najważniejszy, że wciąż jestem jeszcze na chodzie. Mam 70 kilka lat, ale wciąż gram w tenisa, jeżdżę na nartach… Po drodze były różne drobne sukcesy, ale dzisiaj czuję się spełniony, cieszę się życiem. Mam przyjaciół, rodzinę. Do Polski jeżdżę teraz rzadziej, ale nie dlatego że nie mam czasu. To raczej jedno z moich rozczarowań, bo kiedyś myślałem, że się przeprowadzę z powrotem, ale dzisiaj już nie bardzo chcę. W Szwecji czuję się dobrze, z tym, że emigrant nigdzie nie czuje się w pełni dobrze. Ani tam skąd przyjechał, ani tam gdzie teraz jest. Szwecja nigdy nie będzie moją 100 procentową ojczyzną, domem, chociaż doceniam i Szwecję i Szwedów za spokój, tolerancję, dojrzałą demokrację.

Z emigracją jest jak z wchodzeniem do rzeki: niby ta sama rzeka, ale inna woda. Podobnie z Polską. Krakowskie Przedmieście niby takie samo, ale reszta się tak zmieniła, że ciężko to zaakceptować.

Wszystkie profile

TUTAJ

Pierwodruk
Nowa Gazeta Polska, 

 

2 komentarze to “Profile Reunion 69 – Marian Wroblewski”

  1. Oskarp Mask 19/02/2017 at 11:49

    Drogi Marianie, dzięki że się dzielisz z nami twoimi przygodami. Poruszyłeś ciekawy problem: emigrant nigdzie nie czuje się dobrze. Zgadzam się. A poza tym tam już nic nie jest tak jak dawniej: nawet Telimena zmieniła się na Green coffee. Pozdrawiam, Jurek Holzer.

  2. Brawo
    Gratuluje
    Gabrys

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: