Roth, Kafka i kubek ojca

Philip Roth


Kiedyś napisałam tekst o tym, jak Roth uciekał (i wracał) od dziedzictwa żydowskiego. Przypomniałam sobie o nim teraz, po śmierci pisarza, więc go tu przypominam.

Każdego wieczoru siadała więc Claire przy kuchennym stole i słuchała, zasypiając z nudów, choć jednocześnie była pod wrażeniem wewnętrznej siły, z jaką rozwijała się ta meandrująca saga – a może nie mogła oprzeć się urokowi hipnotycznej władzy, jaką miał wciąż nad tym siemdziesięciosześciolatkiem codzienny los zwykłej rodziny żydowskich imigrantów. („Dziedzictwo”, przeł. Jerzy Jarniewicz)Philip Roth w kolejnych książkach tworzył kronikę amerykańskich Żydów, którzy swoją tożsamość budowali w opozycji do europejskiej przeszłości. Wielu jego bohaterów pielęgnowało pamięć o zdobywaniu nowego kontynentu, czyli o tym, jak ich przodkowie przebyli Atlantyk, nie znali języka, nie mieli nic i pracowali ciężko, by stać się pełnoprawnymi obywatelami. Dopiero ich dzieci mogły spełnić te marzenia, zdobywały szczyty, o których nie śnili ich rodzice. Ten scenariusz asymilacji Roth opisał choćby w „Amerykańskiej sielance” (1997), taka była też historia jego rodziny, którą poznajemy w „Dziedzictwie” (1991), jego osobistym wspomnieniu o ojcu. Żydzi z miasteczka Newark w New Jersey w pełni realizowali amerykański mit. Do tego musieli jednak oderwać się od korzeni.

Żyliśmy w raju

Franz Kafka, który w opowiadaniu Rotha „Kafka” przeżył i zamieszkał w Ameryce, jest właśnie uosobieniem Europy, sztetla i wszystkiego, od czego amerykańscy Żydzi starali się uciec. Narrator tego opowiadania, dziesięcioletni chłopiec, zastanawia się, jak ostrzec ciotkę Rhodę przed dziwnym Kafką: „przed jego kwaśnym oddechem, przed jego bladą, chorobliwą twarzą człowieka wynajmującego jeden pokój, przed jego manierami ze Starego Świata, tak odmiennymi od jej modnych obyczajów?”.

W „Dziedzictwie” znajdziemy scenę, kiedy ojciec Rotha, mocno schorowany, razem z Philipem odwiedzają żydowskie osiedle dla starszych ludzi w New Jersey. Spotkają tam panią Berkowitz. „Mówiła z akcentem jidysz. Jej język, a także ubiór i maniery sprawiały, że wyglądała na osobę, która ma więcej wspólnego z pokoleniem moich dziadków aniżeli mojej matki, ojca i ich przyjaciół. Byłem przekonany, że mój ojciec to samo sobie pomyślał: że nie jest tego rodzaju staruszkiem, co te staruszki, i, co więcej, że nie pasuje do tego towarzystwa”.

Jednak kiedy okazało się, że pani Berkowitz pochodzi z Newark, ojciec ożywił się, przypomniał sobie jej męża i zaczął wymieniać wszystkich Żydów zamieszkujących okolice Central Avenue przed czterdziestu laty, kiedy był dziarskim agentem ubezpieczeniowym. Teraz, kiedy miał ponad osiemdziesiąt lat, ulubioną jego rozrywką były spacery z jeszcze starszym od siebie sąsiadem, z którym przypominali sobie skecze żydowskich komików z lat 30. i 40. i podśpiewywali ich piosenki. Nie przeszkadzało im, że jeden ledwo chodzi, a drugi ma demencję – obaj z rozkoszą zanurzali się w świat swoich wspomnień. Dawne Newark wydawało się rajem nie tylko ojcu Rotha, ale i pokoleniu rówieśników samego pisarza. „Czy mylę się, twierdząc, że żyło się nam jak w raju?” – zauważa na zjeździe absolwentów swojej szkoły (w „Amerykańskiej sielance”) pisarz Natan Zuckerman, jedno z wielu wcieleń samego Rotha.

Walczyli, bo byli Żydami

„W naszym środowisku zapanowało zbiorowe postanowienie, że my dzieci nie poznamy nędzy, ignorancji, chorób, niesprawiedliwości społecznej i poniżenia – że musimy się liczyć. Nie wolno nam być zerem. Pokaż, co potrafisz!” – tak Zuckerman wspomina w „Amerykańskiej sielance” lata 50. Mobilizowali ich ojcowie, którzy pokładali w nich wszystkie ambicje. Czuli, że mają nieograniczone możliwości, ale zazdrościli i patrzyli z podziwem na tych, którzy nie musieli walczyć. W powieści „Duch wychodzi” (2007) Zuckerman, syn żydowskiego pediatry, przypomina sobie swoją młodzieńczą fascynację niejakim Georgem. „Wydawał się kimś, kto nie musi przed niczym uciekać, nie ma nic do ukrycia, nie zmaga się z niesprawiedliwością, nie nadrabia braków, nie maskuje kompleksów…”.

Zuckerman wymienia więc wszystkie cechy, które charakteryzowały znanych mu Żydów. Fascynuje go też sposób mówienia Georga: „była to bowiem mowa zakorzeniona w zaangażowanej dykcji i intonacji zamożnej protestanckiej hierarchii, która rządziła społeczeństwem Bostonu i Nowego Jorku, podczas gdy moimi ubogimi przodkami rządzili rabini w gettach Europy Wschodniej”. Pierwsze żydowskie pokolenia w Ameryce musiały walczyć i udowadniać na każdym kroku, że są lepsze od innych. Tę walkę widać też w filmie „Rydwany ognia” Hough Hudsona, który rozgrywa się w Anglii w latach 20. Młody biegacz, Żyd Abrahams, w przeciwieństwie do swoich kolegów nie-Żydów, biega nie tyle z przyjemnością, ile zawsze po to, by udowodnić, że nie jest gorszy od innych. Tak jak żydowscy pięściarze Ameryki, którzy zdobywali najwyższe nagrody, bo walczyli bardziej zaciekle niż inni zawodnicy. „Toczyli podwójną walkę – wspomina w „Dziedzictwie” ojciec Rotha. – Walczyli, bo byli zawodnikami, i walczyli, bo byli Żydami (…). Chcieli pokazać, kto jest górą”.

Rękawiczkowe niebo

Ucieleśnieniem marzeń chłopaka z New Jersey w czasach dzieciństwa Rotha był ktoś taki jak Szwed Levov, bohater „Amerykańskiej sielanki”. Jego ojciec był producentem rękawiczek w Newark, a zaczynał w garbarni. Seymour otrzymał w szkole przezwisko Szwed, bo był wysokim blondynem z szerokim uśmiechem, uzdolnionym koszykarzem, za którym oglądały się wszystkie dziewczyny. Dla młodszych i starszych kolegów Szwed stał się fantazją o byciu kimś innym – nie Żydem, ale krzepkim, optymistycznym Amerykaninem.

Życiorys Szweda wydawał się idealny: służył w marines, ożenił z miss New Jersey, miał córkę, zamieszkał w najpiękniejszym miejscu na ziemi, przejął interes ojca i odnosił sukcesy na każdym polu. „Tylko Ameryka nadawała sens jego osiągnięciom. W Ameryce było wszytko, co kochał”. Kiedy Zuckerman zobaczył go po latach, miał wrażenie, że spotkał wcielenie amerykańskiego mitu, człowieka nieskomplikowanego i bezmyślnego, za którego uśmiechem nic się nie kryje. Kiedy jednak poznał jego historię, okazało się, że nigdy w życiu tak bardzo się nie pomylił: amerykańska sielanka Szweda to było piekło. Jego córka Merry znienawidziła wszystko, co Szwed kochał: burżuazyjną Amerykę, mieszczańskie wartości, przyzwoitość, dostatek, na który zapracowały trzy pokolenia.

Nienawiść do Ameryki była dla Merry równoznaczna z nienawiścią do rodziców, którzy tej Ameryce wszystko zawdzięczali. Merry trafiła do komunistycznej grupy terrorystycznej, która podkładała bomby na poczcie czy w aptece, ona sama zabiła w taki sposób trzy przypadkowe osoby, m.in. znanego w New Jersey lekarza. Szwed nie mógł zrozumieć, jak to możliwe, żeby jego dziecko chciało zniszczyć wszystko, w co wierzył. Jego brat Jerry zarzucał Szwedowi, że stał się zakładnikiem swoich marzeń. „Ty ciągle tkwisz w wymarzonym świecie naszego starego, zamknięty razem z Lou Levovem w rękawiczkowym niebie. (…) Ach, gdzież się podziała ta staroświecka Ameryka, wykwintna Ameryka, w której kobieta miała dwadzieścia pięć par rękawiczek? Rodzony dzieciak wysadza twoje normy w powietrze, a ty, Seymour, uważasz, że wiesz coś o życiu?”.

Najważniejszą rzeczą, w którą wierzył Szwed, była więź pokoleń – i dopiero jego córka uświadomiła mu, że „człowiek nie pochodzi od drugiego człowieka: że to tylko pozory”. Roth skonstruował tę powieść jako współczesną tragedię. Szwed rozważał, gdzie tkwiła jego wina, tymczasem winy nie było. Okazało się po prostu, że ustalony porządek może nagle rozpaść się i żadne wartości, takie jak przyzwoitość, dobre życie czy zasługi, przed tym nie chronią.

Żydowski antysemityzm

Roth sam buntował się przeciwko światu żydowskich wartości, w jakim wyrastał. Jego dom przypominał dom Zuckermana i Szweda. W pierwszych swoich książkach, zwłaszcza w „Kompleksie Portnoya”, odcinał się rodziny, od żydostwa i tradycji. Wielokrotnie przywoływał tę początkową siłę, jaką dawało mu poczucie otwartej drogi, bez obciążenia przeszłością. Drugie pokolenie żydowskich imigrantów czuło się wolne od więzów ze starą ojczyzną i z religią, wolne też od pokoleń amerykańskich przodków, wolne nawet od potrzeby identyfikacji. Roth był wolny w myśleniu i krytykowaniu, wolny od mód intelektualnych. Swoimi wczesnymi książkami naraził się społeczności żydowskiej, a kolejnymi zasłużył na etykietki mizogina i skandalisty. Dla Rotha najpłodniejsza literacko okazała się starość – lata 90. i początek nowego wieku, kiedy powstała jego słynna trylogia amerykańska, opisująca kluczowe momenty powojennej historii Ameryki: „Wyszłam za komunistę” o mccarthyzmie (1998), „Amerykańska sielanka” (1997) o zbuntowanym pokoleniu lat 60. i „Ludzka skaza” (2000), mająca w tle aferę rozporkową Billa Clintona.

Roth lubił ekstremalne wyzwania literackie i próbował dotknąć problemu tożsamości żydowskiej z wielu stron i dlatego zafundował w powieści „Spisek przeciwko Ameryce” (2004) Żydom amerykańskim zagrożenie i strach niemal taki, jaki przeżywali Żydzi w Europie. Opowiada w niej alternatywną wersję historii II wojny światowej. Oto w 1940 r. prezydentem Stanów Zjednoczonych zostaje nie po raz kolejny Franklin Delano Roosevelt, ale bożyszcze tłumów Charles Lindbergh, słynny lotnik, który w 1927 r. przeleciał Atlantyk. Za czasów nowego prezydenta Ameryka zaczyna romans z nazizmem. Do Waszyngtonu przyjeżdża Ribbentrop, rząd amerykański wszczyna przesiedlenia ludności żydowskiej, a społeczeństwo organizuje pogromy. Okazuje się, że antysemickie hasła mogą trafić na podatny grunt nawet w Ameryce, a mechanizmy demokracji nie chronią przed rozprzestrzenianiem się nazizmu.

Lindbergh jest przeciwnikiem interwencji w Europie, przynosi Ameryce upragniony spokój, a społeczną niechęć kieruje ku bliskiemu wrogowi – ku żydowskim imigrantom. Paradoksalnie Lindbergha popierają też sami Żydzi, zapatrzeni w amerykańskiego idola. Roth pokazał tu głęboką żydowską niechęć do samego żydostwa – ukryty antysemityzm i marzenie o byciu kimś innym, które może się spełnić w niebezpieczny sposób.

Kubek ojca

Roth prowokator i buntownik w późnych książkach coraz częściej pisał o żydowskiej więzi pokoleń. To, co uważał kiedyś za przekleństwo, z czasem stało się dla niego ważne. W jego rodzinie, jak pisze w „Dziedzictwie”, nikt nie był religijny. Ojciec pozbył się, przeczuwając rychłą śmierć, swoich tefilin (skórzane pudełeczka z wersetami z Biblii) w sposób, który Rotha bardzo zaskoczył. Zamiast oddać je do synagogi, zostawił je w żydowskim domu kultury w szafce, w przebieralni. Philip nie mógł zrozumieć tej decyzji, dziwił się też, że ojciec nie mógł mu tego zostawić.

Jednak przedmiotem, o którym rzeczywiście marzył, był kubek do golenia należący jeszcze do jego dziadka, imigranta. I rzeczywiście pewnego dnia ojciec przyniósł mu ten kubek opakowany w szary papier i podpisany: „Od ojca dla syna”. Roth już w młodości czuł więź z ojcem. Odczuwał ją nawet wtedy, kiedy się buntował przeciwko niemu. Na studiach miał przemożne wrażenie, że to nie on zdobywa wiedzę, ale jego ojciec, który od wczesnych lat pracował i nie miał czasu na naukę. Czuł wręcz, że szlifuje ojca intelekt, a nie tylko swój. Prawdziwe zbliżenie nastąpiło dopiero, gdy ojciec zaczął chorować. Wtedy Roth na bieżąco pisał „Dziedzictwo”, literackie świadectwo pojednania z ojcem. Widział w nim upór i nieustępliwość, które czasem go drażniły, ale które były znakiem niezwykłej woli i siły życia. Ta siła przeżycia to była – paradoksalnie – Europa w nim, od której jego pokolenie jak najdalej uciekało. „Ta Europa, którą w sobie nosił, to jego zdolność przeżycia. To są ludzie, którzy się nigdy nie poddają” – mówi w „Dziedzictwie” przyjaciółka Rotha Joanna.

Zemsta na śmierci

W późnych książkach Rotha pełno jest śmierci. Jednak jego bohaterowie – stary Zuckerman, Sabat z powieści „Teatr Sabata” ( 1995) i Kepesh z „Konającego zwierzęcia” (2001) i inni – walczą z nią zaciekle. W „Konającym zwierzęciu” Roth wykładał swoje credo: seks to jedyny dostępny człowiekowi sposób „zemsty na śmierci”. W kolejnych powieściach zdarza się jednak, że dla bohaterów nawet seks nie jest już możliwy. Odczuwali jeszcze pożądanie, które nie mijało wraz z wiekiem. „Pojawia się patos związany z kobiecym ciałem, którego nie znałem nigdy wcześniej” – pisał Roth.

Zuckermanowi w „Duchu wychodzi” też wystarcza pragnienie, które budzi w nim uśpioną męskość umysłu i ducha. „Do ataku! Ożywcze tchnienie dawnej waleczności wbiło mnie w starą rolę”. Wszyscy jego bohaterowie, jak Sabat, kochają się w samym życiu: „Więcej klęsk! Więcej rozczarowań! Oszustw! Samotności! Artretyzmu! Misjonarzy! A z bożą pomocą jeszcze więcej dup! Jeszcze więcej tragicznego zawikłania we wszystkie sprawy tego świata. Samo poczucie wrzaskliwej żywotności pozwoli przejść do porządku dziennego nad obrzydliwością egzystencji”.

W opisywaniu tej wrzaskliwej żywotności i tęsknoty za parszywym życiem Roth był rzeczywiście mistrzem. Jego bohaterowie posiadali tę siłę podobnie jak jego ojciec, który odziedziczył ją po swoim ojcu i który przekazał ją jemu. Ta siła to, według Rotha, najważniejsze żydowskie dziedzictwo.

Przyslal Jakub B

Tekst ukazał się w „Przeglądzie Politycznym” 102/2010.

https://sobolewska.blog.polityka.pl/2018/05/28/roth-i-kubek-ojca-czyli-o-dziedzictwie/

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: