Rozgrzeszenie

Napisal i przyslal

Zenon Rogala


         Chciałem umrzeć. Natychmiast. Nieodwołalnie. Dlaczego jeszcze żyję. Nienawidzę życia. Dość, dziś będzie koniec. Jutro się nie liczy. Najważniejsze, żeby już  dziś nie żyć. A teraz uciec, schować się przed wszystkimi.

Biegłem na zatracenie. Biegłem po śmierć. Jak to dobrze, że znalazłem się na Lubawskiej. Tu drogę przecina tor kolejowy i tu na stromej skarpie poczekam. Dwa sierpy szyn chowają się za ostrym zakrętem. Przecież kiedyś będzie jechał dnem tego wąwozu. Wyjedzie niespodziewanie i wtedy… mam przecież dziewięć pierwszych piątków…

         Siedziałem skulony na stoku.  Jeszcze wczoraj ktoś mówił, że wiosna jest piękna. Nie chciałem już patrzeć na ten świat. Żadna wiosna. Nic. Bałem się tylko, że nie mogłem zapanować nad tym skowytem, który wydobywał się ze mnie, bo mógłby zwrócić czyjąś uwagę, a na żadnego człowieka nie chciałem już patrzeć.

         – Przyjdź aniołku do spowiedzi do zakrystii. Będziemy blisko Pana Jezusa, którego ubiczowałeś swoimi grzechami. Wtedy szybciej ci je odpuści. On kocha takich małych chłopców. A dzisiaj przecież pierwszy piątek miesiąca. Kto dochowa spowiedzi i komunii przez dziewięć pierwszych piątków na pewno po śmierci trafi prosto do nieba.

         Był nowym księdzem. Mama była  nim zachwycona, kiedy rozpoczynał  Gorzkie Żale, kościół rozbrzmiewał jego gromkim głosem.

         – Aż coś się dzieje w człowieku, kiedy on śpiewa, – to była  najlepsza recenzja i rekomendacja.

         – On taki uduchowiony jak rozdaje komunikanty, a ty bardzo pasujesz do niego kiedy służysz do patentki. Było jej marzeniem, żeby przyjmować komunię z rąk księdza Andrzeja, kiedy ja podstawiam pod jej brodę szczerozłoty talerzyk na długim uchwycie.

         – Ja usiądę na krześle, a ty uklęknij tu z boku i oprzyj swoje ręce na moim udzie. Pomódl się przed spowiedzią.

         To była szokująca sytuacja. Nigdy jeszcze nie odbywałem spowiedzi w takich okolicznościach. Byłem porażony i bardzo zdezorientowany. Schylony widziałem  obrzeże koronkowej komży i fioletową stułę. Ksiądz Andrzej usadowił się wygodnie i położył ręce na mojej pochylonej głowie. Początkowo gładził włosy i jakby czesał je palcami, a potem już nieregularnie, jakby chciał je rozmierzwić. Teraz zorientowałem się, że światło sączy się jedynie i bocznego kinkietu.

         – Jesteś aniołkiem i na pewno twoje grzechy będą ci odpuszczone, ale jest jeden warunek. Nikt nie może dowiedzieć się o tej spowiedzi. Tylko najbliżsi serca jezusowego, wybrani przez kapłana, mogą tak się spowiadać. Najlepiej wyspowiadamy się razem, ja też jestem grzesznym człowiekiem i mam swoje słabości.

         Coraz mocniej dotykał mojej głowy i coraz dokładniej sadowił się na krześle. Nie wiem kiedy i jak moja głowa znalazła się między krańcami stuły. Przerwałem wymienianie swoich grzechów, a zostało mi ich jeszcze wiele. Przecież byłem leniem patentowanym, nie pomagałem mamie w sprzątaniu po sobie, a lekcje odrabiałem od niechcenia. Najgorzej, że na prośbę pani Sierocińskiej  podstępnie wrzuciłem do rzeki kota, który ufnie siedział na cegle, bo nie wiedział, że drugi koniec sznurka z jego szyi właśnie do tej cegły jest przywiązany. Nawet chwilę patrzyłem jak bezskutecznie próbował pod wodą wydostać się na powierzchnie. Miałem też grzeszne myśli o nieskromnych rzeczach.

         – Musimy razem się modlić, a żeby być razem, ja wezmę twoją główkę, a ty weź do buzi kawałek mnie.

         Nagle wśród koronek komży i między wstęgami stuły, po raz pierwszy zobaczyłem coś ogromnego, coś co pojawiło się tak nieoczekiwanie, coś co instynktownie oceniłem jako coś obrzydliwie odrażającego.

Ogarnięty strachem przed niewiadomym,  strachem przed reakcją księdza Andrzeja, szarpnąłem głowę i upadłem na plecy. On wstał i próbował mnie zatrzymać.

         – Spowiedź jeszcze nie skończona – usłyszałem przerażony.

Podniosłem się i chciałem już tu nie być. Zapomniałem gdzie są drzwi. Biegałem w koło. Dalej, jak najdalej stąd, byle nie stać, byle uciec. Siadłem skulony w kącie obok klęcznika jak teraz na stoku.

Stanął nade mną. Jeden koniec stuły pojawił się przed oczami.

         – Pocałuj, żeby spowiedź była ważna, i jeszcze żeby była ważna nie wolno ci nikomu opowiadać o tej spowiedzi.

         – Przysięgnij, że nie powiesz.

         – Przysięgam.

Wykonał nade mną znak krzyża, a kiedy szamotałem się z zabytkową klamką, usłyszałem:

         – Et ego te absolvo…

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: