Mikolaj Grynberg „Księga Wyjścia”

Wywiad z ZOSIA LEWINTER-BRAUN

Tel-Aviv/Izrael


 

M: Przedstawisz się.

Z: Zanim się przedstawię chcę, żebyś wiedział, że należę do grupy marcowych emigrantów, ale moja ścieżka życiowa bardzo się różni od pozostałych. Uważam, że w Polsce holokaust odbył się dwukrotnie. Pierwszy anihilację fizyczną przeprowadzili hitlerowcy, drugi – dyktaturę duchową przez próbę zniszczenia odrodzenia i kontynuacji narodu żydowskiego przez Związek Radziecki. Na szczęście te tragiczne systemy poniosły klęskę, a naród żydowski ma dzisiaj swoje, okupione krwią, państwo Izrael.

M: Traktuję to jako wstęp i liczę na ciekawą rozmowę.

Zosia: Ja też. Teraz już mogę się przedstawić. Mam trzy imiona. Serka po babci z Tarnopola, Sofia tak mnie nazywali w Leningradzie i Tzofija, hebrajskie imię o dwóch znaczeniach; Oczekiwanie i Obserwacja. Wszystkie bardzo sygnifikantne.

Mikołaj: Znaczące.

Z: Wieloznaczące.

M: Które jest dla ciebie najważniejsze?

Z: Wszystkie, bo taki jest mój opis.

M: Koleje życia?

Z: Masz racje, to są koleje mojego życia.

M: To jest zawsze ta sama osoba?

Z: Niby zawsze ta sama, ale to jednak wiele osób na raz.

M: Kiedy się urodziła ta osoba?

Z: W 1947 roku. Pochodzę z powojennego pokolenia baby-boomers. Jestem jak wszyscy, a jednocześnie nikt nie jest taki jak ja.

M: Co cię różni od reszty?

Z: Urodziłam się w Tarnopolu. Przed wojną to była Polska, a jak ja się urodziłam to była Rosja, tak?

M: Związek Radziecki.

Z: A teraz? Ukraina. Można powiedzieć, że od zawsze prowadzę życie koczownicze. Rodzice poznali się po wojnie. Tata był jedynym człowiekiem ze swojej rodziny, który przeżył. Był w Armii Czerwonej. Znalazł się w Leningradzie i szukał miejsca, żeby się zatrzymać na kilka dni czy tygodni. Powiedzieli mu, że wdowa z córką mają wolny pokój. To były moja babcia i mama. Przeżyły oblężenie Leningradu i były jedynymi, które miały własne dwupokojowe mieszkanie. Znalazł mieszkanie i znalazł żonę. Pobrali się w 1946 roku.

M: Mówisz po rosyjsku?

Z: Mówię, bo dziesięć lat tam mieszkaliśmy. Pięć osób: rodzice, babcia, ja i siostra. W 1957 była wielka repatriacja i tata wyjechał do Polski. Mama powiedziała, że nigdzie nie wyjeżdża. Była rosyjską Żydówką, a jej mama była chasydką Rebe Lubawicz.

M: Dlaczego twój tata wyjechał bez was?

Z: To był straszny czas, wszyscy jego znajomi siedzieli w więzieniach. On wiedział, że musi uciekać. Mama powiedziała, że nigdzie nie jedzie z wielkiego strachu. Babcia powiedziała, że jeśli tata zabierze rodzinę, to ona umrze. I wiesz, co on zrobił?

M: Wyjechał.

Z: Poszedł do rabina, żeby nie być oskarżonym. Rabin go wysłuchał i powiedział: nikt nie żyje wiecznie. W ten sposób tata dostał od niego rodzaj zezwolenia. My dojechałyśmy po trzech miesiącach. Mama, ja i moja młodsza siostra.

M: A babcia?

Z: Babcia została w Leningradzie.

M: Pamiętasz tę podróż?
Z: Najlepiej pamiętam to, że to była wielka tajemnica, nikt nie mógł się dowiedzieć, że wyjeżdżamy. Ani koleżankom, ani sąsiadom, nikomu nie wolno było powiedzieć.

M: Czego się najbardziej bałaś?

Z: Dwornika. Dwornik to taki portier-dozorca, a tak naprawdę ukryty milicjant.

M: Widziałaś jeszcze potem babcię?

Z: Moja babcia – Sarah Batia Szmulewicz – była prawdziwą Chasydką i nauczyła mnie życiowej dewizy: nie bój się człowieka, nie bój się nikogo oprócz Pana B-Ga. Była jedną z pierwszych emigrantów ze Związku Radzieckiego. W wieku 83 lat, sama wyjechała z Leningradu do Izraela. To ona nauczyła mojego młodszego syna mówić w jidysz. Muszę ci jeszcze powiedzieć kilka słów o bp mojej mamie, która była niezwykłą kobietą. Bardzo ładna i zawsze zadbana. Ojca straciła gdy miała 12 lat, przeżyła blokadę Leningradu, właściwie nigdy nie narzekała. W Polsce żyła wśród podobnych do niej koleżanek – żydowskich emigrantek z Rosji. Nie opanowała idealnie polskiego, co ją bardzo krępowało. Była dumna i miała twardy, rosyjski charakter – gotowa przetrwać każdą sytuację. Była twarda jak stal. Przyjeżdżałyśmy do babci co rok, nawet dwa razy w roku.. Stać nas było, bo nam się w tej komunistycznej Polsce dobrze powodziło. Przez Warszawę trafiliśmy do Wrocławia. Tata znalazł dla nas czteropokojowe mieszkanie przy ulicy Jedności Narodowej. Nasze leningradzkie mieszkanie, to była może połowa naszego wrocławskiego salonu. Miałam tam swój pokój z kominem.

M: Z kominkiem.

Z: Tak, a siostra miała swój pokój, rodzice swój i jeszcze była kuchnia i salon. I tam przez jedenaście lat żyliśmy na walizkach. Byliśmy emigrantami.

M: Rozmawialiście o wyjeździe z Polski?

Z: Miało się takie poczucie, że to nie jest koniec podróży. A z rozmawianiem to nie było najlepiej. Tamto pokolenie raczej mało mówiło – próbowali żyć.

M: Czym się twój tata zajmował we Wrocławiu?

Z: Mój tata był zawsze bardzo przedsiębiorczy, miał dużo inicjatywy. Był typowym polskim Żydem z Galicji. Miał w sobie bardzo dużo radości i w każdej sytuacji widział jakieś korzyści. Był wybitnym przemysłowcem. Jako pierwszy zaczął używać tworzyw sztucznych. To się nazywało Zakład Wytworów z Tworzyw Sztucznych.

M: Zakład Wytwórstwa.

Z: Może nie wytwórstwa, ale przerobów.  Wiesz co on robił? Plastiki. To był początek chemii organicznej. Dlatego poszłam później na chemię. Dla mojego taty, bo go uwielbiałam. Moi rodzice są moimi wielkimi bohaterami! Może dzisiaj z perspektywy czasu bardziej rozumiem ich trudności w budowaniu domu i rodziny w trzech państwach. Za każdym razem od początku. Tata do dzisiaj jest moim wielkim bohaterem.

M: Co potem robili z tych plastikow?

Z: Przyrządy do geometrii: kątomierze i linijki do szkoły. Dotychczas wszystko było z drewna lub z metalu, a on zaczął to zmieniać. Rozchodziły się po całej Polsce.

M: Mieliście samochód?
Z: Tak, Warszawę.

M: Do jakiej szkoły chodziłaś?

Z: Chodziłam do żydowskiej szkoły, siódme liceum ogólnokształcące im. Szalom Alejechema przy ulicy Pereca we Wrocławiu. Do Polski przyjechaliśmy w czerwcu 1957 roku czyli na wakacje, a od września poszłam do szkoły. To była taka szkoła, że przez trzy lata nie udało się w naszej klasie założyć dziennika. Ciągle ktoś przyjeżdżał albo wyjeżdżał.

M: Mówiłaś po polsku?
Z: Bardzo nad tym pracowałam, bo nie chciałam mieć rosyjskiego akcentu. Byłam celującą uczennicą, zwłaszcza z polskiego. Ta szkoła to było całe nasze życie.

M: Byliście jak rodzeństwo?

Z: To było coś innego i czas to potwierdził. To była rodzina. Przecież nikt z nas nie miał bliskich krewnych, a jak już ktoś miał, to było dziwne. Myśleliśmy, że nie był Żydem, bo przecież wszyscy zginęli. Dzisiaj jestem inna, bo życie według żydowskiej religii spowodowało, że różnię się od innych.

M: To zacznijmy od początku. W domu była religia?

Z: Było koszerne jedzenie, zazwyczaj mięso. Wiele z tego wtedy nie rozumiałam, ale mleczne i mięsne produkty były oddzielnie.

M: Do synagogi chodziłaś?

Z: Chodziłam, wszyscy chodzili.

M: Wszyscy? Komuniści też?

Z: Tak, to było takie spotkanie towarzyskie. Ci komuniści mieszkali niedaleko synagogi, to sobie przychodzili towarzysko.  To jest idealny moment by powiedzieć kilka słów o TSKŻ. Bez wątpienia w powojennej Polsce była to bardzo ważna organizacja pomocowa. Niestety stała się i namiastką i symbolem Żydów i żydostwa. Niesłusznie, bo nie było to ani w jej zasięgu, ani nie miała do tego kompetencji. Większość członków pochodziła z przedwojennych religijnych domów, a w okresie o którym mówimy, wyznawała zupełnie inną religię – komunizm. Odebrali nam tradycję, Torę i micwot, zastępując je teatrami i klubami.

M: Rodzice mówili w jidysz?

Z: Nie, bo mama nie znała żydowskiego. Jeszcze ci opowiem o początkach mojego pierwszego roku w naszej szkole. Wrzesień, wiadomo – same żydowskie święta. My nic o tych świętach nie wiedzieliśmy. U nas w klasie był jeden religijny uczeń – Lewkowicz – został później rabinem. I się zaczyna Rosz Haszana, JOM KIPUR, SUKOT, SIMCHAT TORA, potem święto bolszewickiej rewolucji październikowej, a później Boże Narodzenie. Moja mama się zdenerwowała i poszła do szkoły pytać, czy ja w ogóle tam chodzę. Ile świąt można obchodzić? Co to za szkoła? – mówiła mama. To „komunistyczne żydowskie wychowanie” bez naszej wielowiekowej tradycji, wyrządziło nam wielką i prawie nienaprawialną szkodę. Mieszkając we Wrocławiu nie wiedzieliśmy, że przed wojną było tam pięć wspaniałych synagog. Nikt nam nie mówił o wydarzeniach „Nocy Kryształowej”, ani o tym co się stało z Żydami, którzy zaledwie dwadzieścia lat wcześniej tam żyli i chodzili do tej samej synagogi, tylko  mówili po niemiecku. To jest mój komentarz i moje oskarżenie naszej szkoły.

M: Nie dokuczali ci, że jesteś z Rosji?

Z: Prawie wszyscy byli z Rosji. Z tej szkoły wyniosłam najważniejsze wartości życiowe: Koleżeństwo, lojalność i poczucie przynależności.

M: Przynależność, że jesteście Żydami czy, że jesteście razem?
Z: Że jesteśmy Żydami.

M: Znałaś kogoś spoza żydowskiego świata?

Z: Nie.

M: Nie znałaś Polaków?

Z: Nie. Żyłam z wyboru w getcie, ale miałam tam dużo przywilejów np. mogłam jeździć na kolonie żydowskie TSKŻ. Co roku jeździłam, byłam w Poroninie, w Dziwnowie. Do matury w 1965 roku nie opuściłam żadnych kolonii. Potem poszłam na chemię i już przestałam jeździć.

M: Poszłaś na chemię, bo tata był chemikiem?

Z: Tata skończył siedem lat szkoły i tyle, ale miał wielką głowę , to był geniusz. A poza tym, był w naszej szkole bardzo dowcipny i przystojny chemik – pan profesor Bączkowski.

M: Dzięki tacie i panu Bączkowskiemu…

Z: Moi przywódcy. Zawsze potrzebuję kogoś mieć nad sobą, żeby patrzeć do góry. To dla mnie bardzo ważne.

M: A na ciebie też ktoś tak patrzy.?

Z: Nie, ja tego nie lubię. Wydział Chemiczny – bardzo ciężkie studia, ale byłam ambitna i zacięta. Zaczęłam mieć dobre wyniki i na trzecim roku, po Wojnie Sześciodniowej rozpoczęły się wypadki marcowe. Zawsze chciałam wyjechać do Izraela. Nawet w Leningradzie chciałam, ale nie wolno było.

M: Jako dziesięciolatka chciałaś już wyjechać do Izraela?

Z: Tak, ale wtedy nie ja decydowałam. Tata pojechał na wycieczkę do Izraela w 1965. Znalazł tam kuzyna, został bardzo ciepło przyjęty. Wrócił, a potem wybuchła Wojna Sześciodniowa. We Wrocławiu było bardzo wielu Żydów i chyba wprowadzili godzinę policyjną. Bali się rozruchów, na ulicach była konna policja. Moja wyobraźnia zaczęła działać i byłam pewna, że zaraz zaczną budować getto. Zaczęto mówić, że my jesteśmy piątą kolumną. To było przerażające. A ja już wiedziałam, co nadchodzi po gettach, nie chciałam czekać.

M: Czułaś się Polką?

Z: Nie, absolutnie. Gdy przyjechaliśmy z Leningradu do Warszawy, zobaczyłam pierwszy raz zakonnicę i pomyślałam, że to właśnie znaczy być Polką – znać ich religię. Polska nauczyła mnie kultury, języka, literatury, teatru, muzyki i wszystkiego na najwyższym poziomie. Z koleżanką Rutką chodziłyśmy co tydzień na koncerty, które odbywały się na Politechnice po wykładach.

M: Język, literatura, teatr to nie była część polskiej tożsamości?

Z: Chodziłam z Rutką na przedstawienia i koncerty.

M: Polska wam to dawała.

Z: Dlatego ci mówię, że to właśnie mi dała Polska i to na całe życie. Teatr Grotowskiego nie ma sobie równych w Izraelu. Średnie to jest. Kocham Izrael, ale tutaj jest tyle wulgarności i hucpy. Czuję, że nie jestem stąd, jestem stamtąd.

M: Przed chwilą mówiłaś, że nie jesteś stamtąd. Nie chcesz powiedzieć, że masz w sobie coś polskiego?

Z: Zrozum, po wyjeździe z Polski miałam w sobie bardzo dużo urazy, czułam się bardzo dotknięta i chciałam wykreślić wszystkie wspomnienia.

M: Do kogo?
Z: Do Polski. Do Polaków.

M: To co się stało, że teraz rozmawiamy w twoim mieszkaniu w Tel-Avivie?

Z: Gomułka ogłosił, że Izrael jest państwem wrogim w stosunku do Polski, a my jesteśmy piątą kolumną. Oskarżyli nas o podwójną lojalność. Zerwali stosunki dyplomatyczne. Wojna Sześciodniowa wybuchła w czerwcu 1967, a ja wyjechałam 24 marca 1968.
M: Pamiętasz pożegnanie?
Z: Nie lubię pożegnań, bo nie mogę sobie na to pozwolić. To jest takie rozdzierające i dramatyczne. Tata mówił, że nie patrzy się wstecz. Idź do przodu i się nie oglądaj.

M: Pamiętasz składanie papierów o wyjazd?

Z: Nie, ale pamiętam, że musiałam zrezygnować z polskiego obywatelstwa, żeby mi dali dokument podróży.

M: Masz go jeszcze?

Z: Oczywiście.

M: Dlaczego go trzymasz?

Z: Z Polski mam dwa bardzo ważne i symboliczne dokumenty: indeks i dokument podróży. Na pamiątkę.

M: Jak się dostałaś do Izraela?
Z: Do Wiednia pociągiem, potem Sochnut zawiózł mnie do Schonau, gdzie spędziłam trzy tygodnie i poleciałam do Izraela. Z lotniska odebrali mnie ludzie, którzy okazali się być moją rodziną ze strony taty i mamy. Najlepiej zapamiętałam ciocię Wiesię z Warszawy, która powiedziała mi prorocze zdanie: pamiętaj Zosiu, Izrael to jest piknik na wulkanie.

M: Dziesięć  lat pomieszkałaś w Związku Radzieckim, jedenaście lat w Polsce i znowu wylądowałaś w kolejnym kraju, z nowym językiem do nauczenia.

Z: Wylądowałam w Ulpanie w Arad, koło Ber Szewy. Przyjęli mnie fantastycznie.

M: Miałaś kontakt z rodzicami?
Z: Korespondencyjny, a potem oni przyjechali tutaj, we wrześniu. Tacie zamknięto warsztat, więc wszystko spakował i przywiózł tutaj w całości – ponad dwie tony maszyn. Zajął się recyklingiem. Robił plastikowe rączki do foliowych toreb i izolacje do kabli elektrycznych. Bardzo trudno mu było bez znajomości języka. Straszna izraelska biurokracja i zupełnie inna mentalność.

M: Mieszkałaś z rodzicami?

Z: Już nigdy z nimi nie mieszkałam. Najpierw był akademik w Jerozolimie, a potem życie.

M: Pozwolili ci wywieźć indeks z zaliczonymi pięcioma semestrami?
Z: Nie wiem, czy pozwolili, ale sama go wzięłam. Przyjęli mnie tu na drugi rok, było bardzo ciężko. Wykłady po hebrajsku, podręczniki po angielsku, a ja myślę po polsku.  Dobrze, że wzory chemiczne mają swój język. W półtora roku zrobiłam pierwszy stopień, ale stwierdziłam: co to jest pierwszy stopień? To jest dla laborantki. Muszę mieć drugi stopień z chemii organicznej.

M: Lubiłaś to?

Z: Zawsze sobie myślałam, że jak nie zdam egzaminów, to pójdę studiować historię sztuki, bo to mnie najbardziej ciekawi. Ale nie zawaliłam.

M: Dlaczego to robiłaś? Bo tata, bo pan Buczkowski?

Z: Bo trzeba było zrobić drugi stopień i już. Zrobiłam go w półtora roku, a normalnie się robi w dwa, dwa i pół. A potem poznałam mojego męża, który też był z Warszawy, ale przyjechał tutaj wcześniej, bo był jeszcze bardziej zagorzałym syjonistą niż ja. Poznaliśmy się, gdy był w wojsku. Bardzo mi imponował, ja chyba lubię wojskowych i ich mundury. Robił na mnie wrażenie. Był oficerem w izraelskim wojsku! Zabronił mi mówić po polsku, pewnie dlatego tak dobrze znam hebrajski. Przepisałam mu na maszynie całą pracę doktorską z archeologii. Trzysta stronnic po hebrajsku. To był najlepszy ulpan.

M: Masz dzieci?

Z: No pewnie! Mam dwóch synów. Michał, urodził się w 1973 roku. Imię ma po moim dziadku Michaelu, urodził się w Jerozolimie wtedy kiedy zapala się piątą świeczkę chanukową. Dawid Mojsze urodził się w 1979 w Dniu Niepodległości Państwa Izrael. Więc mam dwóch bardzo świątecznych synów.

M: Mieliście religijny dom?

Z: Nie.

M: Ale świeczki stawiałaś?

Z: Nie, mój mąż był bardzo antyreligijny. Jego rodzice byli komunistami, mimo że jego dziadkowie byli wielkimi rabinami w Buczaczu.

M: Gdzie mieszkaliście?

Z: Piętnaście kilometrów od centrum Jerozolimy, w Gilo, na terenach odzyskanych. Po arabsku się nazywało Beit Dżala, a teraz nazywa się Gilo. Później pojechaliśmy do Londynu na postdoc mojego męża. Tuż przed tym wyjazdem pracowałam w Ministerstwie Zdrowia, w Instytucie Standaryzacji. Tam pierwszy raz zobaczyłam krem.

M: Krem?

Z: Krem w laboratorium. Testowaliśmy krem od Estee Lauder. Chemia kosmetyczna, to jest to, pomyślałam. W Londynie mąż robił postdoc, a ja szukałam pracy. W końcu zostałam zatrudniona w fabryce Heleny Rubinstein. Zostałam kierowniczką laboratorium. Po dwóch latach wróciliśmy do Izraela, mąż dostał pracę w na uniwersytecie w Ber Szewie, urodził się nasz drugi syn Dawid Mojsze, i zaraz potem nastąpił straszny rozwód. To był początek mojej drogi religijnej.

M: Szukałaś oparcia w religii?

Z: Tak. I znalazłam. Muszę ci coś teraz pokazać. To jest zdjęcie, na którym widzisz mojego młodszego syna, który ma dziewięcioro dzieci, ale to dopiero początek.

Mieszkają w Bnei Brak, są chasydami. To jest moje wielkie zwycięstwo. Mówią tylko w jidysz, a dzieci mają bardzo żydowskie imiona: Srulik, Chajele, Surele, Esti, Malki, Chani, Nechumi, Jochi i Leizer. Nazywam go Lejzorek Pierwszy, tak jak Król Maciuś Pierwszy z opowiadania Korczaka. Wszyscy mają po kimś te żydowskie imiona.

M: Rozmawiasz z nimi po hebrajsku?
Z: Staram się mówić po żydowsku, ale oni nie mają do tego cierpliwości.

M: Kolejny twój język, tym razem po to żeby rozmawiać z wnukami.

Z:  Przecież zdawaliśmy maturę z żydowskiego. Jestem jedyną osobą z mojej klasy, która może rozmawiać ze swoimi wnukami w Jidysz. To właśnie jest kontynuacja pokoleń. Dla mnie, jedna z najważniejszych wartości w judaizmie. Ciągłość pokoleń i naszego narodu. Am Israel Hai leNezah Nezahim.

M: Gdybyś została w Polsce…

Z: Toby ich by nie było. Tragedia! Nie ma co nawet nad tym rozmyślać.

M: Wróćmy do twojej religijności.

Z: Moją religijność określiłabym jako poszukiwaniu sensu w tym życiu. Stare-nowe pytania. Jaki to ma cel? Co jest ode mnie wymagane? Do czego mam dążyć? Dlaczego te cierpienia? Z wielu rzeczy musiałam zrezygnować. Całe moje kulturalne życie do tego nie pasowało. Teatry i cała reszta nie pasują do judaizmu.

M: Bardzo radykalnie to brzmi.

Z: Opowiem ci coś. Któregoś dnia przeczytałam, że przyjeżdża do nas balet Bolszoj. Kultura, prawda? Kupuję najdroższe bilety i idę z moją wnuczką na przedstawienie. Najlepsze bilety – pierwszy rząd. Po chwili ona się mnie pyta: dlaczego te tancerki są takie nieskromne i tańczą w  za krótkich spódniczkach. Mówię jej: nie przejmuj się, one są bardzo skromne, to tylko tutaj, tak na scenę si ę ubrały. Na drugi akt zabrałam ją do ostatniego rzędu, żeby tego nie oglądała z bliska. Mówię do niej: nie przejmuj się, one są bardzo skromne. Potem będzie ślub. A ona mi na to: a gdzie chupa?

M: Nie możesz jej pokazywać innego świata, innych ludzi?

Z: Nie zdawałam sobie z tego sprawy. Ale musisz zrozumieć, że to co chasydzkim dzieciom umyka z kultury światowej, nadrabiają kulturą i duchowością judaizmu. Można zmienić spojrzenie na stroje baletnic gdy się zmieni punkt widzenia. Ważne by ludzie to zrozumieli.

M: Chodzisz dzisiaj na balet?

Z: Nie. Chyba, że  w Warszawie z koleżanką.

M: A jak jest różnica?

Z: W Izraelu chodzę na koncerty kantorów.

M: Pamiętasz, o czym rozmawiałaś w trakcie twojego pierwszego szabatu w Bnei Brak?

Z: Zapytałam, gdzie był ten Pan B-G w trakcie Szoah?

M: A jaka jest odpowiedź?

Z: Na to konkretne pytanie, dzisiaj nie znamy odpowiedzi i może nigdy tego się nie dowiemy. Ale rabin w trakcie tamtej sobotniej kolacji powiedział coś, co mnie jeszcze bardziej zszokowało. To co się dzieje dzisiaj w Ameryce, to, że Żydzi odchodzą od swojej tożsamości, od swojej wiary, obrządków, świąt, tworzą mieszane małżeństwa i przyjmują religie innych – to jest anihilacja narodu. I tu wracamy do celu twojej wizyty, do Marca sześćdziesiątego ósmego. Może byś wolał bym ci opowiadała o marcu, ale ja ci opowiem o celu. Mam żydowską rodzinę, zatoczyliśmy koło i jesteśmy z powrotem na swoim miejscu. Jestem Żydówką w inny sposób niż można nią być w Polsce. Nie piszą „żydowskiego pochodzenia” w nawiasie za moim nazwiskiem. Izrael byl slusznym i jedynym wyborem do emigracji z Polski. Moi dzieci i wnukowie nie musza stad wyjezdzac, tak jak Zydzi mieszkajacy w Diasporze.

M: Miałaś tu chwile zwątpienia?

Z: Nigdy. Wyszłam drugi raz za mąż za niezwykłego człowieka. Niesamowity człowiek z niesamowitą historią.  W czasie wojny ukrywał go w Rzymie kardynał i z jego polecenia pracował przez dwa lata watykańskiej Bibliotece Lanciziano. Do końca wojny tłumaczył im święte księgi z hebrajskiego i aramejskiego na włoski i angielski

M: Udało nam się porozmawiać mimo twoich twardych warunków.

Z: Że nie jesteś komunistą, nie jesteś antysemitą i nie jesteś antysyjonistą. No i że nie jesteś antyreligijny.

M: Mimo, że nie jestem religijny.

Z: Bądź kim chcesz, ale ja chcę, żeby moje opinie były zapisane. Ludzie tęsknią za dawnymi czasami. Jedna moja koleżanka powiedziała: nie ma już tego żydostwa, tych sztetlów, wszystko zostało spalone. A właśnie, że nie ma racji. To wszystko do dzisiaj istnieje, tylko niektórzy nie chcą tego widzieć. Opłakujecie, że nie ma sztetlów i nie ma rabinów i nie ma pejsatych i tak dalej?

Wtedy już koniec rozmowy nadchodzi, bo my lubimy opłakiwać, celebrować żałoby i chodzić w marszach żałobnych. W moim życiu jest zwycięstwo, kontynuacja. Jesteśmy częścią Wieczności. Nasza rozmowa powinna nosić tytuł „My Żydzi Polscy – powrót do korzeni”.

Przyslala Zosia Braun

 

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: