Światło

Zenon Rogala

 


Czasu było niewiele i walka rozpoczynała się natychmiast jak tylko Bochenek zrzucił tornister z ramion. Jego przeciwnika, Andrzeja znałem, bo chodził do jednej klasy z Marianem, moim starszym bratem. Czasami przychodził do nas, i coś tam szeptali w kącie. Oni wymyślili, żeby dla zaszyfrowania swoich nazwisk i pełnej konspiracji po prostu wymawiać je zaczynając od końca. I tak  Cziwodębał to wiadomo, że Łabędowicz.

Walka odbyła się w pomieszczeniu toalety, do której wchodziło się bezpośrednio z placu szkolnego. Był to obszerny, wolnostojący barak. Jak przystało na czynność intymną, walka była chroniona obstawą, stojącą przed wejściem, aby w porę ostrzec walczących i kibiców w razie zagrożenia zbliżającym się belfrem.

Widać było, że Bochenek jest silniejszy, bo natarł od razu z impetem. Zwarli się ze sobą na środku pomieszczenia ubikacji między licznymi drzwiami do kabin, z jednej strony, a rowkiem ściekowym biegnącym wzdłuż posadzki tuż przy dolnej krawędzi przeciwległej ściany. Najważniejsze było kto pierwszy upadnie. Łabędowicz  próbował odskakiwać, ale potknął się o jakieś nierówności i los pojedynku był przesądzony. Bochenek usiadł na jego piersiach i walił na oślep. Wiedział, że taka okazja już może mu się nie powtórzyć.

W szczelinach między plecami starszych, którzy byli najbliżej walczących, zobaczyłem krew na twarzy Andrzeja. Był cały czerwony, bo próbował ścierać, przez co krew rozprowadził po całej twarzy. Było po walce. Bochenek, czyli dla wtajemniczonych Kenechob, wybiegł z pomieszczenia, a za nim jego sekundanci i ten co nosił jego tornister.

Cziwodębał zbierał się z posadzki, ale całe jego ubranie i jak na złość jasna kurtka, powalana była na plecach błotem naniesionym przez nas na butach, a na przedzie kurtki krwawymi plamami, dowodami klęski.

Po lekcjach zawsze staraliśmy się wychodzić razem. Przede wszystkim dlatego, że szliśmy w jednym kierunku.  W powrotnej drodze kończyły się szkolne problemy, a zaczynały o wiele ważniejsze. Zdarzało się, dość często, że tuż po wyjściu odbywały się walki pomiędzy zwaśnionymi kolegami, jak ta wygrana przez Bochenka. Bywało też, że na pobliskim cmentarzu zbieraliśmy lśniące i połyskujące tłuszczem kasztany z szarą, matową plamką na każdym. Niektóre należało wyjąć z puchowej otuliny, chronionej przez niegroźne już kolce.

Najbardziej jednak lubiliśmy chodzić na górę Łysą, choć jej gęsto zalesiony  wierzchołek wyraźnie przeczył tej nazwie. Nigdy nie zdołaliśmy ustalić kto tak przewrotnie nazwał tę górę.

Gęstwina leśna nie była nam straszna. Wycięcie gałęzi w lesie świerkowym, który posadzono w równym szyku, nie było wcale takie trudne. Drzewa posadzono w jednakowej odległości od siebie, tak jakby na planie zeszytu w kratkę, posadzić drzewka tam gdzie krzyżują się linię. Korytarze powstałe w wyniku obcięcia gałęzi do pewnej wysokości tworzyły tunele umożliwiające szybkie przemieszczanie się, po odpowiednio oznakowanej trasie w leśnej gęstwinie. Dzięki temu właściwie byliśmy nieuchwytni, a konspiracja wiele razy okazywała się bardzo przydatna. Tajne ścieżki wiodły w głąb lasu i tam na szerokiej polanie spotykaliśmy się w celu odbywania wojennych narad.

Kaziu Lasota, mój najlepszy kolega, którego ojciec jeszcze nie tak dawno gromił szkopów był, tak jak jego ojciec zdania, że już niedługo rozpocznie się trzecia wojna światowa. Nasi za granicą już zbierają siły i wreszcie ruszą na Rosję, żeby zrobić porządek. Wtedy generał Anders przyjedzie na białym koniu i nie pozwoli, żeby Ruscy zrobili z Polski siedemnastą republikę. Sagan, nie miał politycznego oparcia w swoim ojcu, który jako malarz pokojowy, każdy ciężko zarobiony przez siebie grosz lekkomyślnie i skwapliwie przepijał. Widać, że nie miał poglądów politycznych, które Sagan mógłby głosić wśród nas. Dlatego w chwilach ciężkiej próby Sagan wyjmował z kieszonki zapinanej przezornie na guzik, poskręcanego papierosa i zapałał go dumnie.

W moim domu instrukcja była krótka i rzeczowa. Kiedy rozmowa schodzić będzie na tematy polityczno – społeczne, mama podpowiadała jak mam mówić,  

– Nic nie wiesz, nic nie słyszałeś, nic nie widziałeś i nic nie pamiętasz, radia w domu nie mamy.

Ojciec jednak co wieczór wyjmował ebonitowego Pioniera z szafy spod sterty ubrań i z uchem przy płóciennym okienku potrafił przesiedzieć pół nocy.

Dzisiaj los był dla nas łaskawy. Kaziu, zanim weszliśmy do naszej kryjówki, natknął się na wiszącą na gałęzi broszurkę gęsto zadrukowaną, maleńkimi literkami. Po prostu zapisanych drobnym maczkiem kilkanaście stron. Książek, broszurek różnej maści, zapisanych zeszytów, mieliśmy na co dzień dość. Z początku w ogóle nas ta porzucona przez kogoś zdobycz nie zainteresowała.

Kiedy już siedzieliśmy w wojennym kręgu naszego sztabu wojskowego w samym sercu leśnego matecznika, Sagan okazał się najbardziej ciekawskim. Przede wszystkim zwrócił uwagę, że papier tej książeczki był niespotykanej cienkości. Był tak cienki, jak strony w brewiarzu księdza Krzemińskiego, który niekiedy prosił któregoś z nas, żeby mu przynieść z zakrystii ten jego osobisty modlitewnik. Kiedyś zajrzałem w głąb łacińskiego tekstu, przekartkowałem i stwierdziłem, że cienkość stron była zadziwiająca. Teraz takie cieniusieńkie kartki składały się na tę kilkunastostronicową broszurkę.

Na pierwszej, równie cieniutkiej jak pozostałe strony, zamieszczono tytuł znacznie większymi literami „Za kulisami Bezpieki i Partii”. To już wydawało się podejrzane. Owszem czuliśmy, że w naszym kraju dzieje się coś nie tak. Ale jak dotąd ciągle się o tym tylko mówiło. Raz, i muszę to przyznać z dumą, kiedy wracałem przez nieoświetlony zaułek obok ulicy Karola Miarki, całkiem świadomie i gotowy na poniesienie konsekwencji napisałem po ciemku szkolną kredą na murze, Precz ze Stalinem. Kiedy nazajutrz chciałem napawać się dumą z bohaterskiego czynu, okazało się, że z wzniosłego hasła została tylko nieczytelna bazgranina.

Ale teraz w lesie trzymamy w rękach zadrukowanych wiele stron wywrotowych tekstów. Już to było niebezpieczne, bo taki dowód rzeczowy mógł sprowadzić nie lada kłopoty. W dodatku Sagan, który wykazał największe zainteresowanie tą porzuconą, w lesie drukowaną broszurką zainteresował się jej treścią na dobre.

– O, posłuchajcie panowie oficerowie, tego ostrzeżenia – Sagan streszczał przeczytany fragment.

– „Kto wejdzie w posiadanie tego dokumentu musi liczyć się z konsekwencjami, trzyma bowiem materiał groźny jak odbezpieczony granat ręczny. Broszurki tej nie wolno przekazywać osobom niepewnym, podejrzanym ideowo. Przekazywać go można jedynie osobom zaufanym i sprawdzonym. A przechowywać  w tajnych i sprawdzonych skrytkach.”

Powiało grozą, sytuacja międzynarodowa od dzisiaj zaczynie nabierać tempa. Najtrudniej było nam zrozumieć, że w takich gęstwinach leśnych ktoś zgubił, albo podrzucił nam taki niebezpieczny zeszycik. Może teraz będzie nas śledził, żeby przekonać się który z nas jest wrogiem ludu. W czasie rozmów ojca z jego znajomymi dochodziły mnie słuchy o nocnych aresztowaniach, biciu w czasie przesłuchań na UB, a także tajemniczych zniknięciach największych zwolenników wybuchu trzeciej wojny światowej.

Nie było innego wyjścia. Dla całkowitej konspiracji przyjęliśmy na czas przygotowań do wybuchu wojny swoje konspiracyjne pseudonimy. Kaziu Lasota od dzisiaj będzie nosił pseudonim Atosal, Sagan jak łatwo sprawdzić będzie Nagas, a ja ponieważ zobowiązałem się do wyniesienia tego odbezpieczonego granatu z lasu do domu, wymagałem szczególnej konspiracji i przybrałem pseudonim podwójnie zakonspirowany Ateop.

Zanim włożyłem te prawie przeźroczyste kartki w miejsce gdzie wydawały mi się najbezpieczniejsze, czyli w spodenki gimnastyczne, aby w razie zagrożenia usiąść na nich jak gdyby nigdy nic, zobaczyłem nazwisko autora tych drukowanych rewelacji.

– Panowie oficerowie, – zawołałem.

– Od dzisiaj naszym konspiracyjnym wodzem jest Józef Światło,

pseudonim Ołtaiwś.

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: