• Wbrew dotychczasowej polityce elit weimarskich Polska miała być istotnym sojusznikiem w planach nazistów
  • W sprawie Gdańska Polska chciała zachowania terytorialnego status quo, Hitler zaś nie rozumiał sprzeciwu Warszawy
  • Istnieją przesłanki pozwalające stwierdzić, że ofertę niemiecką Beck uważał za blef, nie mamy jednak pewności z uwagi na brak źródeł
  • Wojna w 1939 r. wybuchłaby tak czy inaczej, a gra toczyła się o to, po której stronie znajdzie się Polska

Tomasz Czapla: Nie tylko do tanga, ale również do politycznego sojuszu potrzeba chęci dwojga. Ze strony Adolfa Hitlera z pewnością ich nie brakowało – jego zabiegi o pozyskanie Polski dla planów wspólnej agresji przeciw ZSRR trwały ponad 8 lat. Rozpoczęły się jeszcze w 1930 r., gdy przywódca NSDAP mógł tylko marzyć o kanclerstwie.

Krzysztof Rak: Kontakty wysłanników Hitlera z przedstawicielami polskiej administracji przed dojściem nazistów do władzy miały charakter wybitnie poufny i prywatny. Postawa Polaków nie powinna dziwić, zwłaszcza jeśli uwzględnimy osobowość Józefa Piłsudskiego – starego konspiratora, który w relacjach dyplomatycznych często posługiwał się wysłannikami spoza MSZ. Marszałek stosował wobec zawodowych dyplomatów zasadę ograniczonego zaufania. Widać to nie tylko w kontaktach z Niemcami, ale też np. z Francją. Wspomnę tylko o misji Ludwika Morstina, wysłanego nad Sekwanę w 1933 r., aby wybadać stanowisko sojusznika wobec ewentualnego konfliktu polsko-niemieckiego.

Ze źródeł wynika, że to narodowi socjaliści zabiegali o kontakt z sanacją. Już od 1930 r. próbowali dotrzeć do otoczenia Piłsudskiego i w marcu 1931 r. doszło do rozmowy Aleksandra Ładosia z Ernstem Röhmem. Osoby absolutnie nieprzypadkowe. Z jednej strony do stołu siadł polski konsul generalny w Monachium, z drugiej – szef sztabu SA. Röhm tłumaczył wówczas, że Polski i Niemiec nic tak nie zjednoczy jak wspólny wróg – Związek Radziecki. Antypolskie tyrady nazistów na wiecach partyjnych są zaś spowodowane jedynie taktyką wyborczą – gdyby Hitler ogłosił publicznie, że chce zgody z Polską, naziści nie mieliby czego szukać w Reichstagu. Już wtedy padła propozycja stworzenia polsko-niemieckiego frontu przeciw ZSRR, na razie dyplomatycznego.

W kontekście ostrego kursu wobec Rzeczpospolitej, kontynuowanego przez kolejne rządy Republiki Weimarskiej, można stwierdzić, że naziści spadli nam jak z nieba. Za przykład niemieckiego rewizjonizmu można podać memoriał sekretarza stanu, Bernharda von Bülowa, z początku lat 30. Wprost pada tam sugestia rozbioru Polski. Na dodatek Francuzi zaczęli nieoficjalnie opowiadać się za zwrotem Pomorza Niemcom. Groził nam podział państwa?

Ostatnie lata Republiki Weimarskiej to czas odprężenia w relacjach francusko-niemieckich, w czym niebagatelną rolę odegrał Wielki Kryzys. Wprawdzie doprowadził on Republikę Weimarską na skraj katastrofy gospodarczej i finansowej, ale z drugiej strony dał Niemcom argumenty na rzecz zawieszenia spłaty reparacji wojennych oraz rewizji swojej wschodniej granicy. Na dyplomatycznym horyzoncie zaczęło się rysować porozumienie Paryża i Berlina, które byłoby dla Rzeczpospolitej bardzo niekorzystne. Stracilibyśmy wówczas nie tylko francuskie poparcie dla Pomorza Gdańskiego, Wielkopolski i Górnego Śląska jako polskich ziem, ale rozluźnieniu uległyby też nasze militarne więzi z Francją. Dojście Hitlera do władzy uniemożliwiło taki rozwój wypadków.

Nowy kanclerz Niemiec odrzucił politykę Rapallo i Locarno, poświęcając pierwsze trzy lata swojego kanclerstwa na budowanie z Polską antyradzieckiego sojuszu. Musiał jednak przełamywać silny wewnętrzny opór, stawiany przez urzędników niemieckiego MSZ.

Ocieplenie między Berlinem a Warszawą następowało stopniowo. Decydująca okazała się rozmowa Hitlera z posłem RP, Józefem Lipskim, w listopadzie 1933 r. Dwa miesiące później zawarto polsko-niemiecką deklarację o nieagresji, która prawnie nie wnosiła do wzajemnych relacji niczego nowego. Politycznie stanowiła jednak sensację – Niemcy oficjalnie zerwały z dotychczasowym antypolonizmem. Na taki stan rzeczy z niepokojem patrzyli niemieccy dyplomaci, którym porozumienie ze wschodnim sąsiadem jawiło się jako zdrada narodowych interesów. Ich negatywne podejście do Polski brało się również z faktu, że zbliżenie na linii Berlin-Warszawa oznaczało ochłodzenie stosunków z Moskwą. Lata 1933-1934 to, nie waham się podkreślić, nieustana batalia między Führerem a jego dyplomatami o zerwanie lub kontynuowanie współpracy z ZSRR.

Ostatecznie Hitler nie tylko zerwał tę współpracę, ale otwarcie zaczął zapraszać Polaków do udziału we „wschodniej krucjacie”. W jego imieniu ofertę, już nie dyplomatycznego, a militarnego, sojuszu i wspólnego ataku na Sowietów przedstawił nam Hermann Göring w styczniu 1935 r. Najpierw Lipskiemu (już ambasadorowi), potem samemu Piłsudskiemu. Jak brzmiała odpowiedź Warszawy?

Zanim wysłannicy Führera zaproponowali władzom sanacyjnym antyradzieckie przymierze wojskowe, przez kilka miesięcy trwało kokietowanie Polski. Zapewniano nas, że jesteśmy bastionem chroniącym Europę przed bolszewickim barbarzyństwem, padały aluzje do wiktorii wiedeńskiej itd. Tymczasem już w grudniu 1933 r Piłsudski w rozmowie z prezydentem gdańskiego Senatu, Hermannem Rauschningiem, stwierdził, że handel Ukrainą go nie interesuje. Powiedział to sam z siebie i te słowa powtórzył w rozmowie z Göringiem, który chciał poruszyć kwestię militarnej współpracy przeciw Związkowi Radzieckiemu. Po śmierci Marszałka polskie stanowisko pozostało niezmienne i Hitler przekonał się o tym osobiście w rozmowie z Józefem Beckiem (w lipcu 1935 r. – przyp. red.). Mimo to do marca 1939 r. liczył, że Wojsko Polskie pójdzie ramię w ramię z Wehrmachtem na Moskwę.

Na przeszkodzie aliansu stała nie tylko niezgoda Polski na „krucjatę”, ale również kwestia gdańska. Choć chowana pod sukno, co jakiś czas wysuwała się na plan pierwszy – np. w 1935 r., gdy Senat Wolnego Miasta wprowadził ograniczenie handlu dewizami. Był to krok uderzający w polskich przemysłowców, ale Hitler w żaden sposób się temu nie sprzeciwił. Dlaczego?

Gdańsk był problemem w relacjach dwustronnych już od początku lat 20., gdy zyskał status Wolnego Miasta. Z dzisiejszej perspektywy widać, że takie rozwiązanie nie przyniosło ani Polsce, ani Niemcom, ani Europie niczego dobrego. Jeśli chodzi o Hitlera, to od początku swoich rządów nie zamierzał w sprawie Gdańska iść na kompromis. Zakładał, że w perspektywie kilku lat miasto powróci do Rzeszy, a Polska nie będzie się o nie targować. W końcu, czym jest Gdańsk, jeśli wystarczy jedno „tak”, a przed Polakami staną otworem ogromne przestrzenie Ukrainy? Führer nie rozumiał, że dla Becka, Mościckiego i Śmigłego-Rydza priorytetem jest ułożenie relacji z Berlinem przy zachowaniu terytorialnego status quo, a atak na ZSRR nie wchodzi w grę. Dla nazistów Gdańsk był marginalnym aspektem stosunków niemiecko-polskich, dla sanacji – wręcz przeciwnie. Istna kwadratura koła, której w moim przekonaniu nie dałoby się w ówczesnych warunkach rozwiązać.

Zwolennicy tezy, że Hitler traktował zbliżenie z Polską jedynie jako krok taktyczny, podkreślają rasistowski charakter nazizmu. Zgodnie z nim Słowianie, w tym Polacy, byli untermenschen (podludźmi), a z takimi nie sposób wchodzić w sojusze, w dodatku militarne. Z Pańskiej książki wynika natomiast, że gdyby doszło do polsko-niemieckiej współpracy, znalazłoby się dla niej „rasowe” uzasadnienie.

O Prasłowianach jako nordykach pisał nie byle kto, bo Hans Günther – jeden z twórców nazistowskiej ideologii rasowej, zwany „papieżem rasy”. Cytuję m.in. jego książkę Nauka o rasie narodu niemieckiego, wydaną po raz pierwszy w 1922 r. – z niej wyraźnie wynika, że między Prasłowianami i Germanami istnieje powinowactwo rasowe. Prawdopodobnie Hitler także skłaniał się ku temu stanowisku. Pośrednio świadczy o tym jego księgozbiór. W swojej prywatnej bibliotece posiadał aż cztery egzemplarze Nauki o rasie…, a prace Günthera polecał członkom NSDAP. Poza tym od wieków polityczne interesy przeważają nad ideologiami – gdybyśmy sprzymierzyli się z III Rzeszą, to w nazistowskiej propagandzie zostalibyśmy uznani za nordyków z dziada pradziada. Nie bez powodu Göringowi przypisuje się słowa: „O tym, kto w jest Żydem, decyduję ja!”.

Tymczasem nadszedł rok 1938, który upłynął w Europie pod znakiem kryzysu czechosłowackiego. Polska i Rzesza współpracowały dyplomatycznie na rzecz podziału swojego sąsiada, uzgadniano nawet koordynację działań militarnych przeciw Czechosłowacji. Beck chyba posunął się stanowczo za daleko we współdziałaniu z Hitlerem?

O niemiecko-polskiej agresji przeciw Czechom nie ma mowy. Dyplomaci obu krajów próbowali uzgadniać nie tyle akcje militarną, co strefy wpływów po zajęciu przez Wehrmacht Kraju Sudeckiego. Postawa Becka? Polski minister skorzystał ze sprzyjających okoliczności. Czechosłowacja, wobec nacisków Rzeszy i de facto kapitulacji Francji, została postawiona pod ścianą. Wobec tego Beck postanowił po prostu wymusić na sąsiedzie zwrot Zaolzia, które Polska utraciła w 1919 r. Tyle że była to krótkowzroczna taktyka, która skutkowała zarzuceniem polskiej strategii dyplomatycznej – polityki równowagi. Warszawa weszła w 1938 r. de facto w sojusz z Berlinem i to, że miał on charakter tymczasowy, nie miało znaczenia. Dla Zachodu staliśmy się, jak określił to Churchill, „hieną”, a Hitler zyskał przekonanie, że polska zgoda na udział w „krucjacie” to tylko kwestia czasu.

Wychodząc z takiego założenia, Führer za pośrednictwem von Ribbentropa przedstawił Polsce propozycję „generalnych porządków”. Część jej punktów, jak włączenie Gdańska do Rzeszy lub eksterytorialna autostrada przez Pomorze, nie była nowa. Pojawiły się zaś postulaty dołączenia Rzeczpospolitej do paktu antykominternowskiego i konsultowania przez Warszawę polityki zagranicznej z Berlinem.

Jak Pan wspomniał, o Gdańsku w granicach Rzeszy mówił już w październiku 1937 r. poprzednik Ribbentropa, Konstantin von Neurath. Kwestia

„korytarza przez korytarz” wybrzmiała zaś podczas spotkania Göringa i Rydza-Śmigłego kilka miesięcy wcześniej. Jaka była reakcja Becka na te i inne „sugestie”? Zadziwiająca – minister początkowo nie tylko nie poinformował kierownictwa państwa o „generalnych porządkach”, ale zataił to nawet przed współpracownikami z MSZ. Polecił ambasadorowi Lipskiemu grać na zwłokę, ale ta taktyka okazała się bezskuteczna – w styczniu 1939 r. Hitler powtórzył ofertę, tym razem osobiście i wobec Becka. Przez kolejne 3 miesiące między krajami trwało dyplomatyczne przeciąganie liny – Niemcy proponowali swoje rozwiązania, Polacy swoje.

15 marca 1939 – to według mnie decydująca data dla dalszego rozwoju stosunków między Rzeczpospolitą a Rzeszą. Wehrmacht wkroczył wówczas na teren Czech, mimo że Czesi zgodzili się wcześniej na oddanie Sudetenlandu i poprowadzenie przez swoje terytorium eksterytorialnej autostrady (łączącej Wrocław i Wiedeń). Z uwagi na to wydarzenie Beck miał chyba prawo zakładać, że oferta Hitlera to blef, a tak naprawdę Niemcy szykują nam wariant „czechosłowacki”: sporny teren (Wolne Miasto Gdańsk) posłuży jako baza wypadowa do ataku na sąsiada, a we wschodnich województwach RP zostanie wywołana rebelia mniejszości narodowej (ukraińskiej). Z tej perspektywy odrzucenie żądań Führera jest racjonalne.

Niestety, nie dysponujemy źródłami, które przesądziłyby, jak polskie władze, zwłaszcza Beck, kalkulowały w pierwszych miesiącach 1939 r. O ile możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa rekonstruować tok myślenia Hitlera, o tyle w przypadku szefa polskiej dyplomacji jesteśmy często bezradni. Przywołam sytuację ze stycznia, gdy Beck wraca do Polski po wizycie w Niemczech i rozmowie z wodzem III Rzeszy. Choć w historiografii utrwaliła się informacja, że spotkał się wówczas na Zamku Królewskim z najważniejszymi polskimi politykami (Mościckim, Rydzem-Śmigłym, Eugeniuszem Kwiatkowskim i Sławojem Składkowskim – przyp. red.), nie mamy takiej pewności. Opieramy się tylko na wspomnieniach Becka, a to trochę za mało. Takich znaków zapytania jest więcej i nie jestem w stanie stwierdzić, czy Pańska sugestia dotycząca Becka ma pokrycie w historii.

Ostatnia dekada miesiąca to czas, gdy historia w Europie znowu przyspiesza. 21 marca Ribbentrop ponawia w rozmowie z Lipskim żądania, 23 marca Rzesza anektuje Kłajpedę, a dwa dni później Hitler informuje Waltera von Brauchitscha (głównodowodzącego wojsk lądowych – przyp. red.), że trzeba brać pod uwagę agresję na Polskę i jej podział. Z drugiej strony stwierdza Pan, że wtedy jeszcze Niemcy nie przewidywali szybkiego zerwania z Rzeczpospolitą.

Polska z racji swojego położenia geograficznego odgrywała kluczową rolę w hitlerowskich planach zdobycia przestrzeni życiowej na Wschodzie. Jako sojusznik miała najpierw biernie się przyglądać atakowi Rzeszy na Francję, a później stać się współuczestnikiem ofensywy przeciw ZSRR. W styczniu 1939 r. do Hitlera dotarło jednak, że Polacy nie palą się do bycia krzyżowcami XX w. – od tej pory musiał uwzględniać rozprawę zbrojną z Rzeczpospolitą na wypadek odrzucenia swojej oferty.

W każdym razie na przełomie marca i kwietnia Niemcy byli przekonani, że Polska nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, a kolejne odmowy to tylko taktyka negocjacyjna. Wydaje się, że dopiero przyjęcie przez Becka brytyjskich gwarancji (naszej niepodległości) i ich odwzajemnienie sprawiło, że Hitler zdecydował o uderzeniu na Warszawę. Czy szef naszej dyplomacji mógł postąpić inaczej – przewlekać negocjacje dotyczące „generalnych porządków” bądź nie odpowiadać na brytyjskie gwarancje polskimi? Pewnie tak, ale nie sądzę, żebyśmy w jakikolwiek sposób mogli zapobiec wojnie z Rzeszą i militarnej klęsce.

Na rzecz Becka dodałbym jeszcze jeden argument. Minister nie miał prawa wiedzieć, że Wehrmacht będzie prowadził tak brutalną wojnę z Polską, że Hitler nakaże, aby „oddziały bez żadnej litości i współczucia wysyłały na śmierć mężczyzn, kobiety i dzieci polskiego pochodzenia”. Nie był w stanie przewidzieć, że niemiecka okupacja Rzeczpospolitej przyniesie śmierć kilku milionom polskich obywateli.

Polska, która odrodziła się po 123 latach zaborów, była zacofana gospodarczo i targana konfliktami społecznymi i narodowościowymi, miała ograniczone pole manewru. Znajdowaliśmy się przecież między dwoma totalitarnymi mocarstwami, z których każde dążyło do panowania nad światem. Między krajami, które odrzuciły politykę dyplomatycznych rokowań w imię budowania własnej potęgi, a jeśli trzeba – z rozlewem hektolitrów krwi. Trudno mi sobie wyobrazić gorsze położenie geopolityczne i muszę podkreślić, że tak czy inaczej nie uniknęlibyśmy w 1939 r. udziału w wojnie. Warto o tym wszystkim pamiętać, gdy po latach ocenia się politykę Becka i myśli w sposób zero-jedynkowy.


https://wiadomosci.onet.pl/kraj/iii-rzesza-i-ii-rp-sojusz-ktory-nie-mial-prawa-dojsc-do-skutku/4w20w4r