Uncategorized

 Gdy opuszczasz świat ortodoksyjnych Żydów, musisz wiedzieć, że odchodzisz na zawsze

Deborah Feldman, autorka 'Unorthodox’: Nie dostałam wsparcia od innych kobiet w rodzinie. Czułam się przez zdradzona (Archiwum prywatne)

 

 


Znam osoby, które po odejściu z chasydzkiej społeczności próbowały kontaktować się ze swoimi rodzinami i ciężko to znosiły. Dlatego gdy sama odchodziłam, wiedziałam, że muszę odciąć się od niej całkowicie. Inaczej nigdy nie zaczęłabym życia od nowa. Rozmowa z Deborah Feldman, autorką bestsellera „Unorthodox”, na podstawie którego powstał serial pod tym samym tytułem. Premiera 26 marca na Netflixie.

 

Paula Szewczyk: „Czy da się naprawdę opuścić miejsce, z którego wyszliśmy? Czy lepiej zostać tam, gdzie się przynależy, czy nadaremnie próbować znaleźć sobie miejsce gdzie indziej?” – pytałaś prawie dekadę temu w książce „Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów”. Co odpowiedziałabyś dzisiaj, gdy na Netflixie premierę ma właśnie serial stworzony na podstawie twojej historii?

Deborah Feldman: Pewnie dla każdego odpowiedź na to pytanie będzie inna. Chodzi w nim o napięcie między dwoma podstawowymi wartościami: wolnością a poczuciem bezpieczeństwa. Co czyni je właściwie na całym świecie pytaniem wciąż bardzo aktualnym: za jaką cenę jestem w stanie zrezygnować z wolności, żeby żyć w poczuciu bezpieczeństwa, i odwrotnie: czy moja wolność jest bardziej istotna od bezpieczeństwa.

Dla mnie zawsze było jasne, że to wolność liczy się najbardziej, chociaż, jak wszyscy, chciałam czuć się bezpiecznie. Kiedy zostawiałam chasydzką społeczność Satmar w nowojorskim Williamsburgu, byłam świadoma, że przynajmniej na jakiś czas to poczucie bezpieczeństwa utracę. Zdawałam sobie sprawę z konsekwencji tej decyzji, ale mimo to podjęłam ryzyko i odeszłam od rodziny, bo wiedziałam, że to, co dostanę w zamian, jest tego warte.

Wiem, że wiele osób ma zupełnie przeciwne zdanie i wybierze potrzebę bezpieczeństwa, chęć przynależenia do wspólnoty i lokalnej społeczności. Swoją drogą to, o czym mówię, dobrze pokazuje epidemia koronawirusa w Nowym Jorku, gdzie wśród chasydzkiej społeczności zakażenia dotykają wielu rodzin, właśnie dlatego że postanowiły, mimo kryzysu, że będą się trzymać razem. To ich świadomy wybór, by się nie rozdzielać.

Potrzeba bycia w tym problemie wspólnie jest silniejsza niż pozostanie zdrowym jako jednostka.

To kwestia wyborów i priorytetów.

Pamiętasz, co wtedy dla ciebie liczyło się najbardziej?

Mówiąc najogólniej, chciałam po prostu móc sama o sobie decydować, ale pewność, że chcę odejść, pojawiła się tak naprawdę, gdy urodziłam syna. Zrozumiałam, że jestem na to gotowa, gdy dotarło do mnie, że z jeden strony jako matka będę odpowiedzialna za życie drugiego człowieka, a z drugiej w zasadzie o niczym w jego życiu tak naprawdę nie będę mogła zadecydować. Nawet mimo faktu, że przecież to ja sprowadziłam go na świat! Jak to, miałam pozostać bierna, nie miałam mieć głosu w decydowaniu o tym, jak go wychowywać? Zastanawiałam się nad tym głęboko i doszłam do wniosku, że nie chcę tak żyć. Chodziło przecież o moje dziecko.

Kiedy odeszłam, kiedy byłam wreszcie wolna, mogłam zastanowić się, co dalej, co jest dla mnie ważne. Miałam 24 lata i pierwszy raz mogłam realnie zadać sobie te pytania, zdecydować, czego chcę od życia.

Twój syn to rozumie?

Mój syn ma dziś 14 lat i pod wieloma względami jest bardzo niezależnym młodym mężczyzną. Jemu zresztą od początku dawałam możliwość podejmowania samodzielnych decyzji, o wielu rzeczach decydowaliśmy wspólnie. To, że dziś możemy myśleć o tym, gdzie zamieszkać, do jakiej będzie chodził szkoły, kto będzie jego przyjacielem czy jakie ma hobby, jest konsekwencją tego, że wiele lat temu zdecydowałam się odejść z tamtego świata. Wiem, że dla niektórych takie rzeczy jak wybór szkoły dla dziecka to kwestia obowiązku i nic w tym ekscytującego.

Ale dla mnie to niesamowita wolność wyboru, której bez porzucenia poprzedniego życia nigdy bym nie miała.

Wciąż czasem łapię się na tym, jakie to szczęście, że sama mogę wybrać dla siebie pracę, osobę, z którą chcę się spotykać, ludzi, z którymi chcę się przyjaźnić. Mogłam nigdy nie wiedzieć, jak to jest, gdy dla tylu osób na świecie to przecież wybory oczywiste.

Nie żałowałaś nigdy, że opisałaś swoje życie w „Unorthodox” z wieloma intymnymi szczegółami, a przy tym życie wielu innych członków twojej rodziny?

Nie ma takiej decyzji na świecie, która przynosiłaby tylko korzyści, każda ma swoje dobre i złe strony, jak i nie pozostaje bez konsekwencji. Od początku byłam ich świadoma, wiedziałam, jaka będzie cena mojego odejścia ze społeczności, nie opuściłam jej impulsywnie czy pod wpływem chwili. Długo do tego dojrzewałam i nigdy nie żałowałam.

Fakt, że gdy książka została opublikowana w Stanach Zjednoczonych, moja rodzina była wściekła. To, co społeczność uznawała za święte i co powinno jej zdaniem pozostać tajemnicą, zostało upublicznione. Reakcje były różne, łącznie z gniewem czy groźbami wobec mnie. Ale i na to byłam przygotowana, bo znałam historie osób, które w przeszłości podjęły decyzję o odejściu.

Jesteś dziś ze rodziną w kontakcie?

Nie, odkąd wyjechałam z Ameryki, w ogóle nie mam kontaktu z moją rodziną ani ze swoją społecznością.

A rodzicami?

Z matką, która zresztą pierwsza opuściła Satmar, kiedy byłam małą dziewczynką, jesteśmy czasem w kontakcie, z ojcem nigdy już się nie kontaktowałam. Po części był to mój wybór, po części nie miałam innego. Zwykle po odejściu społeczność cię odrzuca i nie masz już dłużej do jej świata wstępu, a w moim przypadku szczególnie, bo napisałam przecież o tym książkę.

Dlatego zwykle, kiedy odchodzisz, musisz wiedzieć, że na zawsze.

Choć z drugiej strony tak jest lepiej. Znam osoby, które próbowały kontaktować się ze swoimi rodzinami już po tym, jak je porzuciły, i wiem, że ponosiły tego psychiczne konsekwencje, znajdowały się w pewnym rozdarciu pomiędzy dwoma światami. Stary próbował je przekonać do powrotu, hamował przed zmianami, a przez to nie dało się zacząć życia w tym nowym.

Wiedziałam, że jeśli chcę ruszyć do przodu, muszę odciąć się całkowicie, więc zatrzasnęłam za sobą te drzwi.

Tęsknisz czasem?

Myślę, że to trochę bardziej skomplikowane. Tęsknię bardzo za swoją babcią, która już gdy odchodziłam, cierpiała na demencję i do końca mnie nie rozpoznawała. Z pozostałymi członkami swojej rodziny nigdy nie byłam tak blisko, a odkąd zaczęłam nawiązywać znajomości z osobami wtedy ze świata zewnętrznego, były dla mnie w tamtym czasie dużo większym wsparciem niż moja własna rodzina. W tym sensie, porzucenie jej i odcięcie się nie było zbyt wysoką ceną do zapłaty.

Dlatego opuściłaś Nowy Jork?

Tak, po prostu nie czułam się tam już dłużej komfortowo. Żyłam z poczuciem, że nieoczekiwanie mogę spotkać kogoś ze swojej rodziny i społeczności za rogiem. To też utrudniałoby mi zaczęcie życia od nowa. Zresztą po publikacji „Unorthodox” stałam się osobą rozpoznawalną, nie miałam już prywatności, ciężej było mi ukryć się w tłumie i żyć anonimowo. Czułam, że potrzebuję dla siebie jednak trochę więcej przestrzeni.

Jak trafiłaś do Berlina?

To miasto pełne ludzi, którzy skądś uciekają. Jeden właśnie tu trafia, drugi stąd znika. Berlin jest żywym organizmem, codziennie się zmienia, więc dla takich osób jak ja, które nie mają tutaj korzeni, jest idealne. Berlin ich od nas w ogóle nie wymaga.

Po opublikowaniu książki dużo podróżowałam, zauważyłam wtedy, że w takich miastach jak Paryż czy Rzym wszyscy się znają, każdy gdzieś przynależy, przyjaźnie trwają latami, trudno nawiązać nowe. To w Berlinie pierwszy raz poczułam inaczej i zostałam. Miasto nie ma stabilnych struktur społecznych, za co je uwielbiam. Choć wiem, że nie wszystkim się to podoba.

Masz tu znajomych ze społeczności żydowskiej?

Jasne, bardzo wielu, chociaż nigdy nie patrzę na to, kto skąd pochodzi i jaką religię wyznaje, a już na pewno nie powiedziałabym, że w towarzystwie Żydów czuję się lepiej niż z innymi ludźmi. Mam znajomych wśród bardzo wielu grup i środowisk, i to właśnie w tym mieście lubię, że możesz poznać ludzi z każdego zakątka świata i na nic nie ma to wpływu.

Jesteś religijna?

Nie.

A Twój syn?

Nie. Spędziliśmy lata na rozmowach o religii i o przeszłości, myślę, że dobrze rozumie przeszłość i moją decyzję.

To wszystko działo się dla nas tak dawno, że nie jest już dla nas żadnym gorącym tematem, to, jak żyjemy teraz, jest zupełnie naturalne.

W niemieckiej szkole religia nie jest też jakimś ważnym tematem, nie roztrząsa się go z przyjaciółmi, wszyscy wiedzą w klasie, że syn jest Żydem i tyle.

A jeśli któregoś dnia przyjdzie do mnie i powie „mamo, chciałbym studiować Torę”, nie będę miała z tym żadnego problemu. Tak długo jak będzie to jego wola i niezależna decyzja, będę mu w tym kibicować. Problem pojawiłby się wtedy, gdyby ktoś go do tego zmuszał.

Publikacja „Unhrthodox” zmieniła jakoś sytuację kobiet w twojej społeczności?

Nie sądzę, żeby moja książka zmieniła wiele w ortodoksyjnym świecie żydowskim. Na pewno można zauważyć dziś, że coraz więcej osób ten świat opuszcza, a w rezultacie czego społeczność jeszcze mocniej pilnuje przestrzegania zasad. Zawsze w grupie, gdzie ktoś próbuje wywalczyć dla siebie więcej wolności, komuś innemu tę wolność z poczucia zagrożenia się jeszcze bardziej odbiera.

Aczkolwiek słychać czasem o kobietach, które się przebijają się w ortodoksyjnym żydowskim świecie, usiłują zmieniać go od wewnątrz. I nie myślę wcale, że ma to cokolwiek wspólnego z książką, to raczej kwestia naturalnego biegu rzeczy, tego, że świat dookoła też się zmienia. Sam fakt, że społeczność chce rozmawiać o tematach, które jeszcze 10 czy 20 lat temu w ogóle nie byłyby obecne w debacie, to już duża zmiana. Na większe trzeba czasu.

Łatwo być chasydką feministką?

Nie wiem, trudno mi powiedzieć, bo nie jestem już chasydką. Wiem, że wiele kobiet, które walczą o prawa kobiet świecie żydowskim, boi się używać słowa „feminizm”, podobnie zresztą jak i my na zewnątrz tej społeczności. A przecież jeśli żyjesz jak feministka, to jesteś feministką, prawda? Choć tak naprawdę ważne jest to, jakie mogą być konsekwencje próby walki o siebie w grupie, w której nie ma miejsca na niezależność kobiet. Wiem, że są chasydki, które o to walczą. Na razie możemy tylko czekać i zobaczyć, czy się im to uda.

Nie dostałaś w Satmar zbyt wielkiego wsparcia od kobiet?

Niestety nie. W społeczności, do której należałam, to wręcz niektóre kobiety wzajemnie się uciskały. Mężczyźni często nawet nie byli zaangażowani w sprawy, które nas dotyczyły, byli po prostu autorytetem będącymi nad nami.

Kobiety tymczasem każdego dnia wzajemnie poddawały się ocenie i wywierały na siebie wzajemną presję.

Trudno jest nie dostawać wsparcia od kobiet z własnej rodziny. Choć może lepiej od razu odrzucić założenie, że o tym, czy będziemy się dobrze wzajemnie traktować, miałaby decydować płeć.

Ja nie ukrywałam w książce, że ze strony kobiet spotkało mnie bardzo wiele zranień i zawodu. Czułam się przez nie zdradzona.

Paula Szewczyk

UNORTHODOX

 

Kategorie: Uncategorized

2 odpowiedzi »

  1. Ruch chasydzki, narodzil sie w 1700 roku. Nie 3000 lat temu. Cechuje go totalitaryzm. Jego dzieckiem, jest komunizm. Trockiego, ktory wyznawal Stalin.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: