Przed i po turnieju


W latach 1964 – 1969 raz w miesiącu dwa małe polskie miasta rozgrywały między sobą telewizyjne „Turnieje miast”. Pomysł ten przywiozłem z Francji, gdzie, pod komercjalną egidą, odbywały się takie pojedynki miast. Ale w Polsce Ludowej nie stało się to zwykłą rozrywką telewizyjną.

Wielu uczestników należało do partyjnych elit w tych miastach. W innych programach telewizyjnych wymagano od nich zachowania poważnych min. Tutaj, w obliczu walki, pozbawieni sztuczności, uczestniczyli we frywolnych zabawach. Partia nie była jednak pewna, czy podoba się jej ten pomysł. Towarzysze na wysokich szczeblach zdecydowali w końcu, że uczłowieczanie działaczy partyjnych jest w ich interesie. Przez pięć lat co miesiąc oglądało mnie w telewizji 10 milionów Polaków. Ale w pewnym momencie, partia zdecydowała, że zabrakło mi patriotyzmu i tak skończył się mój show. Wyemigrowałem do Danii.

W 1965 roku Syców-Oleśnica takie rozgrywały konkursy: wyścig samochodów Syców-Oleśnica; konkurs udoju krów; robienie na drutach; szukanie jajka w stogu siana; konkurs tańca towarzyskiego; zbiórka makulatury; konkurs na budowę rusztowania; wyścigi dzieci na hulajnogach; konkurs drwali; zespoły regionalne; konkurs sprawności kasjerów bankowych; konkurs młodych talentów pianistycznych; piosenka o mieście; konkurs warzywniczo-owocowy; konkurs piekarzy, orkiestry dęte; konkurs ślusarzy na dorabianie klucza; tor przeszkód dla samochodów; konkurs fryzjerów, wyścigi w workach dla pracowników urzędów miejskich; konkurs sprawności strażaków; konkurs gołębiarzy.

Zachowało się z tego turnieju zdjęcie w rosyjskim czasopiśmie, z moim najbliższym współpracownikiem, Mariuszem Walterem.

O przygotowaniach powstał dla Wytwórni Filmów Dokumentalnych, film „Przed Turniejem” w mojej wspólnej realizacji z Krzysztofem Szmagierem:

 

7 lat po tym turnieju w Sycowie urodził się Dawid Samulski. Dwa lata temu 46-letni Dawid, redaktor miejscowej gazety, zaprosił mnie do Sycowa na pokaz filmu „Przed turniejem”: i spotkanie z trzema generacjami Sycowian, którzy wciąż pamiętają niewielką przegraną ich małego miasta z pięciokrotnie większym sąsiadem. Na powitanie David wydrukował plakat:

Zanim kupiłem bilet do Polski, taki dostałem mejl od Dawida:

Drogi, Panie Marianie. Musiałem to z siebie wydusić, więc z góry przepraszam za tę dygresję. Z trwogą patrzę na to, co się w Polsce obecnie dzieje, mimo że od 20 lat jestem tak naprawdę kronikarzem życia powiatowego. Polityka obecnego rządu, niestety, zbiera żniwa. Pamiętna nowelizacja ustawy o IPN, z której, na szczęście, się wycofano, wyzwoliła w ludziach jakieś wzmożenie antysemickie, o którym publicznie nikt nie mówi, a które dostrzec można prywatnie, przy wódce lub piwie, podczas dożynek, dni miast czy jarmarków regionalnych, w których biorę udział. Zapomniane przez lata słowo „parch” znów wraca do łask u ludzi, którzy Żyda nawet na oczy nie widzieli (tak samo, jak imigrantów, którym są przeciwni). Zwykle to są wyborcy PiS-u. Faszyści, mający nad sobą parasol w postaci Kościoła kat.

I tacy są w mojej rodzinie. Nie dawniej jak miesiąc temu zepsułem pewną domową uroczystość, ponieważ szwagier (brat mojej partnerki) oznajmił z właściwą sobie dezynwolturą, że gdyby nie Hitler, Polską po wojnie rządziliby Żydzi. Nie powiedział, czy to dobrze, czy źle, po prostu stwierdził fakt. Wstałem i wyszedłem, ponieważ uważałem, że inaczej nie można postąpić. Jedyne kryterium, jakie istnieje w moim życiu, to podział ludzi na mądrych i głupich. Gadałem z przyjaciółmi o podobnych do mnie liberalnych poglądach i moje spostrzeżenia wcale nie są odosobnione. Mam nadzieję porozmawiać z Panem o tym prywatnie, bo bardzo interesują mnie te tematy, tym bardziej że jeszcze dwa lata temu, w rozmowie z Jackiem Pałasińskim, żywił Pan nadzieję: „Ja widzę w Polsce atmosferę takiej chęci pokazania, że to już jest przeszłość, że my z tym nie mamy nic wspólnego”.

Marianie drogi, trapi mnie ostatnio postawa naszego fryzjera Rysia. Jest dla mnie niezrozumiała i zasmucająca. Nie mam już nawet ochoty posiedzieć z nim dzisiaj przy piwie. W Sycowie po raz ostatni byłem w niedzielę, w czasie II tury wyborów burmistrza. Przejeżdżając przez rynek, wzrok mój przykuły dwa plakaty wyborcze na wystawie w zakładzie fryzjerskim naszego Rysia. Jeden z facjatą zakamuflowanego PiS-iora Dariusza Maniaka, a drugi z fałszywym uśmiechem jawnego PiS-iora, narodowca, ksenofoba i homofoba Wojciecha Kocińskiego.

Obecność tego drugiego u Rysia zdziwiła mnie najbardziej, albowiem nasz fryzjer uważa się za antyPiSowca, deklaruje swą niechęć do Kaczyńskiego, Kempy, Czarneckiego itd. Ponadto rzeczony Wojciech Kociński, lat temu 13, wygrał wybory na burmistrza Sycowa, ale funkcję tę pełnił zaledwie dwa miesiące, gdyż spóźnił się z przesłaniem w ustawowym terminie swego oświadczenia majątkowego i rada go odwołała (po dwóch miesiącach wystartował jeszcze raz, ale przegrał z debiutującym w wyborach Sławomirem Kapicą). Mimo tak krótkiego czasu Kociński zdążył nabałaganić. Zwolnił z pracy w urzędzie brata Ryszarda, któremu do emerytury brakowało wtedy może 10 lat. I dziś ten sam Rysio wywiesza plakat wyborczy nie dość, że jawnego PiS-owca, to jeszcze człowieka, który mu zwolnił brata. Gdy zagadnąłem go o to, to odpowiedział, że wszyscy wokół wywieszają plakaty obu kandydatów, więc on nie będzie się wyłamywał. Przypomniałem: „Ale im Kociński nie zwolnił brata, tylko tobie, więc chyba masz prawo mu odmówić”. Prawo ma, ale nie ma odwagi.

Jak to tłumaczyć, drogi Marianie, że człowiek, który bez zadrapań przeżył komunę, który ma dziś swój prywatny zakład, więc nie musi się bać, że ktoś mu go zamknie czy zabierze, nadal boi się komuś głośno przeciwstawić, bo woli żyć asekuracyjnie. Przecież w wieku 71 lat oni już nic nie musi, a tylko może…

Czy to właśnie komuna nauczyła go postępować tak, aby się za bardzo nie wychylać w żadną ze stron, bo dalej zajedzie, gdy będzie siedział cicho? Ale przecież, gdyby wszyscy ludzie tak postępowali, to nie byłoby postępu, bylibyśmy teraz drugą Białorusią. Ponadto w swym zakładzie Pan Rysio nie ma TVN24, więc non stop puszcza telewizję publiczną. Nieświadomie indoktrynuje tych czekających na swoją kolej ludzi, którzy, po wyjściu z jego zakładu, mają nie tylko ostrzyżone głowy, ale też wyprane mózgi przez Kurskiego i jemu podobnych manipulantów. Czyli nieświadomie nasz Rysio robi dla PiS-u więcej niż przeciętny członek tej partii, chodzący do pracy na 10 godz., utrzymujący dom i rodzinę. Legł mi właśnie mit tego sympatycznego Ryszarda, który był dla mnie jakimś tam wzorem. Gardzę koniunkturalizmem, a, niestety, nasz fryzjer jest nim nacechowany. Ja bym mu zawsze pomógł, nie zważając na okoliczności, zaś on (mam takie podejrzenie), też by mi pomógł, ale najpierw upewniwszy się, że ta pomoc jemu w jakiś sposób nie zaszkodzi. Czy przykład Ryszarda jest dowodem na to, że on w jakimś sensie nadal pozostał partyjnym aparatczykiem? Ciekaw jestem, Marianie, Twojej opinii.

Mimo ostrzeżeń Dawida pojechałem do Sycowa. Spotkałem tam miłych ludzi, którzy wspominali „Turniej miast” ze wzruszeniem. Miałem wrażenie, że Dawid traktuje otaczającą go rzeczywistość zbyt emocjonalnie. A może to była moja (świadoma) naiwność, że ludzie są w zasadzie aniołami, a tylko z rzadka pojawia się wśród nich — diabeł?

Sekwencja z Sycowa weszła do filmu „Po Turnieju”, refleksji z powrotu do Polski w 50 rocznicę Marca ’68, na zaproszenie Muzeum „Polin”. Wśród innych sekwencji jest w nim wywiad w TVN24 przed projekcją mojego filmu „Skibet”, nakręconego na gorąco w roku 1970, zaraz po naszym przyjeździe do Kopenhagi. Na pytanie reportera jak przyjmuję przeproszenie polskich Żydów za Marzec ’68 przez Prezydenta RP, odpowiedziałem:

Nie interesuje mnie przeproszenie z ust polityka. Szczere przeproszenie powinno przyjść od zwykłych ludzi Chciałbym pojechać do małego polskiego miasteczka i tam opowiedzieć moją historię człowiekowi na ulicy. podalibyśmy sobie ręce, a potem usłyszałbym od niego „przepraszam”.

Po powrocie do Bostonu ktoś przysłał mi to zdjęcie ze studia TVN24 z podpisem: Senatorowie PIS: Muzeum Historii Żydów Polskich stało się narzędziem politycznym.

W filmie „Po Turnieju” ostatnia sekwencja dzieje się na Dworcu Gdańskim w Warszawie, gdzie zebrało się kilkaset osób. Większości z nich w 1968 roku nie było jeszcze na świecie. Tam powstała nieoczekiwana puenta tego filmu. Młoda kobieta podeszła do mikrofonu:

Odjechali z tej stacji. Zabrali ze sobą mniej niż tu zostawili A my? Zostaliśmy. Czekając aż zabliźnią się nam rany. Ukrywaliśmy to hańbiące nas znamię. Nasze dzieci z tym się urodziły Z tą nieznaną im stygmą. Jeżeli nie zrozumiemy, że było to nasze własne wygnanie, że nie potrafiliśmy ich tutaj zatrzymać każąc im ruszyć w nieznane, jeżeli nie poczujemy tego ich bólu naszego wstydu i odpowiedzialności, będziemy wciąż zdolni do wykorzeniania się do wygnania się z całym naszym życiem zapakowanym w walizki. Przysięgamy na tej stacji, że coś takiego nigdy się nie powtórzy

A teraz zapraszam do kina. 


Przed i po turnieju

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: