Uncategorized

Salon jako stan umysłu. Marcel Proust o sprawie Dreyfusa cz. 3/3


Jak w filozofii czysta logika niezdolna jest roztrzygnąć o istnieniu czy też nieistnieniu czegokolwiek, tak samo nie może tego uczynić sama opierająca się na dowodach polityka. Nie rozstrzygają dokumenty, ale ten, kto je interpretuje. 7 „Jeżeli systemy filozoficzne zawierające najwięcej prawd, w ostatecznej instancji, w umyśle swoich twórcow poczynają się z racji uczuciowych, jak [można] przypuszczać, że w [tak] prostej sprawie politycznej, jak sprawa Dreyfusa, racje tego rodzaju nie mogłyby, bez wiedzy rozumującego, władać jego rozumem?” 

Zgodnie z powyższą regułą salony paryskie dzieliły się na obrońców i przeciwników Dreyfusa i podział ten miał również naturę uczuciową, nie moralną. Wprowadzając ten wątek do powieści Proust nie zostawia czytelnikowi złudzeń. Pani Verdurin siadywała na procesie Zoli tuż koło jego małżonki nie dlatego, iż była bezinteresowną passionarią, ale dlatego, że chciała awansować towarzysko. Literat Bloch, ex-Izraelita nieprzepadający za swoimi ziomkami, w czasie procesu stale odczuwający uniesienie, też nie zapomniał o jedzeniu i piciu: „przychodził rano, z zapasem bułek z szynką i flaszką kawy, aby wychodzić aż wieczór, jak przy piśmiennej maturze”. O konsumpcji przy Dreyfusie pamiętała również arystokracja: „Myśli pan, że Chartres jest za Dreyfusem? – spytała księżna z uśmiechem, ale tonem zgorszenia, z oczami szeroko otwartymi, z zaczerwienioną twarzą, z nosem w talerzyku z ciasteczkami”… Stanowisko antydreyfusistów nie świadczyło może o ich inteligencji, za to jak najlepiej o pobożności. Autor używa sobie równo na nich wszystkich. 

Nieprześcigniona jest wzmianka o „tonie, jakim dama katoliczka oznajmia damie Żydówce, że jej proboszcz potępia pogromy Żydów … w Rosji”. Jak również anegdota o niezdarnej pani Cottard: baronowi de Charlus, staremu ultramontaniście, którego omyłkowo wzięła za Żyda, oświadcza łaskawie, że „każda religia jest dobra, byleby ją praktykować szczerze”. „- Nauczono mnie, że [tylko] moja religia jest prawdziwa” – odpowiada jej wgardliwie de Charlus. „To fanatyk!” – myśli sobie zszokowana Cottard, odtąd już na wieki antysemitka. W sukurs przychodzi jej Odeta, żona Swanna, która wzniebowzięta z powodu zaproszenia do salonu, z miejsca okazuje się anty-Dreyfusistką. Zapomina przy tym, że wcześniej zapewniała narratora o niewinności Dreyfusa. Co książę de Saint-Loup, sam zakochany w żydowskiej kurtyzanie, Racheli, komentuje szyderczo: „To ex-kokota. Jej mąż to Żyd, a ona nam odwala nacjonalizm”. Żyd – sodomita Czy salon w ogóle ma poglądy? Proust sugeruje, że poglądy są dla ludzi wolnych, a salon jest przeciwieństwem wolności. Poza tym kto może sobie pozwolić na poglądy w świecie, w którym „podobne kalejdoskopom (…) społeczeństwo [co chwila] przetrząsa składniki na pozór niewzruszone i tworzy inny deseń”? Nemesis salonu występuje pod dwiema postaciami: pochodzenia i pragnienia. 

Proust obsesyjnie zestawia figury „Żyda” i „sodomity” („gomoryjka”, czyli lesbijka, przewidywalnie znika z horyzontu). Aby dociec ich natury „Żyda” i „sodomitę” łączy on w metaforyczny ekwiwalent, w którym element pierwszy, w związku z jego pozornie bardziej oczywistymi właściwościami, takimi jak „rasa” , religia lub kultura, ma za zadanie objaśnić drugi. Objaśnia słabo, ale czy to komu kiedy przeszkodziło w klasyfikacji? Widać wpływ epoki: mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Wilhelm Marr po raz pierwszy opisał prześladowanie Żydów naukowym terminem „antysemityzm” (1879), „nową chorobę”, która szerzyła się w Europie Karoly Benkert określił mianem homoseksualizmu (1869). 

 Oto Proustowski wykład „rasowego przekleństwa inwersji”: „…tak samo jak Żydzi, [„sodomici”] złączeni z podobnymi sobie przez ostracyzm, jaki ich wspólnie spotyka, przez hańbę, w jaką popadli, nabierają w końcu, od prześladowań podobnych do prześladowaniu Izraela, fizycznych i moralnych cech rasy. (…) tak, iż przecząc, aby byli rasą (której nazwa jest największą zniewagą), demaskują chętnie tych, co zdołali ukryć, że do niej należą, nie tylko, aby im szkodzić (co również zresztą się zdarza), ile by wytłumaczyć samych siebie. (…) Ci ludzie stanowią masonerię rozleglejszą, skuteczniejszą i mniej podejrzewaną niż loże masońskie, bo opiera się na tożsamości gustów, potrzeb, nawyków, niebezpieczeństw, wtajemniczenia, wiedzy, frymarki, słownictwa; masonerię, w której nawet ci jej członkowie, którzy nie chcą się znać wzajem, natychmiast się poznają po naturalnych lub umownych, mimowolnych lub celowych znakach, odsłaniających żebrakowi pobratymca w wielkim panu (…), ojcu w narzeczonym córki, pacjentowi, penitentowi, klientowi w lekarzu, w księdzu, w adwokacie (…)”. To, co brzmi jak wariacja na temat Protokołów mędrców Syjonu jest zwykłą strategią oporu. Tak zachowują się ludzie w podziemiu. Ci na wierzchu zmawiają się ze sobą otwarcie i nikt im tego nie ma za złe.

 Bycie Żydem okazuje się analogiczne do bycia gejem, gdy obie przypadłości stanowią społeczne piętno. Proust splata je i medykalizuje zapewne także po to, aby odsunąć od siebie piętno. Jest jak ów pan de Charlus, który rozprawia „o zboczeniu, ale tak, jakby ono nie miało z nim nic wspólnego”. Czy nie w podobnej intencji trzeci tom powieści został zadedykowany Léonowi Daudet, notorycznemu antysemicie, który w przyszłości przyłączy się do Action Française Maurrasa? Skoro, jak pisze Proust, „w ciele danej osoby lokalizujemy wszystkie możliwości jej życia, wspomnienie istot, które ona zna, z którymi dopiero co się rozstała lub z którymi ma się spotkać”, opis ciał „zboczeńców” stanowi diagnozę choroby trawiącej samego autora: „W sali zebrało się wielu mężczyzn (…). Nie znali się między sobą, należeli jednak, było to widoczne, do sfer mniej więcej tych samych, bogatych i arystokratycznych. Wygląd każdego z nich cechowało coś odrażającego, skutek zapewne niestawiania oporu odrażającym uciechom. (…) Nie dostrzegałeś jeszcze na nim, prawdę mówiąc, żadnych zewnętrznych stygmatów zepsucia, ale, co bardziej zbijało z tropu, istniały w nim wewnętrzne”.

 Podobnie wszystkie żydowskie postaci w powieści, zarówno Swann z jego „rasową egzemą”, jak i Bloch, którego cała rodzina ma „dziwne skłonności”, są w widoczny sposób chore, przy czym powieściowy obraz choroby w podobnym stopniu łączy ich seksualność z rasą, co homoseksualność z klasą. Znamienne, że Proust, członek francuskiej elity, mógł być – zdaniem wielu – bardziej widoczny jako homoseksualista niż jako Żyd. W powieści fantazjuje o tym, na co się w życiu nie odważył. Pomiędzy bohaterami, uznawanymi za porte parole autora, pojawia się asymetryczna relacja. 

Ponownie  chodzi o Swanna i o de Charlusa. Obaj są naznaczeni, jak Proust, przez nemesis „rasy” i orientacji, ale przyjmują wobec niej odmienne strategie. Swann, którego wytworność (i francuskość zarazem) „kończyła się na [jego] garbatym nosie niby na swojej naturalnej granicy”, w ogóle nie zamierza jej ukrywać. Nie tylko zostaje dreyfusistą, publicznie gardzącym antysemitami, ale też, idąc za nakazem amour fou, żeni się z kurtyzaną, Odetą. Inaczej tragiczny de Charlus, który do czasu gdy zostanie towarzysko zdemaskowany, chowa swoje homo-piętno pod maską zdziwaczałego dewota. W kulturze nacjonalizmu żydowskość jest ukryć trudniej niż homoseksualność, ale najtrudniej, wręcz nie sposób ukryć kobiecość. Mimo „krążenia kobiet”, ofiarnie reprodukujących tę kulturę, kobiecość jako taka jest w niej trwale wydziedziczona. Uwięziona w de Charlusie, wydrążona przez Albertynę, która na koniec okazuje się chłopcem, jest tylko pustym znaczącym, miejscem poruszanym przez cudze pragnienia, żetonem w miłości homospołecznej, miłości pomiędzy mężczyznami.

Calosc ponizej

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.