Tomcio Paluch

Francuzi mają swojego “Hrabiego Monte Christo” i “Trzech Muszkieterów”, Anglicy mają Robin Hooda, króla Artura i rycerzy Okrągłego Stołu, Hiszpanie swojego Rycerza Smętnego Oblicza. Rosjanie mają Tarasa Bulbę, Polacy Kmicica i Małego Rycerza. Swoich bohaterów mają także Szwedzi, choć w czasach, kiedy mityczni północni bohaterowie wędrowali po świecie, Szwecja nie istniała jeszcze jako państwo. Bohaterem najbardziej znanej szwedzkiej powieści przygodowej, i to takiej, która zawojowała świat, jest dzielny, waleczny – ale i roztropny przy tym Wiking, Rudy Orm. UWAGA! Nie zniechęcaj się, czytelniku! Będzie nie tylko o Wikingach!
Powieść “Rudy Orm”, od jakiegoś czasu już w domenie publicznej (autor zmarł w roku 1954-ym), przetłumaczono na dwadzieścia pięć języków. Polskie tłumaczenie pochodzi z końca lat 50-tych, cykle wydawnicze były w tamtych czasach długie jak przemówienia Pierwszego Sekretarza, dlatego z moich smarkatych lat pamiętam tę powieść, dostępną nawet w kioskach “Ruchu”. Powieściowy bohater przeżywa różne koleje losu, wydarzenia rzucają nim po całym znanym wówczas świecie. W trakcie swoich przygód staje się na lat kilka przykutym do galer niewolnikiem, potem wodzem i jednym z dowódców przybocznej straży wezyra Kordoby, Almanzora, jeszcze potem poślubia piękną Ylwę – córkę króla Danii, Haralda Sinozębego, jeszcze potem… Brak tu miejsca, aby chronologicznie wymienić wszystkie przygody miedzianowłosego Wikinga, w każdym razie jest ich całkiem sporo.
Można tu dodać parę ciekawostek. Kto się wychował albo przynajmniej mieszkał w PRL-u w czasach środkowego Gomułki, powinien pamiętać filmatyzację wzmiankowanej powieści. Filmatyzacja, pod nieco innym tytułem (“Długie łodzie Wikingów”) biła wszelkie rekordy popularności. Film był widowiskowy, ale zdecydowanie słabszy niż powieść. I tak się podobał, choćby dlatego, że w tamtych czasach kinowej publiczności nikt specjalnie nie rozpieszczał. Na tle filmów radzieckich o Rewolucji Październikowej, kołchozowych traktorzystach i dojarkach-rekordzistkach robiły te łodzie wrażenie.
Wśród postaci drugoplanowych wyróżnia się nader pozytywnie nakreślona sylwetka Żyda Salamana. Salaman, poddany Almanzora, wielkiego wezyra Kordoby, podstępem ujęty i uwięziony przez chrześcijan, wyrywa się z rąk prześladowców w sposób tak brawurowy, że jego śmiała ucieczka robi wrażenie nawet na Wikingach. Wikingowie ratują go od śmierci, później on im odpłaca się w ten sposób, że używa swych wpływów, aby ich uwolnić od niewolniczej pracy na galerach tegoż wezyra.
Spora część pierwszego tomu opisuje koleje losu Orma i jego towarzyszy na ziemiach i morzach Almanzora. Bystry czytelnik może skojarzyć tego Almanzora z bohaterem wiersza Mickiewicza (“Już w gruzach legły Maurów posady / Naród ich dźwiga żelaza..”), ale to nie ten sam Almanzor, Czasy Rudego Orma to okres panowania Haralda Sinozębego, potem Swena Widłobrodego, koniec dziesiątego wieku. Wówczas Islam rządził niepodzielnie wielkimi połaciami Półwyspu Iberyjskiego, Kordoba była perłą w koronie kalifa i nikt nawet nie przypuszczał, że katoliccy Kastylijczycy tę Kordobę kiedykolwiek odwojują.
TAJEMNICA ZWYCIĘSTW ALMANZORA
Almanzor (“zwycięski” po arabsku) był władcą co się zowie śmiałym i szczęśliwym, odnosił wielkie sukcesy na polach bitew i skutecznie rozszerzał sferę swego panowania – a więc i panowania Islamu. Zdarzało się, że przyjmował trybut od jakiegoś chrześcijańskiego księcia, ale nigdy od wszystkich naraz. Wojna z niewiernymi była bowiem świętą wojną i władca, który by odstąpił od nawiedzania niewiernych ogniem i mieczem, ściągnąłby na siebie gniew Allacha. Nie można było Almanzora przekupić, nie można było za złoto uzyskać od Almanzora trwałego pokoju. Nie tylko dlatego, że Almanzor był bogatszy, niż wszyscy chrześcijańscy królowie, ale przede wszystkim dlatego, że święta wojna z niewiernymi, dżihad – była sensem, treścią i istotą całego życia i panowania Almanzora.
Gdzie szukać tajemnicy kolejnych, skutecznych podbojów tego władcy i jego długiego, szczęśliwego panowania? Jedna z przyczyn to zapewne umiejętność wdrożenia dyscypliny w szeregach wojowników, ale liczyła się także przemyślność tudzież zdrowy rozsądek. Pouczający jest sposób, w jaki władca zareagował, kiedy wartownicy w obozie nie wykazali się należytą czujnością. W tym momencie oddaję słowo autorowi powieści. W tym także momencie można zauważyć, że i dzisiaj się zdarza, iż ci, którzy powinni pełnić wartę i pilnować granicy, podchodzą do swoich obowiązków beztrosko i niefrasobliwie.
_________________________
“W dwunastym roku panowania kalifa Hischama, który był zarazem czwartym rokiem pobytu Orma i jego towarzyszy na służbie u Almanzora, zebrał ten ostatni w jesieni większą niż kiedykolwiek przedtem siłę i pociągnął na północny zachód poprzez Pusty Kraj, stanowiący dawną marchię graniczną między chrześcijanami andaluzyjskimi a asturyjskimi.
Doszli do ziem chrześcijańskich po drugiej stronie pustyni, dokąd za ludzkiej pamięci nie dotarł jeszcze żaden Andaluzyjczyk. Co dzień staczali teraz bitwy, gdyż chrześcijanie bronili się dobrze w górach i wąwozach. Pewnego wieczoru, gdy wojsko rozbiło już obóz, a Almanzor po wieczornej modlitwie odpoczywał w swym wielkim namiocie, chrześcijanie dokonali niespodziewanego napadu, który zrazu wieńczony był powodzeniem. Gromada ich wdarła się do obozu i powstał wielki zgiełk bitewnych okrzyków i wołania o pomoc.
Almanzor wybiegł śpieszno z namiotu w hełmie i z mieczem, lecz bez kolczugi, aby zobaczyć, co się dzieje. Straż przy wejściu do namiotu pełnili w ów wieczór Orm i dwaj z jego ludzi, Halle i jednooki Rapp. W tejże chwili w kierunku namiotu nadjechało pełnym galopem kilku nieprzyjacielskich jeźdźców. A kiedy zobaczyli Almanzora, poznali go natychmiast po zielonej kefii spływającej z jego hełmu (gdyż on jedyny w całym wojsku odziany był w ten kolor) i wznosząc okrzyki wojenne rzucili weń oszczepami.
Na dworze zrobiło się już na wpół ciemno, a Almanzor był stary i nie zdołał się na czas uchylić. Ale Orm, stojący najbliżej, podskoczył ku niemu i obalił go na ziemię twarzą naprzód, sam przyjmując oszczepy, z których dwa utkwiły w tarczy, a trzeci w ramieniu. Czwarty zadrapał lekko bok leżącego na ziemi Almanzora, tak że trysnęła krew. Halle i Rapp wpadli na napastników i rzucili w nich swoje oszczepy zwalając z konia jednego z wrogów.
A tymczasem nadbiegli zewsząd ludzie i chrześcijan pozabijano albo odegnano. Orm wyrwał oszczep, który go ugodził, i pomógł Almanzorowi podnieść się na nogi, nie bardzo będąc pewny, jak wezyr przyjmie to, że został obalony przez niego na ziemię. Ale Almanzor rad był ze swojej rany, pierwszej, jaką kiedykolwiek odniósł. Poczytywał bowiem za wielkie szczęście móc przelać krew za Allacha, zwłaszcza jeśli szkoda z tego była niewielka. Polecił przywołać do siebie trzech spośród dowódców jazdy i czynił im przed frontem świty wyrzuty, że źle strzegli obozu. Ci rzucili się przed nim na twarz i całowali jego stopy oraz płacząc przyznali się do winy. Almanzor zaś dał im potem, jak to było w jego zwyczaju, gdy znajdował się w łagodnym usposobieniu, czas na odmówienie modlitw i podwiązanie bród, zanim odcięto im głowy.
_________________________
Powieść obfituje w przesympatyczne kwiatki, wrażenie robi na przykład zachowanie Wikingów, kiedy już uciekają od Almanzora i kierują zdobytą łódź ku odległej Skandynawii. Uciekinierzy nie do końca są pewni, z kim najlepiej trzymać. Na wszelki wypadek składają zatem obiatę zarówno Allachowi (który w tej części świata pewnie na najwięcej do powiedzenia), jak i bogowi chrześcijan, ale największy kawałek otrzymuje rzecz jasna Ran, wedle skandynawskich sag władczyni morskich i podmorskich przestworzy. Nie to jest jednak najbardziej istotne – przynajmniej nie na tym blogu.
ŚWIĘTA WOJNA Z NIEWIERNYMI
Bardziej istotna jest oczywista prawda, znana od stuleci – dla wyznawców Allacha nie ma czegoś takiego, jak trwały pokój z niewiernymi. Można z niewiernymi zawrzeć tymczasowy rozejm – ale tylko za złoto, na określony czas i wyłącznie ze względów taktycznych. Celem, sensem i treścią życia wyznawcy Islamu jest święta wojna z niewiernymi. Gniew Allacha ściągnąłby na siebie i na swój naród władca, który by by się pod tym względem zaniedbał.
Niewierni nie mogą trwałego pokoju kupić za złoto – toż sam fakt, że po ziemi chodzą niewierni, stanowi oczywisty powód do tego, aby ich posady nawiedzać ogniem i mieczem. Kto nie chce na siebie ściągnąć gniewu Allacha, ma oczywisty obowiązek obracać te posady w perzynę, a niewiernych (tych, którzy przeżyją), czynić niewolnikami w kopalniach czy na galerach. Oczywistą częścią łupu są kobiety niewiernych – posłużą jako nagroda dla dzielnych wojowników, najpiękniejsze zasilą harem władcy i haremy dowódców.
Na uwagę zasługuje także sposób, w jaki władca traktuje tych swoich oficerów, którzy zaniedbują się w obowiązkach i źle pilnują obozu. Mówiąc językiem dzisiejszym – na szczeblu indywidualnym jest to bardzo skuteczna prewencja. Nie wchodzi w rachubę, aby winni karygodnego zaniedbania mogli ten sam błąd popełnić ponownie. Można także przypuszczać, że ich następcy będą się bardziej do swoich obowiązków przykładać, los poprzedników da im na pewno sporo do myślenia.
NARÓD ZE WSCHODU
Dla czytelników niniejszego bloga ciekawa może być także postać wspomnianego wcześniej Salamana oraz sposób, w jaki Salaman popadł w niewolę. Wikingom trudno jest z początku porozumieć się z Salamanem, ale w końcu jeden z nich, bardziej od innych w świecie bywały i nawykły do rozmów w obcych językach, jest w stanie dowiedzieć się najważniejszego. Ponownie oddaję głos autorowi powieści (a bardziej dokładnie – bywałemu w świecie powieściowemu bohaterowi):
____________________
– To wcale nie szaleniec, choć może na takiego wygląda – mówił. – Nie jest też Jutem, co przecież od razu widać. Mówi, że jest Żydem. To naród ze Wschodu, który zabił człowieka uważanego przez chrześcijan za boga. Zabójstwo wydarzyło się dawno temu, ale chrześcijanie żywią wciąż jeszcze z tego powodu wielką nienawiść do Żydów, chętnie ich zabijają i nie chcą słyszeć o pojednaniu czy też grzywnie. Powiada, że jest bogatym człowiekiem w swoim kraju u kalifa Kordoby. Nazywa się Salaman i jest złotnikiem, a jak mówi, także i wielkim skaldem. Został wzięty do niewoli przez chrześcijańskiego wielmożę z Północy, który dokonał najazdu na jego okolice. Ten kazał mu postarać się o duży okup, po czym sprzedał go handlarzowi niewolników, gdyż chrześcijanie z powodu owego zabitego boga niechętnie dotrzymują słowa danego Żydom. Handlarz niewolników sprzedał go kupcom na morzu, a od tych zabrali go Jutowie i nieszczęściem jego było, iż natychmiast zasadzono go do wiosła w sobotę.
______________________
Kolejna oczywistość, znana każdemu od paru tysiącleci, od Morza Północnego po Morze Śródziemne: Chrześcijanie żywią wielką nienawiść do Żydów, chętnie ich zabijają i nie chcą słyszeć o pojednaniu. Dlaczego tak jest? No jak to dlaczego: Bo “Żydzi ukrzyżowali Pana Jezusa”. Ta nienawiść to zupełna oczywistość, fakt tak naturalny, jak to, że Słońce wstaje na wschodzie i chowa się na zachodzie, jak fakt, że woda jest mokra, a trawa zielona. Nie należy duskutować z faktami.
Oczywiste jest także, iż chrześcijanie “z powodu owego zabitego boga” niechętnie dotrzymują słowa danego Żydom. W tym przypadku złamanie słowa nie jest grzechem, a wręcz przeciwnie – uczynkiem pobożnym i wielce Świętym Pańskim miłym. Już w dziesiątym wieku wiedziano powszechnie, iż niszczyć i gnębić “Morderców Chrystusa” to czyny zasługujące na szczególną nagrodę tak na tym, jak i na tamtym świecie. To jest niezmiennik, inwariata, trwa przez wszystkie epoki, podobnie jak stosunek świata Islamu do niewiernych.
NATYCHMIAST I PUBLICZNIE
W odróżnieniu od tego, co tu i ówdzie praktykuje się obecnie, w czasach Almanzora kara za zaniedbanie czujności i gotowości bojowej zostaje wymierzona natychmiast i publicznie. Natychmiast, a nie po upływie trzech lat i siedemnastu komisjach – żeby każdy wojownik rozumiał związek przyczynowo-skutkowy między karą a winą. Almanzor nie jest zainteresowany długimi wyjaśnieniami, dlaczego do wdarcia się wrogów do warownego obozu w ogóle doszło. Jeśli do tego doszło, to znaczy, że źle pilnowano. Jeśli źle pilnowano, to winni muszą ponieść karę. Kara zostaje ogłoszona i wykonana publicznie – żeby nawet ostatni, obozowy ciura nie miał wątpliwości, co grozi za niedbałość. Almanzor jest uwielbiany przez swoich wojowników i swoich poddanych jako władca sprawiedliwy – winni uchybienia dostają wszak czas na podwiązanie bród i odmówienie modlitw, nim ich głowy zostaną odrąbane. Następcy na pewno postarają się lepiej, wszak nie będą chcieli, aby ich spotkał los poprzedników.
Władca stosuje nie tylko kary, ci co zasłużyli, otrzymują nagrody. Nie tylko za odwagę i bitewne męstwo, ale i za szybką reakcję i zdrowy pomyślunek. Najcenniejszą nagrodę otrzymuje Rudy Orm. Nagroda ma postać masywnego, złotego łańcucha, wysadzanego brylantami i rubinami, tak wspaniałego, że jeszcze przez całe lata będzie wzbudzać podziw i zachwyt nawet na królewskich dworach.
Czemu w obozie, do wnętrza którego przedostali się wrogowie, nie dochodzi do masakry? Może dlatego, że w dziesiątym wieku nie znano jeszcze pojęcia “unarmed soldiers”. Orm, Halle, Rapp – wszyscy mają w rękach miecze i oszczepy. Nikt w owych, odległych czasach nie wpadłby na pomysł, iż ci, którzy pełnią straż, powinni być bezbronni, bo… no właśnie, nie bardzo wiadomo, dlaczego. Interwencja zachodzi błyskawicznie, w ciągu kilku uderzeń serca – bo inaczej będzie za późno. Mgnienie oka wystarczy, aby kogoś pozbawić życia, a niewiele takich mgnień, żeby podłożyć ogień pod namioty, w których śpią wojownicy.
DOKARMIANIE WROGA
Opis przygód Rudego Orma obfituje nie tylko w opisy zmagań bitewnych, morskich i lądowych, ale i w relacje oblężeń. Zdarza się, że umocniony punkt oporu, zamek, klasztor czy wieżę, trzeba oblegać, jeśli nie da się go zdobyć błyskawicznym atakiem. I znowu widać oczywisty rozdźwięk między praktyką dawną a obecną: Nikomu nawet do głowy nie przychodziło, że wroga należy dokarmiać, dostarczać mu opał, żeby nie było zimno, i wodę do picia i do mycia. Na tak szalony pomysł nikt zresztą nie wpadł nigdy w ogóle, nigdy w historii działań wojennych.
Jeszcze jedna, rzucająca się w oczy różnica to pojmowanie roli władcy czy wodza. Almanzor, panujący na drugim końcu świata król Harald Sinozęby, wreszcie sam Orm jako wódz Wikingów – każdy z nich rozumie, że być naczelnym wodzem to nie to samo, co konkurs wdzięku i popularności. Wdziękiem i powabem mają się odznaczać odaliski Wielkiego Wezyra czy też niewolnice władcy Danii. A sam władca? Po raz ostatni oddajemy słowo Rudemu Ormowi.
_____________________
Almanzor spytał:
– Kto jest twoim królem?
– Harald, syn Gorma – odpowiedział Orm – który jest panem nad całym królestwem Dunów.
– Nigdy nie słyszałem jego imienia – rzekł Almanzor.
– I powinieneś się z tego cieszyć, panie – rzekł Orm – gdyż wszędzie, dokąd dotrą jego
łodzie, królowie bledną na dźwięk tego imienia.
_____________________
Tomcio Paluch
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

