Uncategorized

„Piękne dusze”…

Anna Grabowska

Chcę się z Państwem podzielić tekstem, którego treść uważam za jedną z najbardziej wnikliwych analiz, jakie w ostatnich miesiącach powstały na temat Izraela, wojny i zachodniego spojrzenia na cierpienie.

Charles Rojzman – psycholog społeczny, filozof i autor wielu esejów o przemocy, nienawiści i pojednaniu – pisze tu z niezwykłą przenikliwością o czymś, co zbyt łatwo umyka w publicznych debatach: o granicach empatii.

O iluzji, że współczucie można narzucić dekretem. O tym, jak łatwo moralność Zachodu zamienia się w wygodny rytuał – i jak trudno zrozumieć tych, którzy muszą wybierać między przetrwaniem a zniknięciem.

Niech ten tekst będzie czytany nie jako kolejny głos w sporze, lecz jako próba zrozumienia, dlaczego jedni wciąż wierzą w pokój, a inni po prostu chcą przeżyć.

Tłumaczenie z francuskiego: Anna Grabowska

Charles Rojzman

Pierwszy etap „planu Trumpa” został zaakceptowany przez Hamas i Izrael. Fakt jest już ustalony: radość krewnych zakładników, chwila ulgi, a jednocześnie głęboki niepokój. Kraj, który wciąż opłakuje swoich zmarłych, zastanawia się, jak będzie w stanie żyć z tymi, którzy tak często…śniło mi się jego zniknięcie.

Mówimy o „czystkach etnicznych”, aby opisać masowe przesiedlenia ludności na południe, odzwierciedlające oskarżenia o ludobójstwo lub sprowokowany głód. Słowa te, rzucane z zachodnich platform, niosą ze sobą ogromny ciężar moralny. Nie biorą się jednak znikąd: oskarżenie to jest odpowiedzią na odwieczny lęk narodu, który wie, że grozi mu zagłada. Musimy dostrzec związek: wezwanie do zniknięcia Izraela, które stało się retorycznym nawykiem w niektórych kręgach, spotyka się z uporczywą odmową posiadania za sąsiadów tych, którzy modlą się o nasz koniec. Jedno potępia czystkę; drugie broni się przed jej zagładą. Oskarżenie i odmowa odbijają się wzajemnie jak w lustrze – jedno karmi ranę, drugie wzmacnia nieufność.

Jak możemy nie rozumieć – tak, jak – tych w Izraelu, których opinia publiczna nazywa „ekstremistami”, bo nie chcą już nigdy widzieć Gazy, ani jej mieszkańców, ani ich śmiechu, ani łez? Ci mężczyźni i kobiety nie są ideologami: to ocaleni z koszmaru. Widzieli, jak ich dzieci rozrywano na strzępy, ich żony gwałcono, a starców masakrowano. Odmawiają dzielenia sąsiedztwa, gdzie śmierć innych jest witana z radością. Jak możemy wymagać od nich, by kochali tych, którzy filmują siebie podcinających gardła, tych, którzy latami głosowali na organizacje głoszące zagładę narodu? Jak możemy mówić im, żeby byli ludźmi, skoro ich zmarli wciąż dymią, a w ich domach unosi się zapach popiołu?

Możemy, a czasem musimy, żałować – jak zrobił to pewien słynny rabin – braku empatii dla rodzin zmiażdżonych bombami, dla tych, którzy utknęli w wojnie, której nie wybrali. Ten żal jest ludzki. Nie niweluje strachu. Nie prosimy tych, którzy przeżyli, o natychmiastowe współczucie, zwłaszcza gdy ich zabójcy zlewają się z tłumem, od którego zależą.

Wśród zachodnich moralistów panuje cicha obsceniczność: mówić o empatii jako o dodatku do cnoty, z życia, gdzie strach i wojna są jedynie pojęciami. Zapominają, że empatii nie da się zadekretować: zakłada ona pokój, bezpieczeństwo, możliwość zaufania. A ten pokój, tam, dawno już przestał istnieć. Odkąd cały naród – naród Gazy – oddał się Hamasowi, na śmierć, na nienawiść. Odkąd marzenie o państwie pomylono z projektem kalifatu. Odkąd samo współczucie stało się zakładnikiem propagandy.

Można zatem potępić zatwardziałość serca, nie ignorując jego przyczyn. Zemsta nie jest szlachetna, ale ma swoje przyczyny w ciele tych, których chciano wytępić. Można zarzucać tym Izraelczykom ich sztywność; nie sposób kwestionować ich jasności umysłu, że zrozumieli, iż w ich oczach nie pragnie się pokoju, lecz zniknięcia. Jest to napisane czarno na białym w statutach, kazaniach, hasłach: wymazanie Izraela jako mesjańskiego horyzontu. A ci, którzy w Europie odmawiają wiary w to, dają sobie czyste sumienie, potępiając „fanatyzm” tych, którzy tam nie mają już siły, by mieć nadzieję.

Zachód płacze o stałych porach. Obficie wylewa łzy i wygłasza kazania z czystym sumieniem sytych narodów. Domaga się umiaru, proporcjonalności, prawa międzynarodowego – tych wzniosłych słów, które nie mają znaczenia, gdy chowa się własne dzieci. Przywołuje „ludność cywilną”, jakby Hamas nie wyłonił się z tej ludności, wykarmiony, wybrany, uświęcony przez nią. Mówi o pokoju, podczas gdy druga strona celebruje śmierć. Cóż pozostaje do powiedzenia, poza tym, że empatia stała się tu luksusem bogaczy, postawą moralną pozbawioną odwagi?

Na pewno widzieliście, choć raz, obrazy z 7 października: krzyki matki przed spaleniem żywcem, twarz dziecka oderwanego od rodziców, zwłoki ciągnięte ulicami dla oklasków. Widzieć je to nie znaczy nienawidzić; to znaczy zrozumieć, co oznacza utrata zaufania do człowieczeństwa w ciele. Może wtedy przestaniemy osądzać tych, którzy nie chcą już „dialogować”. Może zrozumiemy, że serce ma swoje granice i że miłość bliźniego nie zawsze przetrwa własną krew.

Błąd pięknych dusz Zachodu polega na myleniu moralności z polityką. Mówią tak, jakby historia była sympozjum nauk humanistycznych, gdzie ofiara i kat spotykają się w tym samym patosie. Rzeczywistość jednak nie zna ani neutralności, ani symetrii. Tnie, krwawi, nie usprawiedliwia się. Izrael nie tylko stawia czoła przeciwnikom: stawia czoła religii politycznej, która dąży do jego wymazania. To nie jest konflikt terytorialny: to walka metafizyczna.

Rozumiem więc, choć nie pochwalam, oschłość serca, o którą ich oskarżają. Ci, których opinia publiczna nazywa ekstremistami, nie szukają moralnej czystości: domagają się prawa do życia bez strachu przed poderżnięciem gardła w łóżku. A jeśli w tym nagim, surowym, elementarnym pragnieniu brakuje empatii – spójrzmy najpierw na własne serca: dostrzeżemy mniej współczucia niż moralne zmęczenie, wygodę i lęk przed nazywaniem zła po imieniu.

Ostatecznie Zachód nie rozumie już wojny, ponieważ nie rozumie już zła. Przykrywa ją retoryką, relatywizuje, przekształca we wspólne cierpienie. Izrael natomiast zdaje sobie z tego sprawę. Patrzy temu prosto w twarz. I być może dlatego jest to niepokojące: ponieważ przypomina nam, za naszymi retorycznymi cnotami, że wciąż istnieją narody zmuszone wybierać między przetrwaniem a zniknięciem. Między światłem a ciemnością.

© Charles Rojzman

Link do oryginału


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.