Reprezentant Polski bohaterem Izraela

Nadeslala Beata Bialek

beata Bialekjpg

W Polsce o nim zapomniano, w Izraelu wciąż jest wspominany i wychwalany. W Dzień Ofiar Holokaustu uhonorowano go pośmiertnie, nazywając „dumą narodu mojżeszowego”. I pomyśleć, że przed wojną był niekwestionowaną gwiazdą Cracovii i reprezentacji naszego kraju.

pilkarz

Jak co roku, w kwietniu w Izraelu wspominano ofiary Holokaustu. Przywołano wśród nich postać Leona Sperlinga, którego nazwisko w latach 20. minionego wieku było na ustach tysięcy Polaków. Nie bez powodu. W samym Krakowie był postacią legendarną, a z dużym szacunkiem mówiono o nim także w innych polskich miastach.

„Cała widownia rechotała ze śmiechu”

Sperling piłkarzem był bardzo dobrym, by nie powiedzieć – świetnym. Nazywano „czarodziejem piłki”, bo potrafił z nią zrobić praktycznie wszystko. Według przedwojennych gazet był „technicznie niezrównany”. Z łatwością potrafił ograć czterech przeciwników i oddać skuteczny strzał na bramkę przeciwnika.

Poza boiskiem nie rzucał się w oczy, mając zaledwie 164 cm wzrostu. – Znakomity lewoskrzydłowy, technik najwyższej klasy, wielki indywidualista. Zbliżony w stylu gry całkowicie do Mielecha – ustępował mu w szybkości, bił go natomiast zwrotnością ruchów i jakością strzału – opisał go legendarny zawodnik Cracovii, Józef Kałuża, porównując niewysokiego gracza do Stanisława Mielecha.

Był prawdziwym ulubieńcem kibiców. – Potrafił misternym dryblingiem wymanewrować przeciwników, kończąc akcje celnym strzałem lub umożliwiając go współpartnerom – wspominał pisarz Henryk Vogler. – Umiał tak sprytnie wymanewrować dryblingiem przeciwników, że cała widownia rechotała ze śmiechu.

Urodził się w Krakowie, w rodzinie Salomona i Racheli Sperlingów, jako najmłodszy z licznego rodzeństwa. Nikt nie planował dla niego kariery piłkarskiej, bo zawodowy futbol po prostu jeszcze nie istniał. Rodzice wysłali go do liceum handlowego, aby ich syn zdobył ceniony zawód bankiera. Wolne od nauki chwile spędzał na boisku Jutrzenki – klubu, który zrzeszał piłkarzy pochodzenia hebrajskiego. Jako zdolny nastolatek, próbował przenieść się do o wiele bardziej znanej Cracovii. Tam jednak nie poznano się na jego talencie i odesłano z powrotem do Jutrzenki. Trzy lata później „Pasy” już same zabiegały o zwinnego zawodnika, którego koledzy nazywali na boisku „Munio”.

Nigdy nie grał głową

Miał tylko sobie znane przyzwyczajenia. Nigdy nie uderzał, ani nawet nie dotykał piłki głową. – Panie Sperling, za dużo pan dzisiaj odbija piłek głową, szkoda pańskiej cennej głowy! – ironizował żartobliwie inny znany piłkarz krakowskiego klubu, Ludwik Gintel.

Jego słowa puszczał mimo uszu i nie zmieniał swojej zasady, podobno z powodów swojego wyznania. A religijny był bardzo. Raz niewiele brakowało, a spóźniłby się na derbowy mecz z Wisłą. – Modły w bożniczce przedłużały się i Sperling był spóźniony. Modlący się obok niego kolega, mój wuj, brat matki, Romek Berwald, (…) pobiegł po dorożkę. Był to najszybszy środek lokomocji po mieście, aut, w szczególności taksówek, się nie widywało, może takie w tym czasie w Krakowie w ogóle jeszcze nie istniały – wspominał w jednej ze swoich książek Henryk Vogler.

Czasu było tak mało, że piłkarz musiał przebierać się jeszcze w dorożce. – Sperling zdejmował poszczególne części swego cywilnego ubrania, spodnie, marynarkę, bieliznę, i wkładał na siebie w nerwowym pośpiechu podawane mu przez mego wuja i przeze mnie elementy stroju sportowego, wydobywane z przygotowanej walizeczki: pończochy, buty futbolowe z kołkami, białe spodenki i wreszcie największa świętość, koszulkę w biało-czerwone pasy – pisał Vogler. Dostarczono go ekspresowo na stadion Wisły, gdzie od kilku minut trwał już mecz. Sperling prosto z dorożki wbiegł na boisko.

Nerwowy bankier

Ceniono go za jego charakter, ale bywał też impulsywny. Potrafił się złościć, gdy mu coś nie wychodziło. Tak było choćby w meczu z Warszawianką, gdy nie udało mu się strzelić gola z rzutu karnego.

– Krakowski piłkarz zdenerwował się tak bardzo, że w niespełna minutę po samotnym rajdzie, zdołał wepchnąć piłkę do siatki – relacjonowały gazety.

Jego zespół wygrał ten mecz 6:0, ale Sperling do ostatnich minut, starał się pokazać, jak wiele potrafi. – Sperling dżongluje z piłką o centymatry od linii autowej. Brawa z trybun sypią się gęsto, bo też jest rzeczywiście na co patrzeć – pisano. Miał też skłonności do przesady w efektownych zagraniach. – Nie pilnuje linii i bawi się piłką zamiast podciągnąć czy centrować – opisywano jego grę w meczu z Vasasem Budapeszt.

Nie mógł być też zadowolony w lipcu 1923 roku, kiedy ominęło go tournee Cracovii po Hiszpanii i mecze z Barceloną. Tylko on i Artur Kogut nie otrzymali potrzebnych na ten czas urlopów. Bank nie zgodził się puścić za granicę „urzędnika prywatnego”, jak wtedy nazywano prokurenta.

Nie zawsze mu jednak wszystko wychodziło. Najlepiej czuł się na boisku jako lewoskrzydłowy czyli… napastnik. W ataku wtedy występowało zwykle po pięciu piłkarzy, a przykładowo w obronie tylko dwóch. Sperling męczył się, gdy wystawiano go w drugiej linii, na pozycji łącznika. On chciał zdobywać bramki.

Tego nigdy się nie wyrzekł

Niepowodzenia odbił sobie grą w reprezentacji Polski. Był jednym z pierwszych zawodników, jacy zakładali koszulkę z białym orłem. Wystąpił w pierwszym historycznym spotkaniu Polaków z Węgrami, zaliczając ponadto piętnaście meczów.

Z narodową ekipą udał się też koleją w 1924 roku na igrzyska olimpijskie do Paryża. Czas mógł spędzić głównie jednak na zwiedzaniu stolicy Francji, bo kadra polskich piłkarzy już odpadła po pierwszym meczu, przegranym 0:5 z Węgrami.

Z Cracovią sięgnął trzy razy po mistrzostwo Polski, rozgrywając w jej barwach 381 spotkań. Byłoby tego jeszcze więcej, gdyby nie ponad półroczna w przerwa w grze, gdy zdecydował się zawiesić swoją karierę. Namówiono go jednak do powrotu, dzięki czemu grał jeszcze przez trzy lata.

W 1934 roku zdecydował się ostatecznie skończyć z graniem. Niedługo później pojął za żonę Sarę Perlę i przeniósł się do Lwowa. Tam próbował swoich sił jeszcze jako trener – prawdopodobnie miejscowej Hasmonei lub innego klubu. Jego świat wywrócił się do góry nogami, gdy nastała wojna. Podobnie jak inni Żydzi trafił do getta, gdzie zginął. Został zastrzelony na ulicy między 15 a 20 grudnia 1941 przez pijanego strażnika.

Dziś uważany jest nie tylko za ofiarę Holokaustu. W Izraelu jest bohaterem, który nigdy nie wyrzekł się swojej wiary i pochodzenia.

Przemysław Gajzler

Artykul z Onet.sport

One Response to “Reprezentant Polski bohaterem Izraela”

  1. Adam Konski 07/05/2013 at 22:51

    Chcialby dodac ze dunski rezyser Søren Kragh Jacobsen zrobil film w 1997 na podstawie tej ksiazki. Widzialem film i goraco polecam. 'The Island on Bird Street' Trailer pod linkiem http://youtu.be/B_klg12S40w

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: