Vademecum Nieudacznika czyli antymemuary

Nowa ksiazka Olka Kwiatkowskiego

reunion 69

 

 

Olek kwiatkowski nowa ksiazka 2015

 

 

 

 

 

 

 

 

W polskim konsulacie zebralo sie okolo 60 osob aby uczestniczyc w release jego nowej ksiazki.

Pani konsul wszystkich powitala i przedstawila glowna osobe.

Pan Cegielski ladnie prowadzil z Olkiem  rozmowe. Rozmowa toczyla sie wokol ksiazki, jak rowniez bylo duzo z zycia codziennego Olka.

Pozniej kwiaty , podpisywanie ksiazek i zaproszono wszystkich na wino.  Smiech , plotki rozmowy kazdego z kazdym i czulo sie prawie rodzinna atmosfere.

Kliknij na zdjecie a otworzy sie w pelnym rozmiarze

Ksiazke wydalo

Wydawnictwo Polonica

 

olek1

olek

 

 

 

 

 

olek2 olek3

 

 

 

 

 

olek4olek5

 

 

 

 

 

 

 

 

Z recenzji: Piotra Cegielskiego (NGP)

Wiele tekstów z „Vademecum” czytelnicy mogą pamiętać z łamów „NGP”, dziś zebrane w całość w jednym tomie nabierają jednak nowej jakości. Widać, jak wspaniały dystans do rzeczywistości wokół i do siebie samego ma autor. W autoironii i filozoficznym podejściu do młynów historii, które i jemu mocno przetrzepały skórę, pozuje trochę na Piszczyka z „Zezowatego szczęścia”, ale o ileż jest od niego bystrzejszy i – jednak – skuteczniejszy w życiu. Piszczyk był nieszczęśnikiem totalnym, a w dodatku obrzydliwym konformistą i małym oszustem. Mimo, że w tytule każdego rozdziału Aleksander Kwiatkowski odnotowuje swe kolejne porażki: „Jak nie zostałem dyplomatą”, „Jak nie nawiązałem współpracy z paryską Kulturą” „Jak nie zrobiłem kariery naukowej” itd, itp., to w sumie osiągnął bardzo dużo i w ładnym stylu, bez rozpychania się łokciami. I chyba wielu z tych niespełnień wcale nie żałuje, wręcz przeciwnie, wydaje się, że to one umożliwiły mu sukcesy na innych polach.

 

 

 

 

 

 

 

Ponizej jeden z rozdzialow ksiazki

Jak nie byłem Zydem, przeżyłem wojnę i uniknąłem marca

Czy można nie być Zydem, będąc – jak Wieszcz – urodzonym „z matki obcej”, z ojca – też obcego? Na takie pytanie Radio Jerewań odpowiedziałoby: można, ale…
Poród był trudny, podobno – śladami rabelaisowskiego Pantagruela – wychodziłem uchem, co z początku – w myśl teorii względności – rozumiałem opacznie, ale to moim uchem naprzód się pchałem, „w poprzek”, co zgodnie z antysemicką zbitką winno było sprawić mamie niewiele kłopotu. Jednak ciężko po mnie chorowała, i ja jako wcześniak też. No i dziadkowie, jeszcze związani tradycją, wymusili na rodzicach mój żydowski chrzest, co mi później – głownie w czasie wojny – sprawiało pewne kłopoty.
Z rodziny byłem zasymilowanej, żadnego języka poza polskim w domu nie można było uświadczyć. Ojciec chyba znal z dzieciństwa jidisz, a także rosyjski, który poznał staraniem władz carskich.
Staraniem Hitlera zmuszony byłem wraz z całą rodziną przenieść się na przeszło 2 lata poza mury getta, najpierw dużego na Bonifraterskiej (naprzeciwko koscioła i zakładu dla psychicznie chorych im. Jana Bożego), później małego na Prostej, gdzie mieścił się krawiecki szop Toebbensa i gdzie mój ojciec, jako przedwojenny mistrz igły i nożyc, zajmowal jakieś eksponowane stanowisko.
Od jakiegoś czasu zacząłem dostrzegać u siebie zdolność do uników, stosowanych w niektórych newralgicznych momentach historii Polski i świata. Tak więc w styczniu 1943 roku, czyli tuż przed powstaniem, opuściłem z rodziną mieszkanie na Prostej dzięki uprzejmości niemieckiego żandarma, który poznawszy mego ojca, znającego dobrze niemiecki z kilkuletniego pobytu w Berlinie w latach 1920., uznał za dobry uczynek swój sabotaż wobec planu Holocaustu.
Już mieszkając w Szwecji, w czasie drugiej wizyty w Polsce w r. 1979, opuściłem kraj w przededniu przyjazdu polskiego papieża z pierwszą pielgrzymką do ojczyzny, która, jak pamiętamy, odegrała istotną rolę w podtrzymaniu uczucia prostestu i buntu wobec rządów komunistycznych. O dekadę później opuściłem Polskę tuż po zakończeniu festiwalu krótkiego metrażu w Krakowie, a dosłownie następnego dnia Solidarność odniosła miażdżące zwycięstwo wyborcze. W 2 lata później byłem w Moskwie na festiwalu filmowym a po paru tygodniach miał tam miejsce nieudany pucz i Związek Sowiecki przetrwał już tylko do końca roku.
Czemu to przypisać? Przypadkowi? A może podświadomie nie lubię tłoku?
W każdym razie, wyjeżdżając z Polski w roku 1964, spowodowalem, że ominęły mnie coraz ciekawsze wydarzenia w życiu kraju, powstanie opozycji demokratycznej i wzrost oporu klasy robotniczej. Uniknąłem także wydarzeń marca 1968 roku, które obserwowałem z bliskiej ale jednak oddalonej szwedzkiej perspektywy, a później poznałem z drugiej ręki od przybywających do Szwecji pomarcowych emigrantów.
Uniknąłem marca, ale czy w sumie uniknąłem również, we własnym doświadczeniu, tego wszystkiego co wiąże się z marcową problematyką?
By odpowiedzieć na to pytanie cofnę się do lat bezpośrednio powojennych. Tu muszę paradoksalnie podać, że w ciągu 20 lat życia w Polsce po wojnie po prostu nie spotkałem się z objawami antysemityzmu. Parę ostatnich lat wojny przebywałem po stronie aryjskiej i po wojnie już po tej właśnie stronie pozostałem. Przybrane w czasie wojny nazwisko (z falszywej kennkarty, ktora kazdy co bardziej rozgarniety niemiecki zandarm okreslal mianem lipa) też pozostało, jako oficjalnie zmienione, o czym wiedział tylko odnośny urząd i może także Urząd Bezpieczeństwa. O pogromach w Krakowie i Kielcach oczywiście wiedziałem, ale jak glębokie mogły one pozostawić wrażenie na 11-latku? W mojej łódzkiej szkole wszystko było w porządku a do gimnazjum poszedłem TPD-owskiego, gdzie być może panowała nieco inna (ateistyczna i koedukacyjna) atmosfera niż w innych szkołach. Antysemityzm był chyba oficjalnie zabroniony a pozatym w mojej klasie i szkole było sporo Zydów płci obojga (niektorzy w zarządach ZMP) i żadne wyskoki przeciw nim nie były możliwe ani opłacalne. Raz tylko, zapytany przez któregoś z kolegow, andrusa z Karolewa, czy jestem obrzezany, oczywiście zaprzeczyłem, aby kilka tygodni później w łaźni przy basenie usłyszeć odeń: A jednak masz obrzynka! Spodziewałem się jakiegoś mało przyjemnego dalszego ciągu, ale nic takiego nie nastąpiło i moze nadal uchodziłem za Aryjczyka.
Ta mimikra trwała dalej aż do studiów. Dopiero pod ich koniec jeden z bliskich kolegów zagadnał mnie czy jestem Zydem, na co odpowiedziałem twierdząco, pytając zarazem jak się domyślił. Okazało się, że domyśliła się jego mama, bowiem niedlugo przedtem odwiedziłem jego dom i poznałem rodziców. Dalszej metamorfozy tego właśnie kolegi w okolicach marca nie bedę tu raz jeszcze opisywał; w każdym razie dopiero po wyjeździe z Polski zetknąłem się z panującym tam antysemityzmem.
Trzeba tylko jeszcze przez chwile dotknąć kulis mego wyjazdu z Polski na kilka lat przed marcem, co było falstartem dość wyraźnym. Z objawami antysemityzmu zetknęły się raczej malutkie dzieci mojej siostry i cała rodzina podchwyciła szansę łączenia się z daleką krewną w Szwecji, gdy się taka na początku lat 1960. pojawiła. Logicznym dalszym ciągiem był zamiar exodusu tamże dziadków, czyli moich rodziców, stawiających mnie, dobrze ustawionego w Polsce dziennikarza, przed dylematem: jedziesz z nami albo zostajesz tu sam. Nolens volens, a ciekawość świata też odegrała tu pewną rolę, pojechałem manewrem okrężnym do wujka-andersowca w Londynie, który również pozostawał po stronie aryjskiej, bo wychrzcił się u kapelana wojskowego w Buzułuku i dawną przeszłość etniczną – let alone religijną – pogrzebał głęboko, wnosząc równiez o moją dyskrecję w tej sprawie. Co najdziwniejsze, nie zmienił nazwiska ani wyglądu, ale być może antysemityzm w W. Brytanii jest mniejszy a instynkt rozpoznawania Zydow minimalny. Mnie Brytyjczycy powolili zostać u siebie tylko przez 3 miesiące i odtąd już była tylko Szwecja. Tam zerwałem z konspiracyjnymi praktykami i przy nadarzających się okazjach donosiłem o swoim pochodzeniu urbi et orbi, tj szwedzkim kolegom w pracy i odwiedzającym mnie przyjaciołom z Polski. Jednemu z nich próbowałem hipotetycznie komentować, jak bym się zachował czy nie zachował w marcu, gdyby mnie zmuszano – jako Polaka – do podpisywania apeli antysjonistycznych. Dowiódł mi naiwności, komunikując, że nikt by mnie o podpis nie prosił, bo podpisywano w imieniu całej załogi.

Aleksander Kwiatkowski

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: