Tajemnica pana Cukra – fragment 4

tajemnica pana cukraNazywam się Zvi Cukier. Albo Hersz Cukier. Albo He niek Cukier. To wszystko ja, jedna osoba, w różnych okresach życia. Hersz mieszkał w Polsce. Heniek też, tyle że po wojnie. A Zvi w Izraelu. I Zvi, i Hersz znaczą to samo – jeleń, tylko raz po hebrajsku, a raz w jidysz. Tatuś nie był pobożny, ale mamusia tak, więc może moje imię miało prowadzić mnie do Boga, jak w psalmie 42:
„Jak jeleń pragnie wód płynących, tak
dusza moja pragnie Ciebie, Boże”?
Mam osiemdziesiąt jeden lat i  przez cały czas, przez wszystkie te lata, największym moim pragnieniem było żyć. Po prostu żyć.
Urodziłem się 21 marca 1933 roku w Kałuszynie. Kałuszyn teraz i Kałuszyn wtedy to dwa różne światy. Różne miasta, różni ludzie. Teraz to malutka mieścina, przed wojną to było duże miasto, dużo było drewnianych domów, ale były i mu rowane, piętrowe, i była ulica z chodnikiem, biblioteka, teatr amatorski, kluby sportowe i spotkania, odczyty, występy. Pod Kałuszynem była znana miejscowość letniskowa Mrozy. Zjeżdżali się tam eleganccy ludzie z Warszawy, z Łodzi, z Mińska, bo tam dochodziła kolej. Miałem młodszego brata Abramka i starsze rodzeństwo: Gierszona i Malę. Tatę, mamusię, dziadków od strony mamy, babcie od strony taty i  mnóstwo wujków, cioć i  kuzynów. Wszyscy mieszkali w Kałuszynie, żyli tam i pracowali, odwiedzaliśmy się, mamusia miała koleżanki, tatuś interesy. Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa, najstarsze, jest takie: mam pięć lat, mama budzi mnie wcześnie rano i prowa dzi do chederu. Idziemy krótko, to było blisko domu, miesz kaliśmy przy ulicy Zamojskiej numer dziesięć. A cheder był koło tej wielkiej synagogi, tam gdzie teraz jest stacja benzy nowa. Mama trzymała mnie za rękę i szliśmy do szkoły. I tam mnie zostawiała, wracała do pracy, była krawcową i stale coś szyła w domu. A ja w szkole bardzo tęskniłem do niej i bałem się. W klasie ławki ustawione były w dwóch rzędach, ja siedziałem koło okna.
Bardzo nie lubiłem chodzić do chederu, nie wolno było bawić się, biegać, tylko siedzieć i powtarzać za rabim alfabet, a on był groźny, bił nas po rękach „kancikiem” takim jak palcat na konie. „ A nu wajz di hend ! No, teraz dostaniesz! Kładź tu rękę!”, i raz, dwa, trzy! A nawet za ucho też brał, jak się gada
ło, kręciło. Zawsze, zawsze tęskniłem za mamusią, koło tego okna siedziałem i tylko patrzyłem, jak uciec z klasy. Chciałem tylko być koło mamy, tam się czułem dobrze.
Przyslala Anna Karolina Klys
anna karolina klys
Wczesniejsz fragmenty
Fragment 1 KLIKNIJ TUTAJ
Fragment 2 KLIKNIJ TUTAJ
Fragment 3 KLIKNIJ TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: