Powrót do Ziemi Praojców cz.15 (koniec).

Dręczyły mnie mdłości, bóle brzucha. Musiałam natych¬miast odstawić Jakowa od piersi, a on sprzeciwiał się temu uporczywie. Nie chciał spać, wciąż płakał. Heniek nie mógł pracować, gdyż musiał opiekować się nami. Z początku sąsiadka nam pomagała, gotowała dla nas, ale to nie wystarczało, musiałam bowiem leżeć i nie mogłam nic robić. Schudłam bardzo, osłabłam. Do szpita¬la nie chciałam pójść. Tutaj przynajmniej pomagałam Heńkowi radą, znajdowałam się w pobliżu. Wspólnymi siłami przebrnęliśmy w końcu przez ten trudny okres.
Jaków rozwijał się dobrze, był mądry i wesoły. Wszyscy wokoło lubili go i cieszyli się każdym jego nowym słowem czy ruchem. Miał jasną karnację, jasne włosy i niebieskie oczy. Żywy i bardzo bystry. Pies pilnował go, bawił się z nim. Nierzadko mały wyciągał z lodówki jedzenie i zanosił swemu czworonożnemu przyjacielowi… Dawał mu tak trudne do zdobycia i do przygotowania potrawy. Pewnego razu nakarmił go garnkiem smalcu. Smalec pochodził z paczki zagranicznej…
Po dwóch latach zaczęto przenosić ludzi z namiotów i baraków do specjalnie zbudowanych mieszkań. Od¬bywało się to w bardzo wolnym tempie — kolejka była ogromna. Pierwszeństwo miały duże rodziny i ludzie dysponujący wystarczającą sumą pieniędzy na wpłace¬nie koniecznego zadatku. Resztę sumy i procenty od pożyczki należało spłacać w miesięcznych ratach. Miało to trwać lata, gdyż należności powiększały się bezustan¬nie z powodu rosnącej wciąż inflacji. Każdy pragnął zostać wpisany na listę oczekujących na mieszkanie, zwłaszcza na te budowane w pobliżu Tel-Awiwu, gdzie łatwiej było o pracę. Niemało zależało także od roz¬maitych protekcji i względów natury politycznej. Bloki owych nader skromnych mieszkań, zwanych „szykun”, budowano w miejscowościach słabo rozwiniętych, od¬dalonych od ośrodków handlowych i kulturalnych, od szosy i stacji autobusowej. Marzyłam o dostaniu takiego mieszkania. Brat przysłał mi niewielką sumę pieniędzy, gdy urodził się Jaków. Trochę zaoszczędziliśmy z pensji Heńka i mogliśmy wpłacić zadatek.
Urzędnicy z Sochnutu nie zgadzali się jednak dopisać nas do listy. Nie byliśmy przecież dużą rodziną… Po licznych interwencjach i ciągłej bieganinie do rozmai¬tych urzędów zostaliśmy w końcu włączeni do losowa¬nia jednopokojowego domku w miejscowości Bejt-Da- gon (niedaleko Tel-Awiwu). Pani Segal wzięła do siebie Jakowa, a Heniek i ja pojechaliśmy na to niezwykłe, długo oczekiwane losowanie. Wróciliśmy przejęci i pod-nieceni. Wkrótce będziemy mieli swój dom. Wiemy już, gdzie go budują, kim są przyszli sąsiedzi. Odtąd stale tam jeździliśmy oglądać postępy w budowie. Kiedy jednak mieszkanie zostało wykończone, ogłoszono, że suma wpłaty do otrzymania klucza została podwojona… Znów zepchnięto nas z wierzchołka, na który z takim mozołem wspinaliśmy się! Kto nie dopłaci różnicy, straci prawo do mieszkania i będzie musiał siedzieć w „maabara”, aż ukończą jakiś nowy projekt! Tkwili¬śmy już w tym brezentowym namiocie i baraku ponad dwa lata i kto wie, do kiedy w nim pozostaniemy?! Ceny
wciąż wzrastały, mieszkania drożały. Co robić? Jak pogodzić się z tego rodzaju niespodzianką w chwili, gdy już mieliśmy wylosowane mieszkanie?!
Sprowadziliśmy do siebie znanego w „maabara” handlarza. Ogromnych rozmiarów Żyd, w szerokiej, długiej sukmanie. Nazywano go żartobliwie Mosze-Ra- bejnu, czyli Mojżesz. Kupił od nas kredens, łóżko oraz skórzane palto i aparat fotograficzny — dary od brata. „Mojżesz” targował się, całował po rękach zgodnie ze zwyczajem wschodnich kupców — mówił do nas po arabsku, dorzucając pojedyncze słowa hebrajskie. Sprzedaliśmy niemal wszystko, aby wnieść część przy¬musowej dopłaty. Na szczęście, brat niespodziewanie przyszedł z pomocą. Jakaż to była radość! Marek sprzedał domek po dziadkach ze strony ojca, którzy zginęli w getcie, i dodał coś od siebie w prezencie. Wystarczyło to nawet na kupno niezbędnych mebli!
Nie zasnęłam przez całą noc ze wzruszenia i pod¬niecenia. Nie mogłam sobie wyobrazić, że to prawda, że będziemy mieli wkrótce prawdziwy, murowany dom, a nawet meble!… Planowałam i marzyłam, jak go urządzę, gdzie postawię tapczan, modną, czterodrzwio¬wą szafę?.,. Heniek śmiał się, że jeszcze nie posiadamy klucza od mieszkania, a ja już ustawiam w nim meble…
Wciąż jeszcze były rozmaite, irytujące opóźnienia i lęk przed nowymi, przykrymi niespodziankami — ale wre¬szcie upragniona chwila nadeszła! Kiedy wchodziłam po raz pierwszy do naszego własnego mieszkania, przypo¬mniałam sobie nagle, jak leżałam na podłodze wąskiego korytarza w baraku w obozie Neustadt-Gieve. Ludzie idący po ciemku w nocy do ubikacji deptali po mnie wysmarowanymi butami. Ekskrementy z zatkanych klo¬zetów zalewały barak…
Siedziałam na tapczanie i spoglądałam szeroko roz¬wartymi oczyma na pokój. Trudno mi było uświadomić sobie, gdzie się znajduję. Po tylu latach mam sufit nad głową, białe ściany, dwa okna, firanki, żyrandol, a nie czarny, cuchnący brezent! Oboje z Heńkiem nieustannie trudziliśmy się, aby ulepszyć i upiększyć nasze miesz¬kanie. Odejmowaliśmy sobie niemal od ust, aby pokryć związane z tym wydatki. W mieszkaniu nie było drzwi do pokoju i do kuchni, okiennic, kranów, termy, szafek kuchennych, kafli… Heniek wszystko robił sam i in¬stalował w godzinach wolnych od pracy.
Bejt-Dagon to stara i zaniedbana wieś. Mieszkali tu kiedyś Arabowie. Rzędy jednakowych, dwurodzinnych domków, składających się z pokoju, małej kuchni i ubikacji wraz z miejscem na prysznic oraz sporego kawałka ziemi na ogródek — wybudowano na krańcu wsi. Wykarczowano opuszczone, wyschłe pardesy na tę nową dzielnicę, oddaloną od rynku, sklepów, a — co najważniejsze — od szosy wiodącej do miasta, do pracy! Sąsiedzi prześcigali się w pomysłach urządzenia i ulep¬szenia swych domków. Doprowadzało to nawet do zawiści, nie znanej w „maabara”. Niektórzy mogli sobie pozwolić na drogie urządzenia w mieszkaniu, zasadzali rzadkie drzewa i rozmaite krzewy w ogrodach. Inni — skrycie bądź jawnie — pragnęli ich naśladować.
W tym czasie o pracę było trudno. Heniek znalazł zatrudnienie w fabryce łyżek u byłego fabrykanta
z Warszawy. Aby nie zwalniać robotników, właściciel fabryki ustalił skrócony (i mniej płatny) tydzień pracy. W każdym razie tak twierdził, choć nikt nie był przeko¬nany o prawdzie jego słów. Był skąpym i chciwym człowiekiem. Heniek dostał tę posadę dzięki Zeni, która znała właściciela fabryki jeszcze z lat przedwojennych w Polsce. Zenia była siostrą oddziałową w szpitalu żydowskim na Czystem w Warszawie. Poznałam ją w getcie. Pracowała w szpitalu razem z Markiem. W czasie okupacji Zenia przychodziła do nas do domu, przyjaźniła się z moją mamą i resztą rodziny. Przeżyła wojnę jako członek AK, a potem AL. Nie była podobna do Żydówki i ten fakt pomógł jej przeżyć.
Zenia i jej drugi mąż, Jakub, także warszawiak, starali się zastąpić nam rodziców. Odwiedzali nas często, interesowali się żywo i szczerze naszymi problemami i osiągnięciami. Starali się popierać nasze plany i przed¬sięwzięcia, umilać nam czas, zabawiać Jakowa, którego oboje bardzo kochali. Chwalili zawsze moją gospodar¬ność oraz pracowitość i zdolności Heńka do wszelkich robót. Nie mieli dzieci. Pierwszy mąż Zeni był Polakiem, rentgenologiem. Został zastrzelony przez Niemców dla¬tego, że ukrywał swą żonę, Żydówkę…
Z początku w nowym domu nie było wody ani elektryczności, dlatego że zarząd wsi nie spłacił roz¬maitych długów. Trwało to około roku. Składaliśmy skargi do rozmaitych instancji. Wciąż przyrzekano nam, że wkrótce to się zmieni, ale były to słowa rzucane na wiatr. Sprawa z elektrycznością była bardziej skom-plikowana niż z wodą, gdyż nie było tu jeszcze słupów ani drutów, do których można by dołączyć nową dzielnicę. Elektrowni nie spieszyło się. Nadal więc przynosiłam wodę w wiadrach, z tym że tutaj nie stałam w kolejkach do kranu jak w „maabara”. Mieszkanie oświetlałam jak dawniej lampką naftową. Niemal każ¬dego dnia tłukły mi się szkła do lampy. Nowe trzeba było kupować na czarnym rynku i były drogie. Heniek żartował, że pracuje właściwie tylko na te szkiełka… Śmieliśmy się oboje.
Pewnego razu brat przysłał nam radio. Czasami zdumiewał nas i wzruszał różnymi niespodziankami. Przysyłał takie rzeczy, których nie sposób było dostać w Izraelu albo na które nie mogliśmy sobie pozwolić. W listach pisał, że pragnie tym dowieść, że mnie kocha i nie zapomina, mimo że jesteśmy tak daleko od siebie. Jednakże z biegiem czasu nasz kontakt rozluźnił się… Kiedy spotkaliśmy się po 22 latach rozłąki, uświadomi¬łam sobie, jak wielkie zmiany zaszły w usposobieniu i poglądach mojego brata oraz w jego stosunku do mnie. Ameryka uczyniła z niego innego człowieka… Gdyby nie książka, którą opublikowałam w 1967 roku w Polsce, nasz kontakt prawdopodobnie urwałby się całkowicie. Opisane przeze mnie wspomnienia z lat okupacji wywarły na Marku głębokie wrażenie i od¬świeżyły więzy rodzinne.
Niemal wszystko, co Heniek zarabiał, szło na urzą¬dzenie domu. Zasadziliśmy drzewka owocowe, krzaki róż. Heniek zakupił deski i siatkę, z których zbudował kurnik i podwórko dla drobiu. Pewnego dnia przy- taszczył ogromne kamienie i wyłożył z nich chodnik przed domem. Założył także instalację do polewania ogrodu.
Wielką radością było podłączenie wody i światła do naszej dzielnicy. Po pięciu latach pobytu w Izraelu nareszcie mogliśmy korzystać z elektryczności! Naresz¬cie usłyszeliśmy radio. Odzyskaliśmy nagle kontakt ze światem!… Zdarzało się później, że radio psuło się; był to dla nas dotkliwy cios. Znowu odcięcie, przykra cisza… Przywiązaliśmy się do radia jak do kogoś bliskiego, bez kogo nie można żyć. Było niemal jedynym urozmaiceniem naszego życia.
Zajmowałam się energicznie i z entuzjazmem ogro¬dem oraz niewielkim inwentarzem. Heniek wykonywał prace, które były dla mnie za ciężkie. Reperował, budował, malował. Znał się na ślusarce, stolarce — na wszystkim, co było potrzebne w domu i w gospo¬darstwie.
Z początku kupiliśmy dwadzieścia kur, aby mieć jajka na własny użytek. Wzorowaliśmy się na innych sąsia¬dach. Specjalna żywność dla kur kosztowała drogo, więc karmiliśmy je mokrym chlebem wymieszanym z posiekanym zielskiem. Sami wyrzekaliśmy się wszyst¬kiego, jedynie dla Jakowa staraliśmy się o niezbędne produkty. Na razie nie kupowaliśmy nawet tanich tutaj pomarańczy. Po kilku miesiącach mieliśmy już dość jajek, mogliśmy się nawet podzielić nimi z przyjaciółmi w mieście. Znów powrócili do nas dawni znajomi i koledzy… Pogodzili się nareszcie z naszym małżeństwem.
W ogrodzie mieliśmy warzywa, truskawki i orzeszki. Sąsiedzi wciąż powiększali inwentarz, aby zapewnić sobie także mięso, które skąpo przydzielano na kartki. Pochodzili przeważnie z miast i nigdy przedtem nie zajmowali się gospodarstwem wiejskim. Teraz chwytali się wszystkiego, aby osiągnąć jak najlepsze wyniki. Stało się to również ich ambicją, pragnęli imponować jedni drugim osiągnięciami. Przy naszych skromnych moż¬liwościach nie mogłam ich dogonić.
Pewnego dnia przyjechał do nas krewny z Ameryki. Przywiózł mi od brata kilkadziesiąt dolarów i kupon ładnego materiału na suknię. Postanowiliśmy pieniędzy nie wydawać, aby był grosz w domu na nieprzewidziany wypadek. Materiał natomiast zaproponowałam pewnej kobiecie we wsi. Zgodziła się dać mi za materiał indyczkę… Teraz będę miała wiele drobiu — jak inni sąsiedzi! Nauczyłam się szybko rozpoznawać, które jaja są zapłodnione, a które nie. Ponieważ indyczęta, kaczęta i gąski wylęgają się po czterech tygodniach, a kurczęta po trzech, można było usunąć po tygodniu jaja nie zapłodnione i podłożyć kurze… Przeglądałam je pod małą lampką elektryczną. Stałam się specjalistką od rozpoznawania jaj. Z moich porad korzystali również sąsiedzi… Indyczka, którą otrzymałam za materiał, siedziała w gnieździe z uporem przez dwa miesiące. Wylęgły się pod jej wielkimi skrzydłami indyczęta, kaczki, kury. Nocą trzymałam pisklęta w domu, w ciep¬le. Jaków miał wielką uciechę z nimi. Obserwował, jak wykluwały się z jaj, jak grzały się pod skrzydłami indyczki — mamy. Uganiał się za nimi na dworze,
próbował uchwycić w biegu. Chodził ze mną i sąsiad¬kami zbierać zielska w pardesach. Pomagał mi wy¬szukiwać specjalne zielsko o grubych, małych i mięsi¬stych liściach. Kiedy Heniek był w domu, chodziliśmy razem do tych starych, odległych pardesów. Nieraz natykaliśmy się na jadowite węże, które ledwo można było rozróżnić pośród traw i dzikich zarośli…
Drób podrastał. Mieliśmy teraz mięsa i jajek pod dostatkiem. Przyjeżdżali znajomi z miasta, których mogliśmy godnie przyjąć. W owych czasach komunika¬cja była niełatwa, dlatego często goście zostawali u nas od piątku do soboty wieczór. Dzieci bawiły się razem. Kiedy jeszcze nie mieliśmy własnych jarzyn, mięsa i jajek, dzieliliśmy się z nimi żywnością z przydziałów. Byli przecież dla nas cząstką rodziny, oprócz nich nie mieliśmy nikogo bliskiego! Tym bardziej że nasze kon¬takty z kuzynostwem Heńka urwały się zupełnie.
Minęły następne dwa lata. Heniek znalazł bardziej popłatną pracę w fabryce gumy w Ramat-Ganie. Ale musiał dojeżdżać do pracy dwoma autobusami. Z domu do przystanku autobusu było ponad kilometr. Taka sama odległość dzieliła nas także od sklepów we wsi. Ciążyło to wszystkim sąsiadom. Ciężko było dźwigać kosze z zakupami. Jaków nie mógł chodzić tak dale¬ko. Nosiłam go na rękach. Heniek wracał późno i nie mógł mi pomagać w prowadzeniu domu. Dziecko nie dawało mi się ruszyć samej ani na krok, nie. chciało zo¬stawać u obcych ludzi — a byłam już w ciąży z drugim. Życie w tym zapadłym i nie rozwijającym się zakąt¬ku było uciążliwe i nie wróżyło niczego obiecującego.
Wieś zamieszkiwały zacofane, bardzo duże rodziny żydowskie z krajów arabskich. Z biegiem czasu zaroiło się tu od przestępców i narkomanów. Nawet szkoły dotknęła plaga narkomanii. Strach było posłać dziec¬ko do takiej szkoły, w której i poziom nauki był niski.
Zamożniejsi i zaradniejsi mieszkańcy spośród nowo przybyłych zaczęli sprzedawać swe domki i przeprowa¬dzać się do miasta. Na ich miejsce przychodzili właśnie Żydzi z krajów arabskich. Byli niechlujni, obarczeni gromadą dzieci, nie dawali nam chwili spokoju •— ani w dzień, ani w nocy. Przy tym jawnie nienawidzili nas — Żydów europejskich, tak różniących się od nich pod każdym względem.
W końcu byliśmy zmuszeni pójść w ślady naszych europejskich sąsiadów, mimo że z początku broniliśmy się przed tą myślą. Okazało się również, że utrzymanie w tych warunkach ogrodu i inwentarza stało się nieo¬płacalne. A praca przy prowadzeniu tego małego gospo¬darstwa też nie była lekka. Tym bardziej że Heniek musiał często służyć w wojsku jako rezerwista i wszyst¬kie obowiązki spadały na mnie.
Kilkudniowa służba wojskowa raz na kilka miesięcy ciążyła nam bardzo. Nigdy nie rozłączaliśmy się ze sobą, nawet do kina nie wychodziliśmy, gdyż nie było z kim zostawić Jakowa. W czasie służby wojskowej Heniek wracał do domu bodaj na kilka godzin z najdalszych miejscowości, jeżeli tylko nadarzała się okazja. Tulił mnie wtedy do siebie, jakbyśmy się nie widzieli lata! Smutne były to pożegnania, gdy odchodził do wojska.
Ale wszyscy mężczyźni w Izraelu musieli do późnego wieku odbywać taką służbę.
Długo rozważaliśmy, co robić dalej. Zaoszczędziliśmy pewną sumę pieniędzy, która powiększona o sumę otrzymaną ze sprzedaży domu wystarczyłaby na „klu¬czowe” w wynajętym, skromnym mieszkaniu w mieście. Gdybyśmy jednak posiadali jeszcze trochę więcej pienię¬dzy, moglibyśmy kupić własne, przyzwoite, dwupokojo- we mieszkanie. Napisałam o tych nowych tarapatach bratu. Znów starał się powstrzymać mnie od planowa¬nych zmian. Przyrzekał pomoc w powiększeniu obec-nego mieszkania. Ale ja uświadomiłam sobie, że nie będziemy mogli dalej żyć w tych warunkach z dwojgiem dzieci, zwłaszcza że przyjaźni sąsiedzi, u których nieraz zostawiałam Jakowa, aby pójść po zakupy, wyprowa¬dzili się już stąd. Akurat nadarzyło się dobre mieszkanie w budującej się kamienicy w Ramat-Ganie w pobliżu Feli, mojej koleżanki z kibucu.
Kupiliśmy to mieszkanie. Wpłaciliśmy pierwszą ratę ze swych oszczędności, a drugą mieliśmy uiścić po sprzedaniu domku. Ostatnia rata miała być rozłożona na dwuletnie spłaty. O brakującą sumę pieniędzy zwró¬ciłam się do brata. Sądziłam, że zrozumie sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, i pomoże nam. Heniek sprzeci¬wiał się temu. Nie posłuchałam go!
Minęło kilka miesięcy, a od brata nie było listu. Musieliśmy sprzedać dom, zbliżał się bowiem ostateczny termin spłacenia drugiej raty. Napisałam ponownie. Nie prosiłam go o nic, ale teraz znaleźliśmy się w położeniu bez wyjścia. W Bejt-Dagonie bardzo trudno było sprze¬dać mieszkanie. Myślałam, że długo to potrwa, zanim znajdziemy klienta. Okazało się jednak, że w naszym przypadku stało się inaczej. W dniu, kiedy wystawiliśmy dom na sprzedaż, zjawił się Jemeńczyk i kupił natych¬miast, bez targu… Fakt ten wzbudził nawet zazdrość jednego z sąsiadów. Oświadczył, że zabraliśmy mu klienta, i żądał za to pieniędzy. Długo awanturował się z Heńkiem, starając się wszelkimi sposobami prze¬szkodzić w sprzedaży domu. Oczerniał nas przed sąsia¬dami, zwrócił się nawet do „Histadrutu”, gdzie jednak rozstrzygnięto, że obwinia nas bezpodstawnie. Jemeń¬czyk interesował się tylko ogrodem i inwentarzem, mieszkania prawie nie oglądał.
Odtąd sprawy potoczyły się z nieprzewidzianą szyb¬kością… Pierwszego listu, jak się okazało, bratu nie doręczono. Na następny przyszła gorzka, obraźliwa odpowiedź, ale i przyrzeczenie pomocy z zastrzeżeniem jednak, że to ostatni raz!
Po kilku latach, gdy otrzymałam odszkodowanie z Niemiec, chciałam zwrócić bratu te pieniądze, ale kategorycznie odmówił. Napisał, że jest szczęśliwy, iż mógł mi wtedy pomóc i że posiadamy teraz dobre mieszkanie. Jednakże jego żona miała inne zdanie w tej sprawie. Kiedy po raz pierwszy odwiedziła nas w Iz¬raelu, oświadczyła, że to ona zatrzymała wtedy mój list. „A jak się coś pożycza, to należy zwrócić!” — orzekła… To były przecież także jej dolary!… Nie wytrzymałam. Pokazałam jej list Marka, w którym napisał, podkreśla¬jąc czerwonym ołówkiem, że nic nie jestem mu winna. W tej chwili cieszyłam się, że wówczas opuściłam Paryż.

Heniek miał rację. Należało wynająć coś małego w Teł-Awiwie i zapłacić z własnych pieniędzy „kluczo¬we”, a nie zwracać się wtedy do brata!
Drugi nasz syn, Beni (to imię ojca Heńka), urodził się już w bardziej normalnych warunkach. Mieliśmy dwa pokoje, kuchnię, łazienkę, dwie duże werandy, światło oraz zimną i ciepłą wodę. Myślałam, że niczego lepszego nie można sobie wymarzyć. Dom znajdował się na centralnej ulicy, blisko sklepów, stacji autobusowej, parku. Nie było tutaj tylko tyle wolnej przestrzeni i zieleni, do których przywykliśmy w ciągu dwóch lat w Bejt-Dagonie. Panowała.miejska ciasnota, jedna ka¬mienica stała obok drugiej.
Zaczęły się komplikacje z pracą Heńka. Tak cieszyliś¬my się, że nareszcie zamieszkamy blisko fabryki i nie trzeba będzie tracić wielu godzin na dojazdy tam i z powrotem. Niestety, fabryka przeniosła się z Ra- mat-Ganu do innego miasta. W tym okresie robotnicy w niej nie byli zorganizowani, dopiero Heniek wystąpił z propozycją wstąpienia ich do „Histadrutu”. Oczywiś¬cie, właściciel nie był zadowolony z inicjatywy Heńka. Jednakże jego projekt został poparty przez wszystkich i właściciel musiał się zgodzić. Wypłacił odszkodowania tym robotnikom, których nie zatrudnił w nowym miej¬scu. Heniek znalazł się pośród nich. Został bezrobotny w czasie, gdy musieliśmy spłacać miesięczne raty za mieszkanie w wysokości prawie całej jego pensji! Heniek wychodził każdego ranka do miasta w poszukiwaniu pracy. Wracał wieczorem zmęczony i zrezygnowany. Nikomu nie były potrzebne jego silne, pracowite ręce. Gorzki to smak. Musieliśmy i to poznać w swym burzliwym życiu. Heniek pocieszał mnie łagodnie, że w końcu coś się znajdzie. Trzeba wierzyć, szukać, uzbroić się w cierpliwość. Innej rady nie było.
Zenia znów okazała się pomocna. Znalazła mu tym¬czasową robotę nad Morzem Martwym. Wracał stamtąd do domu raz na miesiąc. Zenia na swój koszt urządziła piękne przyjęcie w dzień obrzezania Beniego. Uroczys¬tość odbyła się w naszym nowym mieszkaniu w Ramat- -Ganie. Na przyjęcie przybyli dawni przyjaciele, znajomi z namiotów „maabara” i byli sąsiedzi z Bejt-Dagonu. Po raz pierwszy odwiedziła nas Nadzia z mężem i cór¬ką oraz Szymon z rodziną. Była to prawdziwa uroczy¬stość!
Przeżywałam trudny okres, gdy Heniek pracował nad Morzem Martwym. Sama z dwojgiem małych dzieci. Zenia z mężem odwiedzała mnie czasami. Pomagała mi sąsiadka, pani Tugentaft, starsza kobieta, bardzo pobo¬żna. Mieszkała obok mnie z mężem i najmłodszym synem. Zaprzyjaźniłam się z tą dobrą, szlachetną rodzi¬ną. Pani Tugentaft była mądrą, myślącą kobietą, dosko¬nałą gospodynią. Nigdy nie rzucała słów na wiatr, nie starała się nikomu narzucać swych poglądów. Potrafiła słuchać uważnie i starała się zrozumieć innych. Cieszyła się szacunkiem wszystkich sąsiadów. Nie robiła niczego na pokaz. Nie nosiła nawet peruki, aby nie afiszować się swoją pobożnością. Jej mąż był również skromnym człowiekiem. Chory na serce, co dzień jednak wstawał
o czwartej rano, aby pójść do bóżnicy przed rozpo¬częciem pracy. Nieraz widzieli, jak wieszam bieliznę w sobotę albo gotuję. Nigdy nie zwracali mi uwagi. Pewnego dnia, podczas Świąt Wielkanocnych, pani Tugentaft odwiedziła mnie. Piekłam akurat ciasteczka ze zwykłej mąki, czego zabrania surowo religia żydows¬ka. Widząc to powiedziała tylko: „O, ładnie wyglądają te ciastka, po świętach wezmę od ciebie przepis” Starałam się jednak — ze względu na tę rodzinę — powstrzymać w soboty i święta od rozmaitych robót. Pani Tugentaft nie odwiedzała mnie często. Do innych sąsiadów nie zachodziła w ogóle. Ale kiedy Heniek pracował daleko od domu, czuwała nade mną dyskret¬nie. Kilka razy dziennie otwierała drzwi i zaglądała, czy radzę sobie z dziećmi, czy nie potrzebuję pomocy. Dobrze było czuć, że ktoś myśli o mnie. Byłam jej za to tak wdzięczna!
Dręczyło mnie jednak osamotnienie, zwłaszcza wtedy, gdy dzieci już spały. Ogarniał mnie lęk, jak w latach prześladowań hitlerowskich… W trudnych chwilach uparcie wracały wspomnienia tych strasznych dni. Sta¬wałam wtedy nad łóżeczkiem śpiących smacznie dzieci, aby odpędzić od siebie te koszmarne obrazy.
Jednej takiej nocy, gdy Heniek pracował w Sodomie, nad Morzem Martwym, zdarzyło się trzęsienie ziemi. Nie spałam jeszcze. Nagle łóżko zatrzęsło się. Dzieci leżały obok mnie, gdyż płakały przed zaśnięciem. Po chwili zadrżały ściany, jakby były z papieru… Przerażeni ludzie wybiegali na ulice. Panika, krzyki. Dzieci zbudziły się z płaczem. Nie wiedziałam, kogo wpierw ubrać, żeby czym prędzej wybiec z domu. Na szczęście wszystko ucichło, zanim zdążyłam wyskoczyć z dziećmi na dwór.
Heniek skończył pracę nad Morzem Martwym. Innej na razie nie miał. Nowe jednak nieszczęście kazało nam zapomnieć o tej trosce. Ogłoszono mobilizację. Wybu¬chła wojna synajska 1956 roku. Zamarłam z przeraże¬nia. Miałam przed oczami obrazy z wojny 1939 roku. Bombardowania, alarmy, ucieczki do schronów, poża¬ry, głód. Wtedy byłam dzieckiem i inni troszczyli się
o mnie — teraz jestem matką dwojga dzieci i żoną żołnierza! Tego jeszcze tylko brakowało, żebym utraciła Heńka, żeby dzieci zostały sierotami! Kiedy żegnałam się z mężem, nie byłam zdolna wymówić słowa. Jak¬bym skamieniała. Stan ten owładnął mną właściwie od chwili, gdy jakiś żołnierz zapukał do naszych drzwi
wręczył mi kartę mobilizacyjną dla Heńka. Syna Tugentaftów powołano również. Przerażenie i smutek ogarnęły cały dom, wszystkich lokatorów. Najgorsze myśli przelatywały mi przez głowę. Co pocznę z dziećmi sama? Jak ochronię ich od głodu, strachu, pożarów? Pamiętna własnych nieszczęść i tragedii, zawsze bałam się wojny bardziej niż inni ludzie. Nawet w spokojne i normalne dni bałam się nieprzewidzianych tragedii. W latach okupacji hitlerowskiej życie nauczyło mnie, że każde zło jest możliwe i że zawsze może być jeszcze gorzej, niż jest. Ponad pięć lat żyłam w cieniu bestials¬kiego terroru i śmierci. Nie mogłam wyzwolić się z tego — a tu wciąż nowe napięcia, potyczki i wojny!
Z powodu tej nowej wojny niektórzy sąsiedzi wyemi¬growali do Ameryki. Koszmar przebytej w Europie grozy był jeszcze zbyt świeży. Nerwy zawodziły. Trudno było zmierzyć się ponownie z wojną. Tym bardziej że nie było widoku na zmianę tej sytuacji. Krewni i przyjaciele z za¬granicy pisali listy pełne niepokoju, proponowali po¬moc. Ja nie czekałam na pomoc od nikogo. Nie za¬mierzaliśmy tułać się znowu po świecie.
Również i ta wojna skończyła się — jak wszystkie poprzednie — bez rozstrzygnięcia i ostatecznego po¬koju. Stan: „nie wojna i nie pokój” — trwał usta¬wicznie.
Po wojnie synajskiej wybuchła wojna sześciodniowa w 1967 roku, a następnie w 1973 roku — wojna Sądnego Dnia, czyli Jom Kipur. Nasz młodszy syn przygotowywał się właśnie do matury, gdy zauważyliś¬my przez okno niezwykły, niespotykany w normalnym dniu ruch wojskowych aut na szosie… Heniek był już wtedy w dalszej rezerwie, jednak przyszli po niego… Spadła na nas groza. Jeżeli biorą takich jak Heniek, to znaczy, że to coś bardzo poważnego! Czułam, że otwiera się przed nami przepaść — jak wtedy, gdy rozpoczęła się ostateczna likwidacja Żydów w getcie warszawskim!
Na krótko przed wybuchem wojny sześciodniowej opublikowałam moją pierwszą książkę. Z tej okazji otrzymałam od brata telegram z gratulacjami. Pamię¬tam, że nie chciałam odebrać go z rąk chłopca, który roznosił pocztę. Powiedziano mi bowiem, że jeżeli nie ma wiadomości od żołnierzy, to znak, że wszystko w porządku, inaczej zawiadamia się rodziny… O mało nie zemdlałam, gdy chłopak wykrzyknął: „Podpisz, to telegram z Ameryki!”
Ludzie zaczęli przyzwyczajać się do tej sytuacji. Żyć chwilą, jak kiedyś… Problem pracy wysunął się znowu na pierwszy plan. Chwilowy spokój czy przerwa w woj¬nie pozwalały oddać się innym, codziennym troskom. Heniek wędrował ponownie od fabryki do fabryki w poszukiwaniu pracy.
Na szczęście w tym czasie otrzymałam pierwszą ratę odszkodowania z Niemiec. Pieniądze te umożliwiły nam spłatę długu za mieszkanie i kupienie elektrycznej lo¬dówki oraz kuchenki gazowej. Stanowiło to wielką ulgę, zwłaszcza w upalnym klimacie izraelskim. Wreszcie też Heńkowi udało się znaleźć stałą pracę! Nie wierzyłam, gdy opowiedział, że w fabryce gumy w Herzliji zapisali sobie jego adres i przyrzekli zawiadomić go, kiedy rozpocznie pracę. Myślałam, że to tylko bardziej eleganc¬ka forma odmowy… Jednakże po dwóch tygodniach nadszedł list. Pensja była tam nawet lepsza niż na poprzednich posadach, ale znowu dojazd do pracy zajmował wiele godzin. Heniek jednak nigdy nie narze¬kał. Wieczorami wracał do domu zadowolony i serdecz¬ny. Cieszył się domem, dziećmi. Pomagał mi we wszyst¬kim. Wieczorami czytał mi na głos książki bądź gazety. Zwykle kończyłam lekturę już sama, w dzień, kiedy dzieci bawiły się lub odpoczywały, a Heniek był w fabryce.
Po pewnym czasie zwolniło się mieszkanie w Herzliji, w pobliżu fabryki, w której Heniek pracował. Jeszcze raz zaryzykowaliśmy przeprowadzkę… Było to związane z nowymi wydatkami i rozmaitymi trudnościami. Roz¬poczęły się gorączkowe poszukiwania kupca, pertrakta¬cje. Musieliśmy doświadczyć i przezwyciężyć wiele przy¬krych formalności i zatargów z ludźmi. Ale w końcu udało się. Sprzedawca mieszkania w Herzliji zgodził się poczekać, aż znajdziemy kupca na nasze mieszkanie w Ramat-Ganie. Przyszedł je obejrzeć i przekonał się, że mamy szansę otrzymania za nie sumy pieniędzy, jakiej żądał. Zabrakło jednak na opłacenie formalności praw¬nych… Właściciel mieszkania w Herzliji zgodził się pożyczyć nam potrzebnych pieniędzy, pod warunkiem że spłacimy je w ciągu dziesięciu miesięcy. Mieszkanie w Herzliji składało się również z dwóch pokoi z kuchnią i łazienką, ale było obszerniejsze i z pięknym widokiem na morze. Teraz Heniek dojeżdżał do fabryki rowerem i nie tracił czasu na dalekie jazdy. Każdy lokator miał swój kawałek ziemi na ogródek. Dom stał samotnie na wzgórzu. Było tu wiele wolnej przestrzeni.
Po pewnym czasie podjęłam pracę w Tel-Awi- wie, aby wybrnąć z nowych długów. Dziwnym zbie¬giem okoliczności sprzedano fabrykę gumy w Herzliji właścicielom fabryki w Ramat-Ganie, w której He¬niek poprzednio pracował. Wszyscy robotnicy otrzy¬mali odszkodowania. Większość przeszła do nowego właściciela. Heniek został przyjęty bardzo entuzjastycz-nie, gdyż był wykwalifikowanym robotnikiem w tej branży.
Przeprowadzka do Herzliji wiąże się z wielkimi, nieprzewidzianymi zmianami w moim życiu. Tutaj napi¬sałam swą pierwszą książkę, tutaj nawiązałam niezwykłe kontakty z młodzieżą szkolną, której przekazuję wspo¬mnienia z lat okupacji hitlerowskiej w Polsce.
Minęły lata. Dzieci wyrosły. Jaków został reżyserem muzycznym i autorem popularnych w Izraelu piosenek. Młodszy, Beni, ukończył wydział rolniczy. Założył ro¬dzinę i ma dwoje dzieci. Heniek został opiekunem w instytucie dla dzieci niedorozwiniętych. A ja poświęcam teraz cały swój czas na przekazywanie doświadczeń mojego narodu w latach okupacji hitlerowskiej i zagłady. Pragnę utrwalić je głęboko w pamięci ludzkiej, aby nigdy więcej nie powtórzył się koszmar tamtych dni.
Herzlija, 1988 r.

Przyslala Halina Birenbaum

birenbaum

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: