.Jestem znów Zydem cz 22

 

Szlomo Adler

Książka ta opiera się na moich wspomnieniach. Piszę tylko o tym co sam przeżyłem, widziałem lub słyszałem. Większość imion wspomnianych w tekście jest prawdziwa.

Przez wiele lat odkładałem opisanie moich wspomnień, ponieważ praca nad tym była dla mnie bardzo ciężka, otwierała jeszcze niezabliźnione rany. Po wojnie czułem się jakbym był w koszmarnym śnie.  Często myślałem, że to nie jest jawa, a moje prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, gdy obudzę się z okrutnego koszmaru, zobaczę moich rodziców, siostrę, krewnych i kolegów.
Na początku próbowałem zbudować nowe życie, pod przybraną polską tożsamością. Przyjąłem polskie maniery, ale komunistyczny reżim w Polsce sprawił, że zostałem aresztowany. Oskarżono mnie o zdradę i faszyzm. Ostatecznie okazało się, że mój areszt korzystnie wpłynął na moje życie. Wróciłem do żydostwa i uciekłem z Polski. Ale nawet po przyjeździe do Izraela, moja depresja nie zniknęła.

Byłem nieszczęśliwy, nie miałem ochoty na budowanie rodziny i nowego pokolenia w tym okrutnym świecie. Nie chciałem, aby i moje dzieci były nieszczęśliwe.  Ale los chciał inaczej.   W 1949 roku, gdy odbywałem służbę wojskową, spotkałem moją wybrankę serca, Ester. Ester przeżyła Holocaust na Syberii, dokąd ja wygnano wraz z rodziną, co uratowało im życie. Ester pragnęła dużej rodziny. Pobraliśmy się i urodziło się nam dwóch synów.


Fragment zeznań Matyldy Gelernter

Zeznania świadka, Pani Matyldy Gelernter z domu Haftel, wiek 38 lat, złożonych w mieście Katowice, Polska 8 lipca 1946 r. przed dr Abrahamem Federem i przetłumaczonych przez Hadasę Wizenberg: Plik Yad Vashem # M.49/2144.

3, 4 i 5 września 1942 odbyła się druga akcja w Bolechowie. Ludzie byli chwytani w swoich domach i na strychach. Bez listy, łapano z domów, strychów, z kryjówek mężczyzn, kobiety i dzieci. Zebrali około 660 dzieci. Na rynku w Bolechowie i na ulicach zabijano ludzi. Ta akcja trwała od środy przed wieczorem do soboty.  W piątek mówiono, że akcja już skończona. Ludzie odważyli się wyjść, ale w sobotę znów się zaczęła akcja i w ten jeden dzień zabito ich więcej niż w poprzednich dniach. Szczególnie pastwili się Ukraińcy i Niemcy nad dziećmi. Brali dziecko za nóżki i główką uderzali o kant trotuaru, przy czym śmiali się i starali się zabić jednym uderzeniem. Inni podrzucali dzieci do wysokości piętra, dziecko spadało na kamienny bruk, oni rzucali tak długo, aż miazga została. Gestapowcy się chwalili, że zabili 600 dzieci, a Ukrainiec Matowiecki z Rozdoła koło Zydaczowa z dumą twierdził, że on sam zabił 96 Żydów, głównie dzieci. W sobotę zbierano trupy, rzucano na furę, a dzieci do worków, zawieziono na cmentarz i tam razem rzucono do jednego grobu.

Wcześniej członek bolechowskiego Judenratu, Backenroth (pochodzący z Wełdzirza) telefonował z Drohobycza, że ta akcja ma się odbyć. Mówił, że należy się spodziewać „gości” w czwartek. Ale bolechowscy Ukraińcy sami, nie czekając na gestapo, w środę przed wieczorem, zaczęli łapać Żydów i zabijać. Ja, mój ojciec i moje dziecko (nie miało jeszcze dwóch lat) pobiegliśmy do znajomego Ukraińca, który swego czasu przyrzekł, że nas ukryje. Ale on nas nie wpuścił. Wróciliśmy do domu i skryliśmy się w komorze. Dziecko płakało, chciało pić, ale nie krzyczało, bo już było przyzwyczajone z dawniejszych akcji. Nawet kiedy przed drzwiami naszej komory zastrzelono jedną Żydówkę, dziecko było przerażone, ale było cicho.
Na strychu w domu obok, była schowana moja matka, brat i bratowa z kilkumiesięcznym dzieckiem. Gdy gestapowcy i Ukraińcy zjawili się na strychu sąsiedniego domu próbowali uciec. Zaczęli schodzić ze strychu, ale okazało się, że w pokoju siedzą już gestapowcy i Ukraińcy i piją wiśniak, który znaleźli w piwnicy. Byli tak zajęci tym wiśniakiem, że nie zauważyli schodzących, którzy natychmiast cofnęli się na strych. Ale dziecko zaczęło płakać. Bratowa nie miała mleka w piersi i niczego innego czym mogłaby uciszyć dziecko. Przykryła je poduszeczką. Gdy po akcji podniesiono poduszeczkę, okazało się, że dziecko się udusiło.

Wielka część Żydów pracowała wtedy w fabrykach. Ale wyciągano ich z fabryk, zaprowadzono na rynek i koło magistratu sortowano ich. Zdolniejszych, wedle wskazówek kierowników fabryk, puszczono a resztę zatrzymano. Przy tym wciąż zabijano ludzi na rynku i ulicach. Ściany i bruk były dosłownie zalane krwią. Po akcji odbyło się mycie ścian domów i bruków sikawkami z magistratu. Straszny epizod wydarzył się z panią Grynbergową. Ukraińcy i Niemcy, którzy wpadli do jej mieszkania zastali ją rodzącą. Nie pomogły płacze i prośby obecnych, wyciągnięto ją z domu w koszuli i zawleczono przed magistrat. Tu, kiedy zaczęły się bóle porodowe, zawleczono ją na śmietnik, który był na podwórzu magistratu. Leżała tam w obecności tłumu Ukraińców, którzy dowcipkując i śmiejąc się przyglądali się mękom rodzącej. W końcu urodziła. Dziecko od razu zerwano rękoma z pępowiny i rzucono na ziemię. Ją od razu postawiono na nogi, krew z niej się lała, zwisały krwawiące strzępy i tak stała kilka godzin przy ścianie magistratu. Poszła potem razem ze wszystkimi na dworzec kolejowy, gdzie ją załadowano do wagonu do Bełżca.

W nocy Ukraińcy chodzili szukać, gdzie można by rabować. Szli boso. W pewnej chwili zaczęli szarpać zamek zewnętrzny komórki, gdzie myśmy byli schowani. Serca nasze przestały bić, zamarliśmy. Dziecko moje i wtedy dźwięku nie wydało.

W tej akcji we wrześniu 1942, która trwała 3 dni, zabito od razu w mieście 600-700 dzieci. I 800-900 dorosłych. Zastrzelono wtedy między innymi Żydówkę około 70-letnią Krasel Streifer, w łóżku, bo nie mogła iść. Wtedy też zginęła moja teściowa, Jenta Gelernter, lat 71. Z łóżka ją wyciągnięto w koszuli, nie pozwolono jej niczego zarzucić na siebie. Koło magistratu zastrzelono ją, ponieważ nie mogła prędko chodzić. Pozostałych złapanych Żydów i Żydówki, około 2.000 wywieziono do Bełżca.  Po drodze wyskoczyła z wagonu, podczas jazdy, Szternowa. Opowiadała, że więcej ludzi tak wyskoczyło. Opowiadała dalej, że raz po drodze na stacji, nie pamiętam, gdzie, puszczono do wagonów gorącą parę i ludzie sparzeni zaczęli mdleć z gorąca i dusić się.  Ludzie strasznie męczyli się z pragnienia, szczególnie rozpaczliwym było położenie dzieci, głodnych i spragnionych. Były wypadki gaszenia pragnienia moczem. Pani Sztern wyskoczyła z wagonu zostawiając tam swoją 4-letnią córeczkę. Wcześniej straciła już swoje młodsze dziecko. Pani Sztern była złapana w schronie, który został zdradzony przez płacz i jęki jej 2-letniego dziecka. Gdy usłyszano, że koło schronu są Ukraińcy i Niemcy, ludzie kazali p. Szternowej, aby uciszyła dziecko. Wtedy ona przykryła dziecko poduszką i gdy po tym jednak schron odkryto, dziecko okazało się zaduszone.

Przy tej akcji pomagali Ukraińcy Siczowcy. Specjalnie sprowadzono ich z Drohobycza. Podczas pochodu na dworzec w Bolechowie, do wywózki do Bełżca, Żydzi musieli śpiewać, szczególnie piosenkę „Moje miasteczko Bełz”. Kto nie brał udziału w śpiewie, tego bito kolbami po głowie i plecach do krw

Poprzednie czesci  TUTAJ

Zredagowala Anna Karolina Klys

 

Cdn.

Ksiazka zostala wydana w USA po angielsku.

O drugim wydaniu TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: