Armia Czerwona w Polsce. „Żołnierze mówią, że Polska śni im się do dziś”

Przyslala Rimma Kaul

 

Za murem, który oddzielał polską część Legnicy od radzieckiej, znajdowało się samowystarczalne radzieckie miasto. Żołnierze mieli własne sklepy, linię telefoniczną, piekarnie, szpitale, szkoły, wydawali gazetę. Dostać się tam można było tylko z przepustką, chyba że było się dzieckiem – wtedy „na pewniaka”, „na ruską mamę” czy na „ruskie dziecko”. Rozmawiamy z Julią Wizowską i Grzegorzem Szymanikiem, autorami książki „Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce”*.


Arkadiusz Gruszczyński: Ilu ich było?

Grzegorz Szymanik: Nie znamy dokładnej liczby. Przylatywali przecież na radzieckie lotniska wojskowe, mieszkali za murami garnizonów, które były poza polską jurysdykcją. Kiedy w 1956 roku podpisano umowę o statusie prawnym wojsk radzieckich, ich liczbę ustalono na 60-62 tysiące żołnierzy. Wcześniej, czyli od końca wojny przez 10 lat, pobytu Armii Radzieckiej w Polsce nie regulowało żadne prawo.

Wiemy też, że załogi garnizonów zostały na krótki czas wzmocnione tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Do Legnicy na przykład przerzucono z Afganistanu brygadę szturmową śmigłowców.

W jaki sposób, będąc żołnierzem ZSRR, można było trafić do Polski?

Julia Wizowska: Decyzję podejmowała komisja poborowa – większość rekrutów zostawiała w Związku Radzieckim, a część wysyłała do krajów satelickich. Do Polski, NRD, Czechosłowacji czy na Węgry. Poborowy mógł się domyślić, że trafi na Zachód, po tym, jakie pytania zadawała komisja.

O co pytano?

J.W.: Czy masz w Europie znajomych albo krewnych.

Co, jeśli miał?

J.W.: Wykluczano go z podróży na Zachód. Mógł uciec.

G.S.: Albo szpiegować.

Dobrze było żołnierzom radzieckim w Polsce?

G.S.: Lepiej niż gdyby służyli w ZSRR. Dostawali tu mundury lepszej jakości, mogli pohandlować z miejscową ludnością. Ale szeregowi żołnierze, którzy służyli w Polsce w latach 80., opowiadali nam na przykład, że sypiali w dawnych poniemieckich stajniach, deszczówka ciekła na nich z sufitu. W jedzeniu znajdowali mysie ogonki. Igor, który służył w Bornem Sulinowie, wspominał:  „Karmili kiepsko. Była na przykład sieczka, która powstawała z różnych startych zbóż. Gotowali ją codziennie, ale za każdym razem pod inną postacią. Kolory dań też były inne, od przypominającego asfalt do białego. Można więc powiedzieć, że kuchnia była różnorodna”.

J.W.: Często dopiero na miejscu, na płycie lotniska, dowiadywali się, dokąd trafili. Nie mieli prawa do odwiedzin bliskich, oficjalnie nie mogli otrzymywać przesyłek z domu. Z rodzinami kontaktowali się za pośrednictwem poczty polowej – wysyłali list, a na odpowiedź czekali miesiąc.

G.S.: Szeregowi żołnierze nie mieli prawa przywozić tu swoich rodzin. Często uciekali. Próbowali dostać się na Zachód albo wrócić do domu. Zwłaszcza ci, których dotykała diedowszczyna, czyli rosyjska odmiana wojskowej fali.

Inaczej było z oficerami?

G.S.: Oficerowie mieli w Polsce dużo lepiej. Przyjeżdżali z żonami i dziećmi. W garnizonach działały radzieckie szkoły z radzieckim programem nauczania.

A czy rosyjskie dzieci chodziły też do polskich szkół?

G.S.: Nie. Kontakty między polskimi i rosyjskimi uczniami nie były mile widziane. Rodzina, która spoufala się za bardzo z Polakami, mogła zostać odesłana do ZSRR. Zdarzały się takie przypadki. Chociaż oczywiście dzieci się tym nie przejmowały. Bawiły się razem albo toczyły podwórkowe międzynarodowe bitwy. Nastolatki romansowały, ukrywając się przed rodzicami.

Calosc TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: