Gra

Zenon Rogala


          Siedział przede mną bardzo elokwentny i trochę niecierpliwy. Już dowiedziałem się, że przyjechał parę dni wcześniej, aby przygotować wizytę powracającej ze Stanów matki, która wraz z grupą swoich znajomych zamierza w czasie ferii świątecznych zwiedzić Wawel, Sukiennice, kopalnię soli w Wieliczce, a jak starczy czasu to może zajrzeć do Zakopanego. Prosi mnie tylko, żebym stosownym skierowaniem umożliwił mu pobyt w jakimś wolnym pokoju domu studenckiego, który z godziny na godzinę  coraz liczniej opuszczali wyjeżdżający na ferie mieszkańcy. Zanim podał mi legitymację studencką uniósł ciemne okulary i dość delikatnie wytarł załzawione oko.

          – Tak, mam światłowstręt i stąd te okulary, ale już przywykłem, to nic groźnego – powiedział sięgając po legitymację do wewnętrznej kieszeni ocieplanej  kurtki z zamaszystymi zygzakami na rękawach.        

          Legitymacja studencka i jej okaziciel wskazywali, że jest studentem Politechniki Warszawskiej. Nie była to chyba okoliczność sprzyjającą mej pozytywnej decyzji, że na tej Politechnice pracuje mój brat, ale dziś nie mogę tego wykluczyć.

          Zwyczaj udzielania prawa pobytu na terenie akademików, wywalczył Samorząd Studencki w celu ulżenia studentom znajdującym się w sytuacjach życiowo trudnych. W założeniu, udzielane zgody na pobyt w akademiku osób bliskich mieszkańcom, miały ułatwiać życie potrzebującym noclegu kolegom studentów, ich rodzicom, a także narzeczonym studentek i studentów.

Józef Sikora, student drugiego roku Politechniki Warszawskiej, dostał „Polecenie Zakwaterowania” do domu studenckiego  numer osiem. W dyspozycji Zarządu Osiedla Studenckiego było osiemnaście domów studenckich, w których, w różnej liczbie, mieszkali studenci z wszystkich uczelni tego wawelskiego grodu.

Coraz tłumniejsze alejki osiedlowe między domami studenckimi świadczyły, że ferie już się skończyły, a wraz z powrotem mieszkańców, napływały do mnie zgłoszenia o dokonanych licznych kradzieżach w pokojach, w których pojawiał się warszawski student organizujący ekipę, niezbędną do obsługi wizyty już tym razem nie matki, ale studentów zagranicznych. Obiecane wysokie wynagrodzenia za pilotowanie angielskojęzycznych turystów, należało tylko zabezpieczyć drobną  pożyczką na rzecz programu pobytu tej licznej grupy. Zginęły również wartościowe przedmioty, aparaty fotograficzne, zegarki, wartościowa biżuteria. Ponadto feryjny lokator rozpytywał i otrzymał adresy studentów mieszkających na stancjach, którzy mogliby również włączyć się w obsługę gości zagranicznych.

Poczułem się bardzo źle, poczułem jakby ktoś, komu podaję pomocną rękę, podstępnie ściąga z niej zegarek. Poczułem się osobiście wykpiony i poniżony.

I tak miałem nad nim przewagę.

          – Marian pilnie cię proszę, ustal na wydziale budowy maszyn, kim jest, gdzie mieszka i czy jest już na miejscu po wizycie w Krakowie, Józef Sikora – student  drugiego roku Politechniki – potem wyjaśnię ci dlaczego to jest pilne…

Odpowiedz była błyskawiczna – braterska. 

          – Mieszka w akademiku na Puławskiej. 

Tego mi było trzeba. Telefon dzwonił długo i za długo jak na pilność tej sprawy, ale w końcu słyszę warszawską kierowniczkę akademika.

          – Tak proszę pana, mieszka u nas pan Józef Sikora, ale obecnie jest na posterunku Policji i składa zeznania w sprawie kradzieży.

          – Proszę o numer tego posterunku, bo muszę zgłosić liczne jego kradzieże jakich dokonał u nas w Krakowie w całym osiedlu studenckim.

          – Pan chyba coś pomylił, to on, Józef Sikora został okradziony, kiedy zlitował się nad chorym po operacji oka, młodym klerykiem. Z rana znikły  z pokoju wszystkie dokumenty i pieniądze, nawet puchowa kurtka z charakterystycznym zygzakami na rękawach – słowem wszystko.

          Zaniemówiłem, nie wiem czy nawet podziękowałem za te straszne wieści. Nad głową usłyszałem rechot kleryka, syna amerykańskiej matki, studenta Politechniki Warszawskiej i mojego interesanta.

Tego, koleś ci nie daruję. Znajdę cię choćbyś nie wiem jak i gdzie się ukrył. Zawsze zostawisz po sobie smród podleca, podstępnego świętoszka, fałszywego, potrzebującego pomocy, ten smród doprowadzi mnie do ciebie, choćby dlatego, że ja stoję na początku praprzyczyny twojej bezkarności.

          Kierownik Kliniki Okulistycznej w Krakowie bardzo kompetentnie wyjaśnił, że oczodół po umieszczeniu sztucznego, szklanego oka, nawet  dwóch lat potrzebuje na zaakceptowanie ciała obcego. Do tego czasu próbuje walczyć i wytwarza wiele wydzieliny, aby tego intruza odrzucić lub zaakceptować.

To już dużo… bardzo dużo.

          – Marian, pilnie cię proszę, ustal w Ministerstwie Zdrowia, w których krajowych klinikach dokonuje się operacji implantów oczu. Ja już samodzielnie dokonam analizy wszystkich mężczyzn w przedziale wieku dwadzieścia- dwadzieścia pięć lat, którym wszczepiono prawe oko. Z dostępnych wtedy danych, mocno zawęzi się liczba podejrzanych.

Odpowiedz nadeszła szybko i była dołująca. Ministerstwo nie udziela takich informacji nikomu z osób prywatnych,  należy sprawę zgłosić w Rejonowym Komisariacie Policji.

Ministerstwo Zdrowia oczywiście nie wie, że sprawa już w dniu następnym, po pierwszym zgłoszeniu kradzieży, zgłoszona była u naszego dzielnicowego  Osucha, który na okoliczność dokonał rozpytania kogo trzeba i nawet sporządził stosowny protokół, wiedziałem, że jeśli ja tego drania nie złapie, nie złapie go żaden państwowy wymiar sprawiedliwości. 

          Wiedziałem, czyje adresy mieszkających na stancjach studentów otrzymał Sikora od mieszkańców osiedla. I nie tak, jak jest na filmach, że dopiero ostatnia szansa z wielu, naprowadza detektywa na właściwy trop, u mnie było odwrotnie.

Adres na Prokocimiu dotyczył studentki anglistyki, którą najbardziej mógł być zainteresowany kochający synek amerykańskiej matki. Kiedy otworzyła mi drzwi – zamarłem, w przedpokoju na wieszaku, pośród wielu wiszących okryć,  na samym wierzchu, wisiała kurtka z charakterystycznymi zygzakami na rękawach. Ciśnienie, tętno i wszystkie moje życiowe, fizjologiczne wskaźniki, podskoczyły do czerwonej, alarmowej kreski. Ochłonąłem po chwili i na korytarzu przed drzwiami, za którymi siedział ten gagatek, pokrótce powiedziałem zdumionej dziewczynie co mnie tutaj sprowadza i jakie niebezpieczeństwo czeka na nią, jeśli wspólnie nie znajdziemy sposobu, żeby tego drania unieszkodliwić.

          – Panie, ten pański złodziejaszek to mój rodzony starszy brat, który z kolegą odwiedził mnie będąc przejazdem. Niech pan idzie i nigdy już  tu nie wraca. 

Nie wierzyłem jej nie wierzyłem nikomu, wierzyłem swojej intuicji. Dlaczego nie pokazała tego brata. Dlaczego zamknęła drzwi, żeby rozmawiać na korytarzu.

Ale i tak szczęście było po mojej stronie. Ledwo wyszedłem przed dom, zobaczyłem z daleka jadący pojazd Policji. Suka zmierzała dokładnie w moją stronę. Rozmowa z kapitanem Policji była krótka. Za chwilę stałem

przed tymi samymi drzwiami w nadziei, że niejaki Józef Sikora po raz ostatni nabiera swoją ostatnią, naiwną ofiarę. I już za chwilę spojrzę w to, choć jedno zdrowe oko tego drania, mego interesanta, kleryka, syna amerykańskiej matki, studenta Politechniki, i na koniec brata studentki anglistyki.

          Z mieszkania wyszedł ogolony na glacę brat studentki, a za nim jego kolega. Było po sprawie. Ten drań pod przybranym nazwiskiem Józef Sikora był teraz gdzie indziej.  Ale tym bardziej cię dorwę. Doczekasz się.

To był przełom w sprawie. Tak mówią fachowcy z dochodzeniówki, ale i ja zrozumiałem co to znaczy przełom w śledztwie. Pani, z głosu wiedziałem, że jest w starszym wieku, zadzwoniła z Nowej Huty, żeby sprawdzić, czy Samorząd Studencki organizuje bezpłatne udzielanie korepetycji dzieciom w ich domach. Ze wszystkich przedmiotów. Pyta dlatego, że wczoraj zgłosił się do niej młody elokwentny student z zamiarem pomocy w nauce jej wnuczce. Nie weźmie ani grosza, bo bierze udział akcji „Studenci dzielą się swoją wiedzą”. Coś ją tknęło.

Po godzinie byłem już w mieszkaniu babci. Z opisu, a co najważniejsze z tego szczegółu, że wycierał sobie prawe oko, wiedziałem z ulgą – to ON.

Powiedział, że jak się babcia zdecyduje na pomoc małej Ani, to on po odpowiedz przyjdzie jutro, czyli w środę.

          W drodze powrotnej wstąpiłem do dzielnicowego Osucha. Wysłuchał całej relacji z uwagą. Potem zaczął pocierać czoło trzema palcami, 

          – Jutro akurat nie dam rady.  

          – Żona zamówiła transport pralki dla teściowej i muszę jej pomóc, bo załatwiłem zakup  pralki i wszystko już mam uzgodnione. No, po prostu jutro nie dam rady.

          – Żeby w piątek, a najlepiej w sobotę, bo wtedy mam dyżur na posterunku.

          – Panie dzielnicowy, gdybym miał kontakt z tym oprychem, to bym go poprosił, żeby do babci Ani przyszedł w piątek, a najlepiej w sobotę, bo panu dzielnicowemu Osuchowi pasuje, żeby go wtedy aresztować. Ale jest odwrotnie, to ten złodziej, póki co, ustawia panu terminy pracy – nie będę ukrywał, że zawiodłem się na panu. 

          – Trudno, skoro pan nie może, trudno… ja mogę… ja muszę… ja powinienem… i ja będę czatował na tego synka mamy ze Stanów, kleryka bez oka, studenta Politechniki, brata studentki anglistyki, a obecnie korepetytora dla małych dzieci. 

          Wracałem załamany. Z rana telefon od Osucha. Mam być na posterunku o szesnastej,  pojedziemy na akcję do Huty, nawet nie sami. W akacji weźmie udział sam szef Osucha. Po takiej akcji, kiedy złodziej wpada we wnyki przez siebie nastawione i jest pewnym łupem, można zarobić nawet niezłą premię. Uff… nareszcie będzie koniec tej ciuciubabki. Wpadnie u babci. Nie spałem całą noc.

Przed budynkiem babci panowie policjanci zarepetował pistolety i weszliśmy do mieszkania babci. Plan był prosty. Policjanci, Osuch, jego szef i ja,  siedzimy u sąsiadki. Kiedy figurant – nowe określenie naszego złodzieja – będzie w mieszkaniu babci, ta przypomni sobie, że musi pożyczyć od sąsiadki szklankę cukru i ma tylko zapukać do sąsiednich drzwi. Reszta należeć będzie do nas. Mogę i chcę tak powiedzieć – do nas.

          Czekamy. Miał być u babci Ani o siedemnastej, O siedemnastej trzydzieści, nasza gospodyni poszła po cukier z pustą szklanką. Wróciła z pustą – jeszcze nie przyszedł.

O osiemnastej szef Osucha, trochę zażenowany mówi, 

          – Panowie ja muszę już wracać, mam ważne przesłuchanie – powiedział, i było po czatach.

Wyszliśmy w milczeniu i poczuciu bezradności wobec niewiadomego. W oplu –samochodzie szefa – panowała złowroga cisza. 

          – Panowie trzeba czekać, nic na to nie poradzimy. Jeszcze wpadnie w nasze łapy. Teraz zrozumiałem dlaczego na nich mówią psy. Wiadomo jak to u psów, łapy a nie ręce, Resztę drogi pokonałem tramwajem.

Z rana telefon od babci:

          – Przyszedł jak tylko wyszliście, musiał pójść na pogotowie, bo z jego okiem działo się coś niedobrego. Powiedział, że prawdopodobnie będzie musiał wrócić do kliniki, gdzie zakładano mu to szklane oko.

          – Gdzie, gdzie będzie miał tę operację..

          – Nie powiedział, ale zostawił dla Ani grę „ Człowieku nie irytuj się”.


Wszystkie wpisy Zenka TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: