Uncategorized

Kto obroni żydowskiego profesora?

Katarzyna Kasia



Zawsze był gdzieś w tle, jak mityczny potwór, mogący zaatakować w najmniej oczekiwanym momencie. Składałam sobie jego historię z kawałków, urywków rozmów, rodzinnych opowieści, codziennych wydarzeń i szokujących odkryć.

Mój ojciec nigdy nie przerywał czytania książki na 68. stronie. „Muszę doczytać, poczekaj”, mówił. Przyzwyczaiłam się, że „68” to gorzej niż „13”. Gdybyśmy mieli hotel, pokój nr 67 sąsiadowałby bezpośrednio z 69. Nikt nie świętował u nas w domu międzynarodowego dnia kobiet: żadnych goździków, zero uśmiechu. 8 marca był lokalnym świętem pamięci i tęsknoty za wszystkimi tymi, którzy wyjechali. Nie rozumiałam, co jest złego w emigracji, przecież poniekąd dzięki temu miałam świetne dżinsy z Ameryki i szwedzki piórnik. Jak żaden inny miesiąc, Marzec ciągle wracał w rozmowach: „jak w Marcu”, „to marcowy docent, wiesz”, „po Marcu”, „a pamiętasz, przed Marcem”. Ten miesiąc był dla mamy i taty jak memento, jak potop, jak katastrofa, po której nic już nie było i nie mogło być takie samo.Ilustracja: Marianna Sztyma

Ilustracja: Marianna Sztyma

Od zawsze wiedziałam, że w 1968 r. marzec był wyjątkowo chłodny. To dlatego, wychodząc rano z domu, ojciec założył gruby kożuch. Wiedziałam, bo gdyby nie ta praktyczna decyzja, nie przyszłabym dziesięć lat później na świat. Po wydarzeniach na Uniwersytecie Warszawskim ojciec odprowadzał do domu dwie szacowne nestorki polskiej humanistyki: profesor Marię Ossowską i profesor Ninę Assorodobraj. Na Nowym Świecie zostali zaatakowani przez odział milicji. Ojciec wepchnął starsze panie w zamknięte wejście do sklepu i osłonił je własnym ciałem. Został bezlitośnie pobity przez milicjantów, gdyby nie ten gruby kożuch, pewnie by tego nie przeżył.

Od zawsze też wiedziałam, że właśnie w marcu 1968 moja matka usłyszała od swojej polonistki w renomowanym warszawskim liceum, że nie ma sensu, żeby zdawała na studia, bo jako wrogi, syjonistyczny element nie ma szans się na nie dostać. Miała 17 lat i właśnie w ten sposób dowiedziała się, że nie jest Polką, tylko Żydówką. I że wobec tego nie ma dla niej miejsca na Uniwersytecie Warszawskim, z którego dokładnie w tym samym czasie została wyrzucona moja babcia, adiunktka na Wydziale Chemii.

Po Marcu wyjechali przyjaciele, mistrzowie, rodzina. Kiedy słuchałam tych historii jako mała dziewczynka, wyobrażałam sobie kompletnie pustą Warszawę i że kiedy wiosna wreszcie przyszła, to nie było już nikogo. W latach 90. zaczął do mnie docierać tragizm określenia „bilet w jedną stronę”. Usłyszałam też wtedy o tym, że zabierano ludziom obywatelstwo i paszporty, a w zamian wydawano jednorazowy „dokument podróży”. I że właściwie niczego nie mogli ze sobą zabrać. A nawet, że nie wolno im było jechać razem ze swoimi rodzinami. Wielki przełom ’89 roku też był w Marcu skąpany: pozwolił niektórym nie tyle wrócić, ile chociaż wpaść z wizytą. Pamiętam tamte pierwsze, historyczne wykłady Kołakowskiego i Baczki na UW, na które zabrał mnie ojciec.

Od zawsze wiedziałam, że właśnie w marcu 1968 moja matka usłyszała od swojej polonistki w renomowanym warszawskim liceum, że nie ma sensu, żeby zdawała na studia, bo jako wrogi, syjonistyczny element nie ma szans się na nie dostać. Miała 17 lat i właśnie w ten sposób dowiedziała się, że nie jest Polką, tylko Żydówką.

Katarzyna Kasia


Kto obroni żydowskiego profesora?

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.