Uncategorized

Smarzowski: Oczy otworzyły mi się po Grossie. Ale dobrze, że wtedy nie nakręciłem „Wesela”


Przyslala Katharina Dr.Gasinska-Lepsien

Wojciech Smarzowski

– Część widzów „Wesela” będzie poruszona. A od części dowiem się, że jestem anty-Polakiem, który nakręcił film za żydowskie pieniądze – mówi Wojciech Smarzowski. Jego nowy film w kinach od piątku 8 października.

– Wyspiański napisał swoje „Wesele”, gdy chodziło o odzyskanie wolności i niepodległości. Ja zrobiłem swoje, gdy już mieliśmy wolność, ale zatraciliśmy zasady i wartości – mówi nam Wojciech Smarzowski, odnosząc się do własnego filmu z 2004 r. – A teraz uznałem, że trzeba nakręcić „Wesele” o pamięci. A tak naprawdę o niepamięci.

W drugim „Weselu” Wojciech Smarzowski powtarza konstrukcję z „Wesela” pierwszego. Biznesmen z prowincji Ryszard Wilk (Robert Więckiewicz) urządza wesele swej ciężarnej córki (Michalina Łabacz). W prezencie dla pana młodego (Przemysław Przestrzelski) ma czadowy samochód – porsche. Panna młoda marzy o wyjeździe do Irlandii i założeniu tam knajpy, ale pan młody zgadza się przyjąć posadę w krajowej firmie teścia.

Na Wilka spada lawina problemów: kontrahenci z Niemiec nie chcą podpisać obiecanej umowy, ktoś szantażuje go, że ujawni w sieci film pokazujący, jak okrutnie w jego masarni zabija się świnie, za wcześnie zjawia się autobus z pracownikami najemnymi z Azji. Do tego Wilk poznaje prawdę o swym pochodzeniu.

Tymczasem ojciec Wilka – wiekowy Antoni (Ryszard Ronczewski) – ma zostać uhonorowany jako ten, który podczas wojny ratował Żydów. Antoni (w wersji młodzieńczej gra go Mateusz Więcławek) przypomina sobie swoją miłość do Żydówki Lei (Agata Turkot) oraz to, jak to naprawdę było z tym ratowaniem-pogrążaniem Żydów.

Wesele staje się podlanym alkoholem pomieszaniem teraźniejszości i przeszłości. Nie pije tylko żona Wilka – zaleczona alkoholiczka Ela (Agata Kulesza)…

Jacek Szczerba: Czy czuje się pan sumieniem narodu?

Wojciech Smarzowski: Nie.

Ale przymusza nas pan do mierzenia się z tematami niewygodnymi. Był „Kler”, teraz jest „Wesele”, w którym Polacy, pod niemiecką kuratelą, mordują podczas wojny Żydów. Skąd u pana taka potrzeba?

– Kręcę filmy o tym, co jest dla mnie ważne i aktualne. Kino jest różnorodne. Fantastyczne jest to, że każdy może znaleźć propozycję dla siebie. Na przykład teraz TVP wyprodukowała kilka filmów o tym, jak Polacy ratowali Żydów.

Wbrew środowiskowej opinii te filmy wcale nie są plakatowo bohaterskie.

– No to pięknie, bo świat jest pełen niuansów i szarości. Ale czasy mamy patriotyczne. Nasza historia wciąż jest poddawana zabiegom upraszczania, prostowania i przemilczania. Wystarczy zajrzeć do szkolnych podręczników – od zawsze pewne tematy były starannie omijane. Czasem wzmianka albo niepełna informacja. Jak o Jedwabnem. Więc film może czasem spełniać funkcję edukacyjną, skoro szkoła tego nie robi. I nie mówię o nauczycielach. Mówię o instytucji. Nie sądziłem, że ktoś zatęskni za panią Zalewską – minister Czarnek to już dramat. Niedługo dzieciaki będą się uczyć z Biblii. Jeden podręcznik do wszystkiego. Duża oszczędność na budżecie państwowym i domowym.

Pański „Kler” obejrzało ponad 5 mln ludzi.

– Poruszyłem problem hipokryzji i zakłamania Kościoła, coś, za co odpowiadali i wciąż odpowiadają katolicy, których, jak wiemy, jest w Polsce sporo. Pomijając fakt, że frekwencja „Kleru” to „wypadek przy pracy”, z „Weselem” będzie inaczej. Boję się, że ludzie już nie wrócą do kin. Z powodu pandemii, z powodu platform streamingowych. Niemało kosztuje bilet, przed filmem 20 minut reklam, poza tym do kina trzeba dojechać, potem z niego wrócić, a to zajmuje czas.

A co z potrzebą oglądania filmu w zbiorowości?

– Widownia się będzie zmieniać. Być może na koniec zostaną małe kina, do których będą chodzić pasjonaci. Niedawno byłem na polskim filmie – ogromna sala i 12 widzów, z czego dwóch wyszło. A film był bardzo dobry. Grany w niedzielę, gdy ludzie niby mają czas.

Sukces frekwencyjny „Kleru” nic nie zmienił – bo kler wciąż ma się u nas dobrze. Stoi poza prawem. Nie chodzi o mój film. Sekielscy zrobili dokument, w którym widzowie mogli zobaczyć twarze konkretnych pedofilów. To nie była fikcja. I co? I nic.

Rzeźbiarz Xawery Dunikowski mawiał: „Trzeba umieć wąchać czas”. Andrzej Wajda to umiał, wiedział, czego pragnie widownia. Pan umie?

– Nie wiem. Robię filmy, które sam chciałbym zobaczyć. I decyduję w nich o trzech najważniejszych elementach w filmowej opowieści – piszę albo współpiszę scenariusze, decyduję o obsadzie i o ostatniej wersji montażowej.

Ma pan prawo do final cut?

– Inaczej nie wszedłbym z producentem w zdjęcia. Czasem jest to zapisane w umowie, a czasem jest to umowa dżentelmeńska. Ale nie mam syndromu najlepszego w piaskownicy. Otaczam się fachowcami, ludźmi, którzy myślą szybciej niż ja, proponują rozwiązania, doradzają i z którymi czasem się spieram, chociaż rzadko się kłócę. Bo film to jest praca zbiorowa.

Reżyserów z taką pozycją jest w Hollywoodzie tylko paru.

– Bardzo śmieszne. Ja robię filmy w Polsce, która na szczęście wciąż jest jeszcze w Europie, w innych realiach. Mam wolność twórczą, chociaż zawsze muszę liczyć się z budżetem. Współpracuję z producentem i nie mam postawy roszczeniowej. A robienie dużego filmu historycznego, takiego jak „Wesele”, bez dotacji PISF-u jest trudne. Nam się udało.

„Wesele” ubiegało się o dotację PISF-u?

– Trzykrotnie. Za pierwszym razem odrzucono nasz wniosek, bo nie stawiłem się na rozmowę z komisją ekspertów. Nie było jednak takiego formalnego wymogu, a ja napisałem bardzo precyzyjną eksplikację. Gdyby ktoś do mnie zadzwonił, napisał maila, tobym się zjawił. Ale nic o obowiązku stawienia się na rozmowę nie wiedziałem. Dowiedziałem się po fakcie.

Trzy miesiące później, podczas następnej sesji, odrzucono nasz wniosek, gdyż podobno nie mieliśmy ekspertyzy historycznej. A ja pamiętam, że mieliśmy trzy od historyków, którzy od lat zajmują się tym tematem. Gra na zwłokę, znowu upłynęło parę miesięcy. Za trzecim razem przyszedłem z „obstawą”: z historykiem prof. Andrzejem Żbikowskim i z producentem Wojciechem Gostomczykiem. Nie dostaliśmy pieniędzy.

Kto był w gronie oceniających ekspertów?

– Nie ma to dla mnie znaczenia, chociaż nie zgadzam się z tym, co Agnieszka Holland powiedziała niedawno, zresztą w „Wyborczej”, że film fabularny jest przez obecną władzę traktowany lepiej niż dokumentalny. W naszym przypadku nieprzyznanie dotacji to była decyzja polityczna.

Wśród ekspertów PISF-u toczą się też gry środowiskowe: X nie lubi Y albo odwrotnie. Często słychać narzekania na kolegów.

– Ja kiedyś byłem szefem takiej komisji. Uczciwie oceniliśmy przedstawione projekty, ale najważniejsze, że każdy odrzucony dostał na piśmie powody tego odrzucenia, w ciągu dwóch tygodni. Ja do dzisiaj – oficjalnie – nie wiem, dlaczego „Wesele” nie dostało dofinansowania. Na szczęście producent i koproducenci dali radę. Film powstał.

Już po raz drugi w trakcie tej rozmowy robi pan minę sfinksa, którą pan wyraźnie wytrenował.

– Bo nie cierpię tego, co teraz robimy (śmiech). Wszystko, co miałem do powiedzenia, ma mówić mój film. Nie ja.

Z tego, co mówi pana film, jedno mnie drażni. To, że scenę, w której przedwojenny ksiądz szczuje przeciwko Żydom, potem na ekranie mordowanym, jednym cięciem montażowym łączy pan ze współczesnym księdzem, który atakuje osoby LGBT. To dla mnie nieznośna publicystyka, w duchu naparzanki królującej w dzisiejszych mediach.

– Uznałem, że czasy mamy takie, że niektóre rzeczy trzeba powiedzieć wyraźniej i dużymi literami.

„Wesele” dojrzewało we mnie długo. Zacząłem o nim myśleć, gdy przeczytałem Grossa. Jak większości Polaków otworzyły mi się oczy. Że to, czym nasiąkałem w szkole podstawowej na lekcjach historii, nie jest do końca prawdą. Że my, Polacy, byliśmy wyłącznie ofiarami. Że byliśmy wyłącznie dobrzy.

Tymczasem nie różnimy się od innych narodów. Każdy ma w swojej historii karty, o których chciałby zapomnieć, które próbuje wyprzeć, których się wstydzi. Latem 1941 r. do pogromów doszło na Łotwie, Litwie i Białorusi, na Ukrainie i w Rumunii. Wprawdzie ich scenariusze się różniły, ale podobny film równie dobrze mógłby zrobić reżyser z tamtych krajów. Ale i taka Francja czy Holandia też mają co o swoich Żydach opowiadać kamerą.

Podczas pracy nad tekstem najtrudniejsze jest zawsze czytanie relacji świadków i zbieranie materiałów. Wtedy emocje są u mnie najbardziej rozhuśtane. Kiedy mam już pomysł na historię, wycinam układ nerwowy, zamieniam się w niemiecką maszynę i po prostu piszę scenariusz. Emocje wracają na zdjęciach, ale są już inaczej rozłożone.

Dlaczego wrócił pan do figury wesela? Nawet nie dokładając w tytule filmu numeru 2.

– Był mały spór z dystrybutorem, ale ostatecznie uznaliśmy, że „Wesele” z żydowską literą „L” w tytule i na plakacie jest wystarczającym rozróżnieniem. Wyspiański napisał swoje „Wesele”, gdy chodziło o odzyskanie wolności i niepodległości. Ja zrobiłem swoje, gdy już mieliśmy wolność, ale zatraciliśmy zasady i wartości. A teraz uznałem, że trzeba nakręcić „Wesele” o pamięci. A tak naprawdę o niepamięci.https://www.youtube.com/embed/cRZZveMVGTI?allowfullscreen=true&autoplay=0&border=0&wmode=opaque&enablejsapi=1&controls=1&showinfo=0

I może zrobię jeszcze jedno – będzie się nazywało po słowiańsku „Swaćba”. Na jego potrzeby chciałbym stworzyć-odtworzyć dawny język. Za czasów Mieszka I ludzie z zachodniej Ukrainy mogli się dogadać z tymi z terenów dawnego NRD. Pewnie jak Kaszub ze Ślązakiem. Dopiero później języki się rozjechały. Słowiańska „Swaćba” będzie o tym, że przed chrztem też istnieliśmy. I że nie pochodzimy od wikingów, tylko z Moraw. Czyli od Pepików. To kosztowny projekt, na razie melodia przyszłości.

Przed drugim „Weselem” nie obejrzał pan pierwszego?

– Nie oglądam swoich filmów. Przepraszam, akurat „Wesele” obejrzałem półtora raza. Raz, gdy wróciłem do domu, akurat leciało w telewizji. Usiadłem na chwilkę i zostałem do końca. Za drugim razem pokazałem je moim synom, bo tego chcieli.

Książki Marcina Rychcika „Kręcone siekierą. 9 seansów Smarzowskiego” też pan nie przeczytał?

– Nie.

Z czytaniem jest tak, że kiedy piszę scenariusz, to czytam tylko o temacie, o którym piszę. Nie czytam innych książek. A gdy montuję, nie oglądam żadnych filmów. Żeby się nie zasugerować. Ale potem to nadrabiam, oglądam po dwa, trzy dziennie.

Porównując polskie kino z czeskim, mówi się, że Czesi lubią swoich bohaterów, nawet gdy są to mali i podli grzesznicy.

– Ja też lubię moich bohaterów.

Trudno mi w to uwierzyć. W pana pierwszym „Weselu” Dziadek miał problemy gastryczne, w drugim Dziadek musi popuścić w spodnie, bo nikt mu nie założył pampersa.

– O tej swojej skatologii trochę rozmawiam na kozetce.

Chodzi pan do psychoanalityka?

– Ta różnica w odbiorze może wynika z tego, że mamy różny próg wrażliwości.

Nie chodzi o wrażliwość. Chodzi o pańską psychologiczną potrzebę, żeby wszystkich przybrudzić.

– No bo świat nie jest biało-czarny. Ale być może chodzi o proporcje tego ubrudzenia. Podobnie chyba jest z moim poczuciem humoru, bo ono wprawdzie występuje, ale często jest na granicy dobrego smaku. To po prostu we mnie jest. Nie projektuję sobie tych żartów, żeby się ludziom bardziej podobało i żeby przyszło więcej widzów.

I znów powraca pańska mina sfinksa. A ja boję się, że „Wesele” to film, o który trudno się będzie spierać, a łatwiej będzie się o niego naparzać.

– Kino musi uwierać, poruszać emocjonalnie, śmieszyć albo jątrzyć, prowokować intelektualnie. A czasem może też być ostrzeżeniem. Jeżeli nie ma żadnej z tych emocji, to po co wyciągać kamerę z samochodu?

Marzeniem bohaterki „Wesela” jest wyjazd do Irlandii. Czy myślał pan kiedyś o emigracji? 

– Gdy skończyłem Szkołę Filmową, mieszkałem w Łodzi i nie miałem za co żyć. Pojechałem pracować fizycznie do Niemiec. Żeby zarobić na wynajęcie mieszkania w Warszawie i tam „spróbować na nowo” w zawodzie. Przez pół roku byłem barmanem, kładłem papę, sprzedawałem w sklepie. To był wyjątkowy okres dla mojej głowy. Rzeczywiście wypocząłem. Kończyłem robotę o konkretnej godzinie i miałem wolne.

Od kiedy wróciłem, to pracę mam cały czas w głowie, pod czapką. Nie umiem wyzerować. Dlatego może trzeba eksperyment powtórzyć. To znaczy niekoniecznie kłaść papę, ale zrobić sobie przerwę. To nie jest łatwe, bo jestem zaplanowany na dwa-trzy filmy do przodu. 

Gdyby myśleć tak jak pan o tym, co ważne i aktualne, trzeba by teraz kręcić film o wydarzeniach na granicy polsko-białoruskiej.

– To prawda. Jednak z kinem jest tak, że albo kręci się coś na gorąco, w „tych” emocjach, albo z dystansu. Najgorzej opowiadać pośrodku. I dlatego dobrze, że nie zrobiłem filmu zaraz po przeczytaniu Grossa. Powstało „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego i odpuściłem temat, ale dzisiaj wiem, że za mało o tych wydarzeniach wiedziałem. Nie byłem wtedy na ten film przygotowany.

Tematów nie brakuje. Rzeczywistość decyduje o tym, że wyciągam w danym momencie taki, a nie inny. Może jako następny zrobię „Dom dobry”. Bo ja przecież cały czas kręcę ten sam film.

Scenariusze zawsze lubiłem pisać w miejscach publicznych. Podsłuchuję strzępy dialogów, kradnę je, zbieram. Muszę mieć kontakt z rzeczywistością. Nie mogę się izolować. Oczywiście, są takie momenty, gdy trzeba to pozbierane w spokoju zapisać.

A co z tworzeniem filmowego obrazu?

– Mam od tego fachowców. Z operatorem Piotrem Sobocińskim pracowaliśmy już przy „Domu złym”, „Wołyniu” i „Róży”. Jego zdjęcia są charakterystyczne, rozpoznawalne. I mimo że są szlachetne, bywają piękne, magiczne, to nigdy nie są efektowne. Zawsze pracują na film.

Przed filmami rozmawiamy, głównie w knajpach, więc wtedy też sporo jemy. Czasem odnosimy się do filmów albo do malarstwa. Oglądamy fotografie z epoki. Czasem te kadry lub sytuacje na planie odtwarzamy. Tak na przykład było w „Weselu” w scenie, w której Polacy w obecności Niemców obcinali Żydom brody.

Jednak tę historyczną robotę odrobiliśmy już z Piotrkiem przy „Wołyniu”, którego akcja toczy się w podobnym czasie. Wtedy rozmawialiśmy o tym, czy źródłem światła w scenie są świece, czy ogień, czy może księżyc.

Dlaczego „Wesele” to koprodukcja z Łotwą?

– Ponieważ scenograf Marek Warszewski filmowe miasteczko złożył z dwóch miejsc: z Nieszawy i z Tukums na Łotwie.

Gdy oglądałem „Wesele” niecałe dwa tygodnie przed premierą, wciąż nie było skończone.

– Pewne rzeczy, jak na przykład efekty komputerowe, muszą potrwać. Ale montaż – cała opowieść – był zamknięty. Kończę montaż, gdy w głowie jestem w stanie powtórzyć sobie ujęcie po ujęciu. To taki dzwonek, że trzeba dać sobie spokój. Ja i Krzysiek Komander, który montował ten film, zrobiliśmy kilka projekcji testowych – najpierw pokazaliśmy film historykom, potem licealistom i ludziom starszym, widzom, którzy kierują się logiką, i takim, którzy emocjami.

Co powiedzieli oglądający?

– Upewnialiśmy się, jaki komunikat dociera do nich w scenach, co do których mieliśmy wątpliwości. Jeżeli trzy osoby zwracają uwagę na jakąś rzecz, szczegół czy konkret, to byłbym niemądry, gdybym się nad tym nie zastanowił. W „Domu złym” jest moment, w którym Środoń, czyli grający go Arek Jakubik, trzyma siekierę. Jeżeli ów moment był sekundę dłuższy, to nikt z oglądających nie miał wątpliwości, że Środoń chciał zabić. Jeżeli był krótszy, pojawiał się znak zapytania. Przycinaliśmy z Pawłem Laskowskim ujęcie, żeby zachować tę wątpliwość.

Co sprawiało kłopoty podczas kręcenia „Wesela”?  

– Na pewno najtrudniejsze było to, że na COVID zmarł Ryszard Ronczewski grający Dziadka Antoniego. Trudne w sensie ludzkim. Odszedł świetny aktor, wspaniały człowiek. Zdążyliśmy zarejestrować tylko połowę jego scen. Musiałem więc odrobinę zmienić scenariusz. Pandemia też nie pomagała: były przerwy w zdjęciach, ograniczenia, rosły koszty – a to od początku i tak nie był tani film.

Jakich reakcji na „Wesele” się pan spodziewa?

– Część widzów będzie poruszona i przeżyje tę historię podobnie do tego, jak ja ją przeżywałem i wciąż przeżywam. A z drugiej strony niestety będzie hejt. Dowiem się, że jestem anty-Polakiem, że nakręciłem film za żydowskie pieniądze albo żeby dostać Oscara, bo w Hollywoodzie są sami Żydzi. No i jeszcze, że film jest zrobiony na zamówienie, że ja sam jestem ukrytym Żydem i obcym szpiegiem.

Mosadu oczywiście.

– Na dokładkę mówię o tym teraz w żydowskiej gazecie.

Dlatego przytłoczony ogromem czasu, który temu poświęciłem, i emocjami, które temu towarzyszyły, czuję teraz potrzebę nakręcenia filmu kameralnego. Ale najpierw wakacje. Oczywiście w Izraelu, bo tam też część widzów będzie mnie wysyłać.

Nigdy nie byłem w Izraelu.

– Ja trzy razy. Na szkoleniu.

Wojciech Smarzowski 

Rocznik 1963. Absolwent Wydziału Operatorskiego Szkoły Filmowej w Łodzi (1990), scenarzysta i reżyser filmów „Małżowina” (1998), „Wesele” (2004, Orzeł dla najlepszego filmu, Nagroda Specjalna Jury w Gdyni), „Dom zły” (2009, nagroda za reżyserię w Gdyni), „Róża” (2011, Orzeł dla najlepszego filmu i za reżyserię), „Drogówka” (2013, Orzeł za scenariusz), „Pod Mocnym Aniołem” (2014, Srebrne Lwy w Gdyni), „Wołyń” (2016, Orzeł dla najlepszego filmu), „Kler” (2018, Nagroda Specjalna Jury i Nagroda Publiczności w Gdyni).

Smarzowski: Oczy otworzyły mi się po Grossie. Ale dobrze, że wtedy nie nakręciłem „Wesela”

Jacek Szczerba

Kategorie: Uncategorized

4 odpowiedzi »

  1. Właśnie wróciliśmy z projekcji „ Wesela” w ramach Festiwalu Filmów Polskich w Chicago. ”. Nie wyszliśmy ani wściekli, ani źli. Niezbyt podobało mi się nieco teatralne przedstawienie małomiasteczkowych Żydów, którzy są właściwie tłem do rozliczania się z polską z przeszłością. Film ciekawy, prowokujący do myślenia.

  2. Tomasz Raczek na swoim kanale Youtube ( ponad 111 000 wyswietlen ) ocenia film na 9 z 10 – prawie arcydzielo.

  3. Mój odbiór jest krańcowo różny!

  4. Nie polecam nikomu „ Wesela”.
    Obejrzałam go z niesmakiem, smutkiem i gniewem. To wulgarny i prowokujący, prymitywny film który gra na szokowaniu wizualnym i werbalnym, miesza wątki żeby dodać sensacji, i antagonizuje wszystkich ze wszystkimi. Żyd wyjdzie z tego filmu wściekły na Polaków a Polak-na Żydów. I co osiągnęliśmy, panie Smarzowski ? Tyle ze o panu się mówi i kariera rosnie… tylko aktorzy sa dobrzy, ale tym bardziej szkoda ich talentu do takiego sensacyjnego gniotu..

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.