Uncategorized

Świat to jeden wielki obóz

Timothy Snyder czyta polskie lektury:

Obchody 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz – Birkenau (Fot. Adrianna Bochenek / Agencja Gazeta)A jeśli wszystko, co wydaje nam się piękne, dobre i prawdziwe, jest ledwie echem dawnej przemocy? Oto lęk Tadeusza Borowskiego o cywilizację. Z cyklu „Adam Michnik poleca”.

To będzie opowieść o polskim pisarzu, który przetrwał obozy i nie dożył trzydziestki. Jego opowiadania to najmocniejszy literacki opis Holocaustu, jaki znamy.

„Krematoryjne esperanto”. Kiedy kilkadziesiąt lat temu po raz pierwszy przeczytałem te słowa, założyłem kciukiem stronę, zamknąłem książkę i położyłem się w trawie, patrząc w niebo. Wiedziałem, że nigdy ich nie zapomnę.

Wraz ze słowami pojawia się obraz: mężczyźni czekają przy rampie na pociąg, kilku, posługując się nazistowsko-indoeuropejskim wolapikiem, zapewnia, że czeka ich lekka praca. Nic do wyładowania, tylko ludzie, Żydzi do wyselekcjonowania do pracy lub na śmierć zejdą po rampie do ciężarówek. Oddadzą rzeczy i ubrania. Narrator przybył, żeby pomóc w selekcji i wypatrzyć coś dla siebie.

To Auschwitz, rok 1944, masowy mord na europejskich Żydach przedstawiony bezlitośnie w opowiadaniu Tadeusza Borowskiego „Proszę państwa do gazu”.

W tej historii, jak w wielu innych, narrator jest uczestnikiem i ma to samo nazwisko co autor. Kiedy czeka na pociąg, współwięzień kupuje wodę od esesmana „na konto pieniędzy i ludzi, których jeszcze nie ma”. Gdy pociąg staje, młoda matka, mądra i ładna, wyrzeka się córeczki w nadziei, że będzie wybrana do rodzenia. Dziecko biegnie za nią, krzycząc: „mamo!”. Funkcyjny z wściekłością wali na odlew matkę, ciska na wóz jadący ku śmierci, po czym dorzuca dziecko.

Jako młody człowiek Tadeusz Borowski był utalentowanym poetą. Na zawsze pozostał młody – w 1951 r., w wieku 29 lat, odkręcił gaz. Na prozę przerzucił się w 1945, po doświadczeniach Auschwitz i Dachau. Nie dzielił tożsamości ze swymi narratorami, kapo i Vorarbeiterami, którzy mają w jego opowiadaniach to samo nazwisko, ale oglądał obóz z różnych perspektyw. Rozumiał innych więźniów, ich zwyczaje i język, nawiązywał przyjaźnie. Dorastał w biedzie na prowincji radzieckiej Ukrainy i w trudnych warunkach warszawskiej ulicy, przez większość czasu bez rodziców, którzy długo siedzieli w obozach. O obozach i Holocauście wiedział przed wywózką do Auschwitz.

Dla Borowskiego, w odróżnieniu od większości oświęcimskich pisarzy, wywózka nie była doświadczeniem wyjątkowym. Pobyt w obozach koncentracyjnych był swego rodzaju rodzinną tradycją – ojciec siedział w latach 1926-32, matka od 1930 do 1934 r., a syn od 1943 do 1945. Najstarszy zachowany wiersz Borowskiego, napisany w wieku dziewięciu lat, uwiecznił ojciec ręką, która przestała właśnie trudzić się w gułagu. Kiedy niewiele lat później młody Tadeusz pisał do rodziców z Auschwitz, korzystał ze stenografii, „wiecie, co mam na myśli”.

Borowski nie był Żydem, ale Holocaust był częścią jego warszawskiej codzienności. W Polsce mieszkało więcej Żydów niż gdziekolwiek, a większość zginęła, zanim jeszcze Auschwitz stał się fabryką śmierci. Borowski dorastał w mieszanym, polsko-żydowskim świecie i w bezsenne noce zamartwiał się myślą, że gestapo aresztuje jego dziewczynę Marię Rundo, z pochodzenia Żydówkę, w drodze do domu z magazynu, w którym mieszkał. Trafił do Auschwitz, bo Maria dała schronienie uciekinierce z warszawskiego getta.

Z celi na Pawiaku, na kilka dni przed wywózką do Auschwitz w kwietniu 1943 r., Tadeusz patrzył na zagładę getta. Niemcy szli od domu do domu z granatami i miotaczami ognia. „Getto płonęło – wspominał – a dym zasłonił niebo”.

W Auschwitz Borowski wykazał siłę woli i odwagę, choć sam zawsze wolał uchodzić za wrednego cynika. Aresztowany jako student przez gestapo odniósł swą klasyczną edukację do tego, co widział. Martwił się, że pielęgnowany przez niego literacki i filozoficzny kanon jest dziedzictwem dominacji. Dlatego wykorzystał swoją wiedzę o pisarzach, których kochał, by stworzyć coś nowego, literaturę apokalipsy, która analizowałaby władzę i ją przetrwała.

Miał lekceważący stosunek do własnych opowiadań, wyrażał się o nich pogardliwie, przypisywał zmyślonym autorom i w końcu potępiał. A jednak przetrwają, jak powiedział pisarz Jerzy Andrzejewski, dotąd, dokąd trwać będzie polska literatura. I dokąd, dodajmy, przetrwa pamięć Holocaustu.

Faszyzm, ruch życia ku śmierci

Oświęcim Borowskiego nie separuje się od świata – to naturalna jego część. Nie mechanizm, ale społeczeństwo. Zamiast akcentować wynaturzenie obozu, Borowski ukazuje jego naturalność. Potem następuje moment konfrontacji, w którym naturalność się zagęszcza i odsłania się potrzeba naturalności samego czytelnika.

W opowiadaniu „Ludzie, którzy szli” selekcja Żydów na rampie i transport do komór gazowych stanowi tło, a na pierwszy plan wysuwa się rozgrywany przez więźniów mecz piłki nożnej. Narrator stał akurat na bramce. Podnosząc piłkę wykopaną na aut, zobaczył Żydów idących do komór gazowych. Wrócił na boisko, by kontynuować grę. Piłka znów wypadła na aut, więc bramkarz znów po nią idzie, odwraca się i widzi pustą rampę. „Między jednym a drugim kornerem za moimi plecami zagazowano trzy tysiące ludzi”.

Pisarz szuka zwykle w obozie koncentracyjnym czegoś specjalnego – przyzwoitości, heroizmu, patriotyzmu, rewolucyjnego zapału. Pozwala nam to kojarzyć obóz z tym, co czujemy, albo czujemy, że powinniśmy czuć. Odwracamy wzrok od rzeczywistości Auschwitz, wolimy metafizyczne półzbliżenie. Borowski żąda od nas – i od siebie – więcej. Chce, żebyśmy dostrzegli uniwersalność naszej zdolności do upodlenia. Obóz niczego nie uszlachetnia ani nie potwierdza naszych dawnych zobowiązań. Borowski był pisarzem wyjątkowym, bo szukał tego, co typowe.

W prawdziwym życiu obóz był konsekwencją świadomych wyborów. Jego dziewczyna Maria została aresztowana w Warszawie, gdy próbowała pomóc żydowskiej przyjaciółce, a on dlatego, że ruszył za nią. Większość jego poezji pragnęła Marii, a potrzebowała jej cała jego proza.

Maria jest wyimaginowaną czytelniczką pierwszego opowiadania. „U nas w Auschwitzu…” opisuje życie codzienne obozu, które, jak wiedział, ona zrozumie. W odróżnieniu od innych czytelników, których potrafimy sobie wyobrazić, znała to miejsce równie dobrze jak on. Pod pewnym istotnym względem nawet lepiej – w odróżnieniu od Marii Tadeusz nie musiał się bać, że jako Żyd trafi do gazu. Oboje wiedzieli o komorach gazowych. Pewnego razu Tadeusz, trochę ryzykując, poszedł oglądać selekcję na rampie.

W opowiadaniu „Proszę państwa do gazu” narrator Tadeusz opisuje rabowanie dobytku skazanych na śmierć. Więźniowie mogą się buntować wewnętrznie przeciwko horrorowi masowej eksterminacji, ale swój gniew mogą wyładować tylko na ofiarach. Podnosząc rękę na młodą matkę, więzień pokazuje, gdzie jest w obozie władza, którędy, przez niego samego, przebiega jej granica. Jak wyjaśnia narratorowi obozowy weteran, to „normalne, przewidziane i obliczone. Męczy cię rampa, buntujesz się, a złość najłatwiej wyładować na słabszym. Pożądane jest nawet, abyś ją wyładował”.

Krematoryjne esperanto to język, którego możemy się nauczyć wszyscy. Dehumanizacja, jak pokazuje Borowski, jest bardzo ludzka. Sensem śmierci jest to, że wokół niej organizujemy nasze działania. Faszyzmu nie ogranicza czas ani miejsce, faszyzm to ruch życia ku śmierci. Eksterminacja nie uświęca ofiary ani nie uszlachetnia sprawy. Pokazuje nam tylko ludzkie możliwości.

Rodzice w łapach bolszewików

Poproszony po wojnie o przygotowanie autobiograficznego szkicu Borowski wyjaśnił, że brak mu zmysłu równowagi. Od horroru dzieciństwa w ZSRR po wywózkę do Auschwitz w wieku 20 lat w jego życiu zabrakło punktu oparcia.

Ojciec, Stanisław Borowski, i matka, Teofila z domu Karpińska, byli Polakami, dorastali na Ukrainie, na południowo-zachodnim krańcu imperium rosyjskiego. Pobrali się w Żytomierzu w roku 1917, roku rewolucji bolszewickiej. Przez następne trzy lata na Ukrainie toczyły się chaotyczne walki. W różnych konfiguracjach walczyło pięć armii – czerwoni, którzy zmierzali do ogólnoświatowej rewolucji, biali, którzy chcieli restauracji imperium, Ukraińcy bijący się o narodową niepodległość, anarchiści, którzy chcieli anarchii, i Polacy, którzy liczyli na terytorialne zdobycze i sojusz z Ukraińcami. Wszystkie wojska dokonywały pogromów na Żydach, dla których rok 1919 był jak na razie najgorszy w całej nowożytnej historii.

W wojnie o Ukrainę Stanisław Borowski miał do odegrania skromną rolę. Końcowym aktem tej wojny był rok 1920, interwencja polskich oddziałów wspierających rząd ukraiński przeciwko Armii Czerwonej. Polacy liczyli na powołanie wschodnioeuropejskiej federacji lub sojusz z niepodległą Ukrainą, Sowieci zaś chcieli opanować Ukrainę, zniszczyć młode państwo polskie i rozszerzyć rewolucję na Niemcy i Europę. Armia polska korzystała na Ukrainie z pomocy Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) i mieszkańców w roli kurierów, zwiadowców i agitatorów. Jednym z nich był ojciec Tadeusza.

W maju 1920 r. polskie wojska dotarły do Kijowa, a w sierpniu Armia Czerwona stanęła na przedmieściach Warszawy. Ostatecznie Polacy zwyciężyli, ale ponieśli straty, a traktat pokojowy z 1921 r. nie przewidywał powstania niepodległej Ukrainy. Żytomierz, gdzie mieszkali Borowscy, znalazł się po drugiej stronie nowej polsko-radzieckiej granicy. Klęska Armii Czerwonej rozwiała nadzieje Lenina na narzucenie rewolucji zachodowi Europy, zmuszając bolszewików do założenia państwa na opanowanych terytoriach.

W grudniu 1922 r., parę tygodni po narodzinach Tadeusza, powstał Związek Radziecki, w którym rządom komunistycznej monopartii towarzyszył ustrój federacyjny, spajający republiki narodowe Rosji, Białorusi, Ukrainy itd. Rodzina Borowskich jako polska mniejszość na radzieckiej Ukrainie znalazła się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Polacy należeli do mniejszości etnicznych poddanych w ZSRR najbrutalniejszemu terrorowi, a Ukraina była jednym z terytoriów najdotkliwiej spustoszonych przez Stalina, który przejął władzę z końcem lat 20.

W roku 1926, kiedy Tadeusz miał trzy lata, ojciec został aresztowany przez GPU (tajną policję) za dawną działalność w POW i zesłany do obozu pracy przymusowej w Karelii na dalekiej północy europejskiej części Rosji. Stanisław był jednym z ok. 170 tys. więźniów, którzy w przenikliwym mrozie realizowali pierwszy wspaniały projekt gułagu, Biełomorkanał, łączący Morze Białe z Bałtykiem. Nie przeżyło ok. 25 tys. Płytki kanał kopany prymitywnymi narzędziami, choćby łyżkami, przez chorych ludzi miał niewielkie znaczenie gospodarcze. W 1930 r. aresztowano i wywieziono na Syberię matkę Tadeusza. Jej zbrodnią było małżeństwo ze Stanisławem.

I tak w wieku siedmiu lat Tadeusz został oddzielony od obojga rodziców. Dla polskiego dziecka w ZSRR nie było w tym nic niezwykłego. Oczekiwano, że sieroty terroru zapomną o kulturze rodziców i staną się ludźmi radzieckimi. Starszy brat Juliusz trafił co prawda do domu dziecka, ale Tadeusza przygarnęła ciotka z Marchlewska, stolicy polskiego „rejonu narodowego”, tzw. Marchlewszczyzny, gdzie partyjni wychowawcy krzewili kulturę polską w radzieckim wydaniu, z egalitarnymi formami zwracania się i uproszczoną ortografią języka polskiego. W rezultacie Tadeusz zaliczył dwa lata polskiej szkoły podstawowej i wcześnie zetknął się z pewną wersją polskiego komunizmu. W 1935 r. zlikwidowano Marchlewszczyznę, a przywódców rozstrzelano. Ale wtedy Borowscy opuścili już ZSRR.

W 1932 r. w ramach wymiany jeńców Stanisław został zwolniony z obozu i mógł wrócić do Polski. Wymiana nie była korzystna dla polskich komunistów zwolnionych z polskich więzień i odesłanych do ZSRR – do końca lat 30. prawie wszyscy ponieśli śmierć z rąk władzy radzieckiej. Korzystniej wyszła na niej rodzina Borowskich. Z pomocą Czerwonego Krzyża Tadeusz i Juliusz dołączyli do ojca w Polsce. Matka dotarła w roku 1934.

Opuszczając na czas radziecką Ukrainę, chłopcy uniknęli szczytu Hołodomoru – wywołanego sztucznie głodu z lat 1932-33, który pochłonął blisko 4 mln istnień. W 1932 r., kiedy wyjechali, z głodu lub spowodowanych nim chorób umierał jeden na stu mieszkańców Żytomierza, ale już w następnym roku odsetek ten wzrósł dziesięciokrotnie.

Kolejnym etapem stalinizmu był Wielki Terror. Gdyby rodzina Borowskich została w ZSRR, Stanisław prawie na pewno zostałby stracony. W latach 1937-38 władze rozstrzelały ok. 700 tys. obywateli radzieckich. Ponad 100 tys. zginęło w tzw. operacji polskiej, do której pretekstem było twierdzenie, jakoby za głód odpowiadali polscy szpiedzy. Polaków przebywających w obozach sądzono po raz drugi i często rozstrzeliwano.

W rejonie Marchlewska i Żytomierza, gdzie żyła rodzina Borowskich, oddziały NKWD chodziły od wsi do wsi, otaczały je nocą i wyłapywały Polaków. Po skazaniu przez sądy doraźne byli wywożeni do pobliskiego lasu i rozstrzeliwani. Żony i dzieci zsyłano na wschód, najczęściej do Kazachstanu.

Rodzice Tadeusza spędzili w obozach dziesięć lat, ale dzięki repatriacji uniknęli tego losu. Życie w Warszawie, gdzie osiedli, nie było proste. Polska była krajem biednym, ogarniętym Wielkim Kryzysem, a Borowscy żyli nad wyraz skromnie, na poziomie robotniczej biedoty. Niemniej rodzice ciężko pracowali, by umożliwić synom jak najlepsze średnie wykształcenie. Dla oszczędności do 1937 r. Tadeusz i Juliusz mieszkali w bursie ojców franciszkanów. Potem Tadeusz mieszkał przez kilka lat z rodzicami w Warszawie. We wrześniu 1939 r. wkroczyli Niemcy.

Podczas nalotów Luftwaffe na niebronioną stolicę spłonął doszczętnie dom, w którym Borowscy wynajmowali pokój. Tadeusz wsiadł na rower i zgodnie z instrukcjami ewakuacyjnymi rządu ruszył na wschód. Tak znalazł się na drodze Armii Czerwonej, która 17 września napadła na Polskę. Wrócił więc do Warszawy, gdzie odszukał rodziców żyjących w namiocie.

W tamtych tygodniach Polska przestała istnieć. Wehrmacht i Armia Czerwona ruszyły sobie na spotkanie, a przywódcy Niemiec i ZSRR negocjowali podział łupów. W myśl porozumienia Hitlera ze Stalinem, tajnego protokołu paktu Ribbentrop-Mołotow, Warszawa miała przypaść stronie radzieckiej, ale niemiecko-radziecki traktat o granicach i przyjaźni III Rzesza – ZSRR przeniósł ją do strefy niemieckiej. Kolejny, niewykluczone, że łut szczęścia dla Borowskich. Gdyby trafili pod radzieckie rządy, prawdopodobnie wszystkich czekałby obóz lub gorzej. W latach 1940-41 Sowieci deportowali ok. pół miliona polskich obywateli, a dziesiątki tysięcy rozstrzelali.

Zrazu okupacja niemiecka i radziecka nie różniły się specjalnie skalą brutalności i terroru. Mimo różnic ideologicznych oba aparaty władzy wybierały Polaków, zwłaszcza wykształcone elity, do wywózki i egzekucji. Z czasem pojawiła się różnica, szczególnie uderzająca w Warszawie, najważniejszym żydowskim mieście Europy. W Warszawie, gdzie jedną trzecią ludności stanowili Żydzi, getto stało się elementem codziennego życia. O wywózkach wiedzieli wszyscy.

Panie Tadku, panie Tadku, co ja tam widziałem!

W chwili wybuchu wojny Tadeusz Borowski miał 16 lat. Jesienią 1939 r. nie mógł wrócić do nauki, bo niemiecki plan zakładał wykorzystanie Polaków jako kolonialnych Untermenschen. Jak wielu młodych ludzi w Warszawie kontynuował więc naukę na tajnych kompletach. Szkołę średnią ukończył wiosną 1940 r. – w dniu, w którym gestapo rozpoczęło w Warszawie łapanki, polując na przymusowych robotników, co Borowski opisał w jednym z opowiadań. Jesienią rozpoczął studia uniwersyteckie.

Tajne seminaria w prywatnych mieszkaniach tworzyły atmosferę zażyłości między studentami i profesorami. Prof. Julian Krzyżanowski, centralna postać, uczył, że studiowanie literatury wymaga historii i że krytyka i kpina wchodzą w skład nauki. Tadeusz z radością pogrążył się w studiowaniu literatury polskiej, intelektualnej historii Europy i Szekspira pod kierunkiem wybitnych uczonych, którzy dla tej misji narażali życie. Czytał bez przerwy – w łóżku, w tramwaju, na wykładach. Znalazł inteligentnych przyjaciół złączonych tajemnicą i zamiłowaniem do nauki.

Pracował w budowlanej firmie zaopatrzeniowej jako pomocnik magazyniera i nocny stróż. Mieszkał w magazynie. Ścianę zastawił regałami na książki zbitymi „prymitywnie z nieheblowanych desek”, jak odnotował później w opowiadaniu „Pożegnanie z Marią”. Z odwiedzającymi go przyjaciółmi dyskutowali o filozofii i czytali poezję.

Zrozumiał, że pod niemiecką okupacją gospodarka pogrążyła się w korupcji – żadna firma budowlana nie mogła funkcjonować bez współpracy z Niemcami, którzy też kradli i łamali zasady. Ale praca zapewniała przynajmniej papiery zmniejszające prawdopodobieństwo wywózki do obozu. Tadeusz miał swoją działkę w czarnym rynku, a w swoim magazynie pędził bimber.

Jesienią 1940 r., kiedy Tadeusz Borowski i Maria Rundo rozpoczynali studia, władze okupacyjne wydzieliły w północnej Warszawie znaczny obszar pod żydowskie getto. Od listopada wszyscy Żydzi schwytani za jego murami mieli zostać rozstrzelani.

Naziści definiowali żydowskość przez pochodzenie. Dla części mieszkańców Warszawy była to kwestia osobistego wyboru. Mimo żydowskiego pochodzenia można było uważać się – i być, przynajmniej w niektórych środowiskach, uważanym – za Polaka. Takie osoby mogły nie posłuchać niemieckiego nakazu przeprowadzki do getta i żyć tam, gdzie żyły, pod warunkiem że nikt ich nie wyda. Maria Rundo była dla nazistów Żydówką, chociaż jej przodkowie od pokoleń uważali się za Polaków. Rodzina Rundo nie przeniosła się do getta.

Następnej wiosny Wehrmacht gromadził siły na okupowanych ziemiach polskich. W czerwcu 1941 r. Hitler zdradził Stalina – III Rzesza najechała ZSRR. Tego lata Niemcy rozpoczęli na podbitym Wschodzie eksterminację całych żydowskich społeczności. Zabijali Żydów strzałem z broni palnej, patrząc im w twarz – ponad 23 tys. w Kamieńcu Podolskim, ponad 33 tys. w Kijowie, ponad 28 tys. w Rydze. Do końca 1941 r. rozstrzelano i pogrzebano w dołach około miliona Żydów. Ostateczne rozwiązanie przybrało kształt kampanii eksterminacyjnej.

Inaczej wyglądał Holocaust na terenach okupowanych przez Niemców od 1939 r. W 1940 r. zamknięto Żydów w gettach, z luźnym zamiarem wywiezienia ich tam, gdzie nie zdołają przetrwać. Na wschodzie Holocaust rozbrzmiewał salwami wystrzałów, a dla Żydów z gett Niemcy zbudowali fabryki śmierci. W 1942 r. transportowali polskich Żydów koleją do Chełmna, Bełżca, Sobiboru i Treblinki, gdzie zostali uduszeni spalinami. W roku, w którym Tadeusz i Maria zakochali się w sobie, większość warszawskich Żydów została wywieziona z Umschlagplatzu w getcie i zgładzona w Treblince.

W opowiadaniu „Pożegnanie z Marią” polscy handlarze opowiadają w magazynie, co widzieli za murami getta: „Panie Tadku, panie Tadku, co ja tam widziałem, tobyś pan nie uwierzył. Dzieciaki, kobity… Chociaż i żydowskie, ale wiesz pani…”. Tego dnia, 24 lutego 1943 r., koleżanka Marii ze szkoły Irka wyszła z getta. Jej rodziców wywieziono do Treblinki, została sama i nie miała nic. Odkładali z Tadeuszem na wynajęcie mieszkania, ale Maria od razu postanowiła, że Irka zamieszka z nimi. Narażali życie i nie mogli cieszyć się nieustanną młodzieńczą intymnością. Przede wszystkim trzeba było szybko wyrobić jej jakieś aryjskie papiery.

Maria miała znajomości. Pracowała w pralni i świadczyła różne przysługi Czesławowi Mankiewiczowi, przyjacielowi jej i Tadeusza. Choć był ledwie dwa lata starszy, działał aktywnie w komunistycznym podziemiu, redagował podziemną gazetkę i udzielał się m.in. w Związku Walki Młodych. Zostawiał paczki w pralni, a inni towarzysze je odbierali. Komuniści przychodzili do pralni, żeby skorzystać z telefonu (numery wybierała Maria, której je powierzono). Mankiewicz pomagał już Żydom w ucieczce z getta, więc wiedziała, że może sfałszować dokumenty dla Irki. Przedstawiła Tadeuszowi swój plan i poszła do mieszkania Mankiewicza. Już nie wróciła. Mankiewicz został aresztowany kilka dni wcześniej i gestapo urządziło tam kocioł. Została aresztowana i przewieziona na Pawiak.

W „Pożegnaniu z Marią” narrator „nie wiedział zupełnie, co robić”. Maria poszła do gazu. W realnym świecie Tadeusz rozpoczął poszukiwania.

Po zniknięciu Marii reguły konspiracji nakazywały dla własnego bezpieczeństwa unikać miejsc, w których ona bywała, a zwłaszcza tajnych lokali. Zrobił coś odwrotnego. Następnego dnia zgłosił się do mieszkania Mankiewicza i został natychmiast aresztowany przez gestapo. Przewidując tę ewentualność, opróżnił teczkę ze wszystkiego, co mogłoby narazić na szwank innych. Gestapo znalazło przy nim egzemplarz „Nowego wspaniałego świata” Aldousa Huxleya i kilka wierszy.

Trafił na Pawiak dzień po Marii. Na widok jego ogolonej głowy rozpłakała się. Uśmiechnął się i powiedział: „Nic się nie martw. Chciałem, żebyśmy byli razem”. Miał powody, żeby się o nią bać. Gdyby odkryli, że jest Żydówką, zastrzeliliby ją. Taki los spotkał ciotkę Marii, która też nazywała się Rundo i trafiła na Pawiak. Została zadenuncjowana jako Żydówka przez swoją gospodynię. Nie rozumiejąc niebezpieczeństwa, jakim jest dla młodej krewnej, szukała jej w więzieniu. Padła od kul pod murem getta, zanim odnalazła siostrzenicę.

Niektóre koleżanki z celi uznały Marię za Żydówkę, bo dostawała od matki paczki z dobrym jedzeniem. Zanim sprawy mogły przybrać złowieszczy obrót, Maria została wywieziona do Auschwitz – tyle że jako polska komunistka. Tadeusz trafił tam mniej więcej w tym samym czasie, pod koniec kwietnia.

Pod nieobecność Tadeusza i Marii przyjaciele wydali drukiem jego wiersze miłosne do niej. Oto fragment:

„Czy wrócisz do mnie? Jakby fala,

jak mrokiem nocnym, który z dołu

oplata nogi i napływa

ciężko nawisłym, opuchniętym

niebem na piersi – tak ty jesteś:

jak cień mój przy mnie, jak me ciało

tak rzeczywista; nieuchwytna

i tak głęboka jak odbicie

mej zamroczonej twarzy w szybie

czarnej od nocy”.

Ledwo stał na nogach, ale ciągle pisał

Auschwitz założyli Niemcy w 1940 r. w okupowanej południowo-zachodniej Polsce jako obóz karny dla Polaków. W 1942 r. w obozie nadal pracowali głównie Polacy. Zginęło tam ok. 75 tys. Polaków, którzy nie byli żydowskiego pochodzenia.

Do Auschwitz wywieziono też ok. 23 tys. Romów i Sinti, z których większość nie przeżyła. Borowski opisuje w opowiadaniach obóz cygański. W roku 1941, po napaści Niemiec na ZSRR, do Auschwitz zaczęli też napływać radzieccy jeńcy wojenni. Ok. 15 tys. zginęło, część podczas eksperymentów z gazem. Rosyjskojęzyczni mężczyźni pojawiają się w opowiadaniach Borowskiego. Jeden trzyma łopatę w „Proszę państwa do gazu”. Inny, w „U nas w Auschwitzu…”, prosi Tadeusza, żeby odwiedził na Syberii jego matkę i opowiedział, jak zginął.

W drugiej połowie 1943 r. i pierwszej 1944 Auschwitz było centrum Holocaustu. Większość mordowanych tam Żydów pochodziła z Węgier i Polski, były też duże transporty z Francji, Holandii, Grecji i terenów Czechosłowacji.

Borowski przybył do Auschwitz 29 kwietnia 1943 r. jako 20-letni, sprawny fizycznie młodzieniec. Większość polskich Żydów już nie żyła, a ostateczne rozwiązanie ogarniało całą Europę. Tadeusz i Maria, choć rozdzieleni, byli z perspektywy obozu świadkami tej zmiany. Tuż przed ich przybyciem do Auschwitz Niemcy zainstalowali w Birkenau dwie komory gazowe. Przydzielony tam do pracy Tadeusz kopał rowy i nosił słupy telegraficzne. „Dzień na Harmenzach” opowiada o tamtym okresie jego obozowego życia. Ze swojego kobiecego obozu Maria widziała dym z krematoriów.

Jak we wszystkich momentach swego życia Borowski zawierał przyjaźnie. Jesienią 1943 r. dostał zapalenia płuc i trafił na blok szpitalny. Cieszył się tam popularnością, zaprzyjaźnił się z lekarzem i został stróżem nocnym. Tę pracę znał, choć słabo sobie radził, bo nocami rozmyślał o Marii i układał wiersze. Pewnej nocy zaskoczył go złodziej. Przepraszając przełożonych, wyrecytował ułożony przez siebie wiersz. Wśród więźniów, którzy go znali, miłość Tadeusza do Marii przeszła do legendy.

W Birkenau Borowski miał przez większość czasu bezpośredni widok na rampę i krematoria. Jak powiedział po wojnie, widział śmierć miliona ludzi. Niezbyt przesadził.

W marcu 1944 r. został wyszkolony na flegera, czyli szpitalnego asystenta, sanitariusza. Praca była fizycznie lżejsza, ale musiał codziennie patrzeć na umierających ludzi – wewnątrz setki, na zewnątrz tysiące. Przyjaciel lekarz, cytowany w biografii opublikowanej po śmierci Borowskiego, wspomina jego pogodne usposobienie podnoszące na duchu kolegów.

Po założeniu Auschwitz odpowiedzialne funkcje pełnili tam pod nadzorem SS niemieccy więźniowie kryminalni, często weterani z innych obozów. Obozem zarządzali esesmani, ale to tamci, tzw. kapo, nadzorowali codzienne czynności. Z czasem, gdy polscy więźniowie przewyższali liczebnie Niemców, zdobywali przewagę na tych, jak się mówiło, „funkcyjnych” stanowiskach. Jako fleger Borowski trafił na średni szczebel tego, co nazywał „hierarchią strachu”. Stał niżej od kapo i esesmanów, ale patrzył z góry na innych więźniów, Cyganów i Żydów.

A jednak minął prawie rok, nim Tadeusz znalazł sposób na skontaktowanie się z Marią. Pewnego dnia na blok szpitalny trafił niemiecki więzień kryminalny Kurt, dawny dziennikarz przyłapany na przemycie. Miał dobrą funkcję, więc Polacy ze szpitala chcieli go wykończyć, żeby zająć jego stanowisko. Był to normalny sposób zdobywania dominacji w obozie. Tadeusz bronił Kurta, dzielił się z nim nawet jedzeniem. Kiedy Kurt wyzdrowiał, odszukał Marię w obozie kobiecym i w marcu 1944 r. przekazał jej dziewięć listów.

Wkrótce potem Tadeusz załatwił sobie przydział do pracującej w obozie kobiecym ekipy dekarskiej. Tak udało mu się parokrotnie widzieć Marię. Żyła w znacznie gorszych warunkach. Ciężko chorowała, straciła włosy, miała wyniszczoną skórę. Przekazał jej lekarstwo i parę butów. Będąc z nią, silił się na wesołość. Siedzieli, trzymając się za ręce, i rozmawiali o literaturze i filozofii.

Oboje przeżyli Auschwitz. Może się to wydać dziwne, ale pod koniec lata 1944 r. był tam najpewniej bezpieczniejszy niż w Warszawie. W sierpniu wybuchło powstanie warszawskie, Armia Krajowa stanęła do walki z niemieckim okupantem. Mężczyźni i kobiety z grupy wiekowej Tadeusza i Marii, za młodzi, by pójść do wojska w 1939 r., palili się do walki lub czuli, że tak każe honor. Wielu porzuciło tajne nauczanie, by jeśli trzeba, umrzeć na barykadach. Dla studentów ich pokolenia powstanie okazało się hekatombą.

W czerwcu 1944 r. Armia Czerwona odniosła walne zwycięstwo na Białorusi i zdawała się gotowa podjąć marsz przez Polskę. Na warszawskich ulicach widywało się uciekających niemieckich żołnierzy. Rząd londyński chciał zatknąć flagę w stolicy przed przybyciem Armii Czerwonej. W przekonaniu, że Niemcy wycofają się z Warszawy przed radzieckim atakiem, rząd polski wydał rozkaz o rozpoczęciu powstania 1 sierpnia. Niemcy zdołali jednak utrzymać się na linii Wisły i Armia Czerwona wstrzymała pochód. Warszawscy powstańcy zmagali się z Niemcami przez osiem długich tygodni, podczas gdy Stalin blokował plany Amerykanów i Brytyjczyków, by zaopatrywać powstanie drogą powietrzną.

Od października Niemcy wyburzali resztki miasta, wysadzając kolejne budynki. Dławiąc powstanie, wymordowali ok. 200 tys. cywilów. Himmler i Hitler planowali zetrzeć na zawsze Warszawę z powierzchni ziemni. Kiedy w styczniu 1945 r. Armia Czerwona wkroczyła w końcu do miasta, zastała same gruzy.

Dla Tadeusza i Marii zbliżanie się Armii Czerwonej oznaczało rozłąkę, bo Niemcy transportowali więźniów z Auschwitz do obozów dalej na zachód. W sierpniu 1944 r. Tadeusz trafił do obozu w Dautmergen pod Stuttgartem, gdzie toczy się akcja opowiadania „Śmierć powstańca”. Pięć miesięcy później Maria została przetransportowana z Auschwitz do Ravensbrück. Na początku 1945 r., gdy Niemcy się wycofywali i rwały się dostawy, w obozach zginęły setki tysięcy więźniów. Maria przeżyła koszmar pierwszych dwóch tygodni w Jugendlager, podobozie dla młodzieży, filii Ravensbrück, gdzie jadła tylko śnieg i tylko za namową koleżanek. W głównym obozie miała lepsze warunki – w porównaniu do Auschwitz było to, jak powiedziała, „sanatorium”.

W Dachau, dokąd Tadeusz trafił z Dautmergen w styczniu 1945 r., żyło się nieporównanie ciężej. Wkraczający 1 maja 1945 r. amerykańscy żołnierze zastali stosy wychudzonych zwłok. Jak zauważyła amerykańska pielęgniarka, „wyzwolenie” nie jest właściwym słowem. Więźniów „nie można było wyzwolić. Potrzebowali raczej opieki lekarskiej, jak najszybciej, w jak najszerszym zakresie”. Borowski był ledwie żywy z wycieńczenia – kiedy weszli Amerykanie, ważył niecałe 37 kilogramów. Mimo to nadal pisał wiersze, nawet kiedy nie mógł utrzymać się na nogach.

Ponure lato tuż po wojnie spędził w amerykańskim obozie dla przesiedleńców, tzw. dipisów, mieszczącym się w dawnym garnizonie SS. Zwolniony we wrześniu 1945 pojechał do Monachium. Jako wolny człowiek przebywający w amerykańskiej strefie okupacyjnej zastanawiał się, czy wracać do Polski, gdzie władzę sprawowała Armia Czerwona. Jak przewidywało porozumienie z Hitlerem z 1939 r., Stalin przyłączył wschód kraju do ZSRR. Nowa Polska, przesunięta na zachód kosztem Niemiec, znalazła się w radzieckiej strefie wpływów. Borowski irytował się, że polscy oficerowie, z którymi rozmawiał w obozie dla przesiedleńców, nie mieli odpowiedzi na ten strategiczny dylemat.

Jednak dla Borowskiego poszukiwanie Marii było ważniejsze od polityki. Z rekomendacji Anatola Girsa, charyzmatycznego wydawcy, którego poznał w Dautmergen, objął kierownictwo oddziału Czerwonego Krzyża, który szukał zaginionych członków rodzin. Tak się dowiedział, że Maria jest w Szwecji. Para zaczęła korespondować na początku 1946 r., ale trudno było doprowadzić do spotkania – on nie mógł przyjechać do Szwecji, a ona do Niemiec. Maria chciała emigrować do jakiegoś zachodnioeuropejskiego kraju, on obiecywał, że pojedzie za nią. Tymczasem wysłał jej opowiadanie.

Każdy jest współwinny

W Warszawie i w obozach Borowski był poetą. W Warszawie układał heksametry o katastrofie i luźnym współczesnym wierszem sławił miłość do Marii. Jego katastroficzna poezja z 1942 r. – tomik wydał własnym sumptem jako magazynier zaraz po swoich 20. urodzinach – opisuje świat jako jeden wielki obóz koncentracyjny. Oddaje ten klimat ostatni czterowiersz „Pieśni”, ostatniego wiersza w zbiorze:

„Nad nami noc. Goreją gwiazdy,

dławiący, trupi nieba fiolet.

Zostanie po nas złom żelazny

i głuchy, drwiący śmiech pokoleń”.

Styl poezji Borowskiego nie zmienił się specjalnie po Auschwitz, doszły tylko apokaliptyczne szczegóły, jak w „Nocy nad Birkenau”:

„I jak rzucona w boju tarcza

Leży wśród gwiazd niebieski Orion.

Głucho w ciemności auta warczą

I błyszczą oczy krematorium”.

Większość wierszy z czasów wojny utracił Borowski podczas transportów, inspekcji i dezynfekcji, ale dzięki Anatolowi Girsowi 37 opublikował w Monachium. Girs namówił Borowskiego na zbiorowe wydanie trzech oświęcimiaków. Borowski nie drukował dotąd prozy i wcale nie miał na to ochoty, ale był winien Girsowi przysługę, więc się zgodził. Jako jedyny z całej trójki prawdziwy twórca wziął na siebie to zadanie, ale uczył się też od innych dawnych współwięźniów, którzy byli w Auschwitz dłużej niż on. Redagował ich teksty, spisywał ustne relacje i w końcu sam wziął się do prozy.

W Monachium Borowski zbierał relacje innych więźniów, którzy nie uczestniczyli w planowanej publikacji. Jednym z ocalałych z Auschwitz, z którymi rozmawiał, był Stanisław Wygodzki, polsko-żydowski poeta komunistyczny, w 1944 r. wywieziony z rodziną z Będzina. W odróżnieniu od Żydów z innych części Europy polscy Żydzi rozumieli, czym jest transport do Auschwitz. W pociągu Wygodzcy próbowali popełnić samobójstwo – Stanisław otruł żonę i córeczkę, sam przeżył. W opowiadaniu „Proszę państwa do gazu” pojawia się taki właśnie transport polskich Żydów, którzy wiedzieli, co ich czeka.

Pisząc, myślał stale o Marii. Gdy tylko zlokalizował ją w Szwecji, wysłał jej brudnopis „Dnia na Harmenzach”. „Ja, oświęcimianka, byłam wstrząśnięta – wspomina. – Przerażona tym obrazem Oświęcimia, prawdziwym obrazem, który przecież znałam. Moralna strona tego wszystkiego, to dziwne człowieczeństwo, że tak wygląda człowiek w tych warunkach”.

Odnowienie kontaktu z Marią miało decydujące znaczenie dla jego prozy. Właściwie zaczęło się od korespondencji w obozie. Pisząc pierwsze opowiadanie „U nas w Auschwitzu…”, odtworzył dziewięć listów do niej z marca 1944 r. Przełamał barierę i w Monachium napisał kolejne trzy opowiadania: „Proszę państwa do gazu”, „Dzień na Harmenzach” i „Ludzie, którzy szli”.

Pierwsze opowiadanie oświęcimskie Borowskiego ma formę długiego listu kogoś imieniem Tadeusz do pewnej Marii. To właściwie autobiografia. Cyniczni narratorzy pojawiają się w kolejnych opowiadaniach. W „U nas w Auschwitzu…” Tadeusz oscyluje między opisami obozu a pamięcią chwil spędzonych z Marią w Warszawie – między delikatną nostalgią za tamtym ich życiem a rzeczywistością kobiet, które widzi w obozie.

Mężczyzn dość sprawnych, by myśleć o seksie, degraduje niezaspokojone pożądanie – nie mogą myśleć o konkretnej kobiecie, potrzebują „kobiety” w ogóle. Widzą je nagie w drodze do komór gazowych. Masowa eksterminacja kobiet obnaża jednolitą bezradność mężczyzn. Tadeusz opisuje ciężarówkę pełną nagich kobiet wołających o pomoc. „I przejechały koło nas w głębokim milczeniu dziesięciu tysięcy mężczyzn. Ani jeden człowiek się nie poruszył, ani jedna ręka nie podniosła się”.

W obozach żywność była znakiem i instrumentem władzy. Do 1943 r. niektórym więźniom wolno było dostawać paczki z zewnątrz. Żydzi nie mieli tego prawa. Wielu więźniów nie miało na zewnątrz nikogo do pomocy. Jak wspominała Maria, „właściwie tylko Polacy dostawali paczki”. Poza tym Niemcy kontrolowali rozdział żywności przez kapo. W opowiadaniu „Dzień na Harmenzach” Borowski opisuje posiłek:

„Wszystkie oczy patrzą z wysiłkiem w twarz kapy. Jeszcze dwa kotły: dolewka. Co dzień kapo rozkoszuje się tą chwilą. Za dziesięć lat obozu należy mu się ta pełnia władzy nad ludźmi. Końcem chochli wskazuje, kto zasłużył na dolewkę: nie pomyli się nigdy. Dolewkę dostaje lepiej pracujący, silniejszy, zdrowszy”.

Ci, którzy zmarnieją, będą mieli za towarzystwo tych, którzy jedli. Każdy jest w jakiś sposób współwinny.

Nawet gazowanie było procesem społecznym, otwierającym moralną czarną dziurę w samym środku codzienności. Niemiecka polityka mordowania każdego Żyda oznaczała, że Żydzi przedstawiali sobą jakąś wartość w tej mierze, w jakiej ich ciała mogły być źródłem pracy lub majątku ruchomego. Ktoś wymyślił, jak mieć jedno i drugie. Ciała Żydów zagazowanych po selekcji na rampie starannie przeszukiwano:

„Fachowi, rutynowani ludzie będą im grzebać we wnętrznościach, wyciągną złoto spod języka, brylanty z macicy i kiszki odchodowej. Wyrwą im złote zęby. W zabitych szczelnie skrzyniach odeślą do Berlina” („Proszę państwa do gazu”).

W wojennej poezji Borowskiego cały świat jest obozem. Dla bohaterów jego powojennych opowiadań Auschwitz i warszawskie getto to model przyszłej kondycji ludzkości. W „Proszę państwa…” narrator fantazjuje o obejmującym pół Polski ogromnym obozie koncentracyjnym z milionami więźniów. W „Pożegnaniu z Marią” młodzi ludzie dyskutują w okupowanej Warszawie o tym, co przyniesie przyszłość. Do tego czasu w Treblince zamordowano 300 tys. warszawskich Żydów. W opowiadaniu Żydówka, która uciekła z getta, przewiduje, że „po aryjskiej stronie też będzie getto”, i dodaje: „tylko nie będzie z niego wyjścia”.

Wszystkie te opowiadania, choć ich akcja rozgrywa się w latach 1943-45, powstały po klęsce nazizmu. A jednak roztaczają wizję pełnego jego triumfu. W „U nas w Auschwitzu…” Tadeusz pyta:

„Co będzie o nas wiedzieć świat, jeśli zwyciężą Niemcy? Powstaną olbrzymie budowle, autostrady, fabryki, niebotyczne pomniki. Pod każdą cegłą będą podłożone nasze ręce, na naszych barkach będą noszone podkłady kolejowe i płyty betonu. Wymordują nam rodziny, chorych, starców. Wymordują dzieci. I nikt o nas wiedzieć nie będzie. Zakrzyczą nas poeci, adwokaci, filozofowie, księża. Stworzą piękno, dobro i prawdę”.

Dla Borowskiego widmo wszechświatowego zwycięstwa nazizmu było egzemplifikacją ogólnego problemu przewijającego się w jego twórczości. Być może wartości, które nam wpojono, nasze poczucie piękna, dobra i prawdy są tylko echem dawnej przemocy. Jeśli tak, pisarz wybiera między teraźniejszym buntem a przyszłą wielkością. Jeśli stanie po stronie władzy, zatraci człowieczeństwo; jeśli zbuntuje się, nie będzie nic znaczył. W „Pożegnaniu z Marią” na ulicach trwa łapanka, mijają godziny od wyjścia Marii, a jej przyjaciele roztrząsają ten dylemat. Jedni mówili: to, co nazywamy klasyką, to dzieje eksterminacji. Nic honorowego nie przetrwa i nic, co trwa, nie może być honorowe. Drudzy zaś: choć toczy się wojna, pisarz powinien pracować, bo literatura przetrwa i będzie górą.

Borowskiego prześladował ten dylemat, ale jego stanowisko jako pisarza w 1945 r. wydaje się jasne. Wybrał wyjaśnianie raczej niż adaptację, opierając się naporowi władzy w przyszłość, tworząc coś absolutnie nowego. Mottem „U nas w Auschwitzu…” może być zdanie: „Nie wiem, czy przeżyjemy, ale chciałbym, abyśmy kiedyś umieli nazywać rzeczy ich właściwym imieniem, jak czynią ludzie odważni”. Pozwoli to wypełniać jego zalecenie: „Wysupłaj ze zdarzeń codziennych całą ich codzienność, odrzuć przerażenie i wstręt, i pogardę i znajdź na to wszystko formułę filozoficzną”. Wcielał to w życie, pisząc: „Bo może z tego obozu, z tego czasu oszustw będziemy musieli zdać ludziom żywym relację i stanąć w obronie zmarłych”

Nie oznaczało to sentymentalizacji śmierci ani przypisywania jej znaczeń wykraczających poza immanentne. Wręcz przeciwnie, obrona zmarłych to spisanie całej prawdy o ich życiu: „Nie wiem, dlaczego później ludzie w obozie mówili, że Żydzi w drodze do gazu śpiewali przejmującą hebrajską pieśń, której nikt nie rozumiał”.

Apokalipsa przyszła i odeszła?

W maju 1946 r. Borowski wrócił do Polski. Wiedział, co znaczy Armia Czerwona dla przyszłości jego kraju. Dzieciństwo zrujnował mu sowiecki terror. Z drugiej strony utracił wiarę w europejską cywilizację, do której należy w jego rozumieniu Auschwitz. Chciał odrodzenia, lecz nie oczekiwał go od Zachodu. Chciał, by Niemcy legły w gruzach. Paryż, do którego pojechał z Monachium, wydał mu się nieczysty i przygnębiający. Niektóre opowiadania sugerują, że pogardzał Amerykanami, których spotkał w obozie dla dipisów.

Tęsknił za Polską. Z Monachium napisał do matki, że tęsknota za domem jest gorsza niż głód. Mocne słowa jak na kogoś, kto był bliski śmierci głodowej, jednego ocalałego z Hołodomoru do drugiego, więźnia obozu do więźniarki.

Ostatni list napisał do Marii z Monachium, przepraszając za niedotrzymanie słowa – nie mógł dłużej żyć poza Polską. Jedynym miejscem, które naprawdę w Polsce znał, była teraz zrujnowana Warszawa. Jednak w 1946 r. miasto odbudowywało się w uniesieniu, które cieszyło Borowskiego. Pisał do Marii, że ruiny – „także te moralne” – są szansą na nową Polskę. Zapewnił w bardzo patriotycznych słowach, że odbudowa wyraża miłość do kraju, i błagał, by do niego dołączyła.

Maria była zniechęcona. Nie powiódł się żaden plan znalezienia pracy w Europie Zachodniej. Zrezygnowana wróciła w listopadzie do Polski, by poślubić Tadeusza. Powiedziała wujkowi, że powrót był „upokarzający”. Wyczerpana po przejściach martwiła się o zdrowie psychiczne Tadeusza i chciała się nim zaopiekować.

Powiedział jej, że chce robić „dobre rzeczy”. Od rówieśników żądał nowej formy pisania: „Apokalipsa przyszła i odeszła, a w literaturze nic się nie zmieniło”. Swoje opowiadania zadedykował – ironicznie – pisarzom, którzy uwznioślali obozy. W styczniu 1947 r. zainicjował dyskusję o sensie Auschwitz, atakując inną autorkę.

Zofia Kossak-Szczucka, znana polska powieściopisarka katolicka starszego pokolenia, spędziła w Oświęcimiu kilka miesięcy, tam też zginął jeden z jej synów. W Warszawie założyła organizację pomocy ukrywającym się Żydom. W recenzji „Alicja w krainie czarów” Borowski nie zostawił jednak suchej nitki na jej obozowej książce. Kronikarze, którzy przeżyli Auschwitz, muszą wyjaśnić, jak im się to udało. Kossak-Szczucka nie wyjaśniła, więc nie można jej ufać.

Borowski uważał, że każdy, kto przeżył Auschwitz, ponosi jakąś dozę odpowiedzialności za tę zbrodnię. Nikt nie jest od niej zwolniony – ani z racji klasy, ani narodowości, pobożności czy talentu. A skoro odpowiedzialność rozkłada się na nas w Auschwitz, to tak samo wszędzie indziej. Niezależnie od tego, co Kossak-Szczucka robiła podczas okupacji, liczy się też to, że przed wojną głosiła antysemickie poglądy i udzielała się w antysemickich gremiach.

Tłem sporu pisarzy był polski romantyzm. Czy cierpienia uszlachetniły Polaków? Czy z racji swoich wojennych doświadczeń mogą czuć się niewinni? W „U nas w Auschwitzu…” Borowski opisał „zwykłą drogę ludzkiej myśli”, narodziny mesjanizmu „wśród zniszczenia i śmierci”. Chciał złamać władzę przemocy nad wartościami. Chciał odrzucić tradycyjną rolę polskiego pisarza jako alchemika, który krzywdy innych przekuwa w szczególne prawa Polaków. Zabójcom i ofiarom, zabijaniu i umieraniu trzeba odmówić metafizycznego statusu. W literaturze Auschwitz esesmani winni być ludźmi tak samo jak Żydzi, tak samo Polacy, jak wszyscy inni.

Borowski nie był nihilistą, jak uważali jego katoliccy krytycy, tylko moralistą. Był przez całe życie niestabilny emocjonalnie, równowagę odnalazł dopiero w Auschwitz. Jak wspomina Maria, „w obozie był bardzo zmobilizowany psychicznie, żadnych czarnych myśli, żadnych depresji, które go trapiły i przedtem, i potem. Sama dzielność”. Wyobrażał sobie, że w polityce, jak w literaturze, możliwa jest totalna odnowa. Zniszczenie i śmierć nie zmieniły Polski w kraj aniołów, ale, pomyślał, otworzyły wrota rewolucji. [wtedy był to jeszcze PPR].

Fabryczka propagandy

Stalin nadal rządził Związkiem Radzieckim – jak wtedy, gdy uciekał stamtąd dziewięcioletni Borowski – ale teraz też Polską za pośrednictwem podległego mu komunistycznego reżimu. Borowski był pisarzem proletariackim, ale nie gwarantowało mu to żadnego specjalnego statusu ani ochrony. Jako partyjny neofita szybko wpadł w pułapkę stalinizmu. W leninowskiej wersji marksizmu, którą przejął Stalin, wyłącznym reprezentantem klasy robotniczej jest partia, która głosi prawdę naukową za pośrednictwem swojego biura politycznego. Linia partii jest obiektywnie słuszna – nawet kiedy okaże się sprzeczna z linią wczorajszą i jutro będzie zmieniona. Komunistyczna dyscyplina, czyli obowiązek podporządkowania się historycznej misji partii, wymagała gotowości do potępienia towarzyszy i złożenia publicznej samokrytyki.

31 sierpnia 1948 r. plenum KC PPR proklamowało realizm socjalistyczny jako obowiązujący styl kultury – dydaktyczne obrazy walki klas w wykonaniu moralizujących narratorów, dokładne przeciwieństwo tego, czym była twórczość Borowskiego. Jego opisy Auschwitz były sprzeczne z mitologią cnót narodowych, bo opierały się metafizyce, wedle której śmierć potwierdza walor żyjących. Z tego samego powodu nie dawały się pogodzić z socrealistyczną wersją odkupicielskiej ofiary krwi, w której śmierć w obozach zwiastuje nadchodzącą rewolucję. Jego opowiadania były takie same, ale zmieniła się linia. Reprezentował „odchylenie”, miał kłopoty.

Socrealizm stał się obowiązkowy, a stalinizm antysemicki. Zwrot rozpoczął się latem 1948 r., po utworzeniu państwa Izrael. Stalin, którego Izrael zawiódł, nie godząc się na sojusz z ZSRR, wszczął kampanię przeciwko „kosmopolitom”, czyli towarzyszom i pisarzom żydowskiego pochodzenia.

Problemem był dla radzieckiej ideologii sam Holocaust. Nie dało się go wytłumaczyć walką klas, jego śmiertelne żniwo sięgało poza granice ZSRR, a wśród kolaborantów, zwłaszcza w plutonach egzekucyjnych, było wielu radzieckich obywateli. Podejmowanie tematu Holocaustu uchodziło za nielojalność i partykularyzm, upominanie się o jego wyjątkowość, lekceważące cierpienie innych nacji. W Polsce stalinowski antysemityzm wzmocnił społeczną potrzebę prezentowania wojny jako narodowego męczeństwa. A że komunizm postrzegany był jako obcy import, członkowie partii mieli powody do szukania kompromisu z uczuciami narodowymi.

 Berman był polskim Żydem – jeden z jego braci zginął w Treblince, drugi wkrótce wyjechał do Izraela – jego władzy zagrażali więc prawdziwie polscy towarzysze. Świadomy ryzyka, że on i inni żydowscy towarzysze mogą pójść w odstawkę jako „kosmopolici”, Berman przykładał się do zbudowania narodowego konsensusu ofiar – mitu, wciąż aktualnego w Polsce, wedle którego Polacy i Żydzi cierpieli jednakowo podczas wojny. Tak więc Borowski, choć sam nie był Żydem, odchodził od linii partii w inny sposób – jego opowiadania były zbyt judeocentryczne. U Borowskiego Polacy cierpią i umierają w obozach, ale Holocaust jest bezsprzecznie odmienną rzeczywistością.

W styczniu 1949 r. Borowski został potępiony. Ale że jego talent uznano za godny uratowania dla komunistycznej sprawy, mógł odtąd zarabiać na życie jako aparatczyk. W czerwcu wyjechał do Berlina w roli rzecznika prasowego misji wojskowej polskiej ambasady i – jak się wydaje – szpiega. Praca wymagała od niego przemieszczania się między sektorem radzieckim a amerykańskim, Borowski stał się więc nagle uczestnikiem większej zimnowojennej gry w podzielonej Europie. Kiedy mieszkał z Marią w Berlinie, radziecka strefa okupacyjna Niemiec stała się nowym krajem, Niemiecką Republiką Demokratyczną.

Tam właśnie, w Berlinie, ogłosił Borowski stalinowską samokrytykę, wyrzekając się swych oświęcimskich opowiadań:

„Nie umiałem klasowo podzielić obozu, przeżywając, w gruncie rzeczy, nie wiedziałem, co przeżywam. Zabawiłem się w ciasny empiryzm, behavioryzm i jak to się tam nazywa. Miałem ambicję pokazywania prawdy, a skończyłem na obiektywnym przymierzu z ideologią faszystowską”.

W dawnej stolicy Hitlera Polak ocalony z piekła hitlerowskich obozów wziął na siebie współwinę za faszyzm.

Cała twórczość Borowskiego obracała się wokół bolesnego pytania: jeśli to, co prawdziwe, zawsze przemija, a ponadczasowość jest zawsze skażona, jak pisarz może łączyć uczciwość z wielkością? Stalinizm oferował pokrewną wizję kultury naznaczonej bliznami kapitalizmu i proponował rozwiązanie. Droga naprzód, do socjalizmu, którą widzi tylko partia, jest jedyną sensowną prawdą. Pisarze w służbie partii nie muszą wybierać między prawdą a władzą, bo prawda jest tym, co pozwala komunistom zdobywać władzę. Idź więc za linią partii.

Wróciwszy do Warszawy w marcu 1950 r., Borowski był przez kilka miesięcy w euforii. Pracował jako partyjny dziennikarz, nazywając się „fabryczką propagandy”. Miał nadal tylko nieco ponad 20 lat i prezentował się jako członek młodego pokolenia, które może jeszcze wszystkiego się od partii nauczyć. Jego ostatnim ważnym przedsięwzięciem pisarskim, na początku 1951 r., było upamiętnienie Feliksa Dzierżyńskiego, ojca założyciela radzieckiej bezpieki, z okazji 25. rocznicy jego śmierci.

Była to też 25. rocznica wyroku skazującego na łagier ojca Borowskiego, wykonanego przez tę bezpiekę Dzierżyńskiego. Ojciec błagał Tadeusza, by nie marnował swej „boskiej iskry” i nie ufał nowym przyjaciołom.

Mimo nowych zobowiązań jego umysł nie dał się doszczętnie zniewolić. Borowski nie zapominał też o dawnych przyjaciołach. Wiosną 1951 r. bezpieka aresztowała Czesława Mankiewicza pod zarzutem szpiegostwa. Mankiewicz był przyjacielem, co więcej, centralną postacią w życiu Borowskiego. Aresztowanie go przez gestapo w 1943 r. doprowadziło do aresztowania Marii Rundo, a tym samym Tadeusza. W 1946 r., kiedy Tadeusz namawiał Marię do powrotu do Polski, przekazał jej pozdrowienia od Mankiewicza jako jednego z ich najbliższych wspólnych przyjaciół.

Mankiewicz był komunistą i pułkownikiem Ludowego Wojska Polskiego, teraz jednak towarzysze wmawiali mu kolaborację z nazistami. W stalinowskiej walce o władzę podejrzane mogło być samo przetrwanie okupacji. Taki był w istocie zarzut pod adresem Mankiewicza – w rzeczywistości podczas okupacji działał w warszawskim podziemiu, po czym trafił na Majdanek i do Auschwitz.

Borowski był gotów uznać własne pisarstwo za faszystowskie, ale tego, że Mankiewicz nie walczył z hitlerowcami, tylko dla nich pracował, było już za wiele. Zabiegał o spotkanie z Bermanem odpowiedzialnym w biurze politycznym za bezpieczeństwo i kulturę. Dostał tę szansę i wstawiał się za przyjacielem. Berman odparł, że służba bezpieczeństwa weźmie jego stanowisko pod uwagę i w razie potrzeby wezwie go na przesłuchanie. Mogła to być zawoalowana groźba.

Nigdy go więcej nie zobaczyła

W 1943 r. w bloku szpitalnym obozu kobiecego w Auschwitz-Birkenau Maria Rundo słuchała, jak rodzi Żydówka. Matkę natychmiast oddzielono od dziecka. Niemowlę leżało w łóżku na tyle długo, by pogryzły je pchły. Kiedy przyszedł czas na odbiór zwłok, niemowlę wrzucono żywcem do krematoryjnego pieca.

W 1951 r. w warszawskim szpitalu urodziła Maria, wówczas już Borowska. Jej lekarka martwiła się, że cierpi na bezsenność. W nocy miała koszmary: „cały czas patrzę na drzwi i myślę, co by było, gdyby teraz wszedł esesman w zielonym mundurze i zabrał mi dziecko”.

Tadeusz przychodził codziennie. 1 lipca, sześć dni po porodzie Marii, wyszedł wieczorem, obiecując, że następnym razem przyniesie pieluchy. Nigdy go więcej nie zobaczyła. Dozorczyni znalazła go nazajutrz rano nieprzytomnego. Chyba zostawił włączony gaz. W jego krwi znaleziono barbiturany. Zmarł następnego dnia, miał 29 lat.

Skojarzenie Borowskiego z Auschwitz podkreśla ironiczną symetrię: autor opowiadań o komorach gazowych sam odkręca gaz. Na pewno chciał nam coś powiedzieć, na pewno chciał, żebyśmy wiedzieli, że zabija się jako winny swego ocalenia. W powojennej Europie była to oczywiście dość powszechna metoda samobójstwa. Nie musi mieć nasuwającego się nam znaczenia.

Borowski był człowiekiem zranionym, którego wielki talent i gorączkowa aktywność wymykały się percepcji, osądowi i diagnozom. Mamy, być może, pewne wskazówki. Niedługo przed śmiercią Borowski odwiedził Aleksandra Wata, starszego już poetę żydowskiego pochodzenia. Wat odszedł od komunizmu i był rodzajem spowiednika dla wątpiących. Dołączył do nich ocalały z będzińskiego transportu poeta Stanisław Wygodzki, pracujący teraz w Polskim Radiu. Wygodzki był zrozpaczony – jego przyjaciel, też po Auschwitz, właśnie popełnił samobójstwo w jego mieszkaniu. Borowski krzyczał na Wygodzkiego, żeby się pozbierał: „jesteśmy tu teraz razem tylko dlatego, że tam, w Auschwitz, zabieraliśmy umierającym chleb”. I dalej w tym duchu, a nawet gorzej.

Krzyczenie o Auschwitz do zrozpaczonego Żyda, który przeżył obóz, mówi zapewne więcej o stalinowskiej presji niż o poczuciu winy ocalałego. Stalinowska euforia Borowskiego ustępowała swemu przeciwieństwu. Żona Aleksandra Wata, spostrzegawcza i mądra Ola Watowa, wspomina Borowskiego jako „przegranego”.

Jeżeli posłuchamy zaleceń dawnego Borowskiego, kronikarza obozowego życia, nie spróbujemy oddzielać życia w totalitaryzmie od życia w ogóle. Reakcją Borowskiego na faszyzm było podkreślenie indywidualnej odpowiedzialności, od własnej poczynając. Jego udział w stalinizmie był innego rodzaju – samokrytyka, której żąda partia, raz zaakceptowana wymagała potępienia innych. Histeryczny konformizm można pomylić, przynajmniej przez jakiś czas, z udziałem w wielkiej przemianie. Ale jeśli nie zrozumiał Auschwitz, na co wskazywała samokrytyka, co z decyzją, by tam trafić? Oświęcim, stalinizm i miłość to jeden splot.

Mniej więcej wtedy, gdy krzyczał na Wygodzkiego, miał romans z jego podwładną. Zanim 1 lipca odwiedził w szpitalu Marię, spędził popołudnie z kochanką, Dżennet Połtorzycką. Może czuł się w pułapce obietnic złożonych dwóm kobietom. Już raz próbował się zabić, przytłoczony romansem i ciążą. Maria wiedziała o Dżennet i pozwoliła mu odejść. Potrzebowała męża, jakim wtedy nie był.

To, że Maria go nie potrzebuje, niweczyło sens Auschwitz. Podążył za nią, podejmując najważniejszą decyzję w życiu. A teraz przesłuchiwano i torturowano ich przyjaciela Mankiewicza – mimo, a właściwie z powodu jego pobytu w obozie. To niweczyło sens drugiej ważnej decyzji, jaką było wstąpienie do partii. Przyjmując komunizm, Borowski nie przeszedł przez Auschwitz do nowego świata.

Wszystkie jego decyzje miały kiedyś jasne, wyraźne kontury: Maria, Auschwitz, komunizm. Teraz jasności zabrakło.

Rozważania te mają, rzecz jasna, sens, jeżeli śmierć Borowskiego była istotnie samobójstwem. A może był to wypadek, jak sądziła jego kochanka. Dżennet stała tej nocy pod jego domem i widziała palące się światło, ale nie zadzwoniła do drzwi. Miał skończyć na jutro artykuł, nastawił wodę na herbatę, zasnął. I tyle.

We wspomnieniach Dżennet Borowski nie wydaje się rozczarowany komunizmem ani przytłoczony poczuciem winy. Była pewna, że zostawi dla niej rodzinę. Słusznie lub nie nazwała, znamiennie, jego samobójstwo „legendą”. Rozumiała narracyjny ciężar śmierci. Kochanka oczywiście nie chce, żeby śmierć była zamierzona. Ale czy nie jest równie przewidywalne to, że my, czytelnicy, wolimy samobójstwo? Dramatyczny koniec życia pisarza pozwala nam zatopić jego dzieło w fali własnych emocji. Jak pisał Borowski w „U nas w Auschwitzu…”: „Bo żywi zawsze mają rację przeciw umarłym”.

Maria zgadzała się z Dżennet, że śmierć Tadeusza nie była spowodowana okolicznościami. Wierzyła, że zabił się, ale nie w związku z problemami w życiu publicznym lub prywatnym. Zdaniem Marii z nieskutecznej obrony Mankiewicza nie wyciągnął żadnych wniosków na temat systemu. Miał, jak później powiedziała, naturę maniakalno-depresyjną, jego mroczne myśli kierowały się wewnętrzną logiką. Dopiero w Auschwitz odnalazł w sobie spokój, ukierunkowaną odwagę. Potem co najmniej dwukrotnie próbował odebrać sobie życie – tyle że tym razem mu się udało. Próbował leków, próbował gazu, a teraz spróbował obu. I tyle.

Jeśli posłuchamy tego lepszego Borowskiego, nie sięgniemy po jego śmierć jako argument wspierający nasze wybory. Obciążając własną wizję świata ciężarem cudzej śmierci, potrzebujemy coraz więcej śmierci, żeby zwiększyć ten ciężar. Dzięki zdolności zabijania stajemy się ważni, a dymy z palonych zwłok zasnuwają niebo. Oto bolesny lęk Borowskiego o cywilizację – lęk, że wszystko, co wydaje nam się piękne, dobre i prawdziwe, jest ledwie echem dawnej przemocy, szyderczym śmiechem pokoleń.

Jest rozwiązanie dylematu Borowskiego, sposób na połączenie prawdy ze zdolnością przetrwania. O Auschwitz mógł pisać dzięki miłości do Marii i odpowiedzialności, jaką za nią czuł. Poszedł za nią do obozu, bo ją kochał. W „U nas w Auschwitzu…” mówi, że zrobiłby to znowu. Listy do niej torowały drogę od poezji do prozy. Był jej wierny w obozie. Powiedział o obozie prawdę. Miłość nie musi być wieczna, ale jest szlachetnym źródłem sztuki, która przetrwa eony.

Po raz pierwszy przeczytałem Borowskiego dawno temu, jako 20-letni student – miałem tyle lat co on, kiedy gestapo przerwało mu studia. Jego słowa dotarły wtedy do mnie nie przez jakieś struktury władzy i nie przez to, na co w końcu wyszło – podczas tamtej wojny i zimnej wojny, dla nazistów, dla stalinowców i dla samego Borowskiego. Dotarły do mnie wtedy i nadal docierają, bo Borowski zamknął nas w strukturze władzy, pokazał, że wszystko może być normalne, że faszyzm może być naszą codziennością – a potem strząsnął z nas czar.

przeł. Sergiusz Kowalski

***Timothy Snyder – ur. w 1969 r., historyk, profesor na uniwersytecie Yale. Autor głośnych książek: „Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem”, „Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie”, „O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku”, „Droga do niewolności. Rosja. Europa. Ameryka”, „Amerykańska choroba. Szpitalne zapiski o wolności”. Człowiek Roku „Wyborczej” (2016).

Esej jest adaptacją przedmowy do „Here in Our Auschwitz and Other Stories”, zbioru opowiadań Tadeusza Borowskiego w przekładzie Madeline G. Levine, opublikowanego przez Yale University Press 14 września 2021. Tekst za „The New York Review of Books”, 12 września 2021 r. Tytuł i śródtytuły – „Wyborcza” (tytuł oryginalny „The World of Tadeusz Borowski’s Auschwitz”).

Świat to jeden wielki obóz

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.