Uncategorized

Krystyna Lewenfisz: Ojciec w szale mówił do mamy „Ty Żydówo”. Byłam dzieckiem, myślałam, że to normalne


Krystyna Lewenfisz, producentka spektaklu 'Mama zawsze wraca': Ojciec w szale mówił do mamy 'Ty Żydówo'. Byłam dzieckiem, myślałam, że to normalne

Krystyna Lewenfisz, producentka spektaklu 'Mama zawsze wraca’: Ojciec w szale mówił do mamy 'Ty Żydówo’. Byłam dzieckiem, myślałam, że to normalne (Kaja Kozłowska)”Mija 20 lat, odkąd mamy nie ma. Staram się już nie myśleć, jak trudne miała życie. Najpierw getto, ukrywanie się i strata rodziny. Potem jeden mężczyzna ją oszukał, a drugi poniżał”. Historia rodzinna producentki spektaklu „Mama zawsze wraca” Krystyny Lewenfisz.

Nie chodzi o to, że nie miałabym komu podrzucić dziecka. Od tego są nianie. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby oczekiwać od mamy, że zostawi pracę i będzie zajmować się moją córką. Od kobiety, która była świetną lekarką, jeździła po świecie z wykładami. Babcia Wanda mogłaby najwyżej poczytać bajkę, zabrać Julię do zoo, poopowiadać o świecie.

I mnie tego brakuje. Rozmów z nią.

I. STO PUSTEK

Moje pochodzenie nigdy nie było w domu tajemnicą. Nie pamiętam, kiedy się dowiedziałam. Mam wrażenie, jakbym wiedziała od zawsze: jestem Żydówką.

Kiedy byłam mała, nie myślałam, co to właściwie znaczy, wychowywano mnie jak ateistkę. W drugiej klasie dzieci szły do komunii, dziewczynki stroiły się w sukienki, wianuszki, ja tego nie miałam.

Tak jak i dalszej rodziny, żadnych kuzynów, żadnych ciotek.

Wiedziałam, że przed wojną babcia miała siedmioro rodzeństwa, dziadek – pięcioro.

WANDA WOJNAROWSKA-KULESZA, MATKA KRYSTYNY LEWENFISZ, Z NAGRANIA DLA FUNDACJI SHOAH, ROK 1996: Moja babcia miała perukę, dziadek nosił kipę. Nasz dom był wielopokoleniowy. Z dziadkami mieszkały dwie córki i ich córki, moje kuzynki. Z mieszkania pamiętam stare meble.

Rodzina liczyła kilkadziesiąt osób. Niemal nikt wojny nie przeżył.

MOJE JEST

Do niedawna nosiłam nazwisko po ojcu – Kulesza. Kiedy urodziła się Julia, wróciłam do rodowego – Lewenfisz. To nazwisko nosili dziadkowie przed wojną, zanim wyrobili aryjskie papiery. Od tamtej chwili byli Wojnarowskimi. Po wojnie tak zostało.

Nie wiedzieliśmy, w jakich warunkach będziemy żyć, czy dalej będziemy musieli się ukrywać.

Moja mama i jej brat żyli już tylko jako Wojnarowscy. Pewnie dlatego, że poszli na medycynę, a dziadkowie byli znanymi lekarzami. Dzieci nie chciały, by ktoś myślał, że dostają się na uniwersytet ze względu na rodziców.

Poza tym kto chciałby w powojennej Polsce nosić oficjalnie żydowskie nazwisko?

Nazwiska ojca nie lubiłam, bo nie miałam z nim najlepszych relacji. Gdy urodziłam córkę, pomyślałam, że szkoda, że Lewenfiszów już nie ma, że zniknęli ze swoimi opowieściami, przedwojenną przeszłością.

Moi dziadkowie byli ortodoksyjnymi Żydami. Pamiętam ślub jednej z moich ciotek pod chupą. Tańczyli, tłukli kieliszki. Patrzyliśmy na to, dzieci, jak na teatr.

Gdy Julia miała trzy miesiące, zmieniłam nazwisko w urzędzie. Teraz z radością się przedstawiam. I jestem dumna ze swojej rodziny, chociaż jej nie poznałam.

Krystyna Lewenfisz: Mama nie chciała mówić ani o getcie, ani o wojnie. Ta wybuchła, gdy miała sześć lat./Na zdjęciu Wanda Wojnarowska na jedynej zachowanej przedwojennej fotografii.KRYSTYNA LEWENFISZ: MAMA NIE CHCIAŁA MÓWIĆ ANI O GETCIE, ANI O WOJNIE. TA WYBUCHŁA, GDY MIAŁA SZEŚĆ LAT./NA ZDJĘCIU WANDA WOJNAROWSKA NA JEDYNEJ ZACHOWANEJ PRZEDWOJENNEJ FOTOGRAFII. FOT ARCHIWUM RODZINNE

NADAJESZ SIĘ

Urodziłam się w 1967 roku, przeszło dziesięć lat po śmierci dziadka Henryka. Pamiętam tylko mamę mojej mamy, babcię Teofilę, profesorkę medycyny.

Ja nie chciałam być lekarką. Dawno temu byłam śpiewaczką, solistką Operetki Warszawskiej. Po kilku latach poznałam Krystynę Jandę i zrezygnowałam ze śpiewania. To było jedno z najważniejszych spotkań w moim zawodowym życiu. Zaczęłam pracę jako PR managerka w Teatrze Powszechnym i zostałam tam na lata. Potem były teatry Roma, Dramatyczny.

Wiedziałam, że właśnie to chcę robić w życiu – promować sztukę.

Od zawsze miałam ogromny szacunek dla twórców. Tak się złożyło, że moja Julia jako kilkulatka zaczęła grać w filmach i serialach. Przyjeżdżałam do niej na plan. Tam rozmawiałam z aktorami, to było nowe pokolenie, którego nie znałam. Niektórzy mówili: „Powinnaś mieć agencję, nadajesz się do tego”. Zaryzykowałam, od kilku lat prowadzę agencję aktorską. Relacje z artystami to coś więcej niż praca, dają szansę stworzenia czegoś niezwykłego. Tak się stało, gdy poznałam Agatę Tuszyńską. Nasze spotkanie zainspirowało mnie do wyprodukowania spektaklu „Mama zawsze wraca”. Od tego czasu nic już nie jest takie samo.

DOMU NIE MA

Dziadek, profesor Henryk Lewenfisz, był w środowisku bardzo znany. Ukończył przed wojną medycynę we Francji.

Bo trudniej im [Żydom] było studiować w Polsce. Żydzi siedzieli na osobnych ławkach.

Babcia też ukończyła medycynę, ale w Warszawie. Była pediatrką.

Byliśmy szczęśliwą rodziną, bardzo dobrze nam się żyło. Każdy dzień był w miarę radosny, w dobrych warunkach żyliśmy, bez wątpienia. Babcia przysyłała do nas dobre rzeczy, dobre ryby, ale nigdy nie brała z powrotem naczyń ze strony mamy [bo były niekoszerne]. Zawsze [u babci] była pyszna ryba i chałka, rybę robiła wspaniałą. Świąt nie pamiętam u tej rodziny. W synagodze jako dziecko nie byłam.

Dziadkowie prowadzili razem gabinet lekarski w swoim domu przy Żurawiej 22.

Pokoi było siedem, mieszkali tam rodzice, my: brat i ja, z gosposią, brat był o siedem lat starszy.

Po znajomych, domu i gabinecie nie ma dzisiaj śladu.

JEST ŹLE

Mama nie chciała mówić ani o getcie, ani o wojnie. Ta wybuchła, gdy miała sześć lat.

Chwilę strachu pamiętam, jak weszli Niemcy, jak część społeczeństwa się cieszyła, że weszli. A myśmy się bali.

Początkowo moja rodzina mieszkała we Lwowie.

Znaleźliśmy się z ruskimi oko w oko (…). Pamiętam, jak NKWD przychodziło do domu, (…) jak pukało, to żeśmy się bali. Ojciec był szanowanym lekarzem, (…) pracował jako laryngolog w szpitalu, matka w domu dziecka jako pediatra. Myśmy chodzili z bratem do szkoły. Musiałam się uczyć po polsku i ukraińsku. Brat się mną opiekował, byłam dumna, że mam starszego brata, zawsze mnie bronił, ratował, jak chcieli mnie bić.

Kiedy dowiedzieli się, że w Warszawie powstaje dzielnica żydowska, dziadek uznał, że jako lekarz powinien wrócić i mieć w getcie gabinet, leczyć ludzi.

Dziadkowie Krystyny Lewenfisz prowadzili gabinet lekarski w swoim domu przy Żurawiej 22. Po znajomych, domu i gabinecie nie ma dzisiaj śladu./Na zdjęciu Wanda Wojnarowska z ojcem Henrykiem Lewenfiszem-WojnarowskimDZIADKOWIE KRYSTYNY LEWENFISZ PROWADZILI GABINET LEKARSKI W SWOIM DOMU PRZY ŻURAWIEJ 22. PO ZNAJOMYCH, DOMU I GABINECIE NIE MA DZISIAJ ŚLADU./NA ZDJĘCIU WANDA WOJNAROWSKA Z OJCEM HENRYKIEM LEWENFISZEM-WOJNAROWSKIM FOT ARCHIWUM RODZINNE

Nie wiedziałam, co to znaczy „Żyd”, zaczęłam kojarzyć, jak wyjeżdżaliśmy do getta, we Lwowie się zorientowałam, że to niedobrze. (…) wiem z opowiadań rodziców, że [Polacy] podpalali, benzyną oblewali brody, [Żydzi byli] jak chodzące pochodnie.

Dziadek czuł, że będzie tam potrzebny. Cała rodzina uznała, że lepiej – mimo że za murami – będzie im razem.

(…) mieszkanie na Nowolipkach. Ojciec pracował w szpitalu i prowadził nauczanie, szpital na Czystem, dzisiaj Kasprzaka. (…) ja odbierałam to [getto] jako niebezpieczeństwo, pierwsze chwile strachu. Mieliśmy jeden pokój. Pamiętam okres wielkiego głodu. Potem był bunkier, w którym się ukrywaliśmy. (…) To, co ja pamiętam, umierających ludzi na ulicy, trupy przykryte gazetami, stały strach, że zacznie się łapanka. Matka zaprowadziła mnie do domu Korczaka, był pierwszym mężczyzną, który mnie pocałował w rękę. Widziałam, jak oni szli, ja już wiedziałam, gdzie idą.

Oprócz moich dziadków, mamy i wuja nikt z getta nie ocalał.

Jak myśmy wyszli, już nikt nie żył. (…) kuzynki i ciotki zostały wywiezione wcześniej. [Zginęli] dziadek i babcia Marianko, moje ciotki, trzy siostry mamy, jej dwaj bracia, siostrzenice, wszystkie kuzynki, rodzeństwo ojca.

W MOMENT SIWY

Zanim udało im się wyjść na tzw. aryjską stronę, dziadkowie pracowali w fabryce Halama.

Nas [dzieci] ukryto pod podłogą. Brat mnie pocieszał, zrobiło się cicho nagle. Psy szczekające potwornie, wilczury, to pamiętam, które rzucały się na ludzi. I my pod tą podłogą [w fabryce], a brat mnie pocieszał, że nic się nie stanie, bo ma scyzoryk.

Mama była za mała, by pracować. W czasie łapanki zabrali ją na Umschlagplatz.

Po każdej łapance było nas mniej. Pamiętam koleżanki, które przerzucano na stronę aryjską w workach, nie wiadomo było, kto je złapie. Mnie zabrano (…), bo brano wszystkich nienadających się do pracy. Oddzielono mnie od rodziców. Pamiętam, ojciec przybiegł mnie ratować, ja powiedziałam, że musi mnie zostawić, bo jest mama i brat. To była selekcja starych i dzieci na jedną stronę i na drugą [nadających się] do pracy. (…) byłam sama (…) koło mnie dziewczynka młodsza ode mnie. Też chciała wrócić do mamy, zaopiekowałam się nią. Ojciec opłacił żydowskiego policjanta, żeby mnie wyciągnął przed pójściem na Umschlagplatz, powiedziałam policjantowi, żeby wyciągnął mnie razem z tą małą dziewczynką. Nie wiem, co się z nią potem stało.

Po tej łapance dziadek osiwiał. Zrozumieli, że za wszelką cenę muszą opuścić getto.

DLA WNUCZKI

Znaleźli się przyjaciele i pacjenci dziadka sprzed wojny, którzy pomogli załatwić mojej mamie, jej bratu i dziadkom aryjskie papiery.

Szukaliśmy kogoś, kto nas przeprowadzi. Nie pamiętam, jak to się odbyło. Na tydzień, dwa tygodnie przed powstaniem wyszliśmy: ja z matką, potem ojciec z bratem, na umówione wcześniej miejsce. Ojciec poszedł do rodziny Aryjki, żony swojego kuzyna. My z mamą do obcych ludzi. Jak wyszliśmy, nie pamiętam dokładnie. Pamiętam tylko, że szmalcownicy zatrzymali nas. Matka musiała oddać wszystko, co miała, ale nas puścili, nie wydali. Getto (…) ktoś, kto tego nie przeżył, nie był sobie w stanie tego wyobrazić. Jak matka opowiadała [później] za granicą, co przeżyliśmy, mówili, że jest chora psychicznie.

Każdy był w innym miejscu. Mama ukrywała się w drewnianym domu przy zoo. Tam gdzie się wchodzi dziś od strony misiów.

Trafiłam do cudownych ludzi, nigdy nie dali mi nic odczuć. Państwo Orłożeńscy wiedzieli, kim ja jestem. Traktowali mnie jak członka rodziny. To była ogromna familia, śmiałam się, że w Warszawie wszyscy są ich krewnymi. Płakali, jak się wojna skończyła, że mnie już z nimi nie będzie.

Babcia była jedyną, która mogła wychodzić z ukrycia.

Matka pracowała w domu aryjskim jako wychowawczyni.

Raz została złapana na ulicy, wskazana jako Żydówka. Na szczęście miała papiery i dobry wygląd, ale i tak trafiła na przesłuchanie w alei Szucha.

Dziadek miał semickie rysy, zresztą łatwo mógł zostać rozpoznany. Po aryjskiej stronie ukrywał się z synem niedaleko getta u zaprzyjaźnionych ludzi. Kilkanaście miesięcy spędzili za szafą.Spotkali się z moją mamą i babcią po wojnie.

Krystyna Lewenfisz: Mama nie chciała mówić ani o getcie, ani o wojnie. Ta wybuchła, gdy miała sześć lat./Na zdjęciu doktorka Wanda Wojnarowska-KuleszaKRYSTYNA LEWENFISZ: MAMA NIE CHCIAŁA MÓWIĆ ANI O GETCIE, ANI O WOJNIE. TA WYBUCHŁA, GDY MIAŁA SZEŚĆ LAT./NA ZDJĘCIU DOKTORKA WANDA WOJNAROWSKA-KULESZA FOT ARCHIWUM RODZINNE

Stał się cud, jeśli można wierzyć [w cuda], że byliśmy wszyscy. [Matka] na Litewskiej była, podeszła do niej kobieta: „Pani jest żoną docenta Lewenfisza”. Myślała, że to już koniec. A ona: „Proszę się nie bać, jestem Elżbieta Pronaszko, pacjentka pani męża. Czy mogę pani pomóc?”. I dzięki tej pani żyjemy.

Mama niechętnie o tym opowiadała. To ja namówiłam ją, by nagrała świadectwo dla fundacji Shoah Stevena Spielberga. Zależało mi, by jej wnuczka mogła usłyszeć historię babci, kiedy już jej nie będzie.

II

DOKĄD UCIEC

Teofila Lewenfisz-Wojnarowska nie jest specjalistką w opowiadaniu bajek. Gdy mała Krysia przychodzi do niej co rano do łóżka i prosi, by jej poczytała, babcia bierze do ręki jak zawsze „Ekspress Wieczorny”. Zaczyna od ostatniej strony, kroniki kryminalnej.

Babcia, profesorka nadzwyczajna, kierowniczka kliniki pediatrycznej, do szpitala na Litewskiej jeździ niemal do śmierci. Pod koniec życia ma wylew. Zmaga się z niedowładem prawej strony ciała. Ostatnie miesiące spędza w łóżku. Każdego wieczoru jest przy niej 17-letnia Krysia. Teofila nie opowiada o wojnie, wnuczka nie pyta.

Może dawniej tym czytaniem kryminalnych historii dawała jej sygnał, że świat bywa niebezpieczny?

O małżeństwie jej córki Wandy Wojnarowskiej z Włodzimierzem Leszkiem Kuleszą kiedyś powiedziałoby się „mezalians”. Matka Krystyny pochodzi z rodziny lekarskiej, wykształconego domu. Zakochana jest w koledze ze szpitala, Iwie. Tylko że przyjeżdżający do Warszawy z Poznania lekarz nie mówi jej, że ma już żonę i dzieci. Z rozczarowania wychodzi za innego. Polaka, Aryjczyka. Nikogo nie zaprasza na ślub. O tym, że została żoną, napisze im w liście. Szybko zachodzi w ciążę, rodzi się Krystyna. Nie będzie mieć rodzeństwa.

Atmosfera w domu jest napięta, rodzice ciągle się kłócą. Dom to dla Krystyny Lewenfisz wieczne awantury, krzyki. Gdy myśli dziś o ojcu, zakłada, że musiał być chory. Bo jaki dorosły człowiek bije dziecko, żonę, teściową? Nawet nie pod wpływem alkoholu, ale ot tak? W szale, w złości mąż mówi też do żony: „Ty Żydówo”.

– Byłam dzieckiem, nie rozumiałam, że to nie jest normalne. Ale że sąsiedzi nic nie wiedzieli, nic nie słyszeli? Nie zwracali uwagi na hałas, siniaki? Inne czasy, nie było dokąd pójść, komu się poskarżyć. A nie miałyśmy rodziny, do której można byłoby uciec.

Babcia Krystyny Lewenfisz, Teofila Lewenfisz-Wojanrowska, profesorka nadzwyczajna, kierowniczka kliniki pediatrycznej, do szpitala na Litewskiej jeździła niemal do śmierci.BABCIA KRYSTYNY LEWENFISZ, TEOFILA LEWENFISZ-WOJANROWSKA, PROFESORKA NADZWYCZAJNA, KIEROWNICZKA KLINIKI PEDIATRYCZNEJ, DO SZPITALA NA LITEWSKIEJ JEŹDZIŁA NIEMAL DO ŚMIERCI. FOT ARCHIWUM RODZINNE

TE SAME TWARZE

W 1968 roku matka Krystyny nie traci pracy, ojciec – owszem. Ona jest bardzo dobrą lekarką. Działa też kult dziadka, po wojnie rektora Akademii Medycznej. On pracuje w biurze geodezji i kartografii, ktoś uznaje, że jako mąż „syjonistki” może być szpiegiem. Zwolnienie go zaboli.

Wanda Wojnarowska-Kulesza rozważa wyjazd z Polski. Ale jej matka jest tuż po wylewie, córka jest malutka. Braknie jej odwagi.

Krystyna Lewenfisz podejrzewa, że to getto i wojna ją jej odebrały.

Zostają w Warszawie. W każde święta jest w domu choinka, mała Krysia chce ją mieć jak inne dzieci. Nie ma postu, ale na kolację jedzą rybę. W Wielkanoc nie chodzą z koszykiem do kościoła, ale są jajka. Tylko że święta to dla dziewczynki koszmar. Cisza w domu przerywana awanturami, nieodzywanie się rodziców do siebie. „Krysia, przekaż tacie…” Pomiędzy momentami oddania dla córki, deklaracjami ojca, że ją kocha, jest piekło. – Dzieciństwo, święta to był dramat. Chciałam zasnąć i po prostu obudzić się po wszystkim. Myślałam, że tak jest w każdym domu, że ojciec bije babcię, mamą uderza o ścianę, a dzieci dostają w twarz. Dopiero z czasem zorientowałam się, że u koleżanek przy stole jest miło, siedzi przy nim duże grono osób. U nas te same twarze i te same awantury.

DZIĘKI OJCU

Ma 17 lat, gdy pierwszy raz jedzie do Izraela. Zabiera się z młodzieżą, której organizacja syjonistyczna oferuje pomoc, by młodzi mogli zacząć w Kraju nowe życie. Ale Krystyna nie jest zainteresowana przeprowadzką, jedzie pozwiedzać. To tam zrozumie, że wiele osób, które zna i które ceni, ma żydowskie korzenie. Czuje dumę.

Raz usłyszy od koleżanki, że ktoś w towarzystwie się z niej śmieje. „To ta Żydówka?” Postanawia: od tej pory żadnych domysłów. Na antysemickie żarty ma metodę: gdy kogoś poznaje, od razu mówi, kim jest. Czeka, obserwuje.

Reakcje pokazują jej, z kim ma do czynienia.

Mówi od razu, bo uznaje, że nie ma się czego wstydzić. Kiedy zakocha się w starszym o 40 lat profesorze, też nie ma zamiaru tego ukrywać. On uczy ją aktorstwa. Spędzą razem siedem lat. Ale nie zamieszka z nim. Ciągle jest w niej lęk, że zacznie ją bić i nie będzie miała dokąd pójść. – Ja sobie nie ułożyłam życia i w dużej mierze „zawdzięczam” to ojcu. Bałam się, że wszyscy mężczyźni są jak on, a awantury i wyzwiska to tylko kwestia czasu.

ZMIANA PLANÓW

Krystyna Lewenfisz się poprawia: – To znaczy mam ułożone życie. Fantastyczną córkę, agencję.Miałam na myśli rozumienie konwencjonalne: nigdy nie byłam mężatką.

Ojca Julii poznaje po śmierci mamy Wandy. Czuje się samotna. I bardzo chce mieć dziecko. Szybko zachodzi w ciążę. Mężczyzna jest wówczas żonaty, jego żona przysyła Krystynie list: „Zmusiłaś, ty kurwo, mojego męża do zapłodnienia”. Innym razem pisze: „Ty Żydówo”.

Julia wie, że tata ma inną rodzinę. Matka mówi jej: „Kocha cię, ale nie mieszka z nami”.

Tłumaczy też, że jej tatę spotkała w momencie wielkiego osamotnienia i pustki. Że po śmierci własnej matki tego chciała najbardziej: mieć córkę.

Zresztą gdy się poznają, mężczyzna deklaruje, że będą razem. Potem Krystyna usłyszy, że plany się zmieniły. Ma dylemat: być razem, ale na jego warunkach, czy unieść się honorem, powiedzieć, by odszedł? – Miałam 38 lat i malutkie dziecko. Przestraszyłam się, że sama sobie nie poradzę. Powiedziałam mu: „Będzie tak, jak chcesz”. Niech Julia ma mamę i tatę, skoro nie udało nam się stworzyć pełnej rodziny.

ROZCZAROWANIE

Po 14 latach ojciec porzuci córkę. Krystyna zostanie z poczuciem, że ją rozczarowała.

ZAZDROŚĆ

Julia ma kilka lat. Pyta czasem: „Gdzie są nasi bliscy?”. Krystyna pokazuje jej zdjęcia, tłumaczy. Dzień Babci i Dzień Dziadka w przedszkolu i szkole to dla dziewczynki tylko smutek. Są przecież z mamą same na świecie. – To obciążenie mojego pochodzenia, że nikogo już nie mam. Może gdybym nie była Żydówką, ktoś przeżyłby wojnę?

Z mamą Wandą to u Krystyny nigdy nieodcięta pępowina.

Teraz dba, by jej córka szybko stała się samodzielna. Wręcz wypycha ją na obozy, wyjazdy. Niech sobie radzi bez matki obok. Nie chce, by córka rozpadła się na kawałki, gdyby jej zabrakło. Tak jak ona rozpadła się po śmierci swojej matki.

– Jak umrę, moja córka ma tylko siebie, samą jedną. Marzę, jeśli kogoś pozna i będzie chciała mieć dzieci, by ich miała dużo. Tylko tego ludziom zazdroszczę, jeśli czegoś zazdroszczę – rodziny.

III

Gdy przeczytałam książkę Agaty Tuszyńskiej „Mama zawsze wraca”, zrozumiałam, że trzeba ten tekst powiedzieć głośno. Że muszę go przenieść na scenę. Zosia Zajczyk miała trzy lata, gdy trafiła do getta. Moja mama – sześć.

Julia jako dziewczynka wiedziała, że jej tata ma inną rodzinę. Matka mówiła jej: 'Kocha cię, ale nie mieszka z nami'/Na zdjęciu Krystyna Lewenfisz z córką JuliąJULIA JAKO DZIEWCZYNKA WIEDZIAŁA, ŻE JEJ TATA MA INNĄ RODZINĘ. MATKA MÓWIŁA JEJ: 'KOCHA CIĘ, ALE NIE MIESZKA Z NAMI’/NA ZDJĘCIU KRYSTYNA LEWENFISZ Z CÓRKĄ JULIĄ FOT ARCHIWUM RODZINNE

Mija 20 lat, odkąd mamy nie ma. Spektakl w POLIN to był hołd dla niej. Tym spektaklem coś sobie zamknęłam, chociaż przeszłości nie da się tak po prostu wymazać. Staram się już nie myśleć, jak mama trudne i niesprawiedliwe miała życie. Najpierw wojna, getto, ukrywanie. Strata dziadków, ciotek, wujków, kuzynek. Potem jeden mężczyzna ją oszukał, drugi poniżał. Została w Polsce dla mnie, bo miała tylko mnie. Tak jak ja mam dzisiaj tylko Julię.

Spektakl „Mama zawsze wraca” w reżyserii Marka Kality z Aleksandrą Popławską w roli głównej można było obejrzeć wiosną w Muzeum POLIN. Premiera była głównym wydarzeniem obchodów 79. rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim.

Napisz do autorki: paula.szewczyk@agora.pl

Krystyna Lewenfisz: Ojciec w szale mówił do mamy „Ty Żydówo”. Byłam dzieckiem, myślałam, że to normalne

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.