Uncategorized

Boss, honor i obczyzna

Portret autora poniższych wspomnień (widziany we wrogiej perspektywie)

Miałem z tą o 4 lata młodszą ode mnie kobietą dobrą i przyjazną współpracę w biurze tłumaczy, więc z przyjemnością przyjęłem zaproszenie na celebrację jej 60 tych urodzin w jej mieszkaniu.

Było już dobrze po północy, gdy te udane i z licznie frekwentowane przyjęcie dobiegało końca.

Byli już nawet goście, którzy nie tylko się wylewnie pożegnali, ale nawet i opuścili mieszkanie solenizantki, co w naszym emigranckim środowisku wcale nie jest jednoznaczne.

Para uczestników libacji, w której małżonek robił wrażenie dość trzeźwego, zaproponowała mi uprzejmie podwody ich samochodem, jako że zmierzali z grubsza w tym samym kierunku.

Chociaż nie podrzucą mnie do samych drzwi, to jednak znaczny kawałek drogi.

Była grudniowa, mroźna noc, a tysiące lampek i dekoracji świetlnych na ulicach Kopenhagi zwiastowały zbliżające się święta.

Moi uprzejmi współbiesiadnicy pozostawili mnie w okolicy stacji kolejki miejskiej. Przewiany mroźnym wiatrem peron nie zapraszał jednak do długiego pobytu, dzielącego mnie od przybycia pociągu. Ruszyłem zatem na poszukiwanie taksówki, choć o taką w piątkowy wieczór może być nie łatwo.

Zwłaszcza w grudniowy piątek, w którym odbywają się liczne tzw. julefrokoster. Julefrokost, w dosłownym tłumaczeniu „Świąteczny obiad” (a raczej drugie śniadanie) jest tradycją na duńskim rynku pracy. Jest to przyjęcie dorocznie fundowane przez pracodawcę, w grudniowy piątek, możliwie blisko przed wakacjami Bożego Narodzenia. Zaczyna się ono typowo popołudniu. Sznaps do śledzi leje się obficie, spłukiwany piwem, a konsumpcja póżniejszych dań na ciepło też nie odbywa się o suchym pysku. Trwa ono też do późnej nocy, nie rzadko jest też kontynonuowane na mieście.

Przy tych okazjach szybko powstaje serdeczna atmosfera przy stole, gdzie nareszcie będzie okazja wygarnąć personalnemu jakim jest głupim bucem, a recepcjonistce dać szansę do włączenia się do popularnego w obecnych czasach chóru MeToo.

Udział w tego typu imprezach odradza się pracownikom, dla których rozwód lub rozwiązanie umowy o pracę możę oznaczać osobistą albo ekonomiczną katastrofę.

Idę przed siebie krańcem szerokiego w tym miejscu chodnika, wypatrując zbawczego, zapalonego szyldu Taxi. Ulica jest w zasadzie opustoszała. Taksówki ani widu, ani słychu.

Rejestruję obecność na chodniku trzech mężczyzn, stojących przed otwartymi drzwiami lokalu, skąd dochodzą hałaśliwe rozmowy i muzyka. Dwóch z nich ubranych jest w garnitury, trzeci ma tylko rozchłestaną białą koszulę z podwiniętymi rękawami. Lodowaty wiatr nie robi najwyraźniej na nim większego wrażenia. Ignoruję badawcze spojrzenie całej trójki, jak i fakt, że facet w koszuli odłącza się od dwóch pozostałych, zmierzając w moim kierunku. Zapewne jeszcze jeden, niegroźny duński świr, na zdrowym przedświątecznym rauszu na koszt pracodawcy. Pewnie coś zabełkocze do mnie, albo poprosi o ogień. Duńczycy nie są, generalnie, ani agresywni, ani skłonni do burd. A on właśnie na duńczyka wygląda: jasnowłosy, barczysty, choć nie specjalnie, jak na duńczyka wysoki. Na oko 35 lat, pewnie jakiś rzemieślnik budowlany. Ci dwaj pozostali raczej typy zza biurka. Wszak julefrokost jest wspólną imprezą personelu, zarówno tych zza ekranu komputerów, jak i tych z rusztowania.

Oczywiście, macie drodzy Państwo, zupełną rację: generalizacje cech całych narodów i grup etnicznych są ryzykowne i obciążone szerokim marginesem błędów.

Pięść tego faceta, która bez zbędnej preambuły ostro wylądowała na mojej szczęce, wstrząsnęła mną fizycznie, jak i moim zrozumieniem społeczeństwa, w którym przyszło mi mieszkać. Utrzymałem, się co prawda na nogach, ale pierwsza krew została już przelana. Że zacytuję słowa patryjotycznej piosenki batalistycznej: „…od strachu silniejszy był gniew”…

Moment później rozpoczęła się już pełna batalia, choć okreslił bym ją jako wojnę asymetryczną. Nie wyczułem bowiem w oddechu przeciwnika śladu alkoholu, czego z pewnością nie można było powiedzieć o mojej respiracji. Z kolei analiza mojej niewinnie rozlanej krwi, nie wykazała by ani śladu dopalaczy ani temu podobnych substancji. Za wyniki analizy krwi strony przeciwnej nie byłbym skłonny gwarantować. Sądzę, że jego agresywność, odporność na ból i zimno, jak i generalny brak widocznych emocji miało związek z substancjami psychtropowymi.

Jako pierwszy kontratak symuluje kopnięcie w krok, przez co Blondyn odruchowo schyla się nieco. To umożliwia mi chwyt za szyję przeciwnika i przerzut go przez moje prawe biodro. Jest zadziwiąjaco ciężki, ale tym boleśniej ląduje na asfalcie, w dodatku z dodatkowym obciążeniem w formie moich skromnych 73 kilo plus opakowanie. Zaczyna się ostra walka w parterze, gdzie obaj próbujemy utrzymać przeciwnika na dole. Losy walki są zmienne, i kilkakrotnie obcieram się boleśnie o beton naszej ulicznej areny, również twarzą. Obaj już sączymy juchę, a ja mam przewagę w formie grubego wełnianego płaszcza. Ten moj elegancki battledress od Bossa ucierpi dość ostro na batali, w bliskim kontakcie z betonem. Kapelusz, który M. uznała za stosowne nakrycia głowy dla swego starszego, dystyngowanego partnera, sfrunął po inicjalnym ciosie, i stracił mocno fason po klikukrotnym przetoczeniu się po nim linii frontu.

Blondyn ma na sobie wyłącznie koszulę, więc jego cielesny kontakt musi naprawdę być bolesny, choć nie widzę u niego żadnej reakcji na ten dyskomfort. Walka odbywa się w absolutnej ciszy, choć przy coraz cięższym oddechu kombatantów. Jestem troche zmartwiony obecnością 2 par nóg w odprasowanych nogawkach, których obecność odnotowuję kątem oka, gdy znowu mam górną pozycję.

Gdybym dostał kopnięcie w głowę od któregoś z nich, walka na wielu frontach byłaby natychmiast przegrana. Zachowują oni, na szczęście, rolę neutralnych obserwatorów, powstrzymując się też od komentarzy.

Nie jestem w stanie utrzymać tego ludzkiego robota pod trwałą kontrolą, nie jest on podatny na ból, jest bardzo silny, że o 30 latach mniejszego kalendarzowego zużycia nie wspomnę.

Przechodzę na tryb gospodarki wojennej, gdzie wszystko idzie na potrzeby frontu.

Idę po rozum do głowy. Może nie tyle rozum, co trafne uderzenie nią w łuk brwiowy adwersarza, otwierając u niego nowy upust hemoglobiny. Chyba żaden z nas nie ma już siły nas dalszą walkę w parterze, więc następuje naturalny brake i ponowne przyjęcie pozycji wertykalnej. Stoimy naprzeciwko siebie, lekko pochyleni w mniej czy bardziej bokserskiej postawie.

Blondyn mierzy mnie jednym okiem, bo wizja drugiego oka jest obstruowana krwią z rozciętego łuku brwiowego. Nadal pozostaje w milczeniu i bez wyrazu.

Trafiam go lewym prostym w policzek, niezbyt mocnym, ale, mimo wszystko, dający punkty. To wywołuje u niego pierwszą emocjonalną reakcję wieczoru. Opisałbym ją jako irytację połączoną ze zdziwieniem.

– A, to ty chcesz się bić? – formułuje rzeczowe pytanie.

W odpowiedzi zadaje on parę potężnych ciosów, trochę cepowatych i przewidywalnych, z pełnym wyprostowaniem ramion. Pierwszy przelatuje z poświstem Pershinga koło mojego nosa, przy drugim zaś on sam traci równowagę, i leci do przodu.

Na to czekałem, i w tym samym momencie osiągam pełen, gratyfikujący kontakt mojego dotąd eleganckiego zamszowego połbuta z jego żebrami. Te wyraźne chrząśnięcie i stęknięcie przeciwnika była drobną kompensatą za wyraźne zużycie nosków mojego obuwia, wywołane ocieraniem ich o trotuar.

To było najwyraźniej już za dużo dla frontowych obserwatorów. Nagle wkraczają na pole bitwy, apelując o natychmiastowe zawieszenie broni, odciągając swojego blond towarzysza na bok. Schylam się po mój odkształcony kapelusz, probując nadać mu mniej więcej facon z okresu przedwojennego, czyli 5 minut temu. Co też się w dużym stopniu udaje. Na do widzenia pluję jeszcze dwóm elegantom pod nogi bardziej krwią niż śliną, i udaje się ponownie w kierunku stacji kolejki dojazdowej, która ze względu na świąteczne przyjęcia, wyjątkowo świadczy także usługi nocą.

Siadam w pustym wagonie obliczonym na transport rowerów, i z głową wspartą na ręku analizuję przebieg batalii. Notuję kątem oka, że do wagonu wchodzi młody człowiek z rowerem. Unoszę głowę w jego kierunku, i widzę, jak ten w stanie lekkiej paniki cofa się za drzwi wagonu, z nieśmiałym „dobry wieczór” na ustach.

Odbicie w lustrze mojej pokiereszowanej, zakrwawionej i odrapanej facjaty tłumaczy mi po powrocie do domu zdrową reakcję młodego człowieka.

Rano budzę się z zapucnniętym i podbitym okiem, obolały na całym ciele, zwłaszcza na prawym barku, a po wewnętrznej stronie dolnej wargi mam jakby podskórną opuchliznę, pochodząca z mojego krótkotrwałego kontaktu z pięścią agresora.

Nie mam natomiast siniaków na honorze, a wizualizacja stanu, w jakim dziś najprawdopodobniej obudzi się mój przeciwnik, jest jak balsam na moje powierzchowne, acz niezaprzeczalnie bohaterskie rany…

Krzysiek Bien

Wszystkie wpisy Krzyska TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

3 odpowiedzi »

  1. skonczylem kursy samoobrony przed kreatywnym pisaniem (cum lauda)

  2. Krzysiek czy poza kursami samoobrony brałeś tez lekcje z kreatywnego pisania ?
    Czy to takie wrodzone talenty ? 👍😁

  3. Spotkanie z Blondynem nie bylo mile.Ale tak obrazowo opisane z duza dawka humoru,ze nie moglam powstrzymac sie od smiechu.
    Lekka lecture na dobranocke. Dziekuje!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.