Uncategorized

PRZYGODY Z PROFESOREM ( 2)


Henryk Grynberg

. Jego „Czarne sezony” są spóźnione nie tylko chronologicznie, lecz i merytorycznie, bo powtarzają to, czego bez liku w dawno opublikowanych pamiętnikach, wspomnieniach i beletrystyce. Zdania i frazy, jak: „powolne konanie z głodu, z chorób; leżące na ulicy trupy” (ze zbędnym dopowiedzeniem „zanim je uprzątnięto”); „obdarty dzieciak […] wyrwał mi z ręki [zapakowane ciastko] i już w biegu rzucił się (sic) do jedzenia”; „Niemcy filmowali gettową ulicę”; „śmierć anonimowa i bezosobista”; „praca niewolnicza, dawała nadzieję, że uniknie się wywózki”; „jedna z ukrywających się kobiet miała na ręku niemowlę, [które] zaczęło spazmatycznie płakać […] „kiedy tam dotarliśmy, stały już towarowe wagony”; „żydowskie życie … wyzute (sic) zostało z wszelkiej wartości”; Żyd był „kimś w rodzaju zaszczutego zwierzęcia, które każdy, jeśli tylko zechce, może zastrzelić” (nieprawda).

I niczym z „Żydowskiej wojny” i „Zwycięstwa”: „nie mieliśmy, dokąd się udać”; „gdzie mieliśmy się udać?”; „chciała się nas pozbyć, bo i na nią mogliśmy ściągnąć nieszczęście”; „miała to, co wówczas nazywało się dobrym wyglądem”; „miałem się nauczyć podstawowych modlitw, aby w razie potrzeby … zademonstrować, że Żydem nie jestem”, po czym komentarz, że „znajomość świętych tekstów, które katolik w sposób oczywisty zna na zawsze, traktowana jako sprawdzian, nikomu chyba nie pomogła”, a na s. 94 zaprzeczenie: „sprawdzian to bardzo dobry, pozwala od razu stwierdzić, katolik czy nie katolik, Polak czy nie-Polak”.  „Uczestniczyłem w obrzędach, które urzekały mnie swoją poetyckością i niezwykłością”; „skazany został na zagładę już w dzieciństwie”; „człowiek był – i nagle go nie ma”; „pukanie stało się swojego rodzaju wizytówką”; „każdy nieznajomy czy przechodzień był potencjalnym katem”; „wejście Rosjan stanowiło wyzwolenie … przestała mu grozić natychmiastowa śmierć”; szybko wyjeżdżali, zazwyczaj za granicę”.

„Piszę o tym, co zapamiętałem, a gdy czegoś nie jestem pewien, otwarcie o tym wspominam” – zapewnia w nocie Od Autora i rzeczywiście niemal na każdej stronicy powtarza: nie wiem, nie pamiętam, nie jestem pewien, trudno mi powiedzieć, nie potrafię opisać, nie jestem świadom. Do s. 45 naliczyłem takich fraz 67, a więc znaczna część narracji składa się z tego, czego nie zapamiętał lub nie jest pewien.

Nikogo nie dziwi wyznanie „nie byłem w stanie sporządzić ciągłego sprawozdania; luki pamięci okazały się zbyt wielkie”, bo późno się do tego zabrał, ale trudno zaakceptować programowe uchylanie się od pisarskiego obowiązku: „zapełnianie ich [luk] domysłami, zmyśleniami, a nawet wiadomościami czerpanymi ze źródeł dostępnych w takiej czy innej postaci, uważałbym za wysoce niestosowne i mijające się z celem”. Zmyślenia we wspomnieniach byłyby rzeczywiście „niestosowne”, ale co złego w czerpaniu informacji źródłowych i dlaczego miałoby się mijać z celem? Głowiński, który w tej książce wyjaśnia rzeczy dobrze znane, to pozostawia bez wyjaśnienia, po czym wbrew wyłożonemu programowi snuje domysły, i to bardzo liczne: „może dlatego, że go na lekcjach nie było”; „może obawiali się, że nie dostaną zapłaty”, „może puszczali te słowa mimo uszu”; „może zdawał sobie sprawę”; „może udało im się wydostać z getta […} może ocalały”; „może uległy zniszczeniu, zginęły”. W pewnej chwili autor sam przywołuje siebie do porządku: „domysły mógłbym snuć jeszcze długo, wolę jednak relacjonować to, co pamiętam” (s. 38), po czym dalej snuje: „może byli to lokatorzy, może znajomi”; „może o tym nie pomyśleli, a może tego właśnie pragnęli”; „może okoliczności nie sprzyjały, może trudno było coś postanowić”; „może potęgująca się choroba atakowała […] a może wchodziły w grę także inne względy”; „może pobiegli nad rzekę, może poszli w las lub udali się w inne miejsca”.

Dobra proza unika wyjaśnień odautorskich, sama się wyjaśnia, natomiast „Czarne sezony” składają się przeważnie z wyjaśnień, często zbędnych: „wpaść w ręce szmalcowników, co znaczyło podleganie szantażowi, a czasem równało się śmierci”; „<<spalony>> … lokal, w jakim nastąpiła wpadka, nakryty, zdekonspirowany, w którym ze względu na bezpieczeństwo nie można było się ukrywać czy prowadzić podziemnej roboty”; „pozostanie bez schronienia tuż przed godziną policyjną jednoznacznie skazywało na śmierć”; „Izolatka. Tym słowem określano niewielki szpitalik” (i tak ją określa słownik). Czytelnik może obejść się bez domysłów narratora, czy chłopiec, który wyrwał mu ciastko, „był tak strasznie głodny … czy też bał się, że zdobycz zostanie mu odebrana”. Czytelnik sam się domyśla, że dziadek, gdy spotkał się z wnukiem był „niemłodym człowiekiem”, i że mając tylko „wykształcenie elementarne, nie stykał się z wielkimi ideami XIX wieku, nie wczytywał się w jego wspaniałą literaturę”. Czytelnik wie więcej od autora, który pyta, „czy [dziadek w getcie] zdawał sobie sprawę, że nie ma już perspektyw”; czy „nie żywił żadnych złudzeń”. I każdy czytelnik Sartre’a wie, że „przyśpieszenie własnego końca było aktem wolności, wówczas niemal jedynym możliwym” i że był to czyn o wymowie „egzystencjalnej” – nawet bez jeszcze jednego kółeczka, że „jedyną dostępną formą decydowania o własnym losie, a więc wolności, jest śmierć zadana sobie samemu, śmierć z wyboru i że wobec tego wolał zabić się sam”.

Nie brak jeszcze bardziej rażących repetycji. Kobieta, która „nie znosi najmniejszej oznaki sprzeciwu” (s. 87), ma sposób mówienia „wykluczający wszelkie oznaki sprzeciwu” (s. 89); chłopiec, który na s. 98 „powiedział, kim jest”, na s. 99 „nie ukrywał, kim jest”; ideologia, która na s. 169 jest wobec Żydów „bezwzględna i konsekwentna”, także na następnej stronicy unicestwia ich „konsekwentnie, programowo, bez litości”; kobieta, która na s. 137 „przyjechała do Pruszkowa, bo […] może coś wiedzą o jej rodzinie”, również pół stronicy dalej „zjawiła się w Pruszkowie […] w poszukiwaniu wiadomości o rodzinie”; ksiądz, który na s. 148 nauczał, „że za ukrzyżowanie odpowiedzialni są wszyscy Żydzi […] zawsze i wszędzie, także na s. 150 „zapewniał, że Żydzi zamordowali Pana Jezusa […] wszyscy, również dzisiejsi”. Niektóre repetycje są niekonsekwentne. Te same trupy na s. 23 są „przykryte dziwnym papierem, którego ziemisty kolor trudny jest do opisania”, a na następnej „płachtami szarego koloru”; tautologii „za darmo, bez pieniędzy” na s. 87 zaprzecza dalsza część zdania, że „za głodowe wyżywienie i kąt do spania”, a szczytem jest „odpychająco antypatyczna” na s. 180.

PS To z mojego eseju „Pokolenie Szoa” zamieszczonego w „Odrze” nr 4/2002, który wywołał burzę. Idąc na rękę wydawnictwu wspaniałomyślnie pominąłem powyższe cytaty w wydaniu książkowym („Prawda nieartystyczna”, Wołowiec 2002), ale zachowałem na pamiątkę w „Pamiętniku” pod datą McLean, luty 2002, gdzie jest jeszcze więcej przykładów. A przytaczam je tutaj, ażeby dowieść, że wbrew pisemnej opinii profesora to jest rzeczowa krytyka a nie „paszkwil”. A także dlatego, że książka dość prędko miała drugie wydanie, w którym – podejrzewam – nie ma wskazanych przeze niedorzeczności i należą mi się raczej wyrazy wdzięczności a nie wyzwiska (o których w następnym odcinku). Przy okazji zapewniam niedoinformowanych badaczy, że nigdzie nie ma mojego rzekomego „oskarżenia, jakoby Głowiński ukrywał swe żydowskie pochodzenie przez pięćdziesiąt lat pod przybranym nazwiskiem”. Jest tylko stwierdzenie, że ukrywał swe pochodzenie – do czego sam się przyznał i o czym też w następnym odcinku – a co de facto jest życiem „na aryjskich papierach” niezależnie od nazwiska. I jeszcze jedno sprostowanie dla nieuważnych krytyków: ja nigdzie nikogo nie winię o to, że się boi być Żydem, tylko stwierdzam to Władimir Wojnowicz powiedział o pewnym współczesnym rosyjskim poecie – że warszawski pro0fesor wszedł na pole minowe, gdy inni już dawno przeszli.

W nocie wstępnej autor uprzedza, że jego opowieści są zapisem „błysków pamięci, która nie obejmuje całości wydarzeń”, że „mają różny charakter” i dodaje: „nie zależało mi na tym, żeby je ujednolicić”. Formułuje nawet wygodną teorię, że „błyski pamięci mają swoje prawa, zwalniają z troski o konsekwencje, uzasadniają fragmentaryczność, wręcz z góry ją zakładają”. W rezultacie jest to opowieść niezdyscyplinowana, nie opowieść, ale fragmenty, które trudno ułożyć w całość. Prawdziwy pisarz umie sobie z tym jednak poradzić, co udowodniła Ida Fink w w swojej „Podróży”, a ja w zbiorze opowiadań „Drohobycz, Drohobycz”, które właśnie wymagały „czerpania ze źródeł”.

Wszystkie wpisy Henryka Grynberga TUTAJ

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. A mnie się podobały “Czarne sezony”. “Drohobycz, Drohobycz” również, bardzo.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.