Uncategorized

Ballada o zbrukanym Aniele 

Jakub Kopec

     Joanna doskonale pamięta koncertowy fortepian Bechsteina, na którym Artur Rubinstein dawał recitale w pałacyku  jej dziadka Aleksandra Landsberga przy ulicy Konstytucji 3 Maja, w aktualnej siedzibie  Powiatowego Urzędu Pracy.  Na instrumencie  tym pianistyki uczą się wychowankowie miejscowej średniej szkoły muzycznej. Jan natomiast na osiedliny w Strumianach otrzymał „półkoncertowego” Bechsteina w prezencie od władz szczecińskich. Obecnie już tylko norki amerykańskie ćwiczą gamy na tym instrumencie, bo jadowity fetor odchodów wyrzucił gospodarzy przestronnego  domku w Strumianach do ciasnego mieszkanka w Warszawie.

  Te holenderskie norki, ćwiczące gamy na bechsteinie, są jedną z moich najbardziej bolesnych porażek dziennikarskich.  W ramach dobrych uczynków dla prześwietnych Kulmów, napisałem do „Gazety Wyborczej” artykuł o ludzkim prawie do oddychania świeżym powietrzem, ale okazało się, że jednym ze współwłaścicieli śmierdzącego biznesu był prominentny działacz Unii Demokratycznej, toteż moja dobroczynna praca sięgnęła redakcyjnego kosza.

    Nie jestem muzykiem, ale wychowałem się w pejzażu z „półkoncertowym”  fortepianem „Ed. Seiler”, na którym mój tatuś , major Antoni Kopeć, codziennie przed udaniem się na nocny spoczynek, w ciemnym pokoju próbował odegrać bachowską „Chaconne”. Za każdym razem kończyło się to niepowodzeniem i głośnym zatrzaśnięciem klapy nad klawiaturą. Ojciec nie mógł pokonać drobnej trudności technicznej w kilku pierwszych taktach, ponieważ w Zamościu, gdzie  sprawował szefostwo nad Rejonową Komendą Uzupełnień i na co dzień trudnił się chwytaniem polskich chłopaków w wojskowe kamasze, pijany sowiecki nadlejtenant z wojsk sojuszniczych, z niewiadomych powodów podjął próbę zastrzelenia podporucznika armii generała Waltera ze swojej broni osobistej Nagant kalibru 7,62 mm. Próba zabójstwa została udaremniona przez podbicie rewolweru do góry prawą ojcowską ręką. Padł jednak strzał, który skutkował amputacją ostatniej kostki palca środkowego. Bez jednej kostki w palcu środkowym prawej dłoni ojciec doskonale sobie w życiu radził i tylko nie mógł już powrócić do wyuczonego  w sandomierskim seminarium duchownym zawodu organisty liturgicznego.

   Za każdym razem, kiedy widzę fortepian, rodzą się we mnie myśli mroczne, zakorzenione w najwcześniejszym dzieciństwie. Mój ojciec wyniósł z wojny jedną tylko niechlubną ranę, którą zadał mu oficer wojsk sojuszniczych. A gdy zobaczę akordeon , natychmiast uśmiech wypływa na moje  oblicze, bo ten instrument, dmuchany jak organy kościelne, kojarzy mi się nieodmiennie z żeglarstwem po Jeziorach Mazurskich, gdzie  Jurek Rogalski, mój towarzysz  prawie codziennych spotkań w pubie „U Araba” na warszawskim Marymoncie, w dorocznych rejsach akompaniował na akordeonie chóralnym śpiewom dobrze wytresowanej załogi łodzi żaglowej.

    Wprawdzie szanty żeglarskie to w żadnym razie nie są ballady Kulmowej, sądzę jednak , że Jurek Rogalski śmiało mógłby sobie poradzić ze skomponowaniem do ballad Joanny odpowiedniej muzyki. Dlaczego w takim razie Jan Kulma, muzyk po krakowskim konserwatorium muzycznym i autor monumentalnego oratorium pt. „Hiob”, odegranego w szczecińskiej Bazylice Katedralnej, nie pokusił się o skomponowanie muzyki choćby do jednego z dziesiątków tekstów piosenek swojej małżonki? Reżyserował wszystkie przedstawienia operowe, do których libretta napisała Joanna Kulmowa, a nie pokusił się o udźwiękowienie jej poetyckich tekstów, które miał pod ręką?

    Jeden jedyny raz w życiu ja także byłem muzykiem, kiedy w zawieszonym stanie wojennym harowałem w winnicach Beaujolais i jak każdy murzyn , czyli czarnoraboczyj cziełowiek, z podobnymi do mnie nieszczęśnikami śpiewałem tęskne pieśni polskie i rosyjskie.  „W ciężkim znoju kark się zgina / Każdy dzień jest taki sam.” Gdy któregoś dnia przyszło mi ścinać winogronowe kiście w jednym rzędzie z Basią Banasiak, wiolonczelistką po średniej szkole muzycznej, studiującą, jak Bóg przykazał, prawo na Uniwersytecie Warszawskim, spotkałem się z zaskakującą propozycją. Basia poprosiła, żebym ja murmurando, monotonnie i nieprzerwanie podśpiewywał główny motyw z kompozycji Zygmunta Koniecznego do „Wierszy wojennych” Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, a ona na to nałoży swój śpiew solowy.

    Nie było żadnej próby, żadnej lekcji solfeżu.  Zamkniętymi ustami wymamrotałem motyw główny, ciągnący się przez cały utwór  utrzymany w rytmie marszowym, a Basia tylko nakazała mi mruczeć nieco głośniej, i nagle… I nagle usłyszałem tak doskonale mi znane liryczne recitativo z koncertów Ewy Demarczyk, a potem dramatycznie śpiewany refren: „Tylko wyjmij mi z twych oczu / szkło bolesne obraz dni…” Wiolonczelistka Basia naprawdę udatnie imitowała Ewę Demarczyk, a moje mruczando stanowiło w jej występie artystycznym niezbywalny element.

      Syreni śpiew studentki wydziału prawa Uniwersytetu Warszawskiego przyciągnął uwagę katorżników z sąsiednich rzędów winorośli, i wówczas muzyka , która miała tylko łagodzić fizyczne cierpienie i zmniejszać ciężar wykonywanej pracy, całkowicie robotę  zatrzymała. Nawykli do strajkowania robotnicy francuscy zgromadzili się wokół Basi, a ona zamilkła w przerażeniu. Po chwili nadszedł też nasz pracodawca  Jacques Perrachon, ale w ręku, zamiast spodziewanego batoga, dzierżył bukłak ze swoim zeszłorocznym, znanym na całym świecie, doskonałym „Beaujolais Village”. Fraternité, egalité, liberté! Vive la Révolution Polonaise! Jacques nakłonił Basię do kontynuowania śpiewu. Vive la Solidarité! Precz z generałem Jaruzelskim! 

     Chyba w trym momencie zrozumiałem, co miał na myśli poeta, mówiąc o etiudzie c-mol op.10 nr 12 „Revolutionaire” Fryderyka Chopina, że słychać w niej „armaty ukryte w różach.” Ponoć Chopin  napisał ten utwór w czasie pobytu w Paryżu, gdy Moskale w listopadzie 1931 roku szturmowali Warszawę. W Baczyńskim, śpiewanym przez Basię przy akompaniamencie murmurando i z rytmem marszowym wybijanym na denku od plastikowego wiaderka do zbierana winogron, też pobrzmiewały armaty. I wedle mojej oceny nie były to haubice Jaruzelskiego, lecz  mitraliezy zbuntowanego ludu, używane jako miotacze niszczycielskich, nieprzyjaznych, a może nawet nienawistnych słów. Odczułem wówczas  sympatyczny dreszczyk rokoszy, gdy tak instynktownie zbratałem się z ludźmi zgromadzonymi wokół Basi. Przez moment , jakże krótki, łączyła nas wszystkich jedna wiara, jedna myśl!

    A moja umiłowana wiolonczelistka i adeptka prawa zapewne całkiem nie miała świadomości, że swoim muzykowaniem  siała rewolucję na wszystkie cztery wiatry!

    W „Balladzie o murach Jerycha” Joanny Kulmowej, poetki tak bardzo zasłużonej dla kultury niezależnej, nie ma najskromniejszego nawet napomknienia o murach w Berlinie,      czy choćby w Gazie, które miałyby runąć na skutek gniewu ludu.                                                                                                

  

   Chciałoby się z marksistowska dopowiedzieć: i w masie i w czasie. Ale w trakcie uroczystości laudacyjnej z okazji nadania Joannie tytułu honorowej obywatelki Tomaszowa na wszelką dialektykę było już stanowczo za późno. Słuchanie Ballady o Jerychu w wykonaniu wokalisty Jakuba Pawelca, który sam sobie akompaniował na akordeonie, budziło w publiczności sympatyczny uśmiech. A gdy jeszcze artysta odstawił akordeon i wykonał solówkę na trąbce, dały się słyszeć radosne  okrzyki: Brawo! Brawo!

     Nasz wyjazd „na  dzień do Tomaszowa”  z mojego punktu widzenia przyniósł jedynie straty.  Owszem, Joanna pozyskała dyplom honorowej obywatelki tego włókienniczego miasta, ale  nie podjęta została choćby próba odzyskania pałacyku Landsbergów dla jedynej żyjącej w Polsce spadkobierczyni, a praktycznie dla szczecińskiej Fundacji Joanny Kulmowej,  nad którą pieczę sprawuje Uniwersytet Szczeciński.  Książka „Topografia myślenia” , wydana techniką reprintu  w pięciuset egzemplarzach przez drukarnię elektroniczną „Sowa”, nie znalazła dostatecznej liczby nabywców, toteż w drugim dniu pielgrzymki do Tomaszowa, udałem się na rynek miejski w poszukiwaniu księgarni, którą mógłbym obciążyć dystrybucją. Jednak w zamkniętych drzwiach księgarni przy rynku wisiała tabliczka „Urlop”, toteż z dwoma egzemplarzami okazowymi „Topografii” trafiłem do kawiarenki.

   Pochylony nad wonną filiżanką dopiero w owym momencie spostrzegłem, że egzemplarz oryginału z racji oprawienia w sztywne okładki, jest o jakieś trzy milimetry grubszy od reprintu wydanego en broche, z pojedynczymi kartkami formatu „A”, sklejonymi bezdusznie przez maszynę, gdy w pierwowzorze książka była cięta z arkusza eleganckiego formatu „B” i następnie jak gdyby zszywana…  Ale zasadnicza różnica ujawniła się dopiero po zdjęciu kolorowej obwoluty z książki oprawionej w imitację półskórka introligatorskiego, z wykonanym przez maszynę wytłoczeniem  na grzbiecie, w którym idealnie zmieścił się wydrukowany na papierze napis „Joanna Kulmowa * Topografia myślenia”, ręcznie przyklejony do „półskórka”. Wydawca Wiesław Uchański, prezes „Iskier”, dołożył naprawdę wielkiej staranności, żeby wydać Kulmową tak, jak na to sobie zasłużyła.  Nie szczędził przy tym kosztów.

    I pomyśleć!  Ja też mogłem mieć taką śliczną książkę w katalogu Biblioteki Narodowej, bo Uchański podpisał ze mną umowę na napisanie biografii generała Jaruzelskiego, tudzież wypłacił stosowną zaliczkę. Wszystkie moje publikacje książkowe, a jest ich, razem z  reportażami wielu autorów, coś między trzydziestką i czterdziestką, wydane były siermiężnie w formacie „A” i techniką broszurową. Zorganizowałem zespół dokumentalistów z dr. Grzegorzem Sołtysikiem, szefem Archiwum Polski Ludowej i z Joanną Paluszek, byłą kierowniczą działu rosyjskiego w Centrum Dokumentacji Prasowej PAP. Nakłoniłem generała Jaruzelskiego do przekazania Grzegorzowi Sołtysiakowi całej zawartości zamkniętego na cztery spusty garażu przy ulicy Ikara, w którym zgruzowane były pudła z dokumentami z czasów dla Polski najbardziej interesujących. Jaruzelski dał się skusić obietnicą, że szef Archiwum PRL zaprowadzi w tym składowisku ład naukowy, ale z niewiadomych przyczyn generał  zwlekał  z wydaniem dokumentów. Przypuszczam, że sam chciał je wykorzystać w autobiografii, ale nie zdążył. Tymczasem znienacka Uchański rozwiązał ze mną umowę z powodu przekroczenia wyznaczonego terminu. Nie zwróciłem mu zaliczki, bo w prace przygotowawcze zainwestowałem zbyt wiele czasu i wysiłku. Rozstaliśmy się w rozdrażnieniu.

    Uchański z całą pewnością książkę biograficzną o generale wydałby tak, jak generał na to sobie zasłużył. A sztywne okładki dla własnej książki były moim nieskrywanym marzeniem. To wcale nie jest śmieszne, że o naszej katastrofie rodzinnej i o publicznym blamażu, zadecydowała właśnie awantura o okładkę autorstwa Jana do tomiku Joanny pt. „Prośba o nieskończenie”.

         Jeśli zbiorem wierszy Joanny Kulmowej pt. „Ballady i zaśpiewy” moje niszowe wydawnictwo skłoniło Jakuba Pawlaka do napisania muzyki do trzech przynajmniej  tekstów piosenek Kulmowej, to już miałoby dla swojego istnienia na rynku księgarskim dobre usprawiedliwienie. Tomik z balladami wydałem w 2007 roku, a już w roku  2011 Jakub Pawlak z wielkim artystycznym sukcesem zaśpiewał „Balladę o murach Jerycha”  , „A kiedy wszystko zgaśnie”  i „Balladę o upadłym aniele” na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie. Ale na żywo młodego artystę usłyszałem dopiero  w drugim dniu naszego pobytu w Tomaszowie , gdy odśpiewał te  utwory na uroczystym koncercie w Bibliotece Miejskiej, akompaniując sobie naprzemiennie grą już to na trąbce, już to na akordeonie. Śpiewający Jakub Pawelec – była to najprawdziwsza i najwspanialsza jednoosobowa orkiestra.

    Nie miałem okazji spytać artysty, skąd wziął teksty ballad, ale prawdopodobieństwo, że pobrał je z niskonakładowych tomików Joanny, wydanych w PRL na przełomie epoki gomułkowskiej i gierkowskiej, praktycznie było zerowe. Mógłby ściągnąć je z Internetu, lecz strona internetowa  poetki ze Strumian jeszcze nie została zainstalowana na chmurce przez samowładnego i samozwańczego prezesa „Fanklubu Joanny Kulmowej”, ambasadora Jakuba Wolskiego. Natomiast wydana przeze mnie książka „Ballady i zaśpiewy” figurowała już w katalogach  niektórych powiatowych, a czasami także gminnych  bibliotek publicznych.

   „Nie. To nie jest pamiętnik z dzieciństwa , ani czułe wspominanie matczynych pieszczot, ani włażenie na drzewo genealogiczne, ani rozdrapywanie ran, ani wzdychanie do straconego czasu. Nie. To rozprawianie się ze sobą, prześladowaną przez tropy i strony lat najwcześniejszych.”- tak w największym możliwym skrócie, recenzuje „Topografię” sama autorka i dodaje do tego rymowany komentarz:

Wzdychanie do straconego czasu, prześladowanie przez tropy i strony lat najwcześniejszych…  Joanna pisze manierą proustowską: 

   „Mylą mnie sny. W ich zwierciadle odwracają się moje czasy i kierunki. Topografia  myślenia wywija koziołka. Côté cour zamienia się miejscami w côté jardin. Jak w zabawie w komórki do wynajęcia . Więcej potem we mnie odwrócenia, niż prawdy. Dlatego będę musiała wpisywać te wnętrza w swoje sztuki i słuchowiska, tam się utrwalą, utkwią nieruchomo, odczarowane, nie prześladujące mnie już na jawie. To jest jak magia. Odczynianie uroku, żeby wracał tylko i słowem i maską.”

    Tak przecież pisał Proust, tyle tylko , że z francuską interpunkcją kropek i przecinków, pozwalającą na bezkarne budowanie zdań nazbyt długich. Jako człowiek leniwego usposobienia, przeczytałem tylko pierwszy tom „W stronę Swanna”, ale uczyniłem to zarówno w tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego, jak i w oryginale. Nikt mi w to dziś nie uwierzy, a nie żyje ojciec, mój osobisty nauczyciel francuskiego i łaciny, który przed moim  pierwszym wyjazdem do Francji zadał mi tę torturę. „Du côté de chez Swann” – odziedziczyłem po tatusiu sześciotomowy cykl Prousta, wydany przez PIW w  1958 roku i wydany w Paryżu pierwszy tom cyklu ze stempelkiem Biblioteki Robotniczej we Lwowie, który przechowuję w obłożonej szkłem i lustrami serwantce, jak relikwię. 

      Kiedy na blogu „Reunion 69” toczyła się fachowa dyskusja na temat jakości tłumaczeń  Władysława Boya-Żeleńskiego, przegapiłem okazję, żeby podzielić się z publicznością swoim odkryciem, którego dokonałem podczas nauki francuskiego na  poziomie elementarnym. Przecież tytułu I tomu „Du côté de chez Swann” w żadnym razie nie można przetłumaczyć jako „W stronę Swanna” , bo podobnie jak u Joanny Kulmowej  „côté cour zamienia się miejscami w côté jardin”, gdzie wyraz côté oznacza miejsce, terytorium, a nie kierunek, w którym można się udać, tak u Prousta oznacza „okolicę Swanna”, miejsce, gdzie mieszka, rezyduje albo egzystuje Swann.

    I byłby to nic nie znaczący drobiazg, gdyby tytuł całego cyklu nie był przetłumaczony fałszywie. „W poszukiwaniu straconego czasu”? Hola, hola! Przecież francuski tytuł „A la recherche du temps perdu” należało przetłumaczyć jako „W poszukiwaniu zgubionego  czasu”! Wprawdzie wyraz „perdre” oznacza zarówno „zgubić” jak i „stracić”, ale wybór wariantu zależy od kontekstu. A kontekst u Prousta jest taki, że cały cykl zamyka tom „Le  temps retrouvé”, który jest jednoznaczny i oznacza „czas odnaleziony”. A przecież odnaleźć można tylko czas zgubiony, bo czas stracony w najlepszym przypadku można odzyskać, a nie odnaleźć. Mała rzecz, a tak wiele zmienia. Na miejsce francuskiej legereté, wsuwa się dekadencka młodopolszczyzna.

     Kulmowa zdumiewająco dobrze znała francuski. Kiedy w wydawnictwie mojej córki miała ukazać się książeczka dla dzieci pt. „Krześlaki”, przetłumaczona osobiście przez autorkę na język Moliera, osobiście dla wykonania korekty zaniosłem wydruk do profesora Zbigniewa Naliwajki z warszawskiej romanistyki. Profesor po starannej lekturze nie doszukał się ani jednego błędu lub niezręczności.

   We wpisie Anny Bikont na blogu „Reunion 69” znalazłem intrygujący cytat z Hanki Krall i jeszcze bardziej frapujący cytat ze studenckiej próby prozatorskiej. 

   „Miała wszystko – pisała Krall w książce „Zdążyć przed Panem Bogiem”– kochających rodziców, pokój z drogimi zabawkami, a później świetny dyplom i przystojnego narzeczonego, ale któregoś dnia połknęła środki nasenne i został po niej ten piękny pokój, seledynowo-biały, w którym jej dobry amerykański ojciec nie pozwala przestawić żadnej rzeczy i mówi, że tak musi zostać na zawsze. Amerykański ojciec pytał doktora Edelmana, dlaczego ona to zrobiła, ale nie umiał odpowiedzieć, chociaż to była Elżunia, córka Zygmunta, który mówił: »Ja nie przeżyję tego, ale ty przeżyjesz, więc żebyś pamiętał, że w Zamościu, w klasztorze, jest moje dziecko…«”.

    Anna Bikont w tekście zatytułowanym rozwlekle i surrealistycznie „Chcę do mojej mamy i do mojego tatusia. Ale oni są Żydami”, dała subtelny opis gwałtu psychicznego, który doprowadził sześcioletnią dziewczynkę do osobliwej schizofrenii:

    „Elżunia, wtedy już Elza Shatzkin, popełniła samobójstwo 18 października 1962 roku, miała dwadzieścia pięć lat. Cztery lata wcześniej opublikowała w magazynie literackim Uniwersytetu Cornell opowiadanie o sześcioletniej żydowskiej dziewczynce ukrywanej w klasztorze:

   Dlaczego siostra Agata jest niedobra? Jest ładna, ale niedobra. Janka miała dziurawe majtki. Wszystkie stałyśmy w szeregu i Janka musiała zdjąć majtki, a siostra Agata zbiła ją paskiem od habitu. Janka płakała, bo się wstydziła i ją bolało.

   Matka przełożona jest dla mnie miła. Wie, że jestem Żydówką i naprawdę nie nazywam się Maria. Nazywam się Chana Stern. To źle być Żydem i nigdy nikomu o tym nie powiem. Wszystkie siostry by zginęły i mnie by zabito. Mam bardzo dobre stopnie z religii i chcę pójść do pierwszej komunii, ale mi nie pozwolą. Mam nadzieję, że matka przełożona nie powiedziała im, że jestem Żydówką. Żydzi robią macę z krwi chrześcijańskich dzieci. Mój dziadek był Żydem.” 

   Gdy  Elza Shatzkin opuszczała klasztor, miała co najmniej siedem lat. Gdy z klasztoru wychodziła Joanna Kulmowa, liczyła lat siedemnaście.

     Kulmowa była genialną poetką z renesansową osobowością. Jakiej roboty by się nie tknęła, wszystko spod jej ręki wychodziło więcej niż dobrze. Gdyby podjęła się napisania swojej „Opowieści klasztornej”, uzyskalibyśmy nie tylko bezcenne świadectwo osoby bezpośrednio dotkniętej przez opresję Zagłady, ale też  artystyczny opis obyczaju klasztornego  w czasie Holokaustu, utrzymany w manierze pisarskiej Marcela Prousta. Bo maniera Prousta to nie tylko wielki repertuar przymiotników, lecz przede wszystkim wnikliwa analiza psychologiczna. I tylko zamknięty i ginący świat arystokracji, tudzież plutokracji francuskiej, zastąpiony byłby przez jeszcze bardziej zamknięty i szybciej zanikający świat żeńskiego klasztoru, do którego z zewnątrz raczej nie można było zajrzeć.       Kulmowa była w środku tego świata zamkniętego klauzurą. I miała pełną świadomość złowienia w klatkę światła, dźwięku, i zapachu kadzidlanego. Oblepiały ją złe wspomnienia, lecz nie poddała się katharsis przez publikację klasztornego pamiętnika.

Jakub Kopec

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.