Uncategorized

Od czasu do czasu mam ochotę na banana. Angielskiego banana.


Ella Ben Emanuel

Cóż, jak wszystko, co angielskie – w tym lody Rossi i chińskie dania na wynos – nie jest on angielski. Ale myśl o tej ogromnej żółtej przekąsce, idealnie obieralnej i gotowej do spożycia, przypomina mi o starej ojczyźnie. Nawet pomimo zmian klimatycznych w Anglii nie uprawia się bananów.

Jednak niezależnie od tego, skąd zostały sprowadzone, Izrael przegapił swoją szansę. Dosłownie.

Kilka lat temu wraz z mężem wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową po izraelskiej plantacji bananów. To niezwykłe, jak w ciągu zaledwie stu lat przekształciliśmy ziemię pełną bagien, na których szerzyła się malaria, i jałową pustynię w żyzne pola.

Ale izraelskie banany to ubodzy krewni manny¹ z mojego dzieciństwa.

Pamiętam lata, kiedy jako nowa imigrantka w tym kraju tęskniłam za smakiem „domu”. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam je w supermarkecie, byłam podekscytowana, ale potem rozczarowana. Pomyślałam, że to musi być pomyłka. Te są zielone! Kilka dni później banany znów były w sprzedaży, ale wyglądały jak brytyjskie odrzuty: karłowate, brązowo-żółte i miękkie. Najlepszym scenariuszem dla tych psotnych owoców było bezceremonialne zmiksowanie ich i dodanie do ciasta bananowego.

Nie, Izrael ich nie importuje. Może złośliwie. A może dlatego, że tutaj owoce są narodowym skarbem, a nie głupią przekąską.

Gdybym w poprzednim wcieleniu był owocem, prawdopodobnie byłbym (brytyjskim) bananem. Znajdź odpowiednią ławkę w parku, gdzie gołębie dziobią okruchy chleba, a wiatr nie smaga twarzy, znajdź niewielką plamkę słońca, która pasuje do twojego nastroju, obierz owoc i wbij zęby w jego miękki, niezawodny miąższ.

Jedynym wysiłkiem jest obranie skórki. Banan został genetycznie zaprojektowany i sprowadzony dla Twojej przyjemności i rozrywki. Jest zbilansowany pod względem odżywczym i dostępny przez cały rok. Niewzruszony, ale niezawodny. Jest tak łagodny, że można go jeść nawet po leczeniu kanałowym.

Mieszkałem w kraju pełnym wstrząsów – strajku górników, groźby zimnej wojny, zamachów Irlandzkiej Armii Republikańskiej i tygodnia spędzonego w śnieżnej pułapce spowodowanej przez arktyczną burzę. Nie było to życie usłane różami. Ale róże mają kolce, a nie krwawe kolce.

Opisałabym siebie jako osobę twardą i wytrzymałą. Czasami bywałam wojownicza. Żółty z pewnością mógłby być moim kolorem. Lubiłam zwracać na siebie uwagę – pisząc, przemawiając publicznie, występując na scenie, improwizując i występując jako stand-up. Ale w głębi duszy byłam (i nadal jestem) wrażliwa i zbyt ufna.

Banana Ella.

A potem przyjechałam do Izraela.


Zmiana owocu.

Dla tych, którzy nie wiedzą, narodowym owocem tego kraju jest sabra – indyjski figowy opuncja figowa. Słyszałam to wiele razy, zazwyczaj wtedy, gdy miałam dość zuchwałości miejscowych Izraelczyków. Nie bierz tego tak do siebie, Ella – mówili mi doświadczeni olim (imigranci). Tacy są Izraelczycy: szorstcy i kolczasty na zewnątrz, ale miękcy i słodcy w środku. Trzeba ich tylko poznać.

Sabras nie są nawet najpopularniejszymi owocami w tym kraju. Te w supermarketach są pozbawione kolców, aby ułatwić ich obsługę, ale pudełka pozostają w większości nietknięte, chyba że ktoś ma ochotę na egzotyczną sałatkę owocową.

Izraelczycy wolą owoce sezonowe: śliwki, nektarynki, brzoskwinie i winogrona w gorących miesiącach. Macho izraelscy mężczyźni dźwigający pod pachami ogromne arbuzy to częsty widok; nic nie orzeźwia tak w letni dzień. A co najlepsze, dzięki izraelskiej inżynierii genetycznej nasze melony są bezpestkowe. Jesienią pojawiają się słodkie figi, a potem mango, których każdy kęs smakuje jak niebo.

Zima to czas cytrusów: pomelo i pomelits (ponownie błogosławię naukowców), grejpfruty, mandarynki i mięsiste, soczyste pomarańcze z Jaffy. Tutaj można zaopatrzyć się w witaminę C.

Jak we wszystkim, cierpliwość jest cnotą. Tutaj owoce i warzywa, w które wbijasz zęby, są wrażliwe na upływ czasu. Są nawet miesiące, kiedy porządne pomidory praktycznie znikają z naszych półek.

Wróćmy do sabras.

Kiedy zaczęła się moja metamorfoza? I dlaczego, do diabła, Izrael wybrał ten owoc jako swój symbol narodowy?

Co ciekawe, sabra nie jest nawet rodzimym gatunkiem. Podobnie jak wiele innych kultowych potraw tego kraju, została sprowadzona – prawdopodobnie z Meksyku około 200 lat temu, prawdopodobnie w celu wsparcia przemysłu barwników opartego na mszycach występujących na tej roślinie.

Po raz pierwszy zetknęłam się z owocami sabry, kiedy mój mąż – który mieszka tu od 16 roku życia i zawsze będzie dwa razy większym sabrą niż ja – zabrał mnie na wycieczkę na północ. Była wczesna jesień. Słońce świeciło jasno, ale nie było upalne, niebo było bezchmurne, a my spacerowaliśmy wśród niesamowicie zielonych i onieśmielająco wysokich kaktusów sabra. Pomarańczowe owoce, wyrastające jak małe dziecięce rączki na krawędziach liści kaktusa, były dojrzałe i obfite, ale nie wyglądały zachęcająco – kolce tworzyły metaforyczny znak „nie wchodzić”.

Nie zrażony tym, uzbrojony w koszulę z długimi rękawami i rękawiczki, mój mąż wspiął się na kaktusy i zerwał kilka owoców sabra. Proces ten wymagał ostrożności i cierpliwości. Podawał mi je, ostrzegając, żebym nie dotykała ich gołymi rękami. Potem sprawdzaliśmy jego koszulę, czy nie ma na niej małych kolców.

Ale to nie był koniec. Nie zerwał tych owoców tylko po to, żebym mogła je podziwiać.

Trzymając je delikatnie, obierał je fachowo nożem Leatherman, zwracając szczególną uwagę na mikrokolce, które łatwo mogły wbić się w skórę. Po tym, co wydawało się wiecznością żmudnego obierania, z dumą podał mi plasterek soczystego żółtego owocu, usianego małymi jadalnymi nasionkami. Nigdy nie zapomnę tej chwili. Czy to właśnie ta kolczasta podróż sprawiła, że owoc smakował tak słodko?

Ten cud natury – jasnożółta (lub czerwona) miniaturowa soczysta roślina, która nie tylko przetrwała bezlitosne słońce, ale wręcz rozkwitła w jego promieniach – ukrywa się głęboko w lesie cierni. Skromna w swojej prostocie. Niemal niedostępna, ukrywająca swój słodki miąższ przed wzrokiem ciekawskich. Aby jej skosztować, potrzeba dalekowzroczności, odwagi, a przede wszystkim cierpliwości. Natura nauczyła ją wytrwałości.

Otwartość i pozytywne nastawienie nie wystarczą tutaj. Musiałam wyhodować sporo ochronnych kolców, aby przetrwać w tym małym zakątku Bliskiego Wschodu. Teraz nie tylko biegle posługuję się słownictwem i gramatyką języka hebrajskiego, ale wiem też, kiedy i jak krzyczeć, kiedy bronić swojego terytorium. Jestem mniej przerażona niż kiedyś. Przede wszystkim znalazłam swoje miejsce wśród kaktusów.

Kiedy obcokrajowcy przyjeżdżają tu po raz pierwszy, uważają mieszkańców za agresywnych, szorstkich i niecierpliwych. Oczekują uprzejmości, a zamiast tego spotykają się z grubiaństwem i zbytnią szczerością. Głosy są tu podniesione, ale brwi nie. Stary, to jest Bliski Wschód.

Nie rozumieją, że mają do czynienia z ludźmi, którzy noszą twardą zbroję mechanizmów obronnych. Oczekują, że znajdą coś miękkiego i gotowego do obrania. Zapomnieli zabrać rękawiczki. Nie rozumieją, dlaczego „Czy mógłbyś…” nie jest formą czasownika istniejącą w języku hebrajskim.

Ale sabra to nie tylko skóra; to coś, co znajduje się pod spodem.

Jeśli się zgubisz, ktoś wskaże ci drogę. Jeśli jesteś spłukany, ktoś pożyczy ci pieniądze. Błąkające się i płaczące dziecko zostanie zwrócone matce przez zupełnie obcą osobę, zanim zdążysz powiedzieć „opuncja figowa”.

Zuchwałość, nieznośna szczerość, publiczne wybuchy nie powinny cię niepokoić – to przypomnienie, że jesteśmy jedną rodziną. Czujemy się dobrze z cierniami i sobą nawzajem. Surowość jest mechanizmem obronnym zaprogramowanym w naszym DNA po dwóch tysiącach lat prześladowań i wysiedleń. Nie potrzebujemy niczyjej litości, ale miło byłoby być czasem zrozumianym.

Niestety, krajobraz wojny jest nam tak samo znany jak gaje kaktusów. Nasze przetrwanie jest tak samo cudowne jak owoce rosnące na spieczonej ziemi.

Jeśli chodzi o nas, możemy wymieniać kolorowe obelgi podczas gorącej kłótni, ale dwie sekundy później obejmujemy się i błogosławimy, wzdychamy i mówimy „amen”, żeby to wszystko szybko się skończyło. My, ludzie, którzy nosimy kolce jak drugą skórę, marzymy o bardziej pokojowym świecie. Pragniemy rosnąć, kiełkować, kwitnąć i wydawać owoce na ziemi oczyszczonej z krwi. Czasami zadajemy sobie pytanie, czy damy radę wytrzymać jeszcze dłużej.

Ale owoc sabra rozwija się w ekstremalnych warunkach. Słońce praży. Długie, bezdeszczowe miesiące letnie przychodzą i odchodzą. A głęboko pod ziemią czerpie on z ukrytych zasobów, mechanizmów radzenia sobie przekazywanych z rośliny na roślinę. Jeśli jest coś, w czym staliśmy się ekspertami, to jest to adaptacja.

I nawet gdy owoc twardnieje i wysycha, nasiona kiełkują – silniejsze, twardsze, słodsze.

Nadal jestem hybrydą. Część mojej duszy nadal mieszka w kraju, który już nie istnieje, gdzie ludzie są uprzejmi, a banany są duże, żółte i łatwe do obierania. Trzydzieści jeden lat tutaj nie wystarczyło, aby całkowicie pokryć mnie cierniami. Czasami zapominam o zasadach gry. Czasami zapominam, że muszę być twarda, ale jednocześnie pełna nadziei.

Ale ta mała część mnie, sabra, rośnie. Śmieje się z nieszczęścia, pnie się ku światłu, nie wymaga wiele i zaskakuje mnie swoją odpornością.

Nawet zapuściłam korzenie. Niektórzy z moich najlepszych przyjaciół to Izraelczycy – sabras urodzeni z sabras. Teraz patrzę w słońce, zamiast się przed nim chować. A rosa optymizmu mnie odżywia. W sam raz.

Od czasu do czasu mam ochotę na banana. Angielskiego banana.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.