Uncategorized

Trudna etyka wojny

Jan Hartman

Nie da się być w ocenie moralnej „poza konfliktem”. Wojna to nie bójka przedszkolaków. To tragedia, w której współczucie należy się również tym, którzy bardziej są sprawcami.

Kiedyś wojna była jedną z „ludzkich spraw”. Dziś jest inaczej, bo wyrosły pokolenia, które jej nie doświadczyły, a wszelkie jej oswajanie jest im obce. Również dla mnie wojna jest czymś skandalicznym, o czym „nie chcę słyszeć”. To zrozumiałe, lecz trzeba zdawać sobie sprawę, jakie ryzyko wiąże się z tą nieoczekiwaną naiwnością, owocem długich dekad pokoju.

Bo choć potępiamy wojnę jako taką i chcielibyśmy ją w całości „egzorcyzmować”, jakby nie było ważne, po czyjej stronie jest racja, to przecież taki histeryczny gest nie służy sprawiedliwej i racjonalnej ocenie żadnego konfliktu. Właściwie oprócz filozofów zajmujących się etyką wojny i prawników usiłujących ograniczać najgorsze ekscesy nikt publicznie nie dokonuje etycznych ocen wojny. Wszystko sprowadza się do potępienia zabijania cywilów z ewentualną przymieszką czci dla tych, którzy wojują brawurowo i w słusznej sprawie, będąc z tego tytułu tzw. bohaterami wojennymi.

Nie da się w kilku słowach opowiedzieć, czym jest dyscyplina akademicka zwana etyką wojny, lecz można wskazać na kilka punktów, w których rozmija się z masową wyobraźnią, potoczną wrażliwością i wynikającą z tego publicystyczną i oficjalną retoryką. Zaiste etyka wojny to osobliwa dziedzina oparta na oburzającym założeniu, że będziemy oceniać masowych zabójców (bo na tym polega prowadzenie wojny, również tej całkowicie obronnej i sprawiedliwej), mając na uwadze, kto z nich zasługuje na pochwałę z racji tego, że miarkuje się w zabijaniu i ma bardziej zasługujące na wyrozumiałość powody, aby zabijać. O to chodzi w etyce wojny: kto jest mniejszym zbrodniarzem.

Albowiem nie ma wojny bez zbrodni – każdy, kto prowadzi wojnę, popełnia zbrodnie, łącznie z bohaterami stającymi na cokołach z powodu swych zabójczych dokonań. Nigdy bowiem nie jest tak, że zabiło się najmniejszą możliwą liczbę wrogów, a w szczególności nigdy nie jest tak, że możemy to dokładnie ustalić i wiedzieć, co by było, gdyby przyjąć inną strategię i taktykę walki. Czyli bohaterowie (prawdziwi) są (prawdziwymi) zbrodniarzami? Na to wychodzi.

Idźmy dalej. Otóż nie jest prawdą, że większą rację ma ten, kto się broni. Ani że większą rację ma ten, kto jest słabszy i mniej zabija. Można być napadniętym, słabym i niewielu najeźdźców zabijać, ale przegrywać w sensie moralnym, bo dało się więcej powodów do wojny, a przy tym walczy się dziko i okrutnie. Zwykle jest na odwrót, lecz nie ma tu prostej zasady i prostego kryterium.

Wbrew potocznym wyobrażeniom wcale też nie jest tak, że uzbrojonego wroga „wolno zabijać”, a bezbronnego cywila „nie wolno”. Nikogo nie wolno zabijać. Nie chodzi o wartościowanie ludzi. Bardziej już o winę, lecz też nie do końca. Żołnierz z bronią w ręku, owszem, trochę „sam sobie jest winien” i zabicie go obciąża zabójcę winą o wiele mniejszą niż śmierć cywila, lecz bynajmniej nie jest to sytuacja „zerojedynkowa”. Wojenne winy są stopniowalne, bardzo zależne od tego, kto generalnie w tej wojnie ma więcej racji, lecz przede wszystkim… są czymś drugorzędnym. Każdy normalny człowiek popiera swoją stronę – czy jest żołnierzem, czy cywilem, a nawet jak nie popiera, to nie bardzo ma wyjście. Nikt nas o zdanie nie pyta, gdy biorą nas w kamasze. Niestety również osoba podejmująca się oceny danego konfliktu nie może być (i nie powinna być!) bezstronna.

Wojna jest ciągiem zbrodni i prawie nikogo nie pozostawia bez winy. Co nie znaczy, że nikt nie zasługuje na pochwałę. Na lepszą ocenę moralną zasługują ci, którzy są bardziej ofiarami niż agresorami, bardziej unikają okrucieństwa, z większą determinacją zwalczają zbrodniarzy we własnych szeregach, starają się ograniczać teatr wojenny, zabijać mniej cywilów i żołnierzy, lepiej chronią własne wojsko przed stratami, a także podejmują starania, aby zawrzeć pokój oparty na kompromisie. Takie są kryteria sensowej i miarodajnej oceny.

Takim kryterium nie jest natomiast np. liczba ofiar wojny. Nic nie wynika z tego, że zginęło „tylko” albo „aż” sto tysięcy ludzi. Niewiele można też wywnioskować z tego, z czyjej ręki zginęli. Te dane mają wielkie znaczenie, lecz wyłącznie w powiązaniu z wieloma innymi danymi, takimi jak proporcja między zabitymi żołnierzami i cywilami, symulacje liczby ofiar (w szeregach wroga i we własnych) w przypadku alternatywnych strategii, porównanie z innymi, lecz podobnymi konfliktami, a także ocena zachowania strony ponoszącej większe straty.

Nie da się być w ocenie moralnej „poza konfliktem”. Wojna to nie bójka przedszkolaków. To tragedia, w której współczucie należy się również tym, którzy bardziej są sprawcami. A każdy, kto ocenia wojnę, musi co najmniej przychylać się ku jednej ze stron i ów wybór jest sam w sobie kluczowym czynnikiem dalszych ocen. Francuzi i Niemcy, oceniając „wielką wojnę”, do dziś się różnią. Nawet jeśli są etykami. Dobrze, że chociaż jedno nas łączy: wojna jest katastrofą człowieczeństwa.

Trudna etyka wojny

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.