Płonące zboże i czerwone porzeczki

Nadeslal Leszek Kantor

Artykul byl wydrukowany 21.11 w  GW

Tego lata na gdyńskim festiwalu filmowym zpremiery „Pokłosia” Władysława Pasikowskiego publiczność wychodziła z kina jakoś inaczej niżzawsze. Nie było tego swobodnego gaworzenia i uśmiechów. Moi odwielu lat dobrzy znajomi artyści i dziennikarzetym razem nie pytali, co myślę o filmie. Ja też icho nic nie dopytywałem, chciałem z tym filmemzostać na chwilę sam.Uścisnąłem tylko rękę producentowi Dariuszowi Jabłońskiemu, a on mnie objął wyjątkowoserdecznie i szybko poszedłem na papierosa.Są sytuacje, kiedy trzeba natychmiast zapalić,balkonik przy kawiarence na piętrze Teatru Muzycznego tego popołudnia był pełen palaczy.Bardziej niż zwykle.
Na drugi dzień na śniadaniu w hotelu jedna z dam filmu polskiego z irytacją i patriotyczną
troską o polskie sprawy wywodziła, że Pasikowski nie zna Polski, bo polski chłop nigdy nie poświęci ani jednego łanu zboża na chleb dla żadnej na
świecie żydowskiej macewy na swoim polu. Aby nie zepsuć jej i sobie śniadania, odpowiedziałem, że chyba tak, że Pasikowski ma problem z Polską dzisiaj, wziąłem swoją filiżankę kawy i poszedłem do innego stolika.Scena z płonącym zbożem nie jest do wymyślenia przez żadnego artystę w żadnym innym kraju, bo nigdzie nie będzie tak wyjątkowa i tak symboliczna. Bo palił się chleb, ta wielkametafora polskiej rzeczywistości, wyjątkowy symbol codzienności, polskiej szczególnie, bo nigdy go nie było w tym kraju za dużo, nigdy wystarczającodla wszystkich. A z tego zboża, z któregomiały być chleby, a został popiół, wyłaniają się macewy naszych braci żydowskich, jak mówiłJan Paweł II, i nigdy się już nie dowiemy, czyzawsze na ich stole wystarczająco było chleba,
bo żadnego z ich krewnych, wnuków lub prawnuków tutaj już nie ma.
Jedną z najznakomitszych scen świetnego filmu Jolanty Dylewskiej „Polin – okruchy pamięci”była scena z polską skromną, pochylonąkobietą w chustce z Sokołowa Małopolskiego, która do dzisiaj pamięta, że w jej klasiebyła żydowska dziewczynka, która dawała jej biały chleb, a ona jej czarny. Wspominała tę koleżankęw filmie i płakała w czasie tego opowiadania.eden zważniejszych jurorów Krakowskiego Festiwalu był przeciwny nagrodzie dla filmu, bo mu te sceny-wywiady na końcu filmu zwspółczesnymi Polakami, którzy z rozrzewnieniem wspominali swoich żydowskich sąsiadów, bardzo przeszkadzały. Mówił mi to na śniadaniu, ale tym razem na krakowskim festiwalu. Dylewska wyjechała bez nagrody, ale film obleciał całą Polskę i świat. Był jednym
z największych sukcesów polskiego filmu ostatnich lat. Tak też będzie z „Pokłosiem” Pasikowskiego.Ten sam chleb jedli Żydzi i Polacy przez setkilat. Ziarno woziło się do polskich lub żydowskich młynów, a potem mąkę do piekarenek polskich
i żydowskich na chleb, rogalik, a czasem nawet chałkę. Kiedy w kwietniu 1989 roku zdjęto prawie pięćdziesięcioletnie tabu nałożone przez komunę na tematy polsko-żydowskie, wrocznicę getta warszawskiego w hotelu oglądałem wieczorem w telewizji reportaż. Starszy mężczyzna, bardzo biednie ubrany, opowiadał
dziennikarzowi, że od lat w jego malutkim miasteczku w lubelskiem Żydów nie ma, ale niedawno przyjechała tu młoda ładna dziewczyna, Żydówka z Ameryki, dwa dni siedziała na rynku pod piekarnią swoich dziadków i płakała.
Jest małe miasteczko 56 kilometrów od Wrocławia w stronę Jeleniej Góry, które żyje z nagrobków.
W tej okolicy wydobywa się z kamieniołomów znany na świecie najwyższej jakości
granit. W miasteczku i okolicy jest 300 firm kamieniarskich. Miasteczko żyje sobie skromnie,  nawet nie ma tam porządnego aparatu do espresso,
chociaż w restauracjach gotują z sercem i smacznie. Z mojego opowiadania „Wyjechać ze Strzegomia” kiedyś, w 2006 r., wydrukowanego wświątecznym dodatku „Gazety Wyborczej”powstał na początku 2012 r. film „Tam, gdzie rosną porzeczki”. Film opowiada o Strzegomiu, do którego po wojnie przyjechało kilkaset żydowskich rodzin (w tym moja). Było to jedno z tych niezwykłych i pięknych trzydziestu pięciu miasteczek na Dolnym Śląsku, w których osiedliło się po wojnie ponad 100 tys. Żydów polskich, tworząc największą w Europie oazę Żydów uratowanych zHolocaustu, o których do tej pory, oprócz kilku prac historyków, nie ma ani jednego opowiadania, wiersza, eseju, nie mówiąc już o filmie. Poprzedni burmistrz przez 20 lat nie interesował się historią miasteczka. We wszystkich informacjach, przewodnikach i książkach o Strzegomiu nie było ani jednego zdania, że mieszkali tu Żydzi, najpierw niemieccy, a potem polscy. Nowo wybrany burmistrz Strzegomia Zbigniew Suchyta, z zawodu nauczyciel, ze swoimi kolegami ze szkół strzegomskich po obejrzeniu filmu ogłosił konkurs dla młodzieży szkolnej. W końcu maja nadesłano 20 prac napisanych z zaangażowaniem i troską o żydowską historię miasta. Konkurs wygrała 15-letnia Kasia Kurek, jej tata prowadzi małą firmę kamieniarską, włożyła w tę pracę ogromną ilość pracy i ciepła, odnalazła zdjęcia, o których istnieniu nie miałem pojęcia, chociaż sam zbierałem dokumentację do mojego filmu „Tam, gdzie rosną porzeczki”. Drugie miejsce zajęła 14-letnia Kamilka Sabiszewska,
jej mama pracuje w Biedronce. Młodzieżzdwóch średnich szkół zagrała wnowo wyremontowanym Centrum Kultury ze wspaniałą salą teatralno-kinową przedstawienie „Tam, gdzie rosną porzeczki”, a zespół dolnośląskich klezmerówskomponował utwór „Porzeczki”. Byłem zdziwiony, taki krótki film, takie małe miasteczko, w którym ludzie mają wystarczająco własnych  kłopotów, zanosząc swoje emerytury do apteki – a tyle dobra. Sala była wypełniona po brzegi, mieszkańcy odświętnie ubrani, niezwykłe przyjęcie, kwiaty i miłe słowa. Przeważnie ludziemłodzi, a starsi, okazało się, pamiętali nazwiska
swoich żydowskich sąsiadów, kto przy czym pracował, jak nazywały się dzieci, gdzie kto
mieszkał, dokąd wyjechali. Reżyser Zbyszek Rybczyński przyjechał na dwa dni do Strzegomia, spalił z przejęcia dwie paczki cienkich cygar ibył wzruszony. – Toniesamowite – powiedział – nie spodziewałem się, że taka może być Polska. Cmentarzyk żydowski w mieście powstał w1815 roku. W historii miasteczka Żydów nigdy nie było wielu. Przeważnie kilkadziesiąt rodzin i albo ich przeganiano, albo w końcu deportowano za Hitlera do obozów. Ostatnie pochówki miały miejsce jeszcze w końcu lat 50., już po wojnie. Od 60 lat nikt tam nie zaglądał, zarósł chwastami i krzakami wysokimi jak drzewa. Część macew rozkradziono. Większość leżała zarośnięta i obsypana śmieciami. Jedna macewa była zadbana, bo ktoś z Kanady prosił o to swojegobyłego sąsiada. Ostatnie przeniesienie prochów do Izraela przeprowadziła Sala Jablon- Feigenbaum w 1992 r. Sala jest dzisiaj profesorem chemii na Politechnice w Hajfie, mówi, że
do Strzegomia nigdy nie pojedzie, ale co roku jest z mężem przez kilka tygodni w Polsce.
Wlistopadzie zakończono kompletną renowacjężydowskiego strzegomskiego cmentarzyka, 80 macew postawiono na miejsce, naprawiono murek, oczyszczono alejki.

Żadna gmina nie partycypowała w kosztach, pieniądze dałomiasto, a wiem, że mają naco wydawać pieniądze obywateli. Zrobiła to młodzież strzegomska, przyjechali też ich niemieccy koledzy, razem pracowali całe lato. Przypominam sobie, jak pani wicedyrektor
Dorota Sozańska z Zespołu Szkół w Strzegomiu, wdżinsach, i jej uczniowie w końcu maja wyrywali chwasty. Jest czyściutko i schludnie. I taksobie myślę teraz, że aby było dobro, musi być niestety zło i zła nigdy nie wykorzenimy. Myślę, że Pasikowskiemu w „Pokłosiu” głównie chodzi o krzewienie dobra. Bohaterowie jego filmu Józef iFranciszek Kalina mogliby spokojnie i godnie dzisiaj mieszkać w Strzegomiu, zwłaszcza że wokolicy są piękne pola, zboża pełne maków i chabrów, awogródkach czerwone porzeczki
o niespotykanym nigdzie smaku.

*Leo Leszek Kantor – Od 1968 r mieszka w Szwecji.

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: