Lekarz skazanych na śmierć cz. 3

Znalezione u Puszczyka

u puszczyka

 

„Możesz zabrać człowieka z Aleksandrowa, ale nie dasz rady wyrwać Aleksandrowa z człowieka” Tak zwykł mawiać Dawid Jakubowski, kiedy przychodziło mu przed rodziną w Ameryce snuć opowieści o mieście w Polsce, w którym przyszedł na świat i gdzie spędził lata dzieciństwa i młodości. Skąd zapamiętał specyficzny klimat prowincjonalnego sztetl i Gimnazjum Towarzystwa Salezjańskiego, którego świadectwo stało się przepustką do wielkiego świata.

A miasteczko, gdzie Dawid Jakubowski 30 listopada 1911przyszedł na świat to właśnie Aleksandrów Kujawski.
Tu też rozpoczęła się jego edukacja. Już jako lekarza z dyplomem Uniwersytetu Jagiellońskiego II wojna światowa porwała w swój wir w mundurze kapitana Wojska Polskiego. Walka zakończyła się sromotną klęską i niewolą, najpierw w obozie jenieckim w Łodzi, potem w Ostrzeszowie pod Poznaniem. Stamtąd z racji wykonywanego zawodu został zwolniony, a los zawiódł go w samo centrum ziemskiego piekła, jakim było warszawskie getto.
W getcie przeżył koszmar eksterminacji swego narodu, tu ratował życie ludziom, na których okupant wydał nieodwołalny wyrok śmierci. Po trzech latach upokorzeń z innymi towarzyszami chwycił za broń, aby po klęsce powstania stanąć u bram obozu masowej zagłady w Majdanku.

Szczęśliwa piętnastka

Ustawiono ich w rzędach po dwudziestu mężczyzn, kobiet. Rozdział był tu już mało ważny, kiedy wszystkich czekał ten sam los. Dawid stał w piętnastym rzędzie, dokładnie liczył jaki dystans dzieli go od śmierci, kiedy stali przed wielką bramą oczekując na jej otwarcie. Już otwierano wrota, kiedy pojawił się oficer SS w randze obersturmbannführera i zażądał od dowodzącego trzystu ludzi do pobliskiej fabryki. Po chwili dyskusji dowodzący zgodził się pod warunkiem, że grupa więźniów szybko się oddali. Rozpoczęło się odliczanie. Pierwszy, drugi i następny, a oczekującymi targały wątpliwości, czy odliczanie dotrze i do nich. Niektórzy próbowali przepychać się do przodu. Rząd trzynasty, czternasty, nadzieja. Rząd piętnasty, ulga i świadomość, że właśnie umknęło się śmierci. Za Dawidem pozostało wielu znajomych, w grupie szczęśliwców nie znalazł się Nachum Remba, który stał kilka rzędów dalej. Wybrańców przepędzono na plac obok, kazano siedzieć i czekać. Przed pozostałymi, jak paszcza olbrzymiego potwora otworzyły się wrota obozu i za nimi po kilku minutach zniknęła kolumna więźniów.
Ukraińcy i Niemcy konwojowali szczęśliwców do bocznicy kolejowej. Zapytano po drodze, czy w grupie są lekarze. Zgłosiło się siedmiu, ale nie miało to jeszcze żadnych konsekwencji. Wszystkich załadowano do wagonu i w krótkim czasie przetransportowano na stację o nazwie Budzyń. Tu oddzielono lekarzy od pozostałych i skierowano do ambulatorium. Dawid miał pełnić funkcję lekarza w fabryce w Budzyniu.

U nich w obozie

Rozesłano wszystkich po wielkich barakach. Sześć takich było dla mężczyzn i jeden dla kobiet. Nadzorujący byli wybitnie okrutni, na długo w pamięci przetrwała postać oberscharführera Feigsa. Miejsca w barakach ledwie starczało, jedzenia było niewiele więcej niż w getcie. Przetrwanie zależało od własnej przedsiębiorczości. Warunki nadzoru w obozie pozwalały na ograniczony przemyt . Niektórzy specjalizowali się w tej profesji. Dawida zajętego opieką nad chorymi wyręczał bardzo sprytny, rezolutny chłopiec o imieniu Pintele. Miał piętnaście lat. Przynosił zupy, chleb i wszystko, co było do zdobycia. Zaginął nagle bez wieści i próżno byłoby dochodzić jego losów.
Każdego ranka kilkuset więźniów szło do fabryki. Przed kolumną konno jechał Feigs. Kazał wszystkim śpiewać, a oni posłusznie śpiewali. W fabryce produkowano części do samolotów Heinkel. Zajęcie nie wymagało wielkiego wysiłku. Pracowało tam też wielu Polaków pod niemieckim nadzorem. Kto miał pieniądze mógł od nich kupić żywność.
Mimo wszystko sytuacja wydawała się nieco mniej tragiczna niż dotychczas, ale było to tylko złudzenie, a może niedopatrzenie Niemców. Dawid pracował w ambulatorium, gdzie jedno pomieszczenie przeznaczone było dla Żydów, drugie dla Polaków. Znajdowali się tam też dwaj żydowscy fryzjerzy, którzy strzygli też Niemców
w pomieszczeniu tuż obok ambulatorium. Pewnego dnia fryzjer zaproponował Dawidowi strzyżenie, bo akurat nie było Niemców i nie spodziewał się ich w najbliższym czasie. Należało więc skorzystać z okazji. Ale w momencie, gdy fryzjer rozpoczął swoją pracę niespodziewanie wszedł jakiś Niemiec. I rozpętało się piekło. Dziesiątki razów, kopniaków i niesamowity wrzask przypomniały Dawidowi skutecznie, gdzie jego miejsce. Ale tego nie dość. Zabrano go do fabryki i tam wymierzono karę. Dwadzieścia pięć razów żelaznym prętem po pośladkach. Bolało, ale ból koiła myśl, że przeżył. Sen na plecach był niemożliwy przez dwa tygodnie, a wszystkie swoje obowiązki zawodowe wykonywał na stojąco.
Ale też i w tym czasie było wielu pacjentów, nawet dyrektor fabryki korzystał z usług. Zdarzali się nawet esesmani. Pamięta szczególnie jednego, wysokiego na sześć stóp, postawnego, wzbudzającego uczucie strachu olbrzyma. Popatrzył na Dawida i powiedział, mam na plecach wrzody, wylecz mnie. Udało się je wyczyścić. Niemiec wstał jakby lżejszy i powiedział, że czuje się o wiele lepiej. Wyciągnął paczkę papierosów, wysunął jednego i upuścił na podłogę. To dla ciebie za to, że mi pomogłeś, powiedział.
Co wieczór odbywały się apele na wielkim placu obozowym. Mieszkańcy każdego baraku stali osobno. Komendant dokonywał przeglądu dosiadając konia. Pilnujący Ukraińcy nie szczędzili razów. Niemożliwym było, aby po apelu nie zostawał ktoś na placu, kim trzeba było zająć się w ambulatorium. To była norma dzienna. Ale jeśli miało miejsce jakieś nadzwyczajne wydarzenie, wtedy trzeba było się modlić o przeżycie. Tak było, kiedy z obozu uciekło czterech Żydów, wykorzystując latrynę usytuowaną tuż przy ogrodzeniu. I bicie, strzelanie i wielogodzinne apele. Niemcy wpadli też do ambulatorium i zaczęły się razy kolbą karabinu i oskarżenia o pomoc zbiegom. Leżący na podłodze Dawid, czujący smak swojej krwi był przygotowany na koniec. I jeszcze raz kopniak w plecy i uderzenie kolbą
w głowę i wreszcie koniec, po kilku słowach jakie do ucha bijącego szeregowca powiedział oficer SS. Żołnierz odstąpił, potem obaj wyszli, zostawiając skulonego z bólu i strachu Dawida, ale wciąż przy życiu. Znów się udało.
Zaczęto do obozu przywozić nowych więźniów, w tym też kobiety. W jednym z transportów z Hrubieszowa przybyła przyszła żona Dawida, Helena First. Tu się poznali, tu w obozie w Budzyniu. I od samego początku nie było to tylko chwilowe zauroczenie. Krótkie chwile obozowych spotkań, w pośpiechu wymieniane spojrzenia zaowocowały gorącym uczuciem, które przetrwało wszystko.
Wczesną zimą jeszcze w 1943 roku zmieniono kategorię obozu z obozu pracy na obóz koncentracyjny. Skończyły się kontakty z Polakami, trzeba było zadowolić się obozowymi racjami żywnościowymi. Nawet zmieniono ubrania na typowe obozowe pasiaki.

Przystanek Mielec

Było to w lutym 1944 roku, kiedy dowództwo obozu pracy w Mielcu zażądało lekarzy. Dawid zgłosił się bez namysłu. Lepiej było wyrwać się z obozu koncentracyjnego, w którym liczyć można było tylko na śmierć. W Mielcu pracowali również Polacy i dzięki nim możliwy był kontakt ze światem zewnętrznym. Praca nie byłą ciężka, choć wymagająca. Ale po pewnym czasie i ten obóz zamieniono na koncentracyjny. Nadzór nad więźniami stanowili żołnierze z obozu koncentracyjnego w Krakowie Płaszowie. Dowódcą był człowiek o nazwisku Schwarberger, któremu nie można było zarzucić nic oprócz okrucieństwa i morderczych skłonności. Dobrze wykonywał swoje obowiązki jako oprawca.
W obozie Żydzi pracowali razem z Polakami i z tym faktem związana była możliwość ucieczek. Niemcy spostrzegli tę sposobność i prewencyjnie poznaczyli wszystkich znakami wytatuowanymi na skórze w formie liter KL, co miało oznaczać konzentrationslager. Oznakowanie u większości było widoczne z daleka, bowiem miało nawet kilka cali. Dawidowi udało się wyprosić znacznie mniejszy, a to dzięki temu, że wykonywał go żołnierz, którego wcześniej leczył na jakieś dolegliwości weneryczne.

Na zachód

Rosjanie byli coraz bliżej. Zamknięto obóz w Mielcu i wszystkich wysłano do Wieliczki. Tam była jeszcze jedna fabryka Heinkla. Po krótkim pobycie znów przeprowadzka. Tym razem stacją docelową był obóz zagłady Flossenbürg w południowych Niemczech. Znajdowało się tam wówczas około czterdziestu tysięcy ludzi. Zmienił się też charakter pracy. Tym razem nie potrzeba było już lekarzy, nie potrzeba certyfikatów do tego, aby być zmuszonym do wycieńczającej pracy przy przenoszeniu kamieni. Pracowano całe dnie.
Pewnego dnia jednak podczas pracy usłyszał wołanie po imieniu i z nazwiska: Dawid, Dawid Jakubowski. Nazwisko uświadomiło mu, że wołanie skierowane jest do niego. Spojrzał w górę. Stał nad nim człowiek, który wydał się znajomy. Później okazało się, że to Goldberg, lekarz, z którym pracował w szpitalu na Czystem w Warszawie. Tu był głównym lekarzem obozu. Znów uśmiech losu. Zabrano Dawida do pracy lekarskiej.
Oprócz drastycznie złych warunków życia, najbardziej w pamięci utkwiły apele. Szczególnie te zimowe w lutym 1944, przy kilkudziesięciostopniowym mrozie. Zdarzyło się kiedyś, że Niemcy nie mogli doliczyć się jednego więźnia. Było bicie i krzyki. Po apelu pozostało czterdzieści trupów. A niedoszłym uciekinierem był młody chłopak, który nie miał siły wstać, pozostał na koi i nie udał się na apel. Znaleźli go i natychmiast zamordowali.

Hersbruck i przepowiednie rabina

A front się zbliżał, tym razem od zachodu nadciągali Amerykanie. Więźniów obozu, którzy byli jeszcze zdolni do jakiejkolwiek pracy zapędzono do kopania rowów przeciwczołgowych. A kanonadę amerykańskiej artylerii już było słychać, a czasami trzeba było pracować pod jej ogniem. Wszyscy mieli świadomość, że to jest zapowiedź końca koszmaru, a jednocześnie strach wśród więźniów panował jeszcze większy, bo żaden nie chciał umierać na chwilę przed uwolnieniem. Nadzieja stała się więc dodatkowym cierpieniem, bo wcześniej każdy przygotowany był na śmierć, a teraz jeszcze musiał myśleć o przeżyciu.
W tym czasie Goldberg zakomunikował, że ma zamiar wysłać Dawida do miejscowości Hersbruck, dla organizacji szpitala. A Niemcy zaplanowali, że zanim przyjdą do Flossenbürg Amerykanie, to całe trzydzieści pięć tysięcy więźniów ma być uśmierconych. I tak z początkiem stycznia 1945, Dawid w grupie kilkuset osób został wysłany do Hersbruck. Wyładowano ich w całkiem pustym obozie, w którym swego czasu były koszary SS.
Otrzymał duży budynek, w którym miał zorganizować szpital dla pięćdziesięciu osób. Nareszcie było dostatek miejsca, nawet dla siebie. Po dwóch tygodniach przysłano kolejnych lekarzy. Wśród nich był kapo z Flossenbürga, Ukrainiec, przyjaciel jeszcze ze studiów w Krakowie.
Jeszcze w styczniu do Dawida przybyła grupa Żydów z wiadomością, że jest wśród nich umierający rabin Robert Shapiro z Warszawy. Z nim mieszkał w tym samym domu a potem trafili nawet do tego samego obozu w Budzyniu. Rabin uczył Dawida hebrajskiego. Przeniesiono Rabina do szpitala. Leczono go prawie trzy miesiące. Niemcy zapytywali z coraz większą niecierpliwością, dlaczego leczony jest tak długo. Po tym czasie, kiedy doszedł już do zdrowia pozwolono mu odejść. Widywany był często z małą książeczką -humasz- pogrążony w modlitwie.
Było to w święta Pesach. Rabin pojawił się w szpitalu w wieczór sederowy i wyrecytował spory wyjątek z Hagady. Zapytany, czy chce coś zjeść, choćby kawałek chleba. Odmówił, bo tak nakazywała tradycja . Kiedy powiedziano mu, że umrze jeszcze w tym tygodniu, kiedy nie będzie jadł. On wniósł oczy w niebo i rzekł, że wszystko zależy od wszechmogącego. Tu Dawid załamał ręce w obliczu nieskuteczności swoich przekonywań. Ale pomyślał, aby udać się z tą sprawą do znajomego Ukraińca. Ten pomyślał i doszedł do bardzo prostego rozwiązania zamienił chleb na ziemniaka, a ten nie był już zakazany. Rabin zjadł, i tak to, uratowano mu życie. Niby przypadkiem rabin wtedy powiedział, że następny seder przeżyją już wolni. Dawid uśmiechnął się, bo wiedział, że obóz będzie niedługo likwidowany. Ale on powtórzył swoją przepowiednię i dodał: „jeśli ja, rabin Shapiro to mówię, to przeżyjemy” Było to około połowy kwietnia, kiedy Amerykanie byli już tuż tuż.

Droga do wolności

Więźniowie zajmowali się kopaniem zapór przeciwczołgowych, kiedy przyszedł rozkaz, aby przetransportować ich
z Hersbruck do Dachau. Zarządzono wymarsz. Do przejścia było kilkaset kilometrów. O dziwo oficer dowodzący był człowiekiem. Był człowiekiem, to brzmi banalnie, ale wtedy ktoś w mundurze niemieckim, kto nie pozwalał dobijać więźniów, którzy nie nadążali i na dodatek znajdował dla nich transport w postaci wozów konnych na takie miano zasługiwał. Coś takiego jeszcze nigdy się nie zdarzyło. To pewnie nie cud, tylko perspektywa zbliżającej się klęski Niemiec obudziła tę odrobinę człowieczeństwa, przez lata skrzętnie ukrywaną pod mundurem. Na to pytanie nikt nie znalazł odpowiedzi.
Po kilku dniach kolumna więźniów dotarła do miejscowości Hohenfelds na południe od Regensburga. Wtedy dowódca rozkazał, aby Dawid został tu z chorymi ludźmi. I tak się stało. Wszystkich przeniesiono do stodoły i tu mieli czekać na Amerykanów. Na początku było z nimi dziesięciu żołnierzy niemieckich, ale ci szybko uciekli, przebierając się wcześniej w cywilne ubrania. Później spotkać ich można było w wiosce, ale już jako cywili. Więźniowie choć chorzy poczuli się wolni, choć wciąż jeszcze w obozowych pasiakach. Trzeba było jednak pomyśleć o przeżyciu, dlatego Dawid wybrał się do miasta, aby uzyskać jakąś pomoc.
Wszedł do najbliższego sklepu i zauważył chleb, zażądał chleba i otrzymał. Pasiak jego obozowego ubrania robił na Niemcach wrażenie. Bano się go? A może bano się nadchodzących Amerykanów. Poprosił o kilka innych rzeczy
i wypełniono bez szemrania jego żądanie. Miał odwagę stawiać warunki i żądania po czterech latach niewoli
i upokorzenia.
Zdobyty prowiant dostarczył chorym. Ci jedli łapczywie, bo w końcu to był ich pierwszy normalny posiłek od lat. Niektórzy nawet się przejedli i powstał później problem leczenia z przejedzenia. Zdarzyły się też przypadki śmiertelne.

Wolność o smaku czekolady

Nad głowami co chwilę przelatywały amerykańskie samoloty. Więźniów już nikt nie pilnował.
Pewnego dnia zza muru budynku dał się słyszeć odgłos zbliżających się pojazdów gąsienicowych . Pomyślano, że to wracają Niemcy. Dawid wyjrzał zza węgła i ukazał mu się widok niezwykły. Zbliżał się łazik z białą gwiazdą i czarnym kierowcą za kierownicą. To nie mógł być Niemiec. Jednak Dawid uciekł przed nadjeżdżającymi, a oni podążyli za nim. Zatrzymali go, otoczyli przerażonego, a jeden z nich wyciągnął rękę z paczką papierosów w geście poczęstunku. Przerażenie ustąpiło uldze. Tym razem nikt nie chciał go zabić. Amerykanie byli przygotowani na pokojowe spotkanie z cywilami. Mieli bardzo skuteczne narzędzie mediacyjne, jakim była czekolada i papierosy Lucky Strike, które rozdawali przy pierwszym spotkaniu. To wzbudzało zaufanie. Było to w końcu kwietnia 1945 roku.
Amerykanie poznawszy sytuację byłych więźniów przyszli z konkretną pomocą. Za pośrednictwem dowódcy oddziału majora Robertsona przydzielono dla chorych dwa domy. Znalazło się jedzenie i lekarstwa. Nawet transport
w nowe miejsce odbył się ambulansem.

Po burzy

Wojna jeszcze trwała, kiedy z miasteczka Hohenfeld przeniesiono chorych do baraków po SS. Zorganizowano tam szpital. A chorych ciągle przybywało. Brak instrumentów i medykamentów skutecznie utrudniały pracę. Wtedy pojawił kapitan amerykański nazwiskiem Przybył, Polak z pochodzenia osiadły w Chicago. Świetnie mówił po polsku, więc nie było problemów z porozumieniem. Zabrał Dawida do burmistrza miasteczka. Tam Dawid przedstawił się słowami: wiesz kim jestem, jestem Żydem, zabiliście mi ojca, matkę, siostrę. To wywarło na Niemcu piorunujące wrażenie. Spuścił oczy i nie sprzeciwiał się żądaniom Żyda, który był teraz górą. Jego odpowiedź wyrażona szybko i z zakłopotaniem zabrzmiała: będziesz miał wszystko, czego tylko chcesz. Po godzinie na rynku stał cały wóz z potrzebnymi towarami, nawet płótnem na pościel.
Takie załatwienie sprawy uświadomiło Dawidowi, że teraz jednak dużo może. I żądał od Niemców coraz więcej dla swoich pacjentów. Do dowództwa zaczęły napływać doniesienia o nie całkiem legalnej działalności Dawida. Było to tydzień po wizycie u burmistrza, kiedy znów zjawił się znajomy kapitan z zarzutem o zbytnie wykorzystywanie Niemców. Zabrano go do dowódcy wojsk. Ten zaczął mówić o demokracji, wolności. To wzburzyło Dawida, bo nie mógł sobie wytłumaczyć, jak morderców, zbrodniarzy można uczyć demokracji. Tak silna była u niego trauma doświadczeń obozowych, że nie stać go było na litość, Zapomniał, że coś takiego istnieje.
Amerykanin zakłopotany odpowiedzią ugodowo poprosił, aby tylko do niego zwracać się po pomoc, a Niemców zostawić w spokoju. I tak też się stało.
Kilka tygodni później, szpital wraz z chorymi przeniesiono do miejscowości Amburg. Pięknego średniowiecznego miasteczka, zupełnie nienaruszonego nalotami. Tam Dawid został dyrektorem szpitala dla więźniów obozów koncentracyjnych i jeńców wojennych. Już wtedy odnalazł kontakt ze środowiskami żydowskimi, bywał u niego rabin. Rozpoczął poszukiwania swojej dziewczyny, którą poznał jeszcze w obozie w Budzyniu. Odnalazł ją, była więźniarką obozu koncentracyjnego w Bergen Belzen. Wzięli ślub w sierpniu 1946 roku.
W tym samym czasie współpracował już z UNRRA- międzynarodową organizacją niosącą pomoc regionom dotkniętym wojną. Jego praca polegała na kontroli zaopatrzenia i opieki medycznej w podległych obozach. A było wtedy co robić. Chorych było mnóstwo, rozwijało się wiele chorób związanych z wojną i złymi warunkami życia, szczególnie gruźlica. Ale warunki leczenia poprawiały się. Udało się zdobyć nawet rentgen, zabrany Niemcom.
Następnym miastem, gdzie pracował był Regensburg. Było to w latach 1946-49. Powstał tu szpital, prowadzony przez organizacje Żydów palestyńskich.
Niemcy, z którymi przyszło mu mieć styczność, niechętnie mówili o zbrodniach faszyzmu. Najczęściej wykręcali się stwierdzeniem, że oni przecież nic nie wiedzieli. Choć całkiem blisko, w Hersbruck był obóz koncentracyjny. Niektórzy przyznawali o prawdzie zbrodni, ale zaraz odpowiadali pytaniem, a co mieli zrobić. I właściwie można by samemu sobie zadać pytanie, co mieli zrobić wobec terroru, kiedy sprzeciw oznaczał podzielenie losu więźniów, albo nawet śmierć. Tak myślało wielu, ale jeszcze więcej podchodziło do kwestii eksterminacji innych narodów z aprobatą, a to wszystko dla wielkości III Rzeszy.

Za ocean

W roku 1949 udało się zdobyć wizę amerykańską. Nie myślał o powrocie do Polski, bo nikt tam już nie został z rodziny. Ameryka niedotknięta wojną dawała perspektywy spokojnego życia. Więc tam wyjechał z żoną w 1949 roku.
Największym problemem w Ameryce była nieznajomość angielskiego. Po trzech miesiącach dzięki pomocy żony i nauce podczas oglądaniu westernów poznał tajniki języka. Rok przebywali na Cony Island w dzielnicy Brooklyn Nowego Jorku. Tam też pracował.
Latem 1950 otrzymał posadę w szpitalu dla chorych na gruźlicę w miejscowości Sounds Mountain. Nadal trwało dopasowywanie się do nowych warunków życia. Aby otrzymać licencję na wykonywanie zawodu trzeba było zdać egzamin i to jeszcze po angielsku. Udało się. Miał tylko jeden błąd. Nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, jaką liczbę przypadków syfilisu odnotowano w stanie Nowy Jork w bieżącym roku.

Tu będzie nasz dom

Przyszedł czas na usamodzielnienie się. Po namowie przyjaciela z Nowego Jorku, a przy energicznym sprzeciwie obecnego szefa postanowił wyjechać do miejscowości Copenhagen i tam otworzył prywatną praktykę, mimo że znajomość języka i ludzi nie była perfekcyjna. Spędził tu kolejne dwa lata, aby w 1959 roku wyjechać do miejscowości Syracuse i tam już osiedlić się na stałe. Utrzymanie rodzinie miała zapewnić prywatna praktyka lekarska. A rodzina w tym czasie się powiększyła. W lipcu 1953 roku przyszła na świat córka Ruth, a w październiku 1957 roku Steven, oboje jeszcze w Copenhagen.
W 1984 Dawid odszedł na emeryturę w wieku siedemdziesięciu trzech lat. Na zakończenie kariery powiedział: medycyna to moje życie.
Dziś pamięć po lekarzu skazanych na śmierć kultywują także dwaj synowie Ruth, z których Ken studiuje w Bostonie, a Benjamin w Izraelu. Syn Steven wraz z rodziną żyje w Chicago. Najstarszy syn Stevena Aleksander otrzymał imię nawiązujące do miejsca pochodzenia dziadka. Jeden z pary bliźniaków nosi po dziadku imię David,
a drugiego zwą Zachary. Koniec listy potomków zajmuje wnuczka Rachela, również córka Stevena.
Dawid Jakubowski odszedł 5 grudnia 1997 roku, pozostawił po sobie masę wspomnień, a wśród nich, to o Aleksandrowie Kujawskim, którego już nie tylko z jednego człowieka, ale z pamięci potomków wyrwać nie sposób.

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: