Uncategorized

Żydowski architekt: Pracowałem w Paryżu, śniłem o Wrocławiu

Nadeslal Slawek Ron

reunion 69 .1

  • Lev Stern i Monika Braun

Projektowałem wytworne rezydencje i umieszczałem w nich pęknięte łuki i nadłamane bramy. Jak wrocławskie ruiny, w których spędziłem dzieciństwo. Mieszkałem w Hajfie, Jerozolimie i Paryżu, ale co noc śniło mi się, że siedzę z ojcem na jazie Szczytnickim. Musiałem wrócić do Wrocławia

– Im eszkachech jeruszalajim, tiszahach jamini… jeśli zapomnę cię Jeruzalem, niech uschnie moja prawica, mówią nowożeńcy podczas ceremonii ślubnej. Żydzi tęsknią do Jerozolimy i ufają, że wrócą tam wraz z przyjściem Mesjasza. Ta wiara łączy społeczność rozsypaną po całym świecie – opowiada Lev Stern, architekt, rzeźbiarz, malarz, wrocławianin. – Ale ja tęskniłem do Wrocławia. To była moja Jerozolima. Ja, Izraelczyk, niemal całe świadome życie pragnąłem opuścić jasne mury świętego miasta i znaleźć się wśród ceglanych, poniemieckich ścian.

Wrocław i Lev Stern spotkali się po raz pierwszy w 1948 roku. Lev miał trzy lata, gdy wielka fala dwudziestowiecznej wędrówki ludów, która niosła najpierw jego rodziców i brata, a potem i jego, z Krzemieńca przez miasta Jenkijewo w obwodzie donieckim, w głąb Rosji, do Moskwy, wyrzuciła go w Polsce. Na brzegu zrujnowanego, obcego miasta.

– Obcego? Ja się tu narodziłem, Wrocław stworzył mnie jako człowieka – protestuje Lev Stern. – Zrujnowanego? Te ruiny ukształtowały moją wyobraźnię artystyczną. Myszkowaliśmy z kolegami w podziemnych tunelach, zbudowanych z połączonych piwnic, przedzieraliśmy się przez wąwozy i góry gruzów, urządzaliśmy kryjówki w na pół rozłupanych mieszkaniach. Nie miałem poczucia, że miasto padło ofiarą straszliwego kataklizmu, że za tymi gruzami stoi śmierć, mimo że znajdowałem szkielety niemieckich żołnierzy. Z ulicy Szczytnickiej przechodziłem podziemiami w pobliże katedry. To była cudowna przygoda.

Dla małego chłopca gruzy były żywym organizmem. Widział, jak rodzi się z nich miasto: pączkował system tras komunikacyjnych w ruinach, wokół kilku dziur w ziemi rozrastały się targowiska, w prowizorycznych bramach powstawały knajpki. Jedną z atrakcji powrotów ze szkoły, która mieściła się w ceglanym budynku przy ul. Reja, było podglądanie przekupek, które lej po bombie zamieniły w polową łazienkę.

Szczytnicka i Horst

Wrocławski adres Sternów to Szczytnicka 50/51, z knajpą na dole.

– Na klatce schodowej zawsze unosił się zapach wódki i spalonego oleju, a po kątach leżeli pijacy. Naszą żydowską rodzinę zakwaterowano w mieszkaniu niemieckiego, starszego małżeństwa. Państwo Kavelke zajęli jeden pokój, do którego wtłoczyli cały swój dobytek. Herr Kavelke zawsze się uśmiechał do mnie i mówił „Guten Morgen”, kiedy spotykaliśmy się pod drzwiami łazienki – opowiada Lev Stern. – Chcieliśmy czy nie, byliśmy zmuszeni razem organizować codzienne życie. Herr Kavelke był odpowiedzialny za papier toaletowy w naszej wspólnej ubikacji. Z pedantyczną dokładnością ciął płachty codziennych gazet na kwadraty, składał w pół i budował z nich misterne pryzmy. To było tak precyzyjnie zrobione, że chyba właśnie wtedy zrozumiałem, co znaczy określenie „niemiecki porządek”.

Najdziwniejszym miejscem w mieszkaniu był wielki korytarz, w którym stało sześć fortepianów. Nie wiadomo czyich. Nikt na nich nie grał, nikt nie próbował ich sprzedać. Dobre miejsce dla małego chłopca, który wczołgiwał się pod potężną piramidę z instrumentów, żeby oglądać bogato ilustrowane niemieckie książki. A w nich księżniczki, demony i czarownice żyjące w fantastycznych gruzach. Ruiny na obrazkach przypominały to, co widział dookoła domu. Miejsca zabaw z Horstem i Dietrichem.

– Horst był w moim wieku, Dietrich w wieku mojego brata Siewki (właściwie Seweryna albo po żydowsku Szewacha), mieszkali piętro wyżej. Mówili dobrze po polsku. To, że byli Niemcami, nie miało dla nas najmniejszego znaczenia. Całe popołudnia spędzałem z Horstem. To był najlepszy przyjaciel. Włóczyliśmy się po kamiennej dżungli, szukając skarbów, a znajdując starą broń. Nie mieliśmy poczucia zagrożenia, choć wielu kolegów zginęło od eksplozji niewybuchów lub pod ścianami osuwających się kamienic.

Podwórkowe zabawy kończyły się o zmroku, gdy rodzice wracali z pracy. Z okien rozlegały się wołania: – Horst, komm zu Hause! i „Siewka, Lowka, do domu!”

– Horst i Dietrich wyjechali w 1955 roku. Niemal z dnia na dzień, do NRD. Została mi wspólna fotografia. Stoimy z Horstem przytuleni, on ubrany w skórzane, bawarskie spodenki na szelkach i wysokie skarpety. W kontekście towarzyszących mi przez całe życie rozważań o Szoah, cała ta historia wydaje się niewiarygodna. A jednak się zdarzyła.

Jerozolima i Aldona

Cztery lata po wyjeździe Horsta Lev usłyszał od rodziców: wyjeżdżamy do Izraela. Nagle, bez przygotowania, bez znieczulenia. Trzy tygodnie na pożegnanie. Takie na zawsze. Dworzec Główny, Morze Śródziemne, port w Hajfie. 50 stopni Celsjusza, jaskrawe światło wypalające kolory i ból za utraconym miastem.

– Miałem prawie 15 lat i to przerwanie życia w Polsce było najbardziej dramatycznym wydarzeniem do dnia dzisiejszego. Gdyby dorośli wytłumaczyli mi, że coś się może w przyszłości odmienić, że mogę jeszcze kiedyś wrócić, może proces ponownego zakorzeniania się nie byłby taki bolesny. Kursy językowe, praca dla rodziców, szkoły dla mnie i brata, wszystko za darmo, emigracja de luxe. Ale ja nie byłem częścią tego świata, choć udało mi się zbudować nowe życie. Dobre, ciekawe, szczęśliwe. Skończyłem studia architektoniczne w Hajfie, otworzyłem wcześnie własne biuro projektowe. Od Polski byłem totalnie odłączony, rzadko słyszałem o tym, co się tam dzieje, może tylko rok 1968 jakoś się wyraźniej zaznaczył. Wrocław wciąż jednak był ze mną, choć zepchnięty w jakąś głębię – opowiada Lev Stern. – Co noc mi się śniło, że siedzę z ojcem na jazie Szczytnickim, w gęstej trawie. Grałem mazurki Chopina na pianinie Breslau, to mnie uspokajało. Bezwiednie odtwarzałem w moich projektach architektonicznych obrazy Wrocławia.

Pęknięte łuki, kawałki bramy, rozpadające się mury. Rzeźbiarskie formy inspirowane widokiem ruin.

Okrągłe okna. Przypominające to, które zamykało korytarz w ceglanej szkole przy ul. Reja, autorstwa miejskiego radcy budowlanego Richarda Plüddemanna.

Wewnętrzne dziedzińce. Jak w budynku Starej Rejencji, zamienionym na Muzeum Narodowe.

Korytarze. Nie chciały dobrze wychodzić, bo klienci zwykle zamawiali niewielkie mieszkania, w których liczył się każdy centymetr, a Stern czuł, że tylko wielkie korytarze, jak na Szczytnickiej, są piękne i warte projektowania.

Wrocław wylazł na wierzch, gdy Lev Stern spotkał Aldonę, aktorkę Pantomimy Henryka Tomaszewskiego.

– W 1987 roku przyjechała z całym zespołem do Jerozolimy, zobowiązałem się pokazać im miasto. Znowu poczułem łączność z Polską. A kilka miesięcy później przeczytałem w dzienniku „Haaretz”, że Polska daje wizy. Istnieje więc możliwość powrotu. Po prawie 28 latach od dnia, gdy wyruszyliśmy w pięcioro z Dworca Głównego. Niemożliwe. A jednak się zdarzyło.

<podzial_strony>

Monopol i AdamPowrót był euforyczny.Monopol, jedyny hotel zapamiętany z dzieciństwa, zakurzony, z pluszowymi portierami i pretensjami do przedwojennej elegancji. Serwujący wyszukane uczty, które kosztowały nie więcej niż pięć dolarów.Piwnica Świdnicka. Kłęby dymu tytoniowego i tłum pijanych ludzi. Gruby Staszek, który upierał się, że służyli razem w wojsku w ’73 roku, w Małopolsce. Kotlet schabowy na lepkim od brudu stoliku. Pyszny.Park przed Muzeum Narodowym. Tak samo piękny, choć z trochę dziwnym, betonowym budynkiem.Most Grunwaldzki, dzieło sztuki najwyższej klasy. Chyba tylko Hala Stulecia (wtedy jeszcze Ludowa) mogła z nim konkurować.I Odra, zakryta przez lata pustynnym krajobrazem, ale wciąż taka sama.

– Ale za mostem wszystko się zmieniło. Nie było drogi prowadzącej między garażami przez rozległe gruzowisko, były za to zaskakująco wielkie domy mieszkalne z owalnymi balkonami. Modernizm lat 60., rażący, niepasujący do tego miejsca. Podziurawione kolumny, wetknięte w gruzowisko – wspomina Lev Stern.

Dom przy Szczytnickiej też się zmienił. Niby taki sam, ale bardziej brudny, rozpadający się. Rzeźbioną poręcz z drewna zamieniono na byle jakie, rdzewiejące żelazo, podwóreczko porośnięte roślinnością zamieniło się w klepisko, murki ktoś rozwalił, ławki znikły – opowiada Lev Stern.

Czy ta brzydota odstręczała? Nie. Radość z powrotu była większa. A poza tym Wrocław wciąż miał tego samego ducha.

Potem kilkudniowy wyjazd w Góry Sowie, z Aldoną i jej koleżanką. – Byłem sensacją w schronisku, jeden z pierwszych Izraelczyków, którzy przyjechali do Polski. Opowiadałem o pomarańczach, upale, życiu w kibucu i dlaczego w szabat nie można nic kupić. Do słuchających przysiadł się postawny blondyn. Powiedział, że ma chałupę koło schroniska, widział nas, jak przechodziliśmy, zaprosił do siebie. Poznać tubylca, bezcenne – wspomina Stern.

Tubylec ugotował ziemniaki, usmażył kiełbasę, postawił wódkę. Mówił z chłopskim akcentem, o gospodarstwie, dziewczyny się z niego podśmiewały, ale jedzenie było dobre. Zaproponował nocleg.

– Dziewczyny poszły spać i zaraz wróciły. Z kopertą, na której wypisano: Dr Adam Heimrath, Politechnika Wrocławska. Mistyfikacja się wydała. Zostaliśmy przy niedokończonej butelce, rozmawialiśmy do późnej nocy. W pewnej chwili Adam powiedział: „Mój dziadek jest pochowany na cmentarzu w Holonie.” Holon? Gdzie to w Polsce jest? Holon. Po południowej stronie Tel Awiwu. Spotykam w Górach Sowich najbardziej polskiego Polaka, chłopa z krwi i kości, ucieleśnienie tęsknoty za krainą dzieciństwa. A on okazuje się naukowcem z Wrocławia, który ma dziadka pochowanego w Izraelu – mówi Lev Stern. Niemożliwe. Ale tak było.

Biskupin i Monika

Kiedy już wrócił do Wrocławia, nie mógł go znów porzucić. Przyjeżdżał po kilka razy w roku, trzy lata temu postanowił, że zostaje na zawsze. – To jest moje miejsce, przynależę do niego. Moja mała ojczyzna. Nie mogę żyć z dala od niej. Może gdyby Wrocław pozostał taki, jak w latach 80., nie zdecydowałbym się na ten powrót. Ale ja jestem szczęściarzem – twierdzi Lev Stern. – To miasto jest idealne, ani za duże, ani za małe. Ma wspaniałą architekturę, szczególnie modernizm z okresu międzywojennego. I Odrę. Kto nie żył na pustyni, nie widział skał wypalonych słońcem, nigdy nie zrozumie, jakim darem dla miasta jest ta rzeka – opowiada Stern. – Co mi się najbardziej podoba? Wszystko.

* Biskupin, na którym mieszka wielu moich przyjaciół.

* Ulica Norwida z kamienicami zbudowanymi ponad sto lat temu, dawna Hansastrasse, przechowująca pamięć o pierwszych mieszkańcach breslauerskiej zamożnej inteligencji. Wprowadziłem się tu przed dwoma miesiącami.

* Dworzec Główny, tak pięknie odrestaurowany.

* Bunkier przy pl. Strzegomskim, zamieniony w muzeum sztuki współczesnej.

* Capitol, godny klasy architektonicznej modernistycznego Wrocławia.

* Narodowe Forum Muzyki. W budowie, ale nic nie szkodzi, poczekamy.

Bo Sternowi nic we Wrocławiu nie szkodzi. Wszystko jest wspaniałe, ludzie są cudowni. Komunikacja? Chodzi piechotą. Koło mostu Grunwaldzkiego, od strony Wybrzeża Wyspiańskiego, jest skwerek z fontanną, lubi tam posiedzieć. Urzędy? Raczej omija, ale drobne uciążliwości dodają życiu smaku. – Przepraszam, wiem, że jako artysta powinienem być krytyczny. Pewnie uważa pani, że jestem jako świadek niewiarygodny – mówi.

– Lev zauważa tylko to, co szczęściodajne – żartuje Monika Braun, aktorka i nauczycielka technik aktorskich z tytułem doktora, talentem pisarskim i pasją do badania zachowań ludzi. Zna Sterna od ośmiu lat. Wiele ich dzieli. Narodowość, tradycja religijna, w której się wychowali, język przodków, przyczyny dla których od wielu pokoleń odbywali oni swoje bolesne, historyczne peregrynacje.

– Tradycja Lva wydaje się bardzo liberalna, a ja wyrosłam z narodowo-katolickiej, choć się z nią nie identyfikuję. Dla mojej rodziny komunizm był niewyobrażalnym złem. Dziadek siedział w więzieniu sześć lat, jego brat dziesięć, w tym rok w celi śmierci. Rodzice byli „wrogami ludu”, którym odmawiano nawet prawa do nauki. Dla rodziny Lva komunizm oznaczał ocalenie. A przynajmniej zapewniał w miarę spokojne życie. Po Holocauście wszystko było wybawieniem. Podczas rozmów z nim po raz pierwszy tak jasno zobaczyłam, że nie ma jednej prawdy, że to samo zjawisko można widzieć skrajnie inaczej – opowiada Monika Braun.

Ale wiele ją też z Lvem łączy. Ciągła wędrówka i brak poczucia przynależności do jakiegoś miejsca na ziemi, jako córka reżysera teatralnego ciągle była w drodze. Artystyczny zawód. Upodobania do biografii i ceglanych murów. No i Wrocław.

– Poznaliśmy się we Wrocławiu, bo nasze rodziny zostały zmuszone przez historię do wędrówki, która nic nie miała z turystyki. Osadzone w krainie, której „nie wybierały, która została im dana – mówi Monika Braun. Oboje jednak ostatecznie wybrali Wrocław.

Stworzyli też wspólnie książkę, która w poniedziałek trafi do księgarń: „Wrocław. Jerozolima. Wrocław”. Wysmakowaną literacko opowieść o zdarzeniach, obrazach, emocjach człowieka wciągniętego w tryby historii. Rozdartego między życiem, które wiódł, a które chciał wieść. A jednocześnie będącą cennym dokumentem życia żydowskiej społeczności w powojennym Wrocławiu.

Żydzi we Wrocławiu
Śląsk stał się po wojnie dużym skupiskiem uratowanych z Holocaustu polskich Żydów, zwalnianych z hitlerowskich obozów, napływających z terenów włączonych do ZSRR, planujących emigrację. Pod koniec 1946 roku było ich we Wrocławiu ok. 20 tysięcy, ponad 10 proc. mieszkańców miasta, na Dolnym Śląsku ok. 90 tys. „W zrujnowanym mieście odnaleźli, dosłownie i metaforycznie, swój nowy dom oraz miejsca, które służyły ich współwyznawcom aż do 1944 roku, kiedy to przestało istnieć jedno z największych skupisk niemieckich Żydów” – pisze dr Maciej Łagiewski, dyrektor Muzeum Miejskiego.
W całym mieście powstawały sklepy, zakłady i restauracje prowadzone przez żydowskich właścicieli, zakładano partie polityczne, otwierano szkoły. Wychodziła gazeta w języku jidysz „Niderszlezje”, zorganizowano wrocławski Teatr Żydowski. Wrocławskim centrum żydowskiego życia stała się, podobnie jak przed wojną, ul. Włodkowica, z synagogą Pod Białym Bocianem.
Powstanie państwa Izrael w 1948 roku skłoniło wielu osadników żydowskich do wyjazdu, ale we Wrocławiu nadal mieszkało ponad 10 tys. Żydów. Pod koniec lat 50. ich liczba spadła do ok. 4 tys.

** W poniedziałek 2 czerwca  o godz. 17 w Muzeum Narodowym we Wrocławiu odbyla się promocja książki Lva Sterna i Moniki Braun „Wrocław Jerozolima Wrocław” oraz wernisaż instalacji Lva Sterna „Powracający”. 

 

Kategorie: Uncategorized

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.