„JUREK, TY JESTEŚ ŻYDEM. ALE NIE MARTW SIĘ”.

URI ORLEV, WYBITNY IZRAELSKI PISARZ, OPOWIADA O SWOIM BOGATYM I TRAGICZNYM ŻYCIU

 

 


 

Orlev przyjechał na Śląsk po raz pierwszy i od razu znalazł wielu przyjaciół. Podczas spotkań z dziećmi i dorosłymi opowiadał o swoim bogatym i tragicznym życiu, ale nie była to opowieść pełna goryczy czy smutku. Bo Orlev założył, i nigdy od tego nie odstępuje, że jego wizja wojny, z perspektywy dziecka, będzie najlepsza.

W Gliwicach spędził tydzień (między 20 a 26 września), a gościł na zaproszenie Domu Pamięci Żydów Górnośląskich, filii Muzeum w Gliwicach, który podczas kreatywnych warsztatów przygotował spektakl „Są dzieci skórzane, są dzieci wełniane”, będący adaptacją głośnej bajki Orleva – „Babcia robi na drutach”. Podczas zajęć i prób Orlev interesował się tym, co robią dzieci i wyłonione w castingu babcie. Po premierze był niezwykle wzruszony i zauroczony dziecięcą wyobraźnią. A zapytany, jak odbiera miasto, odparł, że widział je jedynie przez samochodową szybę, bo nie może już chodzić. – Ale macie tu bardzo dużo świetnie zachowanych niemieckich i żydowskich kamienic – dodał.

Uri Orlev (Jerzy Orłowski) to izraelski prozaik, autor książek dla dzieci i tłumacz. Urodził się w Warszawie w 1931 roku. Podczas II wojny światowej został przesiedlony wraz z rodziną do getta warszawskiego. Po zakończeniu wojny wyemigrował do Palestyny. W 1962 przeprowadził się do Jerozolimy, gdzie mieszka do dziś. Jako pisarz zadebiutował w 1956 roku. Jest autorem ponad trzydziestu książek, które przetłumaczono na 38 języków. Opowiadanie „Babcia robi na drutach” napisał w 1980. Przetłumaczono je na wiele języków, w 2009 roku na polski. Orlev jest m.in. laureatem Nagrody im. Janusza Korczaka oraz Nagrody im. Hansa Christiana Andersena.

Skąd się wzięła babcia, która robi na drutach?

Nie wymyśliłem tego, to autentyczna historia. W moim domu, w Jerozolimie, obiadową porą ucinam sobie drzemkę. I któregoś dnia z kuchni usłyszałem rozmowę żony z koleżanką. „Gabi, co ty tyle robisz na drutach”, pytała ją żona. A Gabi na to: „Teraz firanki. Ale mam więcej włóczkowych wyrobów”. Tak narodziło się to opowiadanie.

Piękna opowieść o tolerancji, którą można różnie interpretować. W spektaklu dzieci zrobiły to dobrze?

Zrobiły to po swojemu, więc sądzę, że dobrze.

Czy po wojnie myślał pan o powrocie do Polski?

Nie, po wojnie nie. Chciałem wrócić, gdy upadnie komunizm. Zrobiłem nawet pierwszy krok: przyjechałem do Warszawy, żeby sprawdzić tłumaczenie mojej książki „Wyspa na ulicy Ptasiej”. A kiedy byłem w rodzinnym mieście, biegłem do naszych dawnych mieszkań i we wszystkie miejsca z dzieciństwa.

Jak wówczas odebrał pan  Warszawę?

Nie pamiętam już dobrze… Stare Miasto wyremontowano i było prawie jak przed wojną. Żolibórz nie zmienił się bardzo, tylko domy się postarzały. Znalazłem nawet jednego przyjaciela z polskich czasów – Mieczysława Świarczewskiego, a pomogła mi w tym książka telefoniczna. Zadzwoniłem do niego. „Mietek, Jurek Orłowski mówi”, tak się przywitałem. Nie uwierzył własnym uszom. Był pewny, że dawno temu mnie i mojego brata zabili w getcie. Spotkaliśmy się na tej samej ulicy, na której widywaliśmy się w młodości. Wyściskaliśmy się i wycałowali! Później pojechał ze mną do jakiegoś lasku niedaleko Warszawy: usiedliśmy wygodnie w krzakach i wysłuchałem jego opowiadania o wojnie. Po powstaniu trafił do obozu, w drodze zmarła mu matka. Ojciec pracował w obozie, nie pamiętam, co tam robił, ale miał Mietkowi załatwić jakieś zajęcie. Jednak mój kolega spodobał się jednemu obozowemu strażnikowi. Bardzo go polubił i w końcu Mietek nie musiał iść do żadnej pracy. Tak przetrwał.

Orłowscy byli Warszawie znaną rodziną, a wasze przedwojenne życie dostatnie. 

Do szóstego roku życia nie wiedziałem, że jestem Żydem. W domu nie mieliśmy nic żydowskiego. Wprawdzie moi rodzicie nie ochrzcili się, bo babcie i dziadkowie byli religijnymi Żydami, ale to nic nie znaczyło. Święta wyprawiały u nas dwie polskie młode dziewczyny – niania Celina i kucharka – więc na Boże Narodzenie mieliśmy choinkę, a na Wielkanoc krasiliśmy jajka. Szliśmy z nimi do kościoła i kładli te kolorowe pisanki na specjalnie przygotowane stoliki, a ksiądz je święcił. Od tego czasu nie znoszę marcepanu, zupełnie nie wiem, dlaczego. Lubię słodycze, a na marcepan reaguję źle. Ożeniłem się z Yaarą, która go kocha i cały czas sobie kupuje, więc muszę cierpieć.

Jak dowiedział się pan, że jest Żydem? 

Calosc TUTAJ

Przyslala Matylda

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: