.Jestem znów Zydem cz 32

 

Szlomo Adler

Książka ta opiera się na moich wspomnieniach. Piszę tylko o tym co sam przeżyłem, widziałem lub słyszałem. Większość imion wspomnianych w tekście jest prawdziwa.

Przez wiele lat odkładałem opisanie moich wspomnień, ponieważ praca nad tym była dla mnie bardzo ciężka, otwierała jeszcze niezabliźnione rany. Po wojnie czułem się jakbym był w koszmarnym śnie.  Często myślałem, że to nie jest jawa, a moje prawdziwe życie zacznie się dopiero wtedy, gdy obudzę się z okrutnego koszmaru, zobaczę moich rodziców, siostrę, krewnych i kolegów.
Na początku próbowałem zbudować nowe życie, pod przybraną polską tożsamością. Przyjąłem polskie maniery, ale komunistyczny reżim w Polsce sprawił, że zostałem aresztowany. Oskarżono mnie o zdradę i faszyzm. Ostatecznie okazało się, że mój areszt korzystnie wpłynął na moje życie. Wróciłem do żydostwa i uciekłem z Polski. Ale nawet po przyjeździe do Izraela, moja depresja nie zniknęła.

Byłem nieszczęśliwy, nie miałem ochoty na budowanie rodziny i nowego pokolenia w tym okrutnym świecie. Nie chciałem, aby i moje dzieci były nieszczęśliwe.  Ale los chciał inaczej.   W 1949 roku, gdy odbywałem służbę wojskową, spotkałem moją wybrankę serca, Ester. Ester przeżyła Holocaust na Syberii, dokąd ja wygnano wraz z rodziną, co uratowało im życie. Ester pragnęła dużej rodziny. Pobraliśmy się i urodziło się nam dwóch synów.


Nieudana próba likwidacji lub akcja, która uratowała mi życie. ( 3 )

Obudziły nas krzyki sióstr Czerwińskich.  Chodziły wokół stogu siana wołając głośno: „Jest tam ktoś? Czy ktoś tam jest?” Nagle usłyszeliśmy pytającego niskim głosem mężczyznę: „Czy jest ktoś na górze?” Potem usłyszeliśmy jedną z sióstr: „Te dwa Żydki próbowały prawdopodobnie wspiąć się na górę, ale nie mieli dość siły”. „Masz rację. Nie widać żadnych śladów” odpowiedział mężczyzna. Zrozumieliśmy, że wspięliśmy się na stóg siana należący do nich.  Odetchnęliśmy z ulgą. 

Myślę, że jest to możliwe, że siostry Czerwińskie zauważyły rozproszone siano wokół jednego słupa już wcześniej rano. Doszły do wniosku, że może to my się tam ukryliśmy. Jest możliwe, że ich sumienie dokuczało im z powodu tego co zrobiły wieczorem.  Może dlatego nie podjęły żadnych kroków, żeby podnieść dach i dokładnie przeszukać siano, ale poprosiły sąsiada, aby był świadkiem jak sprawdzają teren, żeby nikt ich nie podejrzewał, że ukrywają Żydów. W ten sposób siostry miałyby czyste sumienie i świadka dla władz, że nie są odpowiedzialne za nielegalne ukrywanie się kogoś w ich stogu siana. Pragnęliśmy wierzyć w nasze myśli, bo przecież nie wołały: „Żydzi, wynoście się!”, a nawet jedna z sióstr powiedziała: „Tego siana nie było tu wczoraj, ale może się mylę”.

To upewniło nas, że prawdopodobnie nie obchodziło je, jeżeli ukrywa się w sianie ktoś „bez ich wiedzy” tak długo, aż to nie naraża ich na niebezpieczeństwo. Nie wiedzieliśmy, która jest godzina, ale pod słomianym dachem obrogu zrobiło się jaśniej. Mogliśmy trochę się rozejrzeć. Światło dzienne dotarło pod nasz dach. Pomimo, że od około osiemnastu godzin nic nie piliśmy ani nie jedliśmy, poczuliśmy przepełnione pęcherze.  Co zrobić?  Wybraliśmy słup, który był najbardziej oddalony od domu sióstr. W odległości około jednego metra od niego zaczęliśmy „nawadniać” suche siano. Byliśmy bardzo głodni i spragnieni. Nie słyszeliśmy już żadnych strzałów, ale jednocześnie nie wiedzieliśmy co się dzieje więc zdecydowaliśmy się leżeć cicho aż do zmroku. 

 Liczyliśmy minuty i godziny, ale dzień się nie kończył. W końcu głód uśpił nas. Gdyśmy się obudzili, po Bóg wie jakim czasie, wokół było cicho i panowała całkowita ciemność. Wyleźliśmy z naszej dziury w sianie i podpełzliśmy do boku od strony ogrodu. Nie było jeszcze zupełnie ciemno.  Z wysokości stogu widzieliśmy dużo ogródków warzywnych.  Zauważyłem, że obok słupa, po którym planowaliśmy zejść, leży stosunkowo dużo siana. Musimy uważać, żeby nie rozsypać więcej przy zejściu i w drodze powrotnej.  Czekaliśmy, aż zrobiło się zupełnie ciemno. Ostrożnie wyszliśmy z kryjówki. Zdecydowaliśmy się nie dotykać niczego w ogrodzie, który należał do sióstr Czerwińskich. Nie chcieliśmy ponownie wzbudzić ich złości. Mogłyby się zdenerwować: „nie dość, że te Żydki ukrywają się w naszym obrogu, to jeszcze kradną nasze warzywa”. Przeskoczyliśmy przez kilka płotów i weszliśmy do ogrodu jakiegoś sąsiada. Poruszaliśmy się cicho w poszukiwaniu warzyw, które można jeść na surowo.  Mieliśmy nadzieję, że znajdziemy ręczną pompę lub studnię, gdzie mogliśmy napić się wody.  Znaleźliśmy olbrzymią grządkę marchewki. Zaczęliśmy ją „przerzedzać” w taki sposób, żeby trudno było to zauważyć.  Po wyciągnięciu marchewki wyrównywaliśmy ziemię.

Księżyc przyglądał się naszym czynom, co też poniekąd pomagało nam w zamaskowaniu naszego „przestępstwa”.  Cuchnącymi błotem koszulami wytarliśmy marchew i zjadaliśmy ją z wielkim apetytem.  Marchewki były słodkie i soczyste. Schowaliśmy nać, aby pozbyć się jej gdzieś dalej. Każdy z nas zjadł pięć-sześć marchewek, a później weszliśmy do krzaków zielonego grochu i wtedy przestraszyliśmy się. Wśród pędów błyszczały dwie pary oczu. Staliśmy naprzeciw naszych żydowskich przyjaciół. Ukryli się w wysokim, splątanym grochu. To byli Szmer i Lonek Akselrod. Zobaczyli nas, gdy się skradaliśmy i od razu rozumieli, że tylko ukrywający się Żydzi tak się zachowują. Czekali na nas, bo mieli nadzieję, że może my wiemy co się dzieje w miasteczku.

Oni wiedzieli, gdzie rosną ogromne kalarepy i rzepa. Zjedliśmy jeszcze kilka kalarep i rzep i napełniliśmy kieszenie grochem. Później zapakowaliśmy w koszule jeszcze kilka warzyw i zaczęliśmy we czwórkę powrót do naszej kryjówki. Zielone łodygi z marchwi zakopaliśmy daleko od naszej kryjówki. Usunęliśmy nasze ślady po tym „pogrzebie” i cicho, ostrożnie, przeleźliśmy przez płoty i zbliżyliśmy się do stogu siana.  Położyliśmy naładowane koszule na ziemi, zdjęliśmy paski i związali je razem. Warzywa umieściliśmy w starym, dziurawym wiadrze, które znaleźliśmy. Lonek wspiął się pod dach z naszymi związanymi paskami. Potem opuścił jeden koniec tej „taśmy”. Pierwszy ładunek warzyw podniósł się z ziemi i zniknął pod dachem. Zrobiliśmy tak jeszcze trzy razy. Potem Józik i Szmer wspięli się. Ja zostałem, aby pozbyć się nadmiaru siana, które spadło podczas naszej działalności.  Moje zadanie nie było łatwe, bo księżyc, który pokazywał się od czasu do czasu, znikł za chmurami. Potem ostrożnie jak kot, aby nie strącić ani źdźbła siana, wdrapałem się i wcisnąłem pod dach. Waga czterech chłopców przygniotła siano i zwiększyła pojemność naszej kryjówki. Mieliśmy nadzieję, że nikt nie będzie nas szukał. 

Teraz dziura była znacznie większa, bo musieliśmy zrobić miejsce jeszcze na nasz magazyn warzyw. W tej sytuacji było niemożliwe abyśmy wszyscy czterej mogli się ukryć pod sianem. Gdyby ktoś wszedł na górę i odkrył dach-zobaczyłby nas.  Nikt z naszej czwórki nie miał zegarka. Nie wiedzieliśmy, która jest godzina, czy zbliża się świt. Napięcie i strach przed wykryciem, bezsilność, głód, a przede wszystkim pragnienie zmęczyło całą naszą czwórkę.  Zasnęliśmy. Silne grzmoty i odgłosy deszczu obudziły nas. Wyraźnie słyszeliśmy krople wody, która padała na słomiany dach, metr nad naszymi głowami. Szmer miał czapkę, wziąłem ją od niego i podpełzłem do krawędzi dachu, w kierunku ogrodu.  Odsunąłem trochę siana i zobaczyłem, że jest jeszcze noc. Wyciągnąłem czapkę i czekałem aż napełni się wodą. Dałem wodę jednemu z chłopców, a ten szybko wypił ją.  Tak udało mi się zrobić cztery razy.  Gdy wystawiłem czapkę po raz piąty, aby znów nałapać kropli, deszcz przestał padać.  Był to rzeczywiście boski napój, pochodzący z nieba.  Ale tych kilka łyków wody, którą wypiliśmy wywołało jeszcze silniejsze pragnienie. Cieszyliśmy się, że ten ulewny deszcz ukryje ślady jakie być może zostawiliśmy w warzywniaku.

Najważniejsza była jednak dla nas świadomość, że na pewno jutro i pojutrze nie będą ładować świeżego siana do obrogu. Siano musi dobrze wysuszone na polu, a ten deszcz uniemożliwił to na następne dni. Fakt, że jest nas czterech pogarszał naszą sytuację na dłuższą metę.  Znowu zasnęliśmy i obudziły nas głośne głosy, które dobiegały z dołu. Zrozumieliśmy, że to głosy robotników, idących do pracy w fabryce szpuntów tuż obok.  Potem znowu zapadła cisza.  Leżeliśmy cicho nadsłuchując głosów z sąsiedztwa. Czy usłyszymy narzekania na kradzież z ogrodów sąsiadów?  Leżeliśmy bez koszul, starając się być jak najbliżej centrum obrogu i w miarę możliwości jak najdalej od dachu. Planowaliśmy, by pogłębić naszą dziurę i podzielić ją na cztery korytarze, które będą prowadziły w cztery strony. Myśleliśmy, że moglibyśmy się wślizgnąć do nich, gdybyśmy usłyszeli, że chcą dołożyć nowego siana.  Ale ten pomysł nie był udany, bo przecież nie mieliśmy desek do wsparcia „sufitu” w tych planowanych korytarzach. Po zjedzeniu warzyw, nasze pragnienie było nie do zniesienia. Zdecydowaliśmy, że w nocy, za wszelką cenę, pójdziemy szukać wody. Z niecierpliwością czekaliśmy aż się ściemni. W sąsiedztwie w ciągu dnia nie było słychać żadnego ruchu lub hałasu.   Od czasu do czasu słyszeliśmy gwizd lokomotyw pociągów mijających Bolechów w obu kierunkach. Gdy rozlegał się gwizd Lonek zaczynał cicho płakać. Przypomniał sobie ojca, kolejarza, który został zamordowany w pierwszej akcji.  Do tej pory był ze swoim starszym bratem. Obaj pracowali w fabryce beczek. Ta akcja ich rozdzieliła. Starszy brat był w pracy, gdy Lonek uciekł do ogrodu warzywnego, gdzie spotkał Szmera. Teraz winił sam siebie, że nie pobiegł najpierw do fabryki, aby ostrzec brata. Kto wie co się tam wydarzyło? Nie wiedział czy brat zdołał uciec. A Szmer był sam już od kilku miesięcy. Jego starszy brat był żydowskim policjantem i został zamordowany dwa albo trzy miesiące wcześniej.

Czas nie chciał szybciej biec, a nasze pragnienie było nie do wytrzymania.  Ktoś wymyślił, żebyśmy spróbowali wypić własny mocz. Ale myśmy prawie już nie sikali, a zresztą nikt nie chciał tego spróbować. Żuliśmy marchew powoli i dokładnie, aż ślina wypełniała nasze usta. Wtedy połykaliśmy tą słodką ślinę, a potem tą wstrętną, przeżutą marchewkę. Rzepa nie była smaczna, a kalarepa nie powodowała wydzielania tyle śliny co marchew. Dzień ciągnął się bez końca.  Każdy z nas opowiedział co się stało z jego rodziną w ciągu ostatnich dwóch lat. Opowiedziałem jak straciłem rodziców, jak przeżyłem „dużą” Akcję, jak Edzio i Zbyszek szukali nas, aby oddać w ręce Niemców i jak słyszeliśmy strzały, które zabiły naszych przyjaciół, Siunia i Jakóba Lewów, obok ich domu.

Józik opowiedział, jak Niemcy zlikwidowali obóz gospodarki wodnej, jak obserwowaliśmy policjanta goniącego naszą koleżankę Ginę Mandel, i jak znaleźliśmy jej ciało w rowie. Lonek i Szmer opowiedzieli swoje historie. Wreszcie usłyszeliśmy oczekiwane głosy robotników wracających z pracy do domu.  Bogu dzięki, do wieczoru już nie jest zbyt długo. Bez zegarka czas się ciągnął.  Czekaliśmy, aż otoczyła nas ciemność.  Następnie ostrożnie odsunąłem trochę siana i sprawdziłem czy faktycznie jest noc. Obawialiśmy się, że jeżeli ktoś obserwuje obrug, zauważy nasze ruchy, jeżeli nie będzie wystarczająco ciemno. Obserwowaliśmy okolicę, widzieliśmy, że ogrody były puste. Nikogo tam nie było. Odważyliśmy się odsunąć trochę siana spod dachu w kierunku dróżki i domu sióstr Czerwińskich. Dom był całkowicie ciemny. Widzieliśmy dokładnie dom w jasnym świetle księżyca, który był w pełni. To nas zmartwiło i przestraszyło. Obawialiśmy się, że możemy być widoczni podczas chodzenia po ogrodach.  Z drugiej strony, jasna noc może nam pomóc znaleźć pompę lub studnię. Tak bardzo chciało się nam pić. Gdybyśmy mieli duży garnek lub wiadro, jeden z nas mógłby przynieść wodę dla reszty. Pragnienie sprawiało, że nie myśleliśmy jasno.  Pomału i cicho, jeden po drugim, zleźliśmy ze stogu. Zebraliśmy siano, które spadło i wepchnęliśmy je pod obrug.  Zdecydowaliśmy się iść przez ogrody na podwórko pana Ruczkowskiego, którego dom stał daleko od domów sąsiadów. Wiedzieliśmy, że na jego podwórku była studnia. Po przejściu przez kilka ogrodzeń, stanęliśmy obok studni.  Cicho opuściliśmy wiadro na sznurze do błyszczącej w świetle księżyca wody.  Gdy wiadro zanurzyło się bezskutecznie usiłowaliśmy je wyciągnąć bez używania kołowrotu. Nikt z nas nie miał dość siły.  Przy studni było miejsce tylko dla jednego z nas. Nie mając wyboru, musieliśmy pokręcić ogromne koło, do którego był przywiązany koniec sznura naszego wiadra. Wiadro ukazało się z pod wody, ale ciężar wiadra spowodował, że koło zaskrzypiało. To przestraszyło nas bardzo i zamarliśmy bez ruchu. W tej samej chwili usłyszeliśmy ciche „szszszszsz” dobiegające od strony domu pana Ruczkowskiego. Stał on na schodkach, z palcem na ustach. Pan Ruczkowski przywołał nas gestem. Jeden z nas trzymał kołowrót, a reszta podeszła do Pana Ruczkowskiego, który powiedział cichym głosem: „Bądźcie cicho. Pijcie wiele chcecie, a ja idę przynieść chleb dla was”.

Podnieśliśmy wiadro i postawiliśmy je na krawędzi studni. Ja byłem pierwszy.  Myślę, że wypiłem pół wiadra wody.  Po mnie pił Lonek i wiadro zostało opróżnione. Znowu opuściliśmy wiadro, a w międzyczasie pan Ruczkowski przyniósł duży kawał chleba, który podzieliśmy się na równe części. Każda okruszyna miała wartość złota.  Gdy przełknąłem pierwszy kęs chleba, zwymiotowałem całą wodę, marchewkę i kalarepę, które zjadłem w ciągu ostatnich dni. Najbardziej żałowałem tego cennego kawałka chleba, który zwymiotowałem od razu po połknięciu. Pan Ruczkowski powiedział, że stało się tak, bo wypiłem ogromną ilość wody nie biorąc nawet oddechu. Powiedział nam też, że akcja skończyła się i ci Żydzi, którzy przeżyli wrócili do swoich obozów. Podziękowaliśmy bardzo panu Ruczkowskiemu i myśleliśmy sobie jaka wielka jest różnica między nim a siostrami Czerwińskimi.  Postanowiliśmy pod osłoną nocy przejść w kierunku naszego obozu i obserwować z daleka co się dzieje. Wkradliśmy się do ogrodu naszego sąsiada Haftla. Stamtąd można było wyraźnie zobaczyć te trzy domy, które służyły jako obóz dla żydowskich robotników fabryki beczek. W pierwszych promieniach słońca zobaczyliśmy sylwetki ludzi poruszające się po obozie. Szli z domów do toalety i z powrotem. Brama nadal była otwarta. Nie widzieliśmy różnicy pomiędzy sytuacją sprzed kilku dni. Czekaliśmy jeszcze chwilę. Gdy byliśmy już pewni, że nie było żadnych zmian w zachowaniu się mieszkańców obozu, każdy z nas wrócił do pokoju i położył się na łóżku, jak gdyby nigdy nic.
(Dzisiaj, z perspektywy czasu, myślę, że powinniśmy tamtej nocy iść bezpośrednio do Geryni. Gdyby w wyniku tej akcji, Bolechów został uznany jako „Judenrain”, „Oczyszczony od Żydów” bylibyśmy straceni)

Poprzednie czesci  TUTAJ

Zredagowala Anna Karolina Klys

 

Cdn.

Ksiazka zostala wydana w USA po angielsku.

O drugim wydaniu TUTAJ

No comments yet... Be the first to leave a reply!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: