„CZŁOWIEK, KTÓRY ZŁAPAŁ EICHMANNA”

 

KAROLINA PRZEWROCKA


Budynek Światowej Organizacji Syjonistycznej przy jednej z ruchliwych ulic centralnego Tel Awiwu. Modernistyczna bryła przytłacza ciężarem, cofa do lat pięćdziesiątych. Gęsta kratka okien dusi światło.

Naszpikowane kamerami korytarze prowadzą do kilku biur rządowych. Trzeba się rozglądać, pytać, pogodzić z podejrzliwymi spojrzeniami ochrony. W końcu ktoś wskazuje niepozorne, odrapane drzwi, niegodne, przypominające bardziej wejście do składu narzędzi. Kamera po jednej i drugiej stronie, jakieś zakazy i nakazy pisane po hebrajsku. Dzwonek, czekanie. Jesteśmy na miejscu.

Można się zastanawiać, dlaczego akurat tutaj swoje biuro ma Rafi Eitan, wieloletni pracownik Mosadu, polityk i biznesmen, człowiek, który tworzył izraelską historię. Można by go też szukać w korytarzu pełnym rządowych biur o tajemniczo brzmiących nazwach: „Biuro ds. paliw alternatywnych” czy „Biuro ds. restytucji mienia żydowskiego”. Można by – gdyby nie miła urzędniczka, która uspokaja, objaśnia, prowadzi interesanta do celu, pilnując kątem oka, by nie zawieruszył się po drodze w jakimś niepożądanym miejscu.

Z Rafim Eitanem umówić się na wywiad niełatwo. Nawet wtedy, gdy się ma numery prywatne, albo – stopień wyżej – do którejś z osobistych sekretarek. Trudno je oszukać: przygotowane, wyczulone na wszystko, nie dopuszczą do rozmowy przypadkowej osoby. Będą zadawały dziesiątki przytomnych pytań: „po co, dla kogo, co dokładnie będzie przedmiotem wywiadu.” Wreszcie – „sprawdzimy (pana/panią)”, „oddzwonimy (z kolejnymi pytaniami)”, i „(być może) zaprosimy na rozmowę”. Dzień przed spotkaniem telefony jeden po drugim – dzwonią sekretarki, dzwoni izraelskie ministerstwo obrony. Dane dziennikarza brane są pod lupę: czy mówi prawdę, czy niekarany, czy nie współpracuje z obcymi agenturami. Pod koniec dnia mail: „Czysty, sprawdzony. Zapraszamy o 9 rano. Proszę być punktualnie.”

Ma 89 lat. Niskiego wzrostu, siwiuteńki, kruchy staruszek. Spogląda na rozmówcę spod półprzymkniętych powiek. Opadają ze starości, przypadkowo nadają przy tym jego twarzy wyraz podejrzliwego skupienia.

Trudno uwierzyć, że drobny mężczyzna, który przed nami siedzi, to ten, który wytropił i doprowadził przed sąd Adolfa Eichmanna. Ten, który po zamachu na olimpiadzie w Monachium odpowiadał za krwawy rewanż na terrorystach z Czarnego Września.

Eitan to też ten, który wykorzystał i zdradził swojego szpiega, Jonathana Pollarda. Nieugięty agent Mosadu i człowiek bez skrupułów poświęcający wartości dla dobra swojej ojczyzny. Niejednoznaczny, wymykający się określeniom. Ten Rafi Eitan.

Urodził się 23 listopada 1926 roku w kibucu Ein Harod. Dziś to północny Izrael, wówczas – Brytyjski Mandat Palestyny. Nie byłoby tego kibucu – tego i wielu innych – bez determinacji rosyjskich pionierów. Młodych Żydów, zwolenników idei socjalistyczno–syjonistycznych, których do Erec Israel – Ziemi Izraela – przyciągnęła trzecia alija. Był wśród nich Noach Hantman, poeta i członek lewicowego ruchu Mapai. I Jehudit Wolowelski, jego przyszła żona i partnerka w politycznych wyborach. Spotkali się w drodze do Erec Israel, w Stambule, na farmie zwanej hachszarą – ośrodku dla przyszłych osadników, których planem była emigracja do Palestyny. Tę konkretną, stambulską farmę założył Josef Trumpeldor, bohater ruchu syjonistycznego. Był jednym z tych, dzięki którym pisała się właśnie kolejna karta żydowskiej historii.

 

Owocem stambulskiego spotkania Noacha i Jehudit były dzieci: Rafi, Oded, Rina i Jechjam. Sam Rafi Eitan nie ukrywa, jak ogromny wpływ na jego ukształtowanie miał dom rodzinny, przesiąknięty ideą syjonizmu i tak też rozumianego patriotyzmu.

Dwuletni Rafi przeprowadził się z rodzicami do Ramat Ha-Szaron, niewielkiego moszawu nieopodal Tel Awiwu. To tu w pomarańczowym gaju Noacha Hantmana doszło do spotkania, które zmieniło Eitanowi życie. Isser Harel, ekspert do spraw systemów irygacyjnych, aktywista Mapai, późniejszy szef Mosadu, gościł u Hantmanów często. Mały Rafi przyglądał się, jak Isser nawadnia owocowe drzewka, wyobrażał sobie, że tak właśnie powinna wyglądać miłość do ojczystego kraju.

Jako nastolatek wiedział też jednak, że przyszły Izrael potrzebuje obrony. W regionie narastały już napięcia żydowsko–arabskie. Miał 12 lat, gdy przyłączył się do Hagany. Celem tej paramilitarnej organizacji była ochrona żydowskich osiedli, a w przyszłym państwie Izrael – obrona kraju: Hagana zapoczątkowała Cahal, Siły Obronne Izraela. Wkrótce przesunięto Eitana do Palmachu, szturmowej kompanii Hagany. W latach 40. grał tam na dwa fronty: podczas drugiej wojny światowej w obawie przed nazistami członkowie Palmachu współpracowali z wojskami brytyjskimi, ale też atakowali ich bazy tam, gdzie działanie Brytyjczyków godziło w interesy Żydów. Podczas jednej z takich akcji, gdy celem stało się wysadzenie w powietrze radaru na Górze Karmel, Eitan czołgał się w kanałach. Brud przylgnął wtedy do niego razem z nowym przezwiskiem. „Cuchnący Rafi”, wołali za nim koledzy. Niektórzy przypominali je sobie kilkadziesiąt lat później, gdy kontrowersje wokół Eitana narastały przy kolejnych akcjach Mosadu.

W latach 40. Eitan zabił po raz pierwszy. Dwóch członków niemieckiego ruchu Templer, protestanckich osadników, którzy z nastaniem nazistowskiego rządu wywieszali na swoich domach flagi ze swastyką. Pytany dziś o szczegóły Eitan wzrusza ramionami: nie pamięta ich imion, pamięta za to ich twarze. I jeszcze to, że był bardzo młody. Dopiero kończył liceum rolnicze.

Podczas pierwszej wojny izraelsko–arabskiej Eitan walczył z Palmachem na północy młodego kraju. Został ranny. Rozpoczął służbę dla wywiadu wojskowego. Gdy dowiedział się, że pod kierownictwem Issera Harela tworzy się właśnie Mosad, udał się do niego na rozmowę. Chciał być w elitarnej grupie 30 osób, które tworzyły wówczas strukturę wywiadu zagranicznego. Harel słyszał już wcześniej o Eitanie, pamiętał go też zresztą z pomarańczowego gaju jego ojca. Jego akceptacja wydała mu się oczywista.

W latach 50. Eitan służył i dla Mosadu, i dla Szin Betu, służby bezpieczeństwa wewnętrznego. Kierował później jednostką operacyjną Mosadu – sprawami trudnymi, wymagającymi specjalnych umiejętności. Wówczas podjął również studia ekonomiczne na prestiżowej uczelni w Londynie.

Sprawa życia przytrafiła mu się w 1960 roku. To właśnie wtedy otrzymał zadanie wytropienia i pojmania ukrywającego się w Argentynie nazisty Adolfa Eichmanna – głównego koordynatora i wykonawcy tzw. „rozwiązania kwestii żydowskiej”. W Buenos Aires Eitan uprowadził zbrodniarza z przystanku autobusowego, a następnie przewiózł go i przetrzymywał przez kilka dni w przygotowanym uprzednio domu. „Już w samochodzie szukałem dwóch blizn, które miałem znaleźć na ciele Eichmanna dla jego pełnej identyfikacji. Dotknąłem go pod pachą i od razu stwierdziłem, że jest tam blizna po numerze nadanym mu w SS. Drugą znalazłem na brzuchu, pooperacyjną, po wycięciu wyrostka robaczkowego. Powiedziałem do kolegi: mamy go, to on. Wyobraź sobie ten moment: żydowski oficer trzyma w swoich rękach nazistę, który zaprowadził na śmierć 6 milionów Żydów!” – relacjonował Rafi Eitan w rozmowie w dziennikiem „Haaretz” w 2010 roku – jednym z zaledwie kilku wywiadów, jakich udzielił w życiu. Agenci musieli zachowywać wszelkie potrzebne środki ostrożności. Gdy Eichmann znalazł się w przygotowanej uprzednio kryjówce Mosadu, rozebrali go do naga, zasłonili oczy, upewnili się, czy nie ma przy sobie trucizny. Przed sądem miał stanąć żywy.

Operacja była skomplikowana logistycznie. Główny problem to, wbrew pozorom, nie samo złapanie, ale przetransportowanie Eichmanna z drugiego końca świata – z Argentyny do Izraela nie było jeszcze wtedy bezpośredniego lotniczego połączenia. Dlatego Mosad wykorzystał pretekst 150. rocznicy niepodległości Argentyny – na oficjalne obchody udawali się samolotem El Alu izraelscy dyplomaci. Oprócz nich na pokładzie w przebraniach obsługi samolotu znaleźli się agenci. Tym samym samolotem, już bez dyplomatów, wrócili kilka dni później, z Eichmannem odurzonym narkotykami u boku.

Eitan pamięta wszystko, jakby tamta historia wydarzyła się wczoraj. Rozważali różne warianty uprowadzenia. Wariant pierwszy: porywają Eichmanna w pobliżu miejsca pracy. Wariant drugi: pukają do drzwi jego domu i obezwładniają go. Wariant trzeci: przechwytują go w drodze z przystanku autobusowego do domu.

Wybrali ten trzeci, bo mogli zatrzymać Eichmanna bez wzbudzania niczyjej uwagi. Po przylocie do Argentyny logistyczne przygotowanie akcji zajęło im prawie miesiąc. Musieli znaleźć bezpieczną kryjówkę, zameldować się w charakterze lokatorów, wpłacić kaucję, czynsz. Zresztą to nie była jedyna trudność. Okazało się, że w Argentynie sporym problemem jest wynajęcie samochodu. W tamtych latach auta nie były tak popularne jak obecnie, a koszt wynajmu wozu był sześć razy wyższy niż w Europie. Poza tym bardzo dokładnie przestudiowali topografię miasta, trasy, po których poruszał się Eichmann, opracowali alternatywne drogi ucieczki w razie pościgu przez policję. Wreszcie, 11 maja 1960 roku, wszystko zostało zapięte na ostatni guzik. Agenci czekali w samochodzie w pobliżu domku Eichmannów. Zazwyczaj ich „obiekt” wracał z pracy autobusem między godziną 19.20 a 19.30. Patrzą – autobus zatrzymuje się na przystanku, ale w środku nie ma Eichmanna. Gorączkowo myślą co robić. Ich samochód mógł zwracać uwagę w opustoszałej okolicy. Przy uliczce stały zaledwie trzy domy i limuzyna grupy Eitana. Kolejne myśli: odjechać, czy jeszcze trochę poczekać?Taka okazja mogła się więcej nie powtórzyć, dlatego Rafi wydaje rozkaz, aby wszyscy czekali w gotowości na posterunku. Eichmann przyjechał dopiero około godziny dwudziestej. Zgodnie z planem agent Cywka Malchin miał zagadać: „Momentito, Senor”. Tymczasem rzucił się na Eichmanna i powalił go na ziemię. Eitan doskakuje z drugim agentem i we trójkę obezwładniają „obiekt”. Rafi trzyma głowę, Cywka nogi, wpakowują Eichmanna na tylne siedzenie auta. Siedzą stłoczeni we trójkę, Rafi cały czas trzyma na kolanach głowę nazistowskiego zbrodniarza. Kiedy Aharoni rusza, Rafi zarzuca Eichmannowi koc na głowę i sprawdza, że „obiekt” ma na brzuchu charakterystyczne blizny. Ruszają do wynajętej willi.

Na początku Eichmann okropnie krzyczy. Trwa to może z pół minuty, ale warkot silnika zagłusza wrzaski. Potem jest już spokojny, bardzo spokojny. W trakcie przesłuchania mówi: „Od razu domyśliłem się, że porwali mnie Izraelczycy”. Pytają go o personalia, a on cały czas powtarza, że nazywa się Otto Heninger – tym nazwiskiem przez jakiś czas posługiwał się po wojnie. Potem twierdzi, że nazywa się Ricardo Klement. Nagle niespodziewanie podaje numer służbowy SS i oświadcza: „Tak, jestem Adolfem Eichmannem.”

Przesłuchanie prowadził Aharoni. Pytają Eichmanna o siatkę byłych nazistów, co zamierza robić jego rodzina, czy wie, gdzie ukrywa się Mengele.

W kwietniu 1961 roku Eichmann staje przed sądem w Jerozolimie (Hannah Arendt opisze później ten proces w słynnej książce „Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła”). Na chwilę przed jego egzekucją w więzieniu w Ramli pojawia się Rafi Eitan. Chce zobaczyć koniec tej historii. Wchodzi do celi w momencie, gdy wychodzi z niej ksiądz. Eichmann stoi w drzwiach, milczy. Nagle, patrząc Eitanowi w oczy, mówi cicho: ,,Mam nadzieję, że wszyscy pójdziecie moim śladem”.

Wyprowadzono go do małej celi, nałożono stryczek. I tyle. Ciało nazisty spalono, prochy wrzucono do Morza Śródziemnego.

Podczas pracy nad sprawą Eichmanna Rafi Eitan otrzymał od Issera Harela polecenie schwytania nazisty Josefa Mengele, „Anioła Śmierci” z Auschwitz, który, podobnie jak Eichmann, ukrywał się w Ameryce Południowej. Eitan początkowo odmówił zajęcia się tą sprawą. Kolejne próby pochwycenia kończyły się fiaskiem. Ostatecznie Mengele zginął bez udziału izraelskich agentów podczas kąpieli w oceanie.

W latach 60. Rafi Eitan tropił niemieckich naukowców, biorących udział w programie zbrojeń rakietowych, przygotowywanym przez Egipt. Lata 70. przyniosły mu kolejne zadanie. Miał zlikwidować (dokładnie tego słowa używa w rozmowie z nami) członków terrorystycznej organizacji Czarny Wrzesień, Palestyńczyków odpowiedzialnych za zamach na izraelskich sportowców podczas igrzysk w Monachium w 1972 roku. Zlikwidował ośmiu, w tym głowę całego przedsięwzięcia (tę historię szczegółowo opowiada słynny film Stevena Spielberga „Monachium”, w którym rolę Rafi Eitana gra znany aktor Eric Bana) Spektakularna akcja wzmocniła wizerunek młodego Izraela. Jednocześnie na Mosad spadły gromy: podczas tropienia terrorystów w Norwegii śmiertelną ofiarą agentów padł marokański kelner. Akcja wzbudziła kontrowersje.

Eitan pytany o nią wzrusza ramionami. Nie chce o niej mówić wiele, wymawia się brakiem pamięci. Zupełnie inaczej niż o sprawie Eichmanna, o której opowiada szeroko i ze szczegółami. W przypadku Czarnego Września milczy – tak, jakby ta sprawa wciąż miała swoje tajne znaczenie.

Pod koniec lat 70. Eitan przyjął posadę rządowego doradcy do spraw terroryzmu i przez niemal dekadę kontynuował tę pracę za trzech kolejnych premierów: Begina, Peresa i Szamira, by w 1981 roku zostać szefem Lakamu, ściśle tajnej agencji wywiadu, mającej sprawować pieczę nad izraelskim programem budowy broni nuklearnej. Kilka lat później z izraelską armią skontaktował się Jonathan Pollard, Amerykanin żydowskiego pochodzenia, analityk wywiadu marynarki wojennej USA. Odesłano go do Lakamu. Zaproponował współpracę: miał sprzedać Lakamowi kluczowe dla Izraela amerykańskie tajemnice wojskowe. Eitan spotykał się z Pollardem osobiście.

Gdy FBI wpadła na trop szpiega, izraelski rząd odciął się od całej akcji, podkreślając, że toczyła się bez jego wiedzy. W ubiegłym roku Rafi Eitan przyznał otwarcie w izraelskich mediach, że ówczesny premier, Szimon Peres i minister obrony, Icchak Rabin dobrze wiedzieli o całej sprawie. Pollard uciekał przed FBI, skierował się w stronę izraelskiej ambasady w Waszyngtonie. Stał w bramie i prosił o pomoc. Pracownicy ambasady zadzwonili do Eitana. „Wyrzućcie go”, powiedział bez namysłu Eitan.

Po latach mówi o tym bez ogródek. Przyznał to w ubiegłorocznym wywiadzie dla kanału 2 izraelskiej telewizji, dodając przy okazji, że rozkaz, który wydał, był jego własną decyzją. Pytany o motywację odpowiedział, że to było jedyne słuszne wyjście z punktu widzenia interesu Izraela. Eitan nie kiwnął też palcem, gdy niedługo potem amerykański sąd skazał Pollarda na dożywocie.

W wyniku afery w 1986 roku Lakam rozwiązano. Kariera Rafiego Eitana jako szpiega była skończona.

Sprawa nie przeszkodziła mu jednak w dalszej karierze na innych polach. Został prezesem państwowej firmy Israel Chemicals Ltd. Na początku lat 90. rozwinął swój prywatny biznes na Kubie. Podobno pomogły mu w tym dobre relacje z Fidelem Castro. Działał na rynku nieruchomości, rolnictwa i przemysłu. Znacznie się wzbogacił.

W 2006 roku zaproponowano mu objęcie czołowego stanowiska w partii emerytów Gil. Partia zdobyła zaskakująco wysoką liczbę miejsc w Knesecie i weszła w skład rządu Ehuda Olmerta. Członkowie partii, zaskoczeni wygraną, niezupełnie radzili sobie z realizacją obietnic wyborczych. Sam Eitan, zapytany wówczas, czy jego kontrowersyjna przeszłość nie powinna wykluczyć go z polityki, odparł, że niczego, co robił w życiu, nie żałuje. W kolejnych wyborach parlamentarnych w 2009 roku partia przegrała z kretesem, nie przekraczając nawet progu wyborczego.

 

W ostatnich latach Eitan pozostaje czynny zawodowo. Aktywny jako honorowy prezes partii Gil i przedsiębiorca. Co jednak dokładnie robi w rządowych strukturach, tego nie wiadomo. I czym się zajmuje w biurze ds. restytucji mienia żydowskiego, pod którego szyldem działa jego biuro i dociekliwe panie sekretarki?

W wolnych chwilach Rafi Eitan robi coś jeszcze – tak jakby mało było zaskoczeń w jego skomplikowanym życiorysie. Eitan rzeźbi.

Jak sam przyznaje w naszej rozmowie, fascynacja tą dziedziną sztuki pojawiła się u niego już w dzieciństwie. W latach 60. pod wpływem prac słynnego rzeźbiarza Alberto Giacomettiego zaczął rzeźbić swoje pierwsze prace. Dziś ma ich ponad setkę. Przyznaje, że rzeźbienie pomagało mu przez lata poradzić sobie ze stresem, którego doświadczał na co dzień w pracy.

Jego rzeźby są dziwne, pełne niepokoju. Chropowata faktura, konwulsyjnie wygięte figury, twarze w grymasie strachu lub krzyku. „Eitan musi milczeć do końca życia w tak wielu różnych sprawach, a jednak znajduje sposób, by wyrazić się w sztuce” – mówi w relacji ze wspólnej wystawy Itzik Barzilai, kolega Eitana z Mosadu i malarz z zamiłowania.

Za Rafim Eitanem stoi rodzina. Ma troje dzieci i siedmioro wnuków. I jeszcze kogoś, kto wspiera go chyba najmocniej. Całkiem długo, bo od 55 lat. To Miriam – cicha, oddana, zawsze cierpliwa. Żona przy mężu, izraelskim, ale pewnie i światowym szpiegu nr 1. Przez lata przyzwyczaiła się do milczenia w najwyższej wagi sprawach państwowych. Wie dużo, zna swoją rolę. W czasie wizyt ważnych gości biega dookoła stołu. Wie dobrze, ile słodzi generał z Libanu, albo to, że szefowi wywiadu jednego z afrykańskich państw zamiast kawy należy podać napar z mięty.

W ciszy znosiła to wszystko. I akcję z Eichmannem, i tropienie terrorystów z Czarnego Września, i skandal wokół sprawy Pollarda. Wielokrotnie zostawała z dziećmi sama, drżąc z niepewności, czy po kolejnej akcji zobaczy męża żywego. Nigdy nie przyznała się do tego, że jego praca zwyczajnie ją krzywdzi.

Otwarcie zwątpiła w niego tylko raz. W roku 1988, gdy w Izraelu wybuchła pierwsza intifada. To właśnie wtedy Icchak Rabin miał powiedzieć izraelskiemu wojsku, że ma łamać kości arabskim demonstrantom. Eitan pojawił się w telewizji i stwierdził, że ma lepszy pomysł. Że będzie skuteczniej, jeśli armia wykorzysta przeciwko Palestyńczykom obronne psy. Podniosło się oburzenie, skojarzenie z metodami nazistowskich oprawców było w Izraelu uderzające. Miriam zmilczała, ale całą frustrację przelała na kartki swojego pamiętnika: „Rzeczy, które Rafi powiedział wczoraj, za jednym razem przekreśliły cały proces mojego zbliżania się do niego. Jeden po drugim pojawiły mi się przed oczami te wszystkie momenty, w których czułam w sobie wielki protest przeciwko jego charakterowi. Nagle poczułam tę straszną rzecz: że oto coś się we mnie zmieniło. Nie byłam już w stanie zaakceptować tego wszystkiego, zwalić winy na jego ludzką słabość, jakiś produkt uboczny, który akceptujesz w czyimś charakterze tylko dlatego, że go kochasz. Poczułam, że jestem w pułapce. Że nie chcę skrzywdzić piękna, które razem stworzyliśmy, a jednocześnie nie chcę go widzieć takiego, jakiego go zobaczyłam w tej całej sytuacji. Poczułam jedno z całą pewnością: że chcę zniknąć, uciec, zamknąć się gdzieś.”

Jak przyznała potem Miriam w wywiadzie dla telewizji, to był ten moment, w którym bliska była odejścia od męża. Kryzys przetrwała. Trwa przy mężu do dziś.

Pytany przed media o to, czy kiedykolwiek żałował ludzi zabitych przez siebie podczas akcji wywiadu, Rafi Eitan bez wahania odpowiada, że nie.

Pamięta tylko ich twarze. A żałować nie chce, nie potrzebuje i nie musi. W przytoczonym wcześniej wywiadzie dla kanału 2 Miriam Eitan podkreśla, że jej zdaniem Rafi nie jest złym człowiekiem – to praca nauczyła go tylko, jak wyłączać w odpowiedniej chwili emocje. Może też skutecznie je stępiła. Eitan dla „Haaretz” (2010) o jego stosunku do Eichmanna: „Nigdy go nie nienawidziłem. Nie potrafię nienawidzić. Nie miałem problemu z tym, aby się nim zająć, i z tym, aby go zabić. Ale żebym miał to zrobić z nienawiści, to nie. Nienawiść jest produktem emocji”.

„Eitan” to po hebrajsku „silny”. Zgadza się. Jest twardy, uparty i butny. A jednocześnie miły, dowcipny, chętnie się uśmiecha. Łatwo wyobrazimy go sobie z wnukami na kolanach, opowiadającego prawie te same, co nam, historie.

Ale w wywiadzie powie nam o sobie tylko to, co sam zechce. Nie pozwoli przyprzeć się do ściany. Zasłoni się tajemnicą zawodową, stwierdzi, że coś go nie interesuje albo że nie pamięta.

Do jego życia zajrzymy tylko na tyle, na ile on sam zezwoli, na ile uchyli nam furtkę. Ale to i tak bardzo wiele.

Rozmawiamy z Eitanem 11 maja tego roku. To przypadek, ale tego dnia mija dokładnie 55 lat od dnia, w którym Eitan schwytał Adolfa Eichmanna.

 

– O, rzeczywiście, nie wiedziałem, że mamy dziś 55. rocznicę – mówi Rafi Eitan. – Moja rola polegała jednak nie tylko na schwytaniu Eichmanna, ale też na pokierowaniu skomplikowaną operacją. Na tę operację z kolei należy spojrzeć z szerokiej, historycznej perspektywy, bo spowodowała bardzo dużą zmianę w sposobie, w jaki Izrael i cały świat pojmował historię Holokaustu. A ta zmiana stała się możliwa dzięki procesowi sądowemu, który rozpoczął się potem w Izraelu, a nie samemu faktowi schwytania.

 

Zanim jednak Adolf Eichmann stanął przed sądem, przez kilka dni ukrywaliście go w Argentynie. Byłeś z nim 24 godziny na dobę. Jaki to był człowiek?     

 

– W Argentynie spędziliśmy z nim 9, prawie 10 dni. Przesłuchiwaliśmy go. Od razu zauważyłem, że to służbista, że jest niezwykle posłuszny. Przyzwyczajony do rozkazów w nazistowskich Niemczech, nagle znalazł się pod moimi rozkazami i tu również wykonywał je bez oporu. Poza tym niewiele się o nim dowiedziałem, o jego naturze czy osobowości, bo o nim samym z Eichmannem nie rozmawialiśmy za wiele. Większość naszych rozmów miała charakter czysto techniczny, dotyczyła codziennych czynności.

 

Możesz opisać kulisy przygotowań do zatrzymania Eichmanna?     

 

– Wszystkich nie, niektóre tak. Decydującą wskazówkę dostarczył nam łowca nazistów Szymon Wiesenthal z Austrii. Już w 1953 roku poinformował nas, że Eichmann ukrywa się w Argentynie. Bardzo nam pomógł niemiecki prokurator generalny Fritz Bauer. W tamtym czasie izraelskie służby wywiadowcze znajdowały się w powijakach. Byliśmy zbyt niedoświadczonymi młokosami, żeby w ogóle myśleć o przeprowadzeniu tego rodzaju operacji poza granicami Izraela. Proszę pamiętać, że minęły zaledwie cztery lata od wojny niepodległościowej, w której ważyły się losy naszego państwa, a w 1956 roku wybuchł kolejny konflikt zbrojny.

Wszystko zaczęło się od tego, że w 1957 roku premier Dawid Ben Gurion polecił nam odszukać głównych architektów Holokaustu. Na moje biurko trafiły akta siedmiu zbrodniarzy, a wśród nich Mengele i Eichmanna. Nawiasem mówiąc, nie miałem pojęcia, w jaki sposób Wiesenthal dowiedział się w 1953 roku, gdzie przebywa Eichmann. Wprawdzie jego informacja była dość ogólnikowa, ale przynajmniej wiedzieliśmy, gdzie należy rozpocząć poszukiwania.

Wysłaliśmy agenta Zvi Aharoniego z małym zespołem operacyjnym do Argentyny. Po przybyciu na miejsce Zvi zwerbował kilku pomocników. Wkrótce ustalił, gdzie mieszka Eichmann i że posługuje się nazwiskiem Ricardo Klement. Po powrocie Aharoniego do Izraela szef wywiadu Isser Harel, mój kolega, osobiście wytypował członków grupy operacyjnej. Mnie przypadła rola bezpośredniego dowódcy całej akcji. Wziąłem na siebie także zorganizowanie transportu i przemycenie Eichmanna na pokład samolotu. Najtrudniejszym zadaniem było dyskretne wywiezienie Eichmanna do Izraela w tajemnicy przed władzami argentyńskimi.

Na cztery dni przed rozpoczęciem akcji nie spuszczaliśmy go z oczu. Wtedy widziałem Eichmanna po raz pierwszy. Byłem pewien na 99 procent, że wytropiliśmy właściwego człowieka. W aktach znajdowała się fotografia zdobyta przez Wiesenthala i starsze zdjęcia Eichmanna. Dobrze wryła się nam w pamięć jego twarz.

Dziwne, że Eichmann nie podjął większych środków ostrożności. Nie sądziłem, że czołowy funkcjonariusz hitlerowski żyje tak ubogo. Rodzina Eichmannów mieszkała w bardzo skromnym, piętrowym domku bez prądu przy ulicy Garibaldiego na odludnych przedmieściach Buenos Aires. Najbardziej martwiliśmy się, że Eichmannowi pośpieszą z pomocą zbiegli naziści ukrywający się w Argentynie. Obawialiśmy się także zatrzymania przez argentyńską policję. Nasza dekonspiracja oznaczałaby niepowodzenie całej akcji – Eichmann z pewnością rozpłynąłby się w powietrzu, nie mówiąc o wybuchu skandalu dyplomatycznego.

 

Argentyńczycy wiedzieli, że Eichmann mieszka w Buenos Aires?

 

– Z tego, co mi wiadomo, to raczej nie. Wprawdzie argentyńskie służby bezpieczeństwa dysponowały aktami Eichmanna, ale przecież on żył pod fałszywym nazwiskiem.

 

Wspomniałeś o konieczności spojrzenia na sprawę Eichmanna z punktu widzenia historii. A czy wtedy, w Argentynie, zdawałeś sobie sprawę z powagi sytuacji?     

 

– To, że mamy złapać i postawić przed sądem jednego z nazistowskich przestępców, było zadaniem mojej jednostki już kilka lat przed samą akcją. Tak, już wtedy rozumieliśmy znaczenie moralnego i historycznego znaczenia tego rodzaju operacji i procesu sądowego. Długo debatowałem o tym z moją żoną, o tym, czy się uda, i jakie będą długoterminowe skutki (wiele spraw omawiałem wtedy z żoną, to chyba normalne). Spodziewaliśmy się różnych konsekwencji, nie były niespodzianką. Wiesz, właściwie mogliśmy go bardzo łatwo zlikwidować już tam, w Argentynie. To byłoby nawet dużo łatwiejsze, potrzebowalibyśmy do tego nie więcej niż dwóch ludzi. Ale cel był inny – przywieźć go żywego i postawić przed sądem. Tylko w taki sposób to historyczne znaczenie pojmania Eichmanna mogło się dopełnić.

 

Powiedziałeś kiedyś, w jednym z zaledwie dwóch czy trzech wywiadów dla izraelskiej prasy, że to była najłatwiejsza z rzeczy, które w Mosadzie zrobiłeś. Żartujesz, prawda?

 

– Wcale nie! To była operacja z dala od Izraela, zatem na miejscu musieliśmy decydować o wielu sprawach – i na tym tylko polegała jej trudność. Ale sama operacja? Złapaliśmy faceta, który nie miał żadnej ochrony, nie stawiał oporu. Potem przewieźliśmy go z punktu A – Argentyny do punktu B – Izraela. Tyle! Ja nie widzę w tym niczego trudnego.

 

Podobno, tak mówią Twoi koledzy z Mosadu, jak otrzymałeś informacje na temat miejsca pobytu Josefa Mengele, „Anioła Śmierci” z Auschwitz-Birkenau, to ta informacja, zamiast Cię ucieszyć, zmartwiła. Nie chciałeś się zająć pojmaniem doktora Mengele. Dlaczego?     

 

– Ówczesnym szefem Mosadu był Isser Harel. Poleciał z nami wówczas do Argentyny. W czasie, gdy przygotowaliśmy złapanie Eichmanna, zdobyliśmy również informacje na temat miejsca pobytu Josefa Mengele w Argentynie. Isser przyszedł do mnie i powiedział: zajmij się tym. Odpowiedziałem: sprawdzę szczegóły, ale nie sądzę, by to był dobry pomysł. Nie powinniśmy rozpoczynać kolejnej operacji, zanim nie skończymy sprawy Eichmanna. A więc upierałem się, by odpuścić i robić po kolei, jedna akcja po drugiej. Ale Isser był uparty. Powiedział: zrobisz jak każę, zajmiesz się tym. A ja byłem w tym „wojsku” „żołnierzem” – wykonywałem rozkazy, gdy padały. Podjęliśmy więc próbę schwytania go. Na szczęście Mengele był na wakacjach i nie zastaliśmy go w domu. Operacja się nie udała.

 

Na szczęście?     

 

– Każdą operację, jaką robisz, szczególnie taką z dala od Izraela, gdzie trudno o sprawną logistykę, obciąża możliwe ryzyko fiaska. Gdy robisz za dużo na raz, możesz zawalić wszystkie sprawy. Po tej pierwszej nieudanej akcji próbowaliśmy jeszcze kilka razy, mieliśmy szansę na sukces. W trakcie naszych starań w Izraelu zmienił się rząd, Isser zakończył pracę w Mosadzie, potem ze stanowiska ustąpił premier Dawid Ben Gurion. Nowy rząd nie był już zainteresowany angażowaniem ludzi i pieniędzy w łapanie nazistów. A potem w 1967 roku przyszła wojna sześciodniowa i tego typu operacje były konsekwentnie odsuwane.

 

W końcu Mengele utonął w oceanie i problem sam się rozwiązał. Z perspektywy lat nie żałujesz, że nie udało wam się go pochwycić?    

 

– Nie ma wątpliwości, że odnieślibyśmy korzyść, gdybyśmy tę operację wykonali z sukcesem. Ale trzeba pamiętać, że rolą jednostek operacyjnych w izraelskim wywiadzie jest zbieranie wiedzy i informacji wywiadowczych, a nie było nią przywożenie Mengelego, dokonywanie sprawiedliwości czy szukanie zemsty. Akcja zatrzymania i przewiezienia go do Izraela wymagałaby na pewno ogromnego zaangażowania, energii poszczególnych jednostek. A poza tym mam poczucie, że i tak historia pokazała sprawiedliwość – dla mnie wystarczy, że złapaliśmy Eichmanna. Prawda jest taka, że kto robi za dużo, ten robi mało. Nie zapominaj też, że mieliśmy w tym czasie zupełnie inne, wewnętrzne problemy, w które angażował się szczególnie wywiad wojskowy – jedna wojna w 1956, druga w 1967, trzecia w 1973. Byliśmy naprawdę zajęci – i dlatego nigdy nie żałowałem, że akcja z Mengelem zakończyła się fiaskiem.

 

Dlaczego postawienie przed sądem w 1961 roku Eichmanna – jednego nazisty – zajęło Izraelowi ponad dziesięć lat?     

 

– Gdy skończyliśmy wojnę o niepodległość w 1948 roku, w Izraelu żyło ok. 600 000 Żydów. W ciągu dekady, między latami 50. a 60., przyjechało do Izraela kolejne 1,5 mln Żydów z krajów arabskich i Europy. Wyobraź sobie ciężar finansowy, społeczny i ekonomiczny w tym konkretnym momencie. Nie mieliśmy czasu ścigać nazistów!

 

Ale przecież świat również miał w tym swój interes. Rozliczenie sprawców Holokaustu było chyba międzynarodową sprawą. Dlaczego Izrael nie naciskał?     

 

– Na co dzień czuliśmy wtedy w Izraelu ogromną presję, również ekonomiczną. Nawet podstawa życia – jedzenie – było wtedy z przydziałów. Więc jeszcze raz: nie mieliśmy czasu za nimi biegać.

Zostawiliście ten temat całkowicie czy przyjęliście inną taktykę?

 

– Zmieniliśmy nasz modus operandi. Po procesie Eichmanna postanowiliśmy podjąć współpracę z prywatnymi łowcami nazistów, takimi jak Szymon Wiesenthal czy Tuvia Friedman. Plan polegał na tym, że jeśli zebrano odpowiednio mocne dowody na ich winę, kierowano je do głów państw, w których stwierdzano ich obecność – mieli stawać przed sądami tych państw, sądzeni według lokalnego prawa. I faktycznie, tak to działało, i skutkowało wieloma procesami. Nie mam pod ręką listy, ale możesz ją znaleźć w Centrum Wiesenthala. Dowiesz się z niej, że w latach 1960 – 1990 dziesiątki kryminalistów nazistowskich postawiono przed sądami na całym świecie. Jednym z nich był Iwan Demianiuk. Fakt, że Izraelowi nie udało się wcześniej udowodnić mu winy, należy do obszarów prawa, a nie spraw wywiadu. Nie chodziło tu o to, by go zabić, lecz o to, by go postawić przed sądem. Tak się też stało, a po decyzji sądu włos mu z głowy nie spadł.

 

Eliminacja nazistów nie leżała w interesie Izraela?     

 

– Taka była ogólna idea działania Izraela w tym temacie: nie zabijać, ale stawiać przed sądem i liczyć na jego sprawiedliwość. Izrael nie chciał brać na siebie roli mściciela. Jeszcze w roku 1945 działały grupy ludzi prywatnych, członków Hagany, żydowskich żołnierzy z brytyjskiej armii. Mówili o sobie „ha-nokmim”, „mściciele”. Działali przez jakieś półtora roku. Ale państwo Izrael, powstałe w 1948 roku, nie wzięło na siebie roli takiego „mściciela”. I Izrael miał tu całkowitą rację. Bo nie może być zemsty za Holokaust. Żadna zemsta nie będzie odpowiednią odpowiedzią na tragedię Holokaustu.

 

Porozmawiajmy o Twojej rodzinie. O rodzicach. Byli rosyjskimi Żydami, zagorzałymi syjonistami. Wychowywałeś się w atmosferze syjonizmu?     

 

– Z całą pewnością tak. Jako dziecko nie miałem żadnych wątpliwości, że moi rodzice i moja generacja powinna dać wszystko, co mamy, aby założyć własne państwo. Moi znajomi – no, może prawie wszyscy – wiedzieli, że Izrael sam się nie założy, i że prędzej czy później będzie również potrzebował ochrony. To było dla nas zupełnie jasne. Naturalnym wyborem była też dla mnie później służba w Palmachu.

 

Czym zajmowali się Twoi rodzice?     

 

– Mój tata był żołnierzem, walczył w rosyjskiej armii podczas I wojny światowej. Zrekrutowano go zaraz po tym, gdy osiągnął pełnoletniość, w 1916 roku. A już w 1917 walczył na zachodnim froncie. Potem, gdy przyszedł Trocki, całe jednostki wojskowe zasiliły Armię Czerwoną. Mój ojciec był wśród nich. W armii istniały już organizacje syjonistyczne – ich postulaty szły niejako w parze z postulatami niepodległości narodów w rewolucji rosyjskiej. W 1919 roku zwolniono ojca z powodu obrażeń. Gdy wrócił do domu, zasilił młodzieżowe organizacje syjonistyczne, a potem dołączył do hachszary na Krymie, by przygotować się do aliji. Był tam już wtedy reżim sowiecki, który wprawdzie nie działał otwarcie przeciw syjonistom, lecz traktował ich jako nielegalny ruch. Aliję do Erec Israel zorganizował kuzyn mojego ojca. Pojechali do Baku, potem do Tibilisi, nad Morze Czarne, wreszcie przybyli do Istambułu. Poznali tam i dołączyli do sił Josefa Trumpeldora. Wkrótce Trumpeldor kupił w Istambule farmę, założył hachszarę dla haluców, młodych pionierów, którzy uciekli z Rosji. Tam uczyli się i czekali na okazję, by zrobić aliję. Tam też poznali się moi rodzice. Mój tata pisał wówczas wiersze, nadal je mam, są właściwie historycznym dokumentem opisującym to, co się tam działo. Pisał też listy do mamy. Ona sama też pochodziła z Rosji, podobnie jak mój tata należała do grupy młodzieży syjonistycznej. Na farmie Trumpeldora rodzice spędzili 1,5 roku, w 1923 przyjechali do Erec Israel.

 

W domu pełnym syjonistycznych ideałów otrzymałeś doskonałe przygotowanie do przyszłej pracy. Ale i niezbędne do tego kontakty.     

 

– Issera Harela, późniejszego szefa Mosadu, poznałem w wieku dwunastu lat w dość szczególnych okolicznościach: na plantacji drzew pomarańczowych mojego ojca. Mieszkaliśmy wtedy w Ramat Ha–Szaron, Isser żył w nieodległej Hercliji. Był ekspertem w instalowaniu systemów irygacyjnych, więc często u nas gościł. Zresztą mój tata i Isser dobrze się znali, byli lokalnymi działaczami, znanymi w okolicy. Obydwoje byli aktywistami w Mapai, partii robotników.

 

Isser sam się do Ciebie zwrócił z propozycją pracy?

 

– Nie, to ja go poprosiłem o pracę w służbach. Znał moją biografię, słyszał też o mnie od paru osób. Cały Mosad to było wtedy około 30 ludzi.

 

Rekrutowano tam wyłącznie najlepszych z najlepszych. Czym zasłużyłeś?    

 

– Nie potrafię tego wyjaśnić. Musiałabyś zapytać Issera.

 

Możesz opowiedzieć, czym się wtedy, w latach 50., zajmowałeś?     

 

– Otrzymywałem zadania operacyjne, w zależności od czyjejś potrzeby. Pracowałem i dla Szin Betu, i dla Mosadu. Byłem częścią jednostki, nie działałem niezależnie. Były również pewne aktywności za granicą. Jedna z nich dotyczyła złapania i przywiezienia kogoś, kto zdradził Izrael. Docieraliśmy już do kraju, niestety, człowiek ten zmarł po drodze. W latach 1956 – 57 mieliśmy wojnę na Synaju, pojawiły się problemy z granicami, mocno o nie walczyliśmy. Arabskie jednostki były bardzo agresywne, szczególnie w obrębie granic. Nie było tam wówczas muru. Mieliśmy pełne ręce roboty.

 

Podobno chciałeś kiedyś zabić Jasira Arafata, ale Ci zabroniono?     

 

– Nie zabiłem Arafata.

 

Ale chciałeś.     

 

– No pewnie, że chciałem. Nigdy go nie spotkałem, widziałem go raz, w latach 80. w Bejrucie przy okazji wojny w Libanie. W 1965 Arafat zrekrutował młodych Arabów, studentów europejskich, i trenował ich pod kątem akcji terrorystycznych w Izraelu. Czułem, że skoro jest przywódcą grupy terrorystycznej, to powinien zostać wyeliminowany. Poprosiłem przełożonych o zgodę, ale dostałem negatywną odpowiedź. Selektywna eliminacja stosowana wobec liderów ugrupowań terrorystycznych sprawdza się jako rozwiązanie krótkoterminowe. Gwarantuje jakiś rok, dwa lata spokoju. Dokładnie tyle trzeba zwykle, by nowy lider doszedł do władzy. Z nowym sytuacja zmienia się na lepsze lub na gorsze. Jedno jest pewne: użycie selektywnej eliminacji wobec poprzednika sprawia, że następca będzie wkładał jeszcze więcej zaangażowania i środków, by ochronić siebie i swoją rodzinę. Będzie mniej aktywny na zewnątrz, wobec czego i terror będzie słabszy. Izrael i Stany Zjednoczone wykonują mnóstwo takich operacji przeciwko talibom. Mimo tego terror jest kontynuowany. Wniosek jest prosty: selektywna eliminacja pomaga na krótki czas, ale to nie zmienia faktu, że terror trwa.

 

Wiele lat temu wspomniałeś, że terror w Izraelu, Palestynie potrwa sto lat. To nieodwołalne?    

 

– Wróćmy do początków tego terroru: rozpoczął się tuż po II wojnie światowej, gdy pewne organizacje, świadome swoich możliwości, musiały odwoływać się do terroru, by otrzymać to, czego chciały. Rozumiały, że zwykłej wojny nie rozpętają, sięgały więc po metody rodem z guerilla. Zdanie, które przywołujesz, powiedziałem w 1982 roku. Przewidziałem, że to nie koniec terroru.

 

Jak to skalkulowałeś?     

 

– Wziąłem pod uwagę wszystkie składniki, realia, możliwości osiągnięcia porozumienia i doszedłem do konkluzji, że to tyle potrwa, bo Palestyńczycy wciąż jeszcze nie są narodem w pełni. Być może są na dobrej drodze do wypracowania tożsamości narodowej. Ale na razie są też pod ciągłym wpływem różnych bliskowschodnich czynników, od których zależy ich postępowanie. Doszedłem zatem do wniosku, że Palestyńczykom zajmie wiele lat, by osiągnąć kulturę polityczną i spokój w takim stopniu, jak udało się to Europejczykom po II wojnie światowej. A poza tym – gdy mówiłem o stu latach, nie miałem właściwie na myśli stu lat, tylko po prostu bardzo długi czas. Nie ma w tym konkretnej matematycznej rachuby.

 

Czy jest jakaś szansa na to, by ten czas oczekiwania na pokój choćby trochę ukrócić?     

 

– System terroru nie może dobrze funkcjonować bez posiadania swoich baz w konkretnych krajach wspierających. Nie wystarczą komórki w Anglii czy Francji – terror potrzebuje krajów, które będą przystanią, takich jak Syria, Irak czy Iran. To znaczy, że będzie łatwiej zniszczyć terror w krajach Zachodu, jeśli zniszczy się te przystanie. A nie da się tego zrobić inaczej niż przez zjednoczenie sił. Niezbędne jest utworzenie międzynarodowej policji z międzynarodowym prawem. Potrzebna jest do tego zgoda wielu krajów na świecie. Niestety, na to obecnie nie można liczyć. A jednak kiedyś ta zgoda się pojawi. Kiedy? Gdy jedna z organizacji terrorystycznych zyska dostęp do broni nuklearnej i użyje jej. Dopiero w strachu wspólnota międzynarodowa będzie mogła zadziałać.

 

Ta wspólnota połączonych sił przydałaby się bardzo teraz, by poradzić sobie z ISIS. To mogłoby przynajmniej prowadzić do obalenia władz. Pewnie i tak nie udałoby się zniszczyć terroru w całości, ale przynajmniej bylibyśmy w stanie zniszczyć lokalne komórki w Europie, które mają wsparcie od ISIS.

 

W przeszłości akcje, w które byłeś zaangażowany, zbierały międzynarodową krytykę. Na przykład słynna zemsta na terrorystach z Czarnego Września po zamachu na igrzyskach Olimpijskich w Monachium w 1972 roku.     

 

– Akt terroru i morderstwo sportowców w Monachium były wyjątkowo brutalne, nie tylko z samego faktu ich dokonania. Był to bowiem również zamach na igrzyska – świętość sportu, symbol pokojowej rywalizacji i braterstwa między narodami. Terroryści doskonale wiedzieli, co robią. A więc decyzja izraelskiego rządu była bardzo konkretna, nie mieliśmy innego wyboru. Rząd zadecydował, że wszyscy ludzie zaangażowani w tę zbrodnię muszą zostać ukarani. Zadecydowała o tym Golda Meir, ówczesna szefowa rządu. Nie mieliśmy żadnej wątpliwości, że to dobra decyzja. Nawet przez chwilę.

 

Interesuje mnie Twój dobór słów. Na przykład w miejscu słowa „zabójstwo” konsekwentnie używasz słowa „eliminacja”. To ciekawe: w jednym z wywiadów przy okazji opowieści o trudnościach pracy w Mosadzie Twoja żona podkreśla, że nie jesteś złym człowiekiem, a jednak w pracy skutecznie blokujesz swoje emocje. W tym samym wywiadzie dla izraelskiej telewizji sam przyznajesz, że nigdy nie żałowałeś wynikającej z warunków pracy konieczności zabijania ludzi. I że nigdy nie patrzysz wstecz. Naprawdę?     

 

– A czego miałbym żałować? Jestem typem faceta, który wie, że jeśli coś się stało, to już nie powróci. Z takich sytuacji zawsze można się czegoś nauczyć, by nie popełnić tego samego błędu następnym razem. Żal i rozpamiętywanie w niczym nie pomaga. Nie ma nawet większego znaczenia. A nawet przeszkadza – bo nie sprzyja myśleniu o przyszłości.

 

Ty w ogóle wierzysz w Boga?     

 

– Bóg jest jednym z najlepszych wynalazków ludzkości. Jeśli o to pytasz, to tak, w to wierzę.

 

Jak to się stało, że tak twardy facet sięgnął po dłuto i zajął się rzeźbą?     

 

– Dorastałem jako dziecko farmera. Wtedy farmer w Izraelu musiał mieć całkiem sporo różnych narzędzi do uprawy ziemi. Zresztą nie tylko, bo tata miał również sporo narzędzi stolarskich i mały warsztat. I ja sobie z tego warsztatu podbierałem różne narzędzia i rzeźbiłem. Prawdziwą motywację poczułem jednak dopiero w latach 60. za sprawą pewnego zdarzenia. Otóż pewnego dnia poszedłem do galerii i zobaczyłem prace Alberto Giacomettiego. Zakochałem się i zapytałem o cenę jednej z rzeźb. Była straszliwie droga. Wtedy pomyślałem, że przecież sam mogę sobie taką zrobić. I tak się zaczęło.

 

Mam trudność. Jak połączyć te dwie tak różne twoje twarze? Co łączy Rafiego – pracownika Mosadu, zabójcy, z Rafim – rzeźbiarzem, artystą?     

 

– Pomyśl tak po prostu: Rafi to utalentowany i kreatywny człowiek! Abba Eban powiedział o mnie tuż po sprawie Jonathana Pollarda: „Ten bystry facet lata po świecie i robi, co chce”. Nie wymyśliłem sobie tego – powiedział to publicznie, w Knesecie.

 

Niektórzy używają sztuki, by oswoić rzeczywistość. Albo poradzić sobie z przeszłością.     

 

– Większość moich rzeźb pochodzi z obserwacji. Idę chodnikiem, nagle widzę coś ciekawego i myślę sobie: coś takiego teraz wyrzeźbię. Nie dbam o estetyczne piękno swoich rzeźb, postępuję z materią rzeźbiarską w bardzo surowy, emocjonalny sposób. Niczego nie planuję, jak profesjonalni artyści. Jedyny plan, jaki przygotowuję, pojawia się w ogólnym zarysie w mojej głowie. Czasem mi wychodzi, czasem nie. Jeśli nie, to wyrzucam do kosza. A pozostałe możesz ocenić sama.

 

W swojej wieloletniej karierze byłeś pracownikiem Mosadu, politykiem, biznesmenem, rzeźbiarzem. Które z tych zajęć najpełniej Cię realizowało, było dla Ciebie najważniejsze?      

 

– Z pewnością szefowanie jednostce operacyjnej w Mosadzie.

 

Jesteś człowiekiem, który w konkretny sposób wpłynął na bieg historii, niebawem kończysz 89 lat. Jesteś zadowolony z sytuacji kraju, z sytuacji Izraela, który zostawiasz swoim wnukom?      

 

– Noszę w sobie wiele krytyki wobec obecnego izraelskiego rządu. Myślę, że jedną z historycznych tragedii Izraela było to, co się stało Arikowi Szaronowi. Ta śpiączka, a w konsekwencji śmierć, które przerwały jego pracę na stanowisku premiera Izraela. Miał siłę i potrzebne narzędzia, by skutecznie oddzielić Izrael od Gazy, i to samo mógł zrobić w Judei i Samarii. Gdyby zdążył to wtedy zrobić, ocalilibyśmy życia bardzo wielu ludzi. Oszczędzilibyśmy sobie politycznych problemów i relacji z całym światem. To istotna wskazówka dla obecnego izraelskiego rządu. A w pewnym sensie też właśnie dla całego świata.

 

KAROLINA PRZEWROCK

 

Polska dziennikarka mieszkająca w Izraelu. Współpracowała z polskimi i niemieckimi mediami, m.in. z Przekrojem, TVP Kulturą, mediami Agory, Deutsche Welle, Der Freitag. Stypendystka Internationale Journalisten Programme, Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, Robert Bosch Stiftung. Studiowała w Krakowie, Berlinie i Tel Awiwie. Interesuje się dialogiem polsko- i chrześcijańsko-żydowskim oraz współczesnymi obliczami Izraela.

https://tesinblog.wordpress.com

One Response to “„CZŁOWIEK, KTÓRY ZŁAPAŁ EICHMANNA””

  1. urodzony w 1926 roku, nie może miec 89 lat, Pomyłka wynika prawdopodobnie ze nie napisano kiedy ten wywiad miał miejsce,

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: